Recenzja: Antybakteryjny tonik Silver Touch Ag 123

niedziela, 30 sierpnia 2015 45 komentarzy
Obietnice producenta:
Antybakteryjny tonik na trądzik Ag 123 z linii SILVER TOUCH doskonale oczyszcza i chroni skórę, przywracając jej naturalny zdrowy wygląd. Innowacyjność i równocześnie skuteczność toniku na trądzik Ag 123 polega na zastosowaniu srebra jonowego, dzięki czemu doskonale oczyszcza skórę, wspomaga leczenie chorób grzybiczych, bakteryjnych zmian skórnych, chorób łojotokowych.Antybakteryjny tonik na trądzik Ag 123 rewelacyjnie łagodzi i redukuje podrażnienia, przyśpiesza ich gojenie. Szczególnie zalecany dla cery trądzikowej. Tonik na trądzik Ag 123 nie zawiera alkoholu i parabenów, jego skuteczność została potwierdzona testami in vivo. Testowany dermatologicznie.

200 ml toniku kosztuje 58,00 zł, a dostępny jest między innymi w tym internetowym sklepie 



Moim skromnym zdaniem:
Toniki na nowo wróciły do moich łask. Kiedyś odstawione na boczny tor na rzecz hydrolatów, od kilku miesięcy wiodą prym w mojej codziennej pielęgnacji skóry twarzy, dlatego chętnie wybieram je do przetestowania, tak jak antybakteryjny tonik z jonowym srebrem, o którym dziś będzie mowa :)
Owalna, biała butelka ma pojemność 200 ml, ale z tego co wyczytałam w Internecie, tonik dostępny jest też w mniejszej wersji, 100 ml. U jej wylotu znajduje się sprawnie działająca pompka, która po naciśnięciu uwalnia finezyjną mgiełkę, otulającą całą twarz. Opakowanie nie jest przezroczyste, więc nie ma możliwości kontrolowania ile toniku zostało jeszcze do końca, ale zapewniam, że szybko to nie nastąpi, albowiem dzięki mgielnej aplikacji produkt jest niesamowicie wydajny. Już przy okazji recenzji innego toniku w postaci spray'u pisałam, że taka forma jest po prostu lepsza, albowiem produkt w całości wchłania się w skórę, a nie wsiąka w wacik. Tonik jak to tonik, jest płynną, klarowną cieczą, w tym przypadku bezzapachową. Wracając jeszcze do opakowania, to jest ono estetyczne, proste i bardzo przejrzyste, możemy na nim znaleźć wszystkie podstawowe informacje, np. skład, który jest bardzo króciutki: aqua (woda), PVP (poliwinylopirolidon - zmiękcza i wygładza skórę), allantoin (alantoina - łagodzi podrażnienia, działa przeciwzapalnie), silver acetate (octan srebra - ma działanie przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe i grzybobójcze), co zaskoczyło nawet mnie, laika w kwestii składów kosmetyków ;) 
Toniku używam od kilku tygodni i nie zauważyłam, by wpłynął na stan moich niedoskonałości, o co trochę mam do niego żal, bo liczyłam, że jakkolwiek wspomoże mnie w rozprawieniu się z nimi. Pomijając jednak ten szczegół, ogólne działanie toniku na skórę oceniam pozytywnie. Genialnie odświeża skórę, szczególnie w niedawno panujące upały, dlatego spryskuję nim twarz nawet kilka razy dziennie, przynosząc jej natychmiastowe ukojenie i orzeźwienie, a użyty z samego rana po przebudzeniu przyjemnie pobudza. Dobrze nawilża skórę, delikatnie ją matuje, przygotowując na dalsze zabiegi pielęgnacyjne. Przy systematycznym stosowaniu toniku pory zaczynają być coraz mniej widoczne, są wyraźnie ściągnięte. Stosuję go także do maseczek z glinek, zastępuje mi wodę i poprzez swoje właściwości wzmacnia działanie maseczki.
Cena toniku do najniższych nie należy, bo 200 ml to wydatek rzędu prawie 60,00 zł, ale biorąc pod uwagę przyjemny i króciutki skład, niczego sobie oddziaływanie na skórę oraz wysoką wydajność, to niektórym z nas wyda się ona adekwatna do ogólnej całości ;)
Czytaj więcej »

Odżywcze mleczko do ciała z olejkami Oil Beauty, Garnier

piątek, 28 sierpnia 2015 48 komentarzy
Obietnice producenta:
Odżywcze mleczko do ciała z olejkami, intensywne nawilżenie i rozświetlenie. Formuła mleczka została wzbogacona o 4 drogocenne olejki: arganowy, makadamia, migdałowy i różany, aby zapewnić efekt widocznie piękniejszej skóry.  Mleczko intensywnie odżywia skórę, wzmacnia jej funkcje ochronne i zapobiega jej wysuszeniu. Mleczko szybko się wchłania, natychmiast rozświetla suchą i pozbawioną blasku skórę, pozostawiając na niej satynowe wykończenie. Skóra jest wyraźnie gładsza, miękka i otulona delikatnym zapachem.  Odżywcze mleczko do ciała z olejkami zapewnia skórze optymalną pielęgnację każdego dnia. 

250 ml kosztuje około 20,00 zł w wielu drogeriach
Moim zdaniem:
O ile produkty do pielęgnacji twarzy z Garniera nie należą do moich faworytów ( jedynym wyjątkiem jest ten płyn micelarny ), tak kosmetyki do włosów ( z małymi wyjątkami, jak szampon z cudownymi olejkami ) czy ciała nigdy mnie nie zawiodły i używam ich z przyjemnością. Moim ostatnim odkryciem od Garniera jest odżywcze mleczko Oil Beauty, kupione za około 13,00 zł w Biedronce. Już po pierwszym użyciu, wiedziałam, że trafiłam w dziesiątkę!
Jako pierwsze moją uwagę przykuło oczywiście opakowanie. Lekko spłaszczona butelka, tu i ówdzie zaokrąglona w jasnym, pozłacanym odcieniu wanilii z wygodną pompką w kolorze starego złota. Po naciśnięciu pompki, z wnętrza opakowania wydostaje się jedwabiście kremowa konsystencja o cudownie kuszącym, otulającym aromacie- jak dla mnie jest to mieszanka zapachowa dwóch olejków użytych w mleczku: macadamia i migdałowego. Dodatkowo w składzie znajdziemy też olejek różany i arganowy. Wracając jeszcze na moment do konsystencji, to na tylnej ściance opakowania możemy przeczytać, że szybko się wchłania, jest nietłusta i nieklejąca się i to wszystko jest prawdą.
Właściwości pielęgnacyjne mleczka oczarowały mnie już przy pierwszym użyciu, z czasem zatracałam się coraz bardziej. Produkt ma konsystencję, którą aż chcę się wcierać w ciało, która gładziutko sunie po skórze, spowijając ją subtelną, satynową warstewką, dając efekt delikatnego rozświetlenia. Mleczko wręcz rozpieszcza skórę, odżywiając ją i zapewniając odpowiedni poziom nawilżenia. Po kilku dniach stosowania zauważyłam, że skóra nabrała ładniejszego kolorytu, a poza tym jest aksamitnie miękka i gładka w dotyku.
Moim zdaniem jest to jedno z najlepszych drogeryjnych mleczek do pielęgnacji ciała i wydałabym na nie każdą złotówkę. Jestem nim totalnie zauroczona, używanie go to dla mnie sama przyjemność :)
Z serii Oil Beauty jest jeszcze upiększający olejek, który już znalazł się na mojej wishliście :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Wielozadaniowa mascara z trzema szczoteczkami Erato, Muse Cosmetics

środa, 26 sierpnia 2015 49 komentarzy
Obietnice producenta:
Unikalność i skuteczność produktu, którą możemy zaobserwować już po 15 dniach regularnego stosowania, gwarantuje kompleks substancji o uzupełniającym się działaniu: 
Widelash- główny aktywny składnik, który wzmacnia włókno oraz cebulkę włosa, a także zwiększa syntezę keratynocytów w cebulce. Keratyna- wypełnia ubytki w strukturze rzęs i zapobiega powstawaniu nowych, przez co rzęsy są widocznie wzmocnione. Panthenol- działa nawilżająco. 
Wielozadaniowa mascara:
 podkręca,
 wydłuża,
 pogrubia (zwiększa objętość bez sklejania),
 nadaje intensywną, trwałą czerń, 
 przyspiesza wzrost rzęs (efekt już po 15 dniach), 
 wzmacnia (rzęsy odzyskują sprężystość, energię i witalność), 
 wypełnia ubytki włosów, odbudowuje strukturę rzęs, 
 zapobiega wypadaniu rzęs, co powoduje ich zagęszczenie, 
 może być stosowana przez osoby noszące szkła kontaktowe, 
 nie powoduje reakcji alergicznych.

Po 15 dniach stosowania 97% badanych zauważyło, że rzęsy stały się gęstsze, a 100% badanych, że rzęsy są bardziej widoczne: dłuższe, grubsze i bardziej podkręcone. Po 30 dniach 98% stwierdziło znaczny wzrost rzęs, a 97% odbudowanie ich struktury i wypełnienie ubytków.

8 ml kosztuje 98,00 zł w tym sklepie internetowym, gdzie znajdziecie też pełny skład maskary
Moim zdaniem:
Gwiazdą dzisiejszej recenzji jest tusz do rzęs, ale nie byle jaki czy też jakiś pierwszy lepszy z rzędu, ale taki, który ma aż trzy szczoteczki! Zaskoczone? Ja na początku też byłam ;) 
Marka Muse dopieściła swój produkt w 100%. Już pierwsze, bardzo pozytywne wrażenie robi czarna, elegancka kasetka, w której znajduje się tusz oraz pozostałe dwie szczoteczki- każdy element ma swoje miejsce, a konsument wie, że ma do czynienia z produktem z wyższej półki. Samo opakowanie jest klasyczne, wykonane z czarnego, matowego tworzywa z subtelnymi, pozłacanymi napisami wygląda bardzo stylowo i cieszy oko swoją prostotą. 
Producent, jak to zawsze producent, dużo obiecuje ;) A jak jego zapewnienia mają się do rzeczywistości? Po kolei: moje krótkie, proste rzęsy po pociągnięciu maskarą Muse są wywinięte ku górze, wydłużone, pogrubione i zyskują kolor intensywnej czerni, a więc pierwsze cztery punkty z listy z opisu producenta możemy wykreślić. Co mamy następne? Ah tak, przyspieszenie wzrostu rzęs, którego nie zaobserwowałam; wzmocnienie, które bezspornie ma miejsce, albowiem rzęsy mniej wypadają; oraz wypełnienie ubytków włosów i odbudowanie struktury rzęs, czego nijak nie potrafię stwierdzić. I na koniec mogę potwierdzić, że tusz nie powoduje reakcji alergicznych. Nie wiem jak się sprawdza przy szkłach kontaktowych, albowiem ja na co dzień preferuje najzwyklejsze okulary, ale nadaje się do stosowania przy wrażliwych oczach, takich jak moje. 
Jak widzicie, każda szczoteczka jest inna, ale są one standardowe, często można je spotkać przy innych tuszach do rzęs. Głównie używam tej pośrodku, z tą po prawo zakolegowała się moja mama, a tą po lewo zamierzam wykorzystać w przyszłości do nakładania olejku rycynowego. 
Nie jestem zachłanną osobą i dla mnie w zupełności wystarczyłaby tylko jedna szczoteczka, pozostałe dwie mogłyby nie być dołączone do tuszu, mimo to znalazłam dla nich zastosowanie. Z samej mascary jestem bardzo zadowolona, bo podoba mi się jak potrafi wystylizować rzęsy ( ostatnie zdjęcie ładnie to obrazuje ), niemniej jednak uważam, że cena jest dość wygórowana, bo znam tusze, które zapewniają podobny efekt za dużo mniejsze pieniądze. 
Czytaj więcej »

Z pamiętnika aparatki

poniedziałek, 24 sierpnia 2015 41 komentarzy
Czy ktoś pamięta jeszcze wpis o moich małych dziwactwach około kosmetycznych? Wspomniałam w nim o tym, że odkąd noszę aparat ortodontyczny potrafię myć zęby po kilka razy dziennie. Od tamtego dnia kołatała mi po głowie myśl, aby podzielić się z Wami, moimi czytelni(cz)kami, swoimi odczuciami, wrażeniami, spostrzeżeniami właśnie o tym jak to jest nosić na zębach ortodontyczny aparat :)
Zacznijmy od tego co było nie tak z moimi zębami. Kilka lat temu zauważyłam, że dolne jedynki zaczęły mi się 'rozjeżdżać', tzn. lewa zaczęła wysuwać mi się ku ustom, a prawa zaś chować za innymi zębami. Początkowo była to mała wada, która zupełnie mi nie przeszkadzała i te kilka lat temu wstecz mi przez myśl nie przeszło, by udać się z tym do specjalisty. Jednak gdzieś w połowie 2013 roku ta jedynka, która zaczęła mi się jakby wychylać od ust zaczęła mi wadzić, albowiem co chwila zahaczałam o nią językiem. Musiało minąć jednak jeszcze kilka miesięcy, abym koniec końców ruszyła swoje zacne cztery litery i wybrała się do ortodonty, co miało miejsce w połowie listopada roku następnego. Na pierwszej wizycie lekarka obejrzała moje zęby, po czym powiedziała, że są one zbyt ciasno osadzone, stąd też dolne jedyny zaczęły się wysuwać, każda w inną, przeciwną stronę. Następnie wzięła odlew obu łuków zębowych, wypisała skierowanie na dwa badania rentgenowskie i zainkasowała 150,00 zł ;) Kolejne 120,00 zł zostawiłam jeszcze tego samego dnia w pracowni rentgenowskiej, w której ( wliczając czas oczekiwania na zdjęcia ) spędziłam może niecałe 10 minut... Drugą wizytę miałam wyznaczoną dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia, dokładniej to 12 grudnia 2014 r. i to jest właśnie dzień, w którym wyszłam z gabinetu z metalem na dolnym łuku szczękowym ;) Tym razem uboższa o 1800,00 zł... Zakładanie aparatu trwało około godziny: ortodontka najpierw założyła tzw. pierścienie na przedostatnie zęby, potem poprzyklejała klamerki, następnie połączyła je drucikiem, który przymocowała do całej reszty gumeczkami- miałam możliwość wyboru koloru tych gumeczek i chociaż ortodontka zaprezentowała mi ich całą gamę barw, ja i tak zdecydowałam się na najmniej rzucające się w oczy, czyli transparentne. 
Pierwsze dni z aparatem były, delikatnie mówiąc, męczące. Bolała mnie cała szczęka, klamerki podrażniły mi policzki, zęby miałam przewrażliwione, a jedzenie czegokolwiek, co nie miało płynnej formy, sprawiało mi ból. Dopiero po mniej więcej tygodniu wszystko wróciło do normy i mogłam normalnie zacząć jeść. Właściwie nie tak do końca normalnie, bo na czas noszenia drucianego towarzysza musiałam zrezygnować, np. z gumy do żucia, chleba ze względu na twardą skórkę, cukierków- ciągutków typu krówki, jabłek i innych twardych owoców czy warzyw też nie mogłam jeść w całości tylko najlepiej gotowane. Higiena jamy ustnej też uległa zmianie. Po pierwsze, musiałam częściej myć zęby, najlepiej po każdym posiłku, aby po pierwsze, nie mieć całego jadłospisu na zębach, a po drugie, aby resztki jedzenia nie stały się pożywką dla bakterii. Na te kilka miesięcy zrezygnowałam z elektronicznej szczoteczki na rzecz zwykłej, albowiem miałam obawy, że tą pierwszą mogę uszkodzić aparat- czasami sobie ubzduram coś takiego dziwnego i nikt mnie nie przegada ;) Częściej sięgałam też po płyn do płukania jamy ustnej. 
Na kontrolne wizyty i dokręcanie aparatu jeździłam praktycznie raz w miesiącu, za każdym razem zostawiając w gabinecie 100,00 zł... I kolejne kilka złotych w Drogerii Naturze, która znajduje się centralnie pod odwiedzanym przeze mnie gabinetem stomatologicznym :P
17 lipca, czyli po 7 miesiącach, a więc dość szybko ( na pierwszej wizycie pani ortodonta stwierdziła, że leczenie będzie trwać około roku ), aparat ortodontyczny został zdjęty i zastąpiony retencyjnym, czyli cienkim drucikiem zamontowanym na zębach od strony języka, którego zadaniem jest utrzymanie zębów w ich nowej pozycji- jest niewidoczny,  w niczym nie przeszkadza, praktycznie go nie czuć, kosztował mnie 300,00 zł i będzie ze mną jeszcze przez dwa-trzy lata. Najważniejsze jest jednak to, że nareszcie mogę cieszyć się prostymi ząbkami! I choć minął już miesiąc ( jak ten czas szybko leci! ) odkąd nie mam normalnego aparatu, ja nadal nie potrafię się przyzwyczaić do mojego nowego, równiutkiego uzębienia :P 
Myślę, że ujęłam wszystko to, co najważniejsze, ale jeśli macie jeszcze jakieś dodatkowe pytania, bo może o czymś zapomniałam wspomnieć, to piszcie śmiało, na każde odpowiem :)

PS. Chętnie pokazałabym Wam zdjęcia porównujące stan mojego uzębienia przed i po, ale gapa ze mnie jakich mało i nie zrobiłam zdjęć ani przed ani na początku noszenia aparatu :(
Czytaj więcej »

Płyny micelarne Owies i Rumianek, Green Pharmacy

sobota, 22 sierpnia 2015 47 komentarzy
Obietnice producenta:
OWIES: Bezzapachowy. Działa potrójnie: oczyszcza, tonizuje i nawilża. Do codziennej pielęgnacji. Nie wymaga spłukiwania. Forma miceli daje wysoką jakość oczyszczania, zapewnia łagodny demakijaż. Dzięki neutralnemu pH zachowuje równowagę fizjologiczną skóry, nie narusza jej bariery ochronnej. Łagodnie i skutecznie usuwa zanieczyszczenia z twarzy, szyi i dekoltu, zmywa makijaż oczu i ust. Jest wzbogacony łagodzącym i regenerującym ekstraktem z owsa oraz nawilżającym pantenolem. Specjalny, wielozadaniowy składnik ochronny, uspokaja podrażnienia, daje elastyczność, sprężystość i gładkość skóry, chroni przed utratą wilgoci i pozostawia uczucie komfortu. 
RUMIANEK: Bezzapachowy. Działa potrójnie: oczyszcza, tonizuje i nawilża. Do codziennej pielęgnacji. Nie wymaga spłukiwania. Forma miceli daje wysoką jakość oczyszczania, zapewnia łagodny demakijaż. Dzięki neutralnemu pH zachowuje równowagę fizjologiczną skóry, nie narusza jej bariery ochronnej. Nie wysusza, łagodzi napięcia, przyjemnie odświeża. Łagodnie i skutecznie usuwa zanieczyszczenia z twarzy, szyi i dekoltu, zmywa makijaż oczu i ust. Jest wzbogacony kojącym ekstraktem z rumianku lekarskiego oraz nawilżającym pantenolem. Specjalny, wielozadaniowy składnik ochronny, uspokaja podrażnienia, daje elastyczność, sprężystość i gładkość skóry, chroni przed utratą wilgoci. Płyn pozostawia uczucie komfortu oraz gładką i miękką cerę. 

500 ml to wydatek raptem około 12,00 zł, np. w Drogeriach Natura


Moim zdaniem:
Płyny micelarne, to jedyne preparaty do demakijażu, które uznaje. Nie sprawdzają się u mnie żadne mleczka, emulsje i inne im podobne. Po prostu są dla mnie za ciężkie i często też za tłuste, to micele mają dla mnie odpowiednią konsystencję. Wśród nich mam kilku ulubieńców, do których systematycznie powracam, ale przecież to nie stoi na przeszkodzie, by wypróbowywać nowości, co rusz ukazujące się na drogeryjnych półkach. Płyny, o których dziś będzie mowa, nie są już "pierwszej świeżości", ale ja odkryłam je jakoś dopiero z początkiem roku, a że wykończyłam już dwie butle tych płynów, to najwyższa pora napisać ich recenzję :)
Płyny micelarne Green Pharmacy dostępne są w dwóch wersjach: Owies i Rumianek, oraz w dwóch pojemnościach: 250 ml i 500 ml. Zawsze kupuję większe opakowanie, dlatego, że jest to opcja korzystniejsza dla mojego portfela ;) W Drogerii Natura, gdzie kupuję je najczęściej, 500 ml butla kosztuje około 12,00 zł, więc same przyznacie, że cena jest baaardzo przyjemna i sprawia też, że płyny te są jedną z lepszych ofert na kosmetycznym rynku.
Owalne butle zakończone są dozownikiem w postaci niewielkiej dziurki, przykrytej klapką zieloną w wersji z rumiankiem i żółtą w wersji z owsem. Niestety, tworzywo, z którego zatyczki zostały wykonane są bardzo kiepskiej jakości, już po pierwszym czy drugim użyciu częściowo się urwały, a pod koniec płynu całkowicie odpadły. 
Jak dla mnie płyny te w ogóle się od siebie nie różnią pod względem działania. Oba bardzo dobrze się u mnie sprawują, radząc sobie ze zmywaniem kolorowych kosmetyków, odświeżaniem skóry i oczyszczaniem jej z nagromadzonych zanieczyszczeń. Żaden z nich nie podrażnił moich wrażliwych oczu ani też nie wpłynął negatywnie na stan mojej cery. Zaraz po ich użyciu skóra jest zmiękczona, gładka w dotyku i lekko nawilżona. Płyn ma również łagodzący wpływ na skórę, koi wszelkie podrażnienia oraz przywraca skórze elastyczność. 
Jak wspomniałam we wstępie, zużyłam już dwie butle płynów micelarnych Green Pharmany i kolejne dwie mam w zapasach. To chyba mówi samo ze siebie ;)


PS. Pragnę donieść, że po tygodniach bicia się z myślami, postanowiłam założyć konto na Instagramie, do którego odwiedzania i obserwowania bardzo Was zachęcam :D 
Czytaj więcej »

Recenzja: Żel do mycia z wyciągiem z ogórka z witaminą A, Simply Beautiful Collection

środa, 19 sierpnia 2015 45 komentarzy
Obietnice producenta:
Delikatny kosmetyk ‘ochronny’ w żelu, który wygładzi i ukoi skórę bez pozostawiania na jej powierzchni lepiącej powłoki jak wiele innych żeli. Można z powodzeniem stosować go pod makijaż, jak również na noc. Doskonale nawilża suchą i odwodnioną skórę, zwłaszcza szarą, zmęczoną czy też zniszczoną przez środowiskowe czynniki zewnętrzne. Regularnie stosowany pomoże przywrócić skórze gładkość i zdrowszy wygląd poprzez zatrzymanie w skórze wody, czyli utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia.  

Żel o pojemności 250 ml kosztuje 42,90 zł w sklepie Forever Young 
Moim zdaniem:
Od kilkudziesięciu minut gapię się w ekran monitora, jak przysłowiowa sroka w gnat i ( nie po raz pierwszy z resztą ) zastanawiam się na wstępem do recenzji. Niezwykłą przyjemność sprawia mi pisanie dla Was, ale wymyślenie pierwszych kilku zdań stanowi dla mnie zawsze torturę... Dlatego potraktujmy to, co napisałam do tego momentu za wstęp i przejdźmy do właściwego tematu, czyli recenzji żelu do mycia z wyciągiem z ogórka oraz witaminą A, który może być też stosowany również jako maska do twarzy :)
W zwykłej, prostej butelce znajduje się 250 ml żelu, który swoją konsystencją przypomina ten do stylizacji włosów- ma bardziej gęstą i galaretowatą postać niż znane mi żele do mycia, które są przeważnie płynne. Produkt ma delikatny zielony kolor i jak przystało na kosmetyk z wyciągiem z ogórka, pachnie tym warzywkiem, czyli świeżo i rześko :) U wylotu butelki z żelem znajduje się pompka, która jeszcze nigdy mi się nie zacięła i która jest odpowiednio zabezpieczona klipsem widocznym na zdjęciu powyżej. 
Po żel sięgam najczęściej rano, w celu odświeżenia i rozbudzenia po całej nocy- ogórkowy zapach bardzo mi to ułatwia. Na umycie całej twarzy potrzebuję dwóch pompek. Strasznie przeszkadza mi to, że żel w ogóle się nie pieni, nawet przy użyciu gąbeczki, a jak wiecie, jestem z tych, co to lubią mieć wokół siebie mnóstwo piany ;) Przez to mam poczucie, że właściwości oczyszczające tego żelu są bardzo delikatne. Po umyciu nim skóry odnoszę wrażenie, że jest czysta, ale jakby niedoczyszczona. Być może spowodowane jest to tym, że przez lata skóra mojej twarzy była przyzwyczajana do innego rodzaju żeli, bardziej "konkretnych" w działaniu. Po spłukaniu, skóra jest wyraźnie zmiękczona i dostatecznie nawilżona, jednak dla lepszego efektu nie zapominam o wklepaniu odpowiedniego kremu. Ciekawostką jest to, że jest to żel, który może być stosowany również do mycia ciała, a także jako maseczka, o czym wspomniałam na wstępie, ja jednak używałam go tylko do pielęgnacji skóry twarzy. 
Podsumowując, jest to bardzo delikatny żel do mycia, który nie wyrządził krzywdy mojej cerze. Uważam, że bardziej sprawdzi się przy mniej wymagających cerach i tych, które lubią łagodne traktowanie. Na mnie jednak nie wywarł tak dobrego wrażenia, bym zdecydowała się na jego ponowny zakup. Przede wszystkim dlatego, że nic się nie pieni, a ja tego bardzo nie lubię :P
Czytaj więcej »

trzy najpiękniejsze suknie ślubne prosto z ekranu

poniedziałek, 17 sierpnia 2015 61 komentarzy
Do ślubu zostało nieco ponad rok czasu, a ja nadal nie potrafię się zdecydować jak ma wyglądać moja suknia... W poszukiwaniu inspiracji przejrzałam te, w których w tak ważnym dniu wystąpiły bohaterki filmów i seriali i wybrałam trzy, na widok których moje serce przyspieszyło swój rytm :)
1. Bella, "Przed świtem"
Szczerze? Z przodu suknia Przyszłej Pani Wampirowej nie robi na mnie najmniejszego wrażenia, ale spójrzcie na jej tył! Jak go zobaczyłam, to z wrażenia aż mi dech zaparło w piersi. Misterna koronka, przezroczystości i rządek guziczków tworzy dla mnie niesamowitą całość. 
2. Liv, "Ślubne wojny"
O sukni bohaterki granej przez Kate Hudson wspomniałam przy okazji wpisu o filmach ze ślubami w tle ( klik ), od którego minęło kilka miesięcy, a ja nadal twierdzę, że jest to jedna z najpiękniejszych sukien, jakie w swoim życiu widziałam. 
3. Temperance, "Kości"
Ta suknia ma w sobie po prostu to coś, tylko nie umiem dokładnie określić co to takiego jest. Podoba mi się w niej między innymi jej kolor przełamanej bieli, chociaż ja swoją wolałabym w jej dziewiczym odcieniu ;)
Czytaj więcej »

Recenzja: Mydła Błototo i Szałwioszał, Sztuka Mydła

piątek, 14 sierpnia 2015 53 komentarze
Obietnice producenta:
Szałwioszał: Mydło o świeżym, herbacianym zapachu szałwii. Zawiera szałwiowy olejek eteryczny oraz liście tejże rośliny. Szałwia to jedna z najbardziej cenionych roślin leczniczych. Wykorzystywana do pielęgnacji skóry zanieczyszczonej, ze skłonnością do trądziku. Reguluje działanie gruczołów łojowych, oczyszcza, ściąga i rozjaśnia. W mydle Szałwioszał asystuje jej odżywczy miód oraz nawilżająca i wygładzająca oliwa z oliwek.
Błototo: Poranny prysznic z mydłem Błototo ekspresowo postawi na nogi. Błoto z Morza Martwego odświeży i oczyści skórę. W doborowym towarzystwie: grejpfruta, pomarańczy i lawendy dopieści zmysły. Bogate w przeciwutleniacze masło kakaowe zadba o zmiękczenie i wygładzenie skóry. Mydło sprawdza się do całego ciała, jak i do skóry twarzy.

mydła kupicie tutaj, 50 g za 7,00 zł, a 100 g za 13,00 zł
Moim zdaniem:
Mydło w kostce- niby nic specjalnego, ale w rękach niektórych osób potrafi zamienić się w kosmetyczną perełkę. Właśnie takimi małymi cudeńkami są mydła, które kilka tygodni temu otrzymałam od Sztuki Mydła, zajmującej się tradycyjnym mydlarstwem. Spośród mydeł między innymi solnych czy peelingujących wybrałam dla siebie kostkę z błotem z Morza Martwego oraz drugą o szałwiowym zapachu. Zainteresowanych zapraszam na ich recenzję :)
Oba mydła wiele łączy, między innymi taki sam kształt, to, że w kontakcie z wodą i/lub gąbką fajnie się pienią, wytłoczone litery SM ( od Sztuki Mydła ) oraz wdzięczne nazwy i ich krótkie opisy. Zarówno "Błototo", jak i "Szałwioszał" są w 100% naturalne i ręcznie wykonane, a więc bez parabenów i konserwantów.
Każde mydło jest owinięte przezroczystą folią, na którą została naklejona nalepka z nazwą, krótkim opisem oraz składem i datą ważności. Mimo że są szczelnie zawinięte, to ich zapach przedziera się i łechcze zmysł węchu. "Szałwioszał" ma lekko kwaskowaty aromat z delikatną ziołową nutą, a "Błototo" pachnie przyjemnie, jednak czuć taką nieco ostrą woń błotka ;)
Jednego i drugiego mydła używam do pielęgnacji ciała. Oba wywiązują się ze swojego elementarnego zadania, jakim jest  odświeżenie skóry, umycie jej i oczyszczenie z zanieczyszczeń i brudu. W składzie mydła "Szałwioszał" znajdziemy szałwiowy olejek eteryczny, miód, oliwę z oliwek, olej ze słodkich migdałów oraz masło kakaowe- mieszanka ta dodatkowo wygładza i zmiękcza skórę, a także łagodnie nawilża, dzięki czemu po wyjściu spod prysznica nie ma potrzeby wsmarowywania w ciało balsamu. Skład mydła "Błototo" jest podobny, również zawiera w sobie olej ze słodkich migdałów, masło kakaowe, oliwę z oliwek oraz olejek eteryczny, ale w tym przypadku lawendowy, a zamiast miodu występuję błoto z Morza Martwego. Takie połączenie składników sprawia, że skóra po użyciu tego mydła jest odżywiona, gładka w dotyku i ma zdrowszy koloryt. 
Wspomniałam wcześniej, że używam tych mydeł od kilku tygodni i żadne nie wywołało u mnie podrażnienia, uczulenia, ani nie wysuszyło skóry, jak to bywa w przypadku innych mydeł w kostce. 
Duży plus należy się Sztuce Mydła za dopieszczenie każdego szczegółu dostawy. Mam tu na myśli głównie to, że mydełka otrzymałam zapakowane w kartonowe pudełeczko z logo marki ( kilk ), które prezentuje się wyjątkowo ładnie, cieszy oko konsumenta oraz dodatkowo dobrze wpływa na nastawienie do firmy :) 
Sztuka Mydła ma w swoim asortymencie jeszcze kilka innych mydeł, myślę że równie wspaniałych jak te dwa, które dziś Wam przybliżyłam, które chciałabym przygarnąć wszystkie :D
Czytaj więcej »

Brokatowo

wtorek, 11 sierpnia 2015 58 komentarzy
baza: Miss Sporty, nr 031
brokat: Essence, nr 44 on air!
Czytaj więcej »

Odżywka do paznokci cienkich lub miękkich, Intensive Therapy II, Nail Tek

sobota, 8 sierpnia 2015 54 komentarze
Zapewnienie producenta:
Odżywka w formie bezbarwnego lakieru, do stosowania zarówno na, jak i pod lakier kolorowy. Stosowana codziennie, bez konieczności zmywania uprzednio nałożonych warstw, pielęgnuje paznokcie oraz nabłyszcza i zabezpiecza lakier kolorowy. Stosowana bezpośrednio na płytkę paznokcia, pełni funkcję odżywczej bazy pod lakier kolorowy. Zalecana do paznokci wymagających intensywnego wzmocnienia. Utwardza płytkę paznokcia, spaja ze sobą jej warstwy oraz zapobiega jej rozdwajaniu.

15 ml kosztuje około 20,00 zł
Moim zdaniem:
Nail Tek- chyba nie ma blogerki, która nie używałaby lub chociaż nie słyszała o tych odżywkach do paznokci. Ja jedną z nich, a dokładnie Intensive Therapy II, kupiłam w kwietniu, od tamtego czasu stosuję ją regularnie i chociaż zużyłam dopiero 1/3 buteleczki, to zdążyłam wyrobić sobie o niej zdanie. Jeżeli jesteście ciekawe mojej opinii, to zapraszam do dalszej lektury :)
Szklana buteleczka schowana została w biały kartonik, a dołączona ulotka zawiera wszystkie niezbędne informacje, co zaspokoi nawet najbardziej wybrednego konsumenta. Butelka z odżywką jest przezroczysta, więc gołym okiem widać stopień jej zużycia. Zakończona jest białą, zaokrągloną nakrętką, która wygodnie leży w dłoni, nie wyślizguje się i pozwala na bezproblemowe pomalowanie paznokci. Aplikowanie odżywki szerokim pędzelkiem, równo ściętym i o odpowiednio gęstym włosiu, to czysta przyjemność. Sam preparat jest bezbarwny, pachnie jak większość lakierów do paznokci, ale wydaję mi się, że w przeciwieństwie do nich jest bardziej wodnisty, mimo to nie rozlewa się przy skórkach. Ponadto bardzo szybko wysycha, wygładzając płytkę paznokcia i stanowiąc znakomitą bazę pod lakiery. Odżywkę mam od kwietnia, czyli już prawie pół roku i wciąż ma taką samą konsystencję. 
Preparatu Nail Tek używam średnio co drugi-trzeci dzień, przed malowaniem paznokci na wybrany kolor. Jak wspomniałam w akapicie wyżej, bardzo dobrze sprawdza się jako baza pod lakier, chroniąc płytkę przed przebarwieniami i znacznie przedłużając trwałość samego lakieru. Skąd to wiem, skoro przed chwilą przyznałam się jak często maluję paznokcie? Sprawdziłam to przez kilka pierwszych tygodni jej stosowania, kiedy to nie musiałam malować paznokci nawet przez tydzień, a one nadal wyglądały jak w pierwszym dniu ;) Odżywka bardzo fajnie współpracuje z lakierami, które gładko suną po warstwie odżywki, nie tworząc smug. 
Jest to preparat, po którym paznokcie rosną jak szalone. Serio, nie nadążam z ich skracaniem, bo jak wiecie lubię króciutko spiłowane pazurki. Dzięki systematycznemu stosowaniu, paznokcie są odżywione, wzmocnione, dzięki czemu nie łamią się przy pierwszej lepszej okazji, ale niestety odżywka nie zapobiegła ich rozdwajaniu się, mimo że według producenta to też powinna robić. Niemniej jednak dzięki odżywce płytka paznokcia ładnie się wygładziła i zyskała zdrowszy kolor i wygląd. 
Aha, wiem, że wiele dziewczyn narzeka, iż wysusza skórki, ja jednak tego nie zauważyłam, pewnie dlatego, że traktuje je żelem do usuwania skórek Sally Hansen, o którym też w swoim czasie napiszę.
Jak dla mnie jest to bardzo dobra odżywka i nie żałuję wydania na nią ani złotówki- warto poszukać jej w Internecie, gdzie jej cena jest dużo korzystniejsza niż w popularnych drogeriach, np. Hebe. Co więcej, jestem pewna, że kupię jeszcze nie jedno jej opakowanie, a także zapoznam się z innymi preparatami Nail Tek :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Odprężający peeling do ciała z kamelią japońską, Cosmepick

środa, 5 sierpnia 2015 56 komentarzy
Obietnice producenta:
Specjalnie opracowana, bogata receptura na bazie 3 olejów - z kamelii japońskiej, słodkich migdałów oraz winogron. Peeling wspomaga wyszczuplanie oraz odżywia i doskonale wygładza ciało. Wyselekcjonowane kryształki cukru usuwają zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka, poprawiając mikrokrążenie i jędrność skóry. Regularne stosowanie peelingu do ciała zapewnia uczucie wypielęgnowanej i jedwabiście gładkiej skóry, a zniewalający orientalny zapach relaksuje zmysły, odpręża umysł i wyraźnie poprawia nastrój.
200 ml kosztuje 17,99 zł, a do kupienia jest między innymi w tym sklepie internetowym
Moim zdaniem: 
Kamelia japońska, ze względu na swoje właściwości dogłębnego nawilżania, odżywiania i zmiękczania, jest wykorzystywana w pielęgnacji włosów i skóry już od starożytnych czasów. Dzięki marce Cosmepick mogłam poznać jej oddziaływanie na skórę, dlatego teraz zamierzam opowiedzieć Wam o swoich odczuciach :)
W ramach współpracy otrzymałam odprężający peeling, w składzie którego tytułowa japońska kamelia znajduje się na 7 miejscu w składzie, między innymi za olejem z pestek winogron, olejem migdałowym i parafinowym. 
Plastikowy, okrągły słoiczek z szerokim otworem kryje w sobie 200 ml cukrowego peelingu w mocno fioletowym kolorze i o urzekającym, słodko-kwiatowym zapachu, umilającym zabieg złuszczania naskórka, pobudzającym i odprężającym. Produkt jest bardzo dobrze zabezpieczony przed zanieczyszczeniem i wścibskimi paluchami, ale plastik, z którego zostało wykonane opakowanie jest niestety kiepskiej jakości: przy upadku nawet w niewielkiej wysokości zaczyna rozpękać, a powstałe odłamki rozpryskiwać. Ratuje je tylko to, iż jest bardzo wygodne w użytkowaniu, a znajdujący się w środku peeling wydajny i skuteczny w działaniu.
Zawarte w produkcie kryształki cukru są tak ostre, jak to lubię. Podczas masowania przyjemnie drapią skórę, usuwając z niej martwy naskórek, wygładzając i delikatnie napinając. Zaś mieszanka olejków pozwala na odpowiednie nawilżenie skóry, czyniąc ją mięciutką w dotyku i elastyczną. Mimo zawartości parafiny, po spłukaniu na skórze nie pozostaje żadna warstewka ochronna, którą część z Was lubi, kilka akceptuje, a reszta totalnie jej nie dzierży ;) 
Cóż mogę więcej napisać, peeling spełnia swoje podstawowe zadanie, czyli ściera martwy naskórek, dzięki czemu skóra jest gładka, miękka i po prostu lepiej wygląda. Mnie bardzo przypadł do gustu i jedyne na co mogę się poskarżyć to to, że nie jest dostępny stacjonarnie.
PS. W wersji z kamelią japońską dostępne są jeszcze: relaksujące masło i orientalny balsam do ciała :)

EDIT: Dowiedziałam się, że kosmetyki pielęgnacyjne Cosmepick jednak są dostępne stacjonarnie, między innymi w Super Pharm :)
Czytaj więcej »

Lipcowy projekt denko

poniedziałek, 3 sierpnia 2015 53 komentarze
1. Łagodzący żel do golenia, Skino- nie wiem już ile opakowań tego żelu zużyłam, ale zapewniam Was, że to które tu widzicie nie będzie ostatnim :) Żel Skino ma bardzo podobną konsystencję jak dobrze Wam znane żele Satin Care z Gillette, a kosztują około 10,00 zł mniej. 
2. Płyn do higieny intymnej Konwalia, Ziaja Intima- po raz kolejny się powtórzę, że płynom z serii Intima jestem wierna od wielu, wielu lat. W 100% spełniają moje wszystkie oczekiwania. 
3. Olejek do kąpieli Brzoskwinia&Mango, Tutti Frutti- nie wiem dlaczego producent nazwał ten produkt olejkiem, skoro ma typowo żelową konsystencję. Pewnie to taki chwyt marketingowy ;) Tak czy siak bardzo go lubię, głównie dlatego, że przepięknie pachnie ( jak wszystkie olejki i inne kosmetyki z serii Tutti Frutti ), fantastycznie się pieni i dobrze oczyszcza, nie wysuszając jednocześnie skóry. 
4. Odżywka do włosów suchych i zniszczonych, Total Repair Gliss Kur- wiem, że produkty Gliss Kur są wręcz przeładowane silikonami, ale moim włosom to kompletnie nie przeszkadza i dlatego z chęcią ich używam. Odżywkę stosuję w celu dociążenia włosów, które mają tendencję do puszenia się. A w gratisie otrzymuję nawilżenie czupryny, zmiękczenie i blask :)
5. Szampon odżywczy z cudownymi olejkami arganowym i kameliowym, Ultra Doux Garnier- miało być tak pięknie, a wyszło...nijak. Szampon znalazł się na jednej z moich wishlist, ale po zużyciu całej butelki, drugi raz bym go tam nie umieściła. Spełnia swoje podstawowe zadanie, czyli myje, oczyszcza, odświeża włosy, ale poza tym nie robi z włosami nic a nic.
6. Kremowy żel pod prysznic Orzechy Macadamia z Gwatemali, Yves Rocher- mimo niewielkiej wydajności, lubię żele z serii Jardins du Monde. Ten, jak i pozostałe, dobrze oczyszcza i myję skórę, nie wysuszając jej i umilając swym zapachem codzienny prysznic. Warto wspomnieć, że w składzie nie znajdziecie ani SLES ani SLS :)
7. Olejek arganowy do włosów, Chi- kiedyś w podobnych buteleczkach kupowałam jedwab do włosów :) Olejek Chi ma identyczną, tłustawą konsystencję. Używałam go tylko na końcówki, do pielęgnacji których wystarczyła malutka kropelka. Olejek ujarzmia puszące się włosy, skleja rozdwojone końce, dzięki czemu wyglądają na odżywione i zdrowsze. Dodaje też włosom delikatnego blasku i łagodnego zapachu, utrzymującego się nawet do następnego mycia. 
8. Naturalny peeling solno- błotny z Morza Martwego z dodatkiem olejku arganowego, White Flower's- jak ten peeling cudownie pachnie! Naprawdę, warto go kupić tylko ze względu na sam jego zapach :) O właściwościach pielęgnacyjnych też mogę napisać dużo dobrego, bo świetnie radzi sobie ze ścieraniem martwego naskórka, pozostawiając skórę przyjemnie gładką, miękką i nawilżoną. Tak, tak, nawilżoną na tyle, by nie musieć używać balsamu. 
9. Antyperspirant Ultra Dry, Garnier Mineral- ten i inne jego wersje to moi niekwestionowani ulubieńcy już od kilku lat.
10. Płyn micelarny 3w1 Owiec, Green Pharmacy- recenzja jeszcze w tym miesiącu, obiecuję!
11. Ziołowy żel do mycia twarzy do cery tłustej i trądzikowej, Fitomed- recenzja wkrótce :)
12. Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom, Ziaja Liście Manuka- recenzja tutaj. Po zużyciu kilku tubek tejże pasty robię sobie przerwę, albowiem mimo dobrego wpływu na moją cerę, najzwyczajniej w świecie mi się znudziła :P
13. Dwufazowy płyn do demakijażu oczy z wyciągiem z bławatka, Pur Bleuet Yves Rocher- recenzja tutaj, a kolejną buteleczkę już mam w zapasie :)
14. Dwufazowy olejek do ciała, Power Fruit Evree- recenzja tutaj
15. Pomadka nawilżająca Glam&Sexy, Bell- recenzja tutaj
16. Błyszczyk do ust, Luxury Rich Color Golden Rose- recenzja tutaj
17.  Puder bambusowy, Paese- sypkie pudry transparentne są jednymi z moich ulubionych. Miałam ryżowy, w lipcu dna dobił bambusowy i oba są godne polecenia, albowiem ładnie matują, utrwalają makijaż, a co najważniejsze nie zapychają i nie obciążają skóry. 
Czytaj więcej »

Lipiec na zdjęciach

sobota, 1 sierpnia 2015 49 komentarzy
gadżet z Tchibo pozytywnie przeszedł pierwsze testy :) | z tej bajki chyba nigdy nie wyrosnę :P | skromne nowości kosmetyczne |wyrzutki lakierowe
 już prawie go kupiłam :P | kolejne szkolenie zakończone | w drodze powrotnej z aquaparku | malusia filiżaneczka na poranną kawkę :)
 lipcowe pazurki czyli:  soczyście z nr 12 Mandarine Bay | elegancko z Rich Color nr 64 i Galaxy nr 21 | oczodajnie z czyli nr 3 | i stonowanie z nr 19
 przeczytane w lipcu | przyszedł czas na nowe wyzwania zawodowe | zamiast szukać sukni ślubnej, przeglądam katalogi z projektami domów :P | wymianka książkowa z Agatą z bloga Naczytane
 mało wakacyjna ta pogoda... | te napisy na butelkach Coca Coli takie mądre :P | gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś będę miała 'aż' tyle pędzli, to bym go wyśmiała :P | gdyby kózka nie skakała... 
 lipcowe współprace, w ramach których testować będę: tonik ze srebrem | puder mineralny oraz ogórkowy żel do mycia | mydełka | tusz do rzęs aż z trzema różnymi szczoteczkami
a na koniec coś dla zaspokojenia zmysłu smaku, czyli nowa Mamba z kokosowym posmakiem | wizyta w Mc'Donald'sie| malinki prosto z krzaczka | mrożona kawa też mi smakuje ;)
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.