Recenzja: Błyszczyk do ust Indus, Diadem

poniedziałek, 30 marca 2015 50 komentarzy
Obietnice producenta:
Błyszczyki do ust „INDUS” to kosmetyki o właściwościach odżywczego balsamu wygładzającego usta, które pozostawiają intensywnie lśniący efekt mokrych warg. Zawierają regenerujące substancje, które zapewniają ustom odpowiednie nawilżenie, elastyczność i blask. Modne kolory pozwolą na piękne wykończenie każdego makijażu. Zastosowanie masła shea sprawia, że usta stają się gładkie i są chronione przed niekorzystnym działaniem promieniowania słonecznego. Zawiera również masło kakaowe, które głęboko odżywia skórę, zmiękcza ją i nadaje elastyczność, zapobiegając nadmiernej utracie wody.

7 ml błyszczyku to koszt 11,90 zł w tym sklepie internetowym
Moim zdaniem:
Kobiety można podzielić na dwie grupy: miłośniczki szminek i entuzjastki błyszczyków. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy, choć w mojej kosmetyczce jest kilka pomadek, ale używam ich sporadycznie, znacznie rzadziej niż błyszczyki, których, licząc lekką ręką, mam ponad 10 różnych :P Kilka z nich zdążyłam już opisać na blogu, dziś przyszedł czas na recenzję kolejnego, tym razem od marki Diadem.
Nawiązując współpracę miałam możliwość wybrania nie tylko kosmetyków, które chciałam poznać, ale i ich odcieni. Po krótkim zastanowieniu wybrałam błyszczyk w odcieniu nr 09, wdzięcznie nazwany przez producenta "Karmelowe wspomnienie", który w opakowaniu leciutko wpada w właśnie jakby karmelowe tony, chociaż w rzeczywistości jest to stonowany, ale ciepły róż, który z owym karmelem nie ma nic wspólnego, ale i tak ładnie wygląda :) Intensywność koloru można stopniować od subtelnego, nieuchwytnego różu po coraz to mocniejsze jego odcienie. Błyszczyk dostępny jest jeszcze w czterech innych odcieniach: poziomkowa fantazja, czerwona pomarańcza, pudrowy róż oraz owoc granatu. 
Opakowanie błyszczyku jest standardowe, nie wyróżniające się niczym szczególnym. Zostało wykonane solidnie, nie z byle jakiego plastiku. Utrzymane w minimalistycznym stylu, jest estetyczne i gustowne. Aplikator to puchata gąbeczka, skośnie ścięta, który nabiera odpowiednią ilość błyszczyku i którym wygodnie maluje się usta nawet bez lusterka pod ręką. Błyszczyk ma słodkawy zapach, kojarzący mi się z budyniem waniliowym z cytrusową nutką. Konsystencja jest średnio gęsta, kremowa, po nałożeniu na usta nie skleja ich, nie powoduje też uczucia lepkości. 
Błyszczyk ładnie prezentuje się na ustach, podkreślając je i nabłyszczając. Nie jest ciężki, więc w ogóle nie czuć go na ustach. Dodatkowo nie posiada drobinek lubiących emigrować po całej twarzy, nie zbiera się w załamaniach i nie wylewa poza kontury ust. Nie wysusza, wręcz przeciwnie, usta są nawilżone nawet po starciu się koloru, który schodzi równomiernie. I tak jak obiecuje producent, usta są odżywione i zmiękczone. 
Błyszczyk polubiłam dość szybko, chociaż ma malutką wadę, mianowicie podkreśla suche skórki, więc aby prezentował się naprawdę ładnie muszę pamiętać o regularnej pielęgnacji ust. Trwałość też nie należy do najlepszych, w starciu z jedzeniem błyszczyk momentalnie przegrywa z kretesem, a gdy nie jem lub nie piję trzyma się na ustach od półtorej do dwóch godzin. 
Mój aparat nie chce lub nie może uchwycić koloru błyszczyku na ustach, dlatego wyjątkowo pokazuje odcień na dłoni- właśnie na taki delikatny kolor błyszczyk barwi usta.
Czytaj więcej »

Odświeżanie szafy i kosmetyczki, czyli troszkę wiosennych nowości

sobota, 28 marca 2015 47 komentarzy
Pojechałam na zakupy. Po balerinki na wiosnę, klasyczne, czarne ( bo jasne już mam ), bez zbędnych udziwnień. Pojechałam do miasta, gdzie metraże wszystkich galerii mają chyba tyle, co całe moje miasteczko lub nawet więcej. Odwiedziłam wszystkie obuwnicze, po przymierzałam tysiąc pięćset sto dziewięćset par i właśnie w tym momencie możecie się już domyślić, że wróciłam bez butów... No chyba, że balerinkami nazwiemy biały sweterek z koronkową wstawką z H&M upolowany jeszcze na wyprzedaży za zawrotne 30,00 zł lub pasiastą bluzkę również z koronką i również z H&M za tyle co sweterek plus 9,90 zł. 
 A może zarysu balerinek dopatrzymy się wspólnie w szarym t-shircie z Sinsay za 19,90 zł lub czarnej koszulce z koronką ( tak, tak, uwielbiam koronkę ) za zawrotną kwotę 9,90 zł?
Ewentualnie w ponadczasowych, jeansowych rurkach upolowanych w SH za całe 15,00 zł jeszcze z metka? Albo jeszcze lepiej, w moich kosmetycznych zakupach poczynionych w Rossmannie i Naturze?
Tak się skończyły moje wczorajsze poszukiwania balerinek. Jak tak dalej pójdzie to wiosną, cytując fragment piosenki Zakopower, "pójdę boso, pójdę boso" :P


Czytaj więcej »

Puder matujący Compact Powder, Pierre Rene

czwartek, 26 marca 2015 51 komentarzy
Obietnice producenta:
Idealnie utrwala podkład, wyrównuje koloryt skóry, zapewnia nieskazitelny wygląd przez cały dzień. Formuła oparta na bazie olejków z oliwek, jojoby oraz minerałach. Gwarantuje utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia skóry, pielęgnację, ochronę oraz aksamitne wykończenie makijażu. Posiada lusterko oraz gąbeczkę ukrytą pod pudrem (wystarczy unieść część z pudrem do góry by dostać się do lusterka i gąbeczki).

8g kosztuje około 16,00 zł w drogeriach, sklepach i marketach, w których są szafy Pierre Rene
Moim zdaniem:
Długo nie mogłam znaleźć odpowiedniego pudru prasowanego. Po kilku latach nieudanych poszukiwań w końcu zrezygnowałam z nich na rzecz sypkich, których formuła odpowiada mi dużo bardziej. Więc gdy na jednym ze spotkań blogerskich otrzymałam puder w kompakcie Pierre Rene  myślałam, że będzie leżał nieużywany, a gdy minie termin ważności po prostu znajdzie się wśród śmieci. Tak się na szczęście nie stało, bo przychylnym zrządzeniem losu puder, którym wykańczałam makijaż dobił dna, wszystkie sklepy już były pozamykane, więc musiałam ratować się tym, który widzicie na zdjęciu. Od tamtej chwili zyskał miano mojego ulubieńca, z którym już się nie rozstaję :)
Puder znajduje się w okrągłym, typowym dla większości pudrów pojemniczku, wykonanym z mocnego tworzywa. Do opakowania dołączona jest gąbeczka, sprytnie ukryta pod "szufladą" z produktem, która nie jest przeze mnie używana, bo dużo lepiej nakłada mi się pudry pędzlem widocznym na zdjęciach, dzięki czemu efekt jest bardziej naturalny. Pod pudrem znajduje się również lustereczko, ale z niego też jakoś nie korzystam ;) 
Z tego co wyczytałam na stronie producenta, puder dostępny jest w pięciu odcieniach. Ja posiadam nr 03, czyli transparentny. Dla mnie jest to kolor cielistego beżu, który idealnie wpasował się w odcień mojej cery. Puder jest bardzo drobno zmielony i mocno sprasowany, a w dotyku jakby satynowy.
Puder świetnie rozprowadza się po twarzy, dzięki pędzlowi nakładam go w postaci delikatnej chmurki otulającej twarz. Cieniutka, niewidoczna warstwa utrwala makijaż i nie stwarza efektu ciężkości czy "tępej maski". Świetnie współpracuje w podkładami, nie odznacza się na skórze, nie wchodzi w jej załamania czy drobne zmarszczki ani nie podkreśla suchych skórek. Po nałożeniu pudru skóra jest wygładzona, miła i jakby aksamitna w dotyku. Puder matuje ją w sposób naturalny i nie przyczynia się do jej wysuszania. Nie jest wyczuwany na twarzy, nie ma też negatywnego wpływu na stan mojej cery. 
Przeważnie używam go dwa razy dziennie: rano utrwalam nim makijaż przed pójściem po pracy, a wieczorem przed randką z Narzeczonym czy plotkami z koleżankami odświeżam i ponawiam efekt matu. Moja cera ma tendencję do błyszczenia się, a ten puder potrafi ją ujarzmić na około 5 godzin, po których zaczyna się delikatnie świecić, głównie w okolicy skrzydełek nosa i oczywiście na czole. 
Moim zdaniem jest to fantastyczny produkt, dzięki któremu twarz wygląda ładnie, naturalnie i świeżo oraz jest matowa przez długi czas. Cieszę się, że mogłam go poznać dzięki udziałowi w spotkaniu blogerek, bo sama raczej bym go nie kupiła i nie wiedziałabym o takiej perełce kosmetycznej za kilka złotych :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Żelowy peeling do ciała z ekstraktem z borowiny, Kołobrzeskie Spa

wtorek, 24 marca 2015 44 komentarze
Obietnice producenta:
Peeling do ciała zawiera między innymi ekstrakt z borowiny pozyskany z borowiny ze złoża Uzdrowisko Kołobrzeg oraz zmielone nasiona baobabu, wspomagające złuszczanie martwego naskórka. Peeling nawilża i wspomaga regenerację. Lekka, żelowa formuł ułatwia aplikację produktu, aby przygotować skórę do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. 

Aktywne składniki:
ekstrakt z borowiny- doskonale relaksuje i wspomaga regenerację. Dzięki zawartości bromu, żelaza, potasu, magnezu, manganu, cynku i innych ważnych pierwiastków dla Twojego ciała- działa pielęgnacyjne by przeciwdziałać przedwczesnemu starzeniu sie skóry.
ekstrakt z baobabu- zawiera bardzo dużo witaminy C, fosforu, magnezu i wapnia. Posiada silne właściwości nawilżające i przeciwutleniające. Delikatnie natłuszcza i regeneruje naskórek. Ekstrakt z owoców baobaby łagodzi również napięcia skóry i przywraca homeostazę płaszcza hydro-lipidowego oraz chroni przez przesuszeniem skóry.
220 g kosztuje 17,90 zł w Internecie, np. w tym sklepie
Moim zdaniem:
Odkąd zaczęłam interesować się kosmetykami jako nastolatka minęło już trochę czasu ( niestety... ) i w tym okresie wypróbowałam naprawdę dużo kosmetyków. Było ich tak wiele, że chyba nie potrafiłabym ich wszystkich zliczyć ;) Wśród nich było bardzo dużo peelingów do ciała: cukrowych, solnych, drobno- i gruboziarnistych i jeden żelowy, o istnieniu którego do niedawna nie miałam pojęcia, a dziś zapraszam na jego recenzję :)
Słoiczek, w którym kryje się peeling kojarzy mi się bardziej z opakowaniem od jakieś maści niż kosmetyku. Wykonany jest z białego, grubego tworzywa, które lekko ugina się pod naciskiem dłoni. Pojemnik z peelingiem zamykany jest na wieczko, którego się nie odkręca tylko podważa paznokciem. Zawartość zabezpieczona jest dodatkowym sreberkiem, a szeroki otwór pozwala na wysupłanie peelingu do ostatniej drobinki bez żadnego wysiłku. 
Moim zdaniem to nie jest peeling tylko żelowa galaretka, półprzezroczysta o brązowawym zabarwieniu, w której zanurzonych jest mnóstwo malusieńkich kuleczek próbujących tylko udawać, że są drobinkami ścierającymi martwy naskórek. Podczas masowania skóry nie czuć ich w ogóle i śmiem twierdzić, że nawet gdybym nałożyła całe 220 g produktu, które znajduje się w opakowaniu i tarła najmocniej jak się tylko bym potrafiła, efekt byłby taki sam, czyli znikomy... Co do zapachu jest dość specyficzny, trudny do określenia, troszkę taki jakby błotno- borowinowy, ale zaskakująco przyjemny, przynajmniej dla mojego nosa ;)
Produktu używałam na suchą, jak i na mokrą skórę, ale za każdym razem miałam wrażenie, że wcieram po prostu żel. Myślałam, że może jak spłuczę resztki to okaże się, że skóra jest mimo wszystko wygładzona, zmiękczona i nawilżona, ale żadne z tych następstw nie miało miejsca. Kosmetyk, moim zdaniem nad wyrost nazwany przez producenta peelingiem, nie popisał się żadnym działaniem- nie delikatnym, subtelnym, łagodnym czy słabym, po prostu żadnym. 
Nie lubię pisać negatywnych recenzji, ale niestety ten pseudo peeling na inną opinie nie zasługuje... Nie spełnia żadnej obietnicy producenta, a jego jedyną zaletą jest to, że nie podrażnia skóry, jednak to dla mnie zdecydowanie za mało. 
Czytaj więcej »

Dlaczego warto pić kawę zbożową?

sobota, 21 marca 2015 63 komentarze
Pierwszy raz spróbowałam kawy będąc dzieckiem, na wakacjach u cioci. Była to kawa zbożowa, z dużą ilością mleka i czubatą łyżeczką cukru. Był to smak, którego później szukałam przez lata. I który znalazłam przez zupełny przypadek- robiąc co sobotnie duże zakupy spożywcze w markecie zwróciłam uwagę na Inkę o smaku karmelowym. Po wypiciu pierwszego łyka wiedziałam, że znalazłam smak dzieciństwa :) Bo chociaż wtedy, gdy byłam małą dziewczynką smakowych kaw zbożowych nie było, a teraz są, to na mój gust w smaku niczym się nie różnią :P
Ale nie chciałam Was zanudzać opowieściami z mojego zamierzchłego dzieciństwa, tylko o tym ile dobroci niesie ze sobą filiżanka pysznej, zbożowej kawy:
* jest napojem naturalnym, bez sztucznych dodatków, barwników i konserwantów, 
* jest źródłem cennych witamin ( zwłaszcza z grupy B ), mikroelementów ( np. żelaza, cynku, potasu ), przeciwutleniaczy ( głównie polifenole, które chronią organizm przed nowotworami ),
* ogranicza wchłanianie cukrów z pożywienia, 
* nie podnosi ciśnienia krwi i nie zakwasza żołądka, 
* zawiera dużo błonnika, dzięki czemu ułatwia trawienie i przyspiesza przemianę materii, 
* przez dietetyków rekomendowana osobom borykającym się z problemami z żołądkiem, nadciśnieniem, wątrobą, nerkami lub sercem, 
* jest niskokaloryczna ( o ile darujemy sobie dodatek w postaci cukru ;), dlatego polecana jest osobom dbającym o figurę i odchudzającym się,
* z dodatkiem mleka zwiększa wchłanianie magnezu i białka,
* jest bezkofeinowa, więc można ją pić o każdej porze dnia, kiedy tylko nabierzemy na nią ochoty :),
* mogą ją pić zarówno dzieci ( od lat 3 ) oraz kobiety w ciąży,
* jest tania jak barszcz i bardzo prosta w przygotowaniu,
* można ją przyrządzić na bardzo wiele sposobów, np. dodając do niej mleka, miodu lub wanilii. 
Najbardziej smakuje mi kawa zbożowa czarna z odrobiną cukru, a jak domyślacie się patrząc na zdjęcie, najczęściej kupuję właśnie Inkę. Jest to kawa od której jestem ( zdrowo! ) uzależniona :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Truskawkowy peeling do ust, Laura Conti

czwartek, 19 marca 2015 50 komentarzy
Obietnice producenta:
Niezwykle delikatny, cukrowy peeling do ust o zapachu świeżych truskawekZawiera bardzo drobne kryształki cukru usuwające w delikatny a jednocześnie niezwykle skuteczny sposób martwe komórki naskórka. Preparat wzbogacony   kompleksem  nawilżająco-witaminowym  zapewnia wrażliwej skórze ust  skuteczną pielęgnację. Wygładza, ujędrnia, natłuszcza i nawilża skórę. Usta stają się aksamitnie miękkie, jędrne i odzyskują naturalny koloryt. Perfekcyjnie przygotowuje usta do nałożenie wszelkich kosmetyków makijażowych, a ponadto na tak przygotowanych ustach pomadka czy też błyszczyk utrzymują się znacznie dłużej. Pełne, wyraziste i wypielęgnowane usta jak nigdy dotąd!

10 ml kosztuje 8,00 zł w tym sklepie internetowym lub w Rossmannie
Moim zdaniem:
W ten piękny, rzęski i słoneczny poranek zapraszam Was na recenzję owocowego peelingu do ust. Jest to pierwszy taki produkt w mojej kosmetyczne, tym bardziej z ciekawością zabrałam się do jego testowania.
Na pierwszy rzut oka peeling wygląda jak błyszczyk. Giętka, jakby gumowa tubka o pojemności 10 ml została zalakowana do kartonowej ulotki, na której znajdują się wszystkie ważnie informacje. Tubka jest przezroczysta, dzięki czemu widać stopień zużycia peelingu i na tyle miękka, by łatwo wycisnąć z niej produkt. Zakończona jest skośnie ściętym aplikatorem z niewielką dziurką, przez którą wypływa kosmetyk- będąc nastolatką kupowałam błyszczyki w takich opakowaniach :) Tubka jest zakręcana na plastikową nakrętkę, a w użyciu jest poręczna i higieniczna.
Peeling ma średnio gęstą konsystencję, w której zanurzone są malutkie drobinki ścierające, jakby kryształki cukru, ale bardzo delikatne. Ma czerwony kolor, ale po nałożeniu na usta nie barwi ich. Peeling pięknie pachnie, ma fantastyczny, słodki i soczysty zapach przypominający mi truskawkową Mambę :)
Jak wspomniałam wcześniej, ścierające kryształki cukru są naprawdę drobniutkie i szybko się rozpuszczają, więc działanie peelingu jest bardzo leciutkie, dlatego też uważam, że nie poradzi on sobie w pielęgnacji mocno przesuszonych, spierzchniętych ust. O wiele lepiej sprawdza się jako błyszczyk łagodnie nawilżając, zmiękczając i odżywiając usta. Kosmetyk nadaje ustom ładny połysk, podkreślając ich naturalne piękno. 
Peeling jest bardzo wydajny, używam go każdego dnia i zostało mi go jeszcze naprawdę sporo. Po jego przetestowaniu stwierdzam, że jest po prostu tylko lub aż dobry i na pewno nie jest to niezbędny kosmetyk w kobiecej kosmetyczce. Przynajmniej w mojej, być może któraś z Was po jego wypróbowaniu stwierdzi, że nie potrafi się już bez niego obejść ;)
Czytaj więcej »

Delikatny płyn micelarny Botanic, Białe Kwiaty, Tołpa

wtorek, 17 marca 2015 58 komentarzy
Obietnice producenta:
Płyn micelarny jest komfortowy i ma subtelny zapach. Delikatnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i usuwa makijaż twarzy, oczu i ust. Nawilża i odświeża. Łagodzi podrażnienia i przywraca komfort. Przeznaczony jest do stosowania bez użycia wody. Delikatne, białe płatki róży stulistnej, jaśminu i stokrotki nadają skórze wrażenie gładkości, miękkości oraz jedwabistości, nawilżają i eliminują szorstkość naskórka.

Skład: Aqua, Poloxamer 184, Disodium Cocoamphodiacetate, Polysorbate 20, Propylene Glycol, Sodium Hydroxide, Glycerin, Disodium EDTA, Sodium Citrate, Peat Extract, Sodium Chloride, Citric Acid, Rosa Centifolia Flower Extract, Jasminium Officinale Flower Extract, Bellis Perennis Flower Extract, Xanthan Gum, Parfum, Benzyl Alcohol, Salicylic Acid, Sorbic Acid.

200 ml kosztuje 21,99 zł w sklepie internetowym Tołpa lub w Rossmannie

Moim zdaniem:
Kosmetyki Tołpy bardzo sobie cenię i darzę dużą sympatią, miałam możliwość poznania już kilku z nich i o żadnym złego słowa powiedzieć nie mogę :) Więc kiedy miałam możliwość kupienia kilku produktów Tołpy za zawrotną sumę 39,99 zł ( Face&Look Box z Tołpą rozeszły się jak świeże bułeczki ), nie wahałam się ani chwili, dzięki czemu mogłam poznać jeden z najpiękniej pachnących płynów micelarnych dostępnych na naszym rodzimym rynku kosmetycznym.
Opakowanie jest charakterystyczne dla marki Tołpa, proste w kształcie, minimalistyczne i estetyczne. To biała, plastikowa buteleczka, u wylotu której znajduje się wygodne i bardzo szczelne zamknięcie typu 'klik'. Szata graficzna utrzymana jest w subtelnych, stonowanych kolorach. W środku poręcznej buteleczki kryje się 200 ml krystalicznie czystej cieczy o delikatnym i finezyjnym kwiatowym zapachu- mimo że nie lubię takich zapachów, ten wyjątkowo przydał mi do gustu, co więcej jestem zdania, że jest to jeden z najpiękniejszych zapachów kosmetycznych, jest łagodny, eteryczny i taki harmonijny :)
Jak wiecie na składach się nie znam, ale doinformowałam się, że skład płynu micelarnego Tołpy jest niezwykle przyjazny- kwiatowe ekstrakty z róży stulistnej, jaśminu i stokrotki działają kojąco na skórę, łagodne substancje myjące nie zrobią krzywdy nawet bardzo wrażliwym cerom, a wyciąg z torfu ma właściwości bakteriobójcze. 
Płyn micelarny, jak wszystkie kosmetyki Tołpa, jest delikatny, a jednocześnie bardzo skuteczny. Nie ściąga ani nie podrażnia skóry, nie powoduje łzawienia czy szczypania oczu. Jest doskonałym tonikiem, pozwalającym odświeżyć skórę twarzy w ciągu dnia oraz rewelacyjnym kosmetykiem do demakijażu, który poradzi sobie z każdym makijażem bez potrzeby mocnego tarcia- płyn świetnie rozpuszcza kolorowe kosmetyki nie rozmazując ich przy oczyszczaniu. Bardzo dobrze zmywa zanieczyszczenia, pozostawiając na twarzy uczucie łagodnego nawilżenia, miękkości i jedwabistości. Dzięki regularnej pielęgnacji płynem Tołpy skóra odzyskuje równowagę i komfort, jest przyjemna w dotyku, ukojona oraz rozjaśniona. 
Podsumowując, uważam, że jest to jeden z najlepszych płynów micelarnych. Jest wydajny, delikatny dla skóry i bezlitosny dla makijażu oraz ma przepiękny zapach- czego chcieć więcej? No, może tylko troszkę niżej ceny ;)
Czytaj więcej »

Recenzja: Modelujący olejek do ciała Super Slim, Evree

sobota, 14 marca 2015 52 komentarze
Obietnice producenta:
Skoncentrowany kompleks algowy Polyplant Seaweed Complex ™ z listownicy, brunatnic, morszczynu i kowniatka morskiego pobudzi przemianę materii w komórkach, wspomagając redukcję cellulitu oraz zatrzymanej wody w organizmie. Olejek perilla znany z wyjątkowych właściwości ujędrniających i uelastyczniających poprawi napięcie i sprężystość skóry. Olejek grapefruitowy poza właściwościami antycellulitowymi rozjaśni blizny i rozstępy. Chili przyspieszy mikrokrążenie podskórne, powodując wzmocnienie działania kosmetyku.
Algi są bardzo bogate w składniki aktywne takie jak: sole mineralne czy kwas alginowy. Sole mineralne zawarte w algach, z jodem na czele, przyspieszają metabolizm i wzrost wymiany osmotycznej. W efekcie prowadzi to do eliminacji wody z tkanek i zmniejszenia zalegającej tkanki tłuszczowej. Kwas alginowy silnie nawilża i detoksykuje. Dzięki odpowiednio dobranym składnikom aktywnym olejku, produkt jest kompletny i ma bardzo szerokie spektrum modelującego działania.
Działanie:
* redukuje cellulit,
* ujędrnia i wygładza,
* modeluje i napina skórę,
* zmniejsza obrzęki.

100 ml kosztuje około 30,00 zł np. w Rossmannie 
Moim zdaniem:
Moja skóra nie jest wymagająca, ale lubi być dopieszczona codzienną dawką nawilżenia. W chwili obecnej o optymalne nawilżenie mojej skóry dbają dwa produkty: puszyste masło Pinacolada z Perfecty oraz modelujący olejek Evree, który otrzymałam w ramach kontynuacji współpracy z marką i o którym będzie dzisiejszy wpis :)
W składzie olejku znajdziemy całą garść dobroci, między innymi skoncentrowany kompleks algowy z listownicy, brunatnic, morszynu i kowniatka morskiego, który pobudza przemianę materii w komórkach, wspomaga redukcję cellulitu oraz usuwa zatrzymaną w organizmie wodę; pieprz chilli przyspieszający mikrokrążenie podskórne oraz całą gamę olejków: perilla, migdałowy, macadamia, grejpfrutowy oraz winogronowy.
Jak wszystkie olejki Evree i ten został umieszczony w plastikowej buteleczce o pojemności 100 ml i transparentnych ściankach, które pozwalają mieć pod kontrolą stopień zużycia. Buteleczka  z olejkiem jest dodatkowo zapakowana w papierowy kartonik, na którym znajdują się najistotniejsze informacje. Zarówno buteleczka, jak i kartonik utrzymane są w odcieniu soczystej zieleni, neutralnej bieli oraz trzech odcieniach niebieskiego, co w końcowym efekcie daje energetyzujące połączenie barw, takie czyste, rześkie i wiosenne :)
Jak wspomniałam kilka zdań wcześniej, olejek dostępny jest tylko w 100 ml buteleczce. W pielęgnacji ciała oznacza to naprawdę niewiele, ale olejek okazał się zaskakująco wydajny. Nowość Evree ma typową oleistą konsystencję, ale wbrew pozorom wcale nie jest ona tłusta. Olejek ma barwę jabłkowego soku oraz bardzo przyjemny, słodko-cukierkowy zapach z migdałową nutką, który umila codzienny rytuał pielęgnacji skóry.
Olejku używam codziennie na całe ciało, głównie po wieczornej kąpieli. Dobrze rozprowadza się po skórze, pozostawiając delikatną, nie tłustą ani nie klejącą się ochronną warstewkę. Systematyczne stosowanie olejku sprawiło, że skóra jest gładka, miękka i aksamitna w dotyku. Ma cudowne właściwości nawilżające, świetnie uelastycznia, odżywia i regeneruje skórę oraz poprawia jej koloryt.  Po kilku aplikacjach da się zaobserwować subtelną poprawę napięcia skóry- efekt byłby lepszy, gdybym wreszcie ruszyła swoje zacne cztery litery i zaczęła na nowo ćwiczyć ;) Poza tym olejek bardzo dobrze radzi sobie z przesuszonymi partiami ciała jak łokcie czy kolana, które odpowiednio zmiękcza i wygładza. Zdarza mi się też użyć do w pielęgnacji stóp- tak jak inne kremy wsmarowuję w skórę stóp na noc, zakładam skarpety i idę spać, by rano obudzić się z gładkimi, miękkimi i delikatnymi stópkami :)
Dopatrzyłam się jednego minusa, mianowicie olejek użyty zaraz po depilacji powoduje niemiłosierne szczypanie, takie które powoduje takie pieczenie skóry, że w oczach pojawiają się łzy. Nigdy po żadnym kosmetyku nie odczuwałam takiego dyskomfortu, nigdy też żaden inny olejek Evree nie zrobił mi tak niemiłej niespodzianki... Nauczona na swoich błędach nigdy już nie użyłam tego olejku bezpośrednio po zabiegu depilacji. 
Z marką Evree polubiłam się już dawno temu, moja sympatia do produktów tej marki zaczęła się od olejku arganowego, którego recenzję możecie przeczytać tutaj. Biorąc ogólną ocenę olejku oraz pomijając przykry incydent z pieczeniem uważam, że nowość Evree jest godnym polecenia kosmetykiem, który dobrze spisze się w codziennej pielęgnacji ciała, a skórze zapewni odpowiedni poziom nawilżenia.
Czytaj więcej »

Jak wykorzystać kosmetyczne buble?

czwartek, 12 marca 2015 46 komentarzy
Każda z nas kupując nowy kosmetyk ma nadzieję, że spełni on nasze oczekiwania. Żadna z nas nie lubi wyrzucać pieniędzy w błoto, wiec wściekamy się, jeśli po użyciu jakiegoś produktu okazuje się, że jego działanie daleko odbiega od tego czego nam naobiecywał producent lub od naszych wyobrażeń na jego temat. Co zrobić z takim gagatkiem? Pierwsza myśl: "wyrzucić w diabły ( czyt. do kosza na śmieci ) i przykryć resztkami z obiadu, aby nie raził nas po oczach". Istnieją jednak mniej radykalne sposoby na pozbycie się niechcianego kosmetyku, a oto kilka z nich.
1. Odżywka do włosów
Nietrafiona odżywka do włosów świetnie sprawdzi się podczas ręcznego prania wełnianych swetrów, nie można tylko przesadzić z jej ilością. Jest to patent znajomej, który praktykuje już od lat. 
2. Balsam do ust
O ile nie ma właściwości koloryzujących można go wykorzystać do ujarzmienia niesfornych brwi. Ja tak właśnie robię, nabierając minimalną ilość na opuszek palca i przeciągając nim po brwiach. Efekt gwarantowany. 
3. Krem do ciała
Moja jeszcze inna znajoma wykorzystuje mazidła do ciała do czyszczenia torebek, butów, a czasami nawet mebli. W tym przypadku również liczy się zachowanie umiaru w ilości użytego produktu. Tak potraktowane dodatki zyskują ładny połysk i wyglądają jak nowe, podobno nawet są chronione przed przemoczeniem ( w szczególności po w polerowaniu klasycznego kremu Nivea ), a meble nie łapią szybko kurzu. 
4. Antyperspirant
Idealnie sprawdzi się do odświeżenia butów. 
5. Pasta do zębów
Sposób stary jak świat, który zapewne znały nasze babcie, czyli wykorzystanie pasty do czyszczenia srebrnej biżuterii, która z czarniała. Sposób wypraktykowany przeze mnie nie raz, więc wiem, że naprawdę działa. 
6. Maska do włosów
Okazało się, że maska zbytnio obciąża włosy? Żaden problem, świetnie zastąpi żel do depilacji nóg, albowiem odpowiednio zmiękczy włoski oraz ułatwi poślizg maszynki.
7. Krem do twarzy
Kiepski krem staram się trzymać jak najdalej od twarzy, dlatego najczęściej ląduje on na ... stopach. Nie obawiam się, że pojawią się na nich jakieś niedoskonałości, ale zawsze w pewnym stopniu skóra stóp będzie gładsza i przyjemniejsza w dotyku. 
8. Olejek do włosów/ciała/twarzy
Jeśli jakiś olejek mi nie podpasuje, a jak na złość jest nadzwyczaj wydajny, wykorzystuję go jako bazę do domowego peelingu. Szybciej dobija dna, ponieważ do wykonania zdzieraka we własnych czterech ścianach potrzebna jest jego większa ilość.
9. Żel pod prysznic
Zbyt wysuszający/śmierdzący/za wodnisty żel przelewam do dozownika i używam jako mydła w płynie.

A jakie są Wasze sposoby na wykorzystanie bubli kosmetycznych :)?
Czytaj więcej »

Recenzja: Oczyszczająco-detoksykujący peeling do ciała z rozmarynem i pietruszką, Zielone Laboratorium

wtorek, 10 marca 2015 42 komentarze
Obietnice producenta:
Drobinki soli i rozmarynu delikatnie oczyszczają i złuszczają martwy naskórek. Łatwo przyswajalne oleje naturalne ze słonecznika i słodkich migdałów zapobiegają procesom starzenia się skóry i odnawiają barierę hydro-lipidową. Peeling skutecznie oczyszcza i rozjaśnia skórę, pobudzając mikrokrążenie. Zapobiega wysuszeniu skóry. Skutecznie wspomaga walkę z cellulitem.
  • Zawiera olej ze słonecznika i oliwę z oliwek
  • Zawiera drobinki soli, rozmarynu i pietruszki
  • Pachnie olejkiem limetkowym, bergamotkowym i lemongrassowym
  • Nie zawiera: PEGów, silikonów, olejów mineralnych, parabenów, sztucznych barwników
  • Produkt dla wegan – nie zawiera surowców pochodzenia zwierzęcego
  • Produkt zawiera składniki aktywne pochodzące tylko z rejonu Polski
  • Przy produkcji kierowano się zasadami etycznymi i nie został wykorzystany żaden człowiek ani zwierzę
350 g kosztuje 50,00 zł w tym sklepie internetowym
Moim zdaniem:
Od kilku tygodni testuję wegańskie kosmetyki polskiej marki Zielone Laboratorium. Recenzję jednego z nich mogłyście już poznać w lutym ( klik ), dziś mam dla Was kolejną, która tym razem dotyczyć będzie oczyszczająco- detoksykującego peelingu z rozmarynem i pietruszką. 
Opakowanie, w którym otrzymałam peeling to walcowaty, plastikowy słoik o pojemności 350 g. Przez przezroczyste ścianki gołym okiem widać, ile produktu jeszcze zostało. Słoik zamykany jest na czarną nakrętkę, szczelnie chroniącą skrywającą się w nim zawartość, a dodatkowe sreberko zapewnia spokój ducha i gwarancję, że nikt przed nami nie maczał w nim paluchów ;) 
Peeling ma postać gęstej masy z wyraźnie wyczuwalnymi, ostrymi i dużymi kryształkami soli. Ostrość peelingu można dostosować do własnych upodobań- zastosowany na suchą skórę okazuje się być naprawdę mocnym zdzierakiem, który tak drapie skórę, że robi się aż czerwona; użyty zaś na wilgotne ciało jest delikatniejszy, ale tak samo skuteczny. W gęstej konsystencji o barwie stonowanej jasno pastelowej zieli odznaczają się ciemne drobinki rozmarynu i pietruszki. Najbardziej zaskakującym detalem peelingu jest jego nietuzinkowy zapach. Spodziewałam się trochę ostrawej ziołowej woni, ale zostałam miło zaskoczona. Według mnie zapach przypomina aromat cytrusowej werbeny, który to uwielbiam, więc za to peeling ma u mnie ogromny plus :) Dodatkowo wyczuwalna jest także delikatna nutka bergamotki i rozmarynu, co w całości tworzy bardzo świeżą, rześką i orzeźwiającą kompozycję.
Działanie peelingu oceniam bardzo dobrze. Produkt świetnie masuje ciało i pobudza krążenie, dokładnie złuszczając przy tym martwy naskórek i wygładzając skórę. Po spłukaniu pozostawia delikatną ( nie tłustą i nie lepiącą się ) warstewkę ochronną, dającą wrażenie natłuszczonej, odżywionej skóry, dzięki czemu można już nie sięgać po balsam do ciała. Po użyciu peelingu skóra jest miękka i przyjemna w dotyku. Nawilżenie i uelastycznienie utrzymuje się przez długi czas, a systematyczność stosowania gwarantuje znaczną poprawę napięcia skóry, co w szczególności zauważalne jest na udach. 
Przysłowiową wisienką na torcie jest skład peelingu, w którym króluje naturalna sól kamienna z Kłodawy, oliwa z oliwek i olej słonecznikowy, drobinki rozmarynu i pietruszki oraz naturalne substancje zapachowe i delikatne natłuszczające. Dla takiego składu i genialnego działania warto jest wydać te 50,00 zł :)
Czytaj więcej »

Dzień Kobiet

niedziela, 8 marca 2015 33 komentarze

Moje Kochanie Kobitki, wszystkiego najlepszego w dniu naszego święta :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Odżywczy olejek arganowy do paznokci i skórek, Laura Conti

czwartek, 5 marca 2015 40 komentarzy
Obietnice producenta:
Witaminizowana, odżywcza oliwka do paznokci na bazie olejku arganowego. Do głębokiej pielęgnacji paznokci suchych, łamliwych i rozdwajających się. Stymuluje wzrost płytki paznokcia. Zmiękcza skórki. Nadaje paznokciom i skórkom zadbany wygląd. Użyty na kolorową, nie wyschniętą jeszcze emalię przyspiesza jej wysychanie. Polecany szczególnie do suchych i pękających paznokci u stop. Nakładać codziennie na paznokcie (zarówno na lakierowane jak i bez emalii) i skórki, następnie masować, aby ułatwić wchłanianie i stymulowanie wzrostu paznokci. Nakładać na paznokcie czyste i suche. Można stosować również jako wysuszasz: nakładać na prawie wyschniętą emalię, aby uniknąć smug. 

Skład: ricinus communis oil, argania spinosa oil, sweet almond oil, oil jojoba, tea tree leaf oil, lavender oil, propylparaben

12 ml kosztuje 8,99 zł w tym sklepie internetowym, dostępny jest także w Rossmannie
Moim zdaniem: 
W moim koszyczku wypełnionym po brzegi lakierami do paznokci znalazł się malutki chochlik w postaci odżywczego olejku arganowego od Laury Conti, na którego recenzję dzisiaj Was zapraszam :)
Olejek do paznokci i skórek ma postać bezbarwnego lakieru ( mimo lekkiego pomarańczowego zabarwienia ) aplikowanego za pomocą wąskiego, długiego pędzelka. Olejek ma mocny ziołowo- kamforowy zapach, który nie każdemu może się spodobać, np. mnie ;) Wyczuwalny jest podczas wsmarowywania odżywki, po czym stopniowo traci na intensywności. Matowa buteleczka, w której otrzymujemy olejek ma pojemność 12 ml i jest dodatkowo zapakowana w kartonik, na którym wypisane są wszystkie istotne informacje. 
Olejek najpierw nakładam pędzelkiem, a następnie opuszkiem palca wsmarowuje do sucha w płytkę paznokcia, nie zapominając o skórkach. Dzięki temu, że konsystencja olejku jest tylko lekko tłustawa, szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstewki, można więc od razu pomalować paznokcie na dowolnie wybrany kolor. Preparat delikatnie zmiękcza skórki, ale dla podtrzymania efektu nawilżonych, zadbanych i ładnie wyglądających skórek należy używać tego olejku codziennie- sprawdza się również na pomalowanych paznokciach, albowiem nie ma negatywnego wpływu na trwałość czy blask lakieru. Według producenta olejek można używać też jako wysuszacza, ale z moich obserwacji i testów wynika, że wcale nie przyśpiesza wysychania lakieru. 
Mimo regularności w użytkowaniu nie spostrzegłam, by olejek jakkolwiek wpłynął na stan moich paznokci. Jednak w trakcie tych kilku tygodni stosowania olejku zauważyłam dużą poprawę w wyglądzie skórek i z tego względu jestem skłonna kupić drugą buteleczkę. 
Czytaj więcej »

Lutowy projekt denko

wtorek, 3 marca 2015 58 komentarzy
1. Żel pod prysznic Festa do Brasil, Isana- wyróżnia się orzeźwiającym i egzotycznym zapachem, takim który daje energetycznego kopa z samego rana :) Poza tym robi to, co ma robić, czyli dobrze myje i oczyszcza, dodatkowo nie jest drogi, bo kosztuje coś około 3-4 zł. 
2. Antyperspirant Fresh Natural, Nivea- nie wiem które to już opakowanie. Dobrze chroni przed potem i brzydkim zapachem, ale strasznie podrażnia i szczypie użyty zaraz po depilacji. 
3. Szampon do włosów suchych i zniszczonych Total Repair, Gliss Kur- jeden z moich ulubionych szamponów, albowiem dyscyplinuje je i dogłębnie nawilża. Jest bardzo wydajny, często występuje w promocyjnej cenie za niecałe 10,00 zł, co za 400 ml butlę jest naprawdę malutko :)
4. Regenerujący peeling-masaż do ciała Czarna Róża, Tołpa Botanic- recenzja tutaj 
5. Świeczka do ciała z masłem shea i olejem kokosowym o zapachu piżma, Nacomi- recenzja tutaj
6. Nabłyszczający olejek do włosów, Equilibra- recenzja tutaj
7. Płyn micelarny do demakijażu z wodą miętową, Zielone Laboratorium- recenzja tutaj
8. Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom Liście Manuka, Ziaja- recenzja tutaj
9. Antybakteryjny żel myjący do twarzy Puri-Sebogel, Pharmaceris- kupiłam w promocji za niecałe 18,00 zł. Dobrze się pieni, jest bardzo wydajny, albowiem do umycia twarzy wystarczy jedna, góra dwie pompki. Opakowanie jest nie tylko higieniczne, ale też wygodne w użyciu, a sam żel dobrze oczyszcza z zanieczyszczeń i resztek makijażu, nie podrażnia ani nie powoduje żadnego dyskomfortu. W przyszłości kupię kolejne opakowanie. 
10. Płyn micelarny 3 w 1, Garnier Mineral- recenzja tutaj
11. Hydrolat oczarowy, Manufaktura Kosmetyczna- recenzja tutaj
12. Matująca baza pod makijaż Base Matyfying Primer, Lumene- recenzja tutaj
13. Matująco-wygładzająca baza pod makijaż Perfect Skin, Bell- recenzja wkrótce
14. Aktywny wydłużający tusz do rzęs Cloudberry Excellength Mascara, Lumene- recenzja tutaj
15.Mascara podkręcająca i unosząca rzęsy Curling Pump Up, Lovely- recenzja tutaj
16. Błyszczyk do ust Perfect Stay, Astor- początkowo byłam bardzo zadowolona z tego błyszczyka, używałam go wszędzie i zawsze. Z czasem jednak zaczął się strasznie kleić i to właśnie przez to więcej go nie kupię. 
17. Deserowy balsam ochronny do ust o smaku gumy balonowej, Laura Conti- recenzja tutaj
Czytaj więcej »

Luty na zdjęciach

niedziela, 1 marca 2015 66 komentarzy
 nie mogłam się oprzeć tym uroczo zapakowanym kolorowym gumkom do włosów... | ...przed kupnem tych skarpetek też nie mogłam się oprzeć- jednym słowem Biedronka mnie kiedyś zgubi i puści z torbami :P | przypomniały mi się studenckie czasu, gdy ze stertą gazet czekałam na autobus do domu | pomyślicie, że zwariowałam kupując trzy kurtki jednego dnia i w dodatku w jednym sklepie, ale jak się wytłumaczę to na pewno mnie zrozumiecie: w Monnari kurtki zostały przecenione aż o 70% !!! te trzy ze zdjęcia pierwotnie kosztowały razem ponad 1260 zł, a ja zapłaciłam za nie tylko 380 zł :D
 przeczytałam opis filmu i długo się zastanawiałam czy mam zacząć płakać czy się śmiać... | ostatnio kupuję same brązowe botki | w podróży | nie mogłam zdecydować się na kolor, więc wzięłam w każdym po jednej paczuszce :P 
 znowu chora :( | Tołpa z każdym dniem pozytywnie mnie zaskakuje, naklejki okazały się bardzo przydatne, obkleiłam nimi połowę kosmetyków do pielęgnacji twarzy ;) | przeczytane w lutym | po ciężkim dniu zasłużyłam na kawową chwilę odpoczynku :)
 Mój M. wie jak zorganizować walentynkową randkę :D zamiast do restauracji czy kina zabrał mnie do Afrykarium, gdzie oglądaliśmy pocieszne pingwinki, pałaszującą obiad hipopotamową rodzinkę, obskurnie wyglądającego aligatora oraz walenie  ( chyba, jeśli się mylę poprawcie mnie )
 pospacerowaliśmy też po zoo oglądając żyrafy, małpy, niedźwiedzie i kangury :)
 tłusty czwartek, czyli znowu nie poszło w cycki :P | walentynkowy bukiet od Narzeczonego :) | piątek trzynastego wcale nie był dla mnie pechowy | wyprzedaże ciągle kuszą
 piękne bezchmurne niebo i typowo wiosenna pogoda w lutym | prezent urodzinowy dla Mojego M. | objadanie się i czytanie, czyli tak spędzałam okres chorowania | przed spotkaniem ze znajomymi
im bardziej nietypowe połączenie smakowe, tym bardziej chcę ich spróbować | nowa praca, nowe doświadczenia, nowe wyzwania i mój debiut w roli jurora | nowości lakierowe | coś małego na osłodę choroby
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.