Recenzja: Naturalne mydło kokos z pomarańczą i migdałami, Pszczelna Dolinka

czwartek, 29 października 2015 48 komentarzy
Obietnice producenta:
Rewitalizująca i orzeźwiająca kompozycja pomarańczy, kokosu i migdałów. Dobroczynne dla skóry działanie olejku palmowego, kokosowego, olejku z pestek brzoskwiń, olejku z pestek arbuza oraz pachnącego olejku ze słodkiej pomarańczy, kokosowego i ze słodkich migdałów. Przyjemność korzystania z mydła dopełniają zatopione w nim wiórki kokosowe, drobno zmielone płatki migdałowe, drobinki suszonej skórki pomarańczowej oraz suszony plasterek pomarańczy. 


około 110 g mydła kosztuje 15,00 zł w sklepie Pszczelnej Dolinki

Moim zdaniem:
Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę używać naturalnych mydeł, to chyba bym go wyśmiała- przecież żele są wygodniejsze, tak dobrze się pienią ( no, przynajmniej większość ) i mają ładne zapachy. Wystarczyło jednak, abym założyła bloga, otrzymała kilka takich mydeł i cały mój 'mydłopogląd' szlak trafił...
Dzisiejszym bohaterem wpisu jest naturalne i ręcznie robione mydełko o rozkosznym zapachu owocowej mieszkanki pomarańczy z migdałami. W tle przewija się też kokosowa nuta, ale tak dyskretna, że prawie nie uchwytna. Mydło ma postać niedużej, trochę niekształtnej kostki z zatopionymi w niej plastrem pomarańczy oraz migdałami. Ma kolor cieniowanej pomarańczy, taki trochę efekt ombre :P Wygodnie leży w dłoni, nie wyślizguje się i fajnie się pieni.
Mydło nie jest 'zanieczyszczone' żadnymi syntetycznymi dodatkami, sztucznymi konserwantami ani silikonami, powstało na bazie oleju kokosowego oraz palmowego, które wzbogacone zostały dodatkowo olejem ze słodkich migdałów, z pestek arbuza oraz z pestek brzoskwiń. Z połączenia tych olejków powstało mydełko, które bardzo dobrze dba i pielęgnuje skórę, zapewniając jej nawilżenie i odżywienie na wysokim poziomie. Nie wysusza, jak większość zwykłych mydeł, ani nie pozostawia uczucia naciągniętej skóry, więc nie ma potrzebny sięgania po balsam do ciała. Poza tym delikatnie łagodzi wszelkie podrażnienia, niweluje szorstkość skóry, przyjemnie odświeża oraz regeneruje skórę. 
Mydło testowałam tylko na skórze ciała, a piszę o tym, bo wiem, że niektóre z dziewczyn używają też wyrobów Pszczelnej Dolinki do oczyszczania twarzy i nawet sobie to chwalą, ja jednak po przygodzie z mydłem z otrębami pszennymi z Białego Jelenia, wolę się tego wystrzegać. Myślę, że to mydełko jest fajną alternatywą dla drogeryjnych kosmetyków oczyszczających naładowanych chemią i innymi substancjami, np. zapachowymi. I całkiem fajnym pomysłem na upominek, bo czyż w swej niekształtności nie wygląda przeuroczo :)?
Czytaj więcej »

Grzechy młodości, czyli 7 błędów kosmetycznych popełnionych przez nastoletnią MintElegance...

poniedziałek, 26 października 2015 58 komentarzy
... których teraz bardzo żałuje...
1. Wycinanie skórek
Błąd, który zaczęłam popełniać mając kilkanaście lat i który popełniałam jeszcze do niedawna. Ile to razy, przez nieuwagę, wycięłam za mocno skórę, a potem klęłam pod nosem z bólu... I po co, skoro skórki szybko odrastały, zadzierały się i były coraz mocniejsze? Jak to dobrze, że są blogi kosmetyczne, z których dowiedziałam się o specjalnych żelach do usuwania skórek ( o jednym pisałam tutaj ), które są o wiele wygodniejsze, a przede wszystkim bezpieczniejsze dla moich paznokci ;)
2. Obgryzanie paznokci
Moje paznokcie nigdy nie były super mocne, odkąd pamiętam a to mi się rozdwajały, a to łamały, co mnie tak wkurzało, że z miejsca musiałam coś z tym zrobić. Nie mogłam nagle w trakcie lekcji wyjąć obcinaczek do paznokci, więc radziłam sobie jak mogłam, czyli zębami. Jednak nie tylko to było przyczyną obgryzania przeze mnie paznokci, ale też upust dla emocji, wypełnienie czymś czasu, później był to już odruch bezwarunkowy. Jak się tego oduczyłam? Nie mam bladego pojęcia, być może po prostu wyrosłam?
3. Golenie włosków na udach
Nigdy nie wpadłam na 'genialny' ( bez urazy dla kogokolwiek ) pomysł golenia rąk, ale ud już niestety tak. I po co mi to było? Miałam delikatny, miękki meszek, widoczny pod lupą, który i tak mnie, młodej i głupiej, przeszkadzał i musiałam po prostu musiałam mieć je gładkie jak pupa niemowlaka. Teraz , po kilku latach muszę od czasu do czasu przejechać uda maszynką do golenia, bo odrastające włoski nie są może bardzo widoczne, ale kujące, a więc i drażniące, w szczególności mnie...
4. Codzienne prostowanie włosów
"Cudze chwalicie, swego nie znacie", czyli moje nie do końca proste włosy nigdy mi nie odpowiadały, chciałam mieć albo burzę loków albo włosy proste jak drut, a że same w sobie są dość ciężkie i loki nie chciały się trzymać, to katowałam je dzień w dzień prostownicą. I po co skoro najmniejsza mżawka niweczyła efekty mojej pracy?! Dziś nadal prostuję włosy, ale po pierwsze używam preparatów chroniących je przed wysoką temperaturą, a po drugie nie robię tego codziennie. Zdarza się, że moje włosy tygodniami nie widzą prostownicy do włosów, co  kilka lat wstecz wydawało mi się czymś niewyobrażalnym.
5. Zbyt wysuszająca pielęgnacja twarzy
Mimo 26 lat na karku nadal borykam się z trądzikiem, jednak stan mojej cery uległ dużej poprawie, gdy na bok odstawiłam wysuszające kosmetyki do jej pielęgnacji. A będąc nastolatką tylko takich używałam, bo wierzyłam, że pomogą mi w walce z niedoskonałościami. Owszem, pomagały, ale na krótko, po czym występował ich prawdziwy wysyp. Dziś wolę kupić krem nawilżający niż matujący, umyć buzię łagodną emulsją niż żelem antybakteryjnym, a zamiast aptecznego płynu Afrodyta użyć ziołowego toniku. 
6. Spanie w makijażu
Mając naście lat nie byłam świadoma tego, jakie negatywne skutki dla mojej cery może przynieść brak demakijażu. Dlatego bez większego zawracania sobie tym głowy, po imprezie potrafiłam od razu kłaść się spać, a makijaż zmyć dopiero rano. Aktualnie, choćbym nie wiem jak bardzo była zmęczona, nie spojrzę nawet w stronę łóżka, dopóki nie wykonam dokładnego oczyszczenia skóry twarzy.
7. Wyciskanie pryszczy
Najgorszy nastoletni błąd, który popełniła chyba każda z nas. Chwilowo pozbywałam się jednego pryszcza, by następnego dnia mieć kilka nowych, bo niestety tak to działało... Nie wspominając o zaczerwienieniach, strupkach po mocniejszym siłowaniu się z, w moim mniemaniu, wrogiem nr 1 czy bliznach. 

Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie naprawdę żałuję i teraz bardzo się pilnuję, by ich już nie popełniać!
A jakie były Wasze błędy w pielęgnacji, gdy miałyście kilkanaście lat?
Czytaj więcej »

Czego nauczyło mnie blogowanie?

piątek, 23 października 2015 62 komentarze
Wpis ten miał pojawić się w okolicach niedawnej rocznicy bloga, ale te kilka miesięcy temu ( serio?! to tak szybko minęło?! ) wydawał mi się niekompletny, niewykończony, niedopracowany. Przez te kilka tygodni starałam się go doszlifować, tak by odzwierciedlał wszystko to, co chciałabym Wam przekazać. Nadal mam wrażenie, że czegoś jeszcze tu brakuje, że może nie udało mi się tak dobrze przekształcić myśli w słowa, ale mimo to dzielę się dziś z Wami ośmioma rzeczami, których nauczyłam się w czasie tych kilku lat blogowania. 
1. Systematyczność
Regularność nigdy nie było moją mocną stroną, zawsze wszystko potrafiłam odłożyć na ostatnią chwilę. Blogowanie wymaga systematycznej pracy, cyklicznego dodawania wpisów, aby czytelnicy nie zapomnieli o naszym istnieniu. W moim przypadku przełożyło się to też na inne obszary mojej codzienności, np. pozostając w tematyce bloga, na pielęgnację ;)
2. Zarządzanie czasem
W ciągu tygodnia robię tysiąc pięćset sto dziewięćset różnych rzeczy, niekoniecznie związanych z blogiem. I wiecie co? Daję radę. Nie wymawiam się brakiem czasu, nie rezygnuję z pracy, ze szkoły, ze spotkań z przyjaciółmi- im mam więcej zajęć, tym lepiej organizuję swój dzień. 
3. Dobre pomysły wymagają natychmiastowego zapisania
Jak pomyślę, ile fajnych, ciekawych, dobrych pomysłów uleciało z mojej pamięci, bo ich nie zapisałam, to aż chcę mi się włosy rwać z głowy. Wierzyłam w moc mojego zapamiętywania, a potem srogo się zawodziłam. Ale było, minęło, a ja nauczona na własnych błędach, zapisuję wszystkie pomysły na zdania, które chciałabym umieścić w recenzji; na wpisy, na ich rozwinięcia, tak aby niczego już nie pominąć. 
4. Chęć doskonalenia się
Moje posty nie są idealne, to samo mogę powiedzieć o zdjęciach, ale patrząc na te z początków bloga, mogę orzec, że z dnia na dzień są coraz lepszej jakości. Mam tu na myśli głównie mój styl pisania, rzetelność, dokładność i kompetentność recenzji, bo tak ładnych zdjęć, jakie widzę na niektórych blogach, nadal nie potrafię zrobić :P 
5. Poprawne, sensowne i logicznie pisanie
To, że wpis musi mieć początek, rozwinięcie i zakończenie wie każdy uczeń podstawówki. Trzeba jeszcze pamiętać, by jeden akapit płynnie przechodził w kolejny, by potocznie rzecz mówiąc, post miał "ręce i nogi". By nie pomijać znaków interpunkcyjnych, aby zachować odpowiednią czcionkę, aby nie przesadzać z emotikonami, żeby wiedzieć, jakie informacje czytelnik pragnie wynieść z recenzji, aby mieć na uwadze zasady ortografii, bo wszystko to składa się na wpis, który inni chcą czytać. 
6. Umiejętność negocjacji
Są firmy, które bardzo chciałby ingerować w to jak wygląda blog, jak ma zostać napisana recenzja, jak ma przebiegać cała współpraca. Byłabym hipokrytką, gdybym napisała, że na początku mojej przygody z blogowaniem nie zgadzałam się na niektóre wymagania firm. Na szczęście z czasem z tego wyrosłam, bo nabrałam a) doświadczenia, b) pewności siebie i c) nauczyłam się wartości swojego bloga, włożonej w niego pracy. 
7. Obserwacja otaczającego świata
Comiesięczny cykl "miesiąc na zdjęciach" ( a teraz także Instagram ) sprawił, że zaczęłam baczniej przyglądać się temu, co się dzieje wokół mnie, zauważać drobiazgi, na które wcześniej nie zwracałam uwagi i skrupulatnie uwieczniać to na zdjęciach. Dotyczy to też inspirowania się blogami lepszymi od mojego, podpatrywania tego, co robią ich autorzy, aby samej dążyć do perfekcji.
8. Pasja
Nigdy nie zbierałam znaczków, nie jeździłam konno, moim hobby nie była gra na gitarze. Długo nie umiałam znaleźć tego czegoś, co sprawiałoby mi taką radość, jaką daje właśnie pasja. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że tym czymś jest dla mnie właśnie blog. I chociaż zdarza się, że opuszcza mnie wena i nie wiem o czym pisać, to nie ma takiej opcji, abym ja opuściła blogowanie. 


A Wam co dało blogowanie? Czegoś Was nauczyło?
Czytaj więcej »

Recenzja: Nawilżający mus do ciała Ciasteczko, Nacomi

wtorek, 20 października 2015 50 komentarzy
Obietnice producenta:
Lekki jak chmurka, delikatny, naturalny mus do ciała o smacznym zapachu ciasteczkowo-orzechowym. Naturalny mus działa jak delikatny, mocno nawilżający balsam do ciała, który dodatkowo pozostawia cudowny, smaczny zapach świeżych, orzechowych ciasteczek. Naturalny mus ma postać puszystego kremu-masła do ciała. Wspaniale wchłania się w nasze ciało, pozostawiają naszą skórę cudownie miękką i wspaniale nawilżoną. Jak wszystkie produkowane przez nas kosmetyki i w tym wypadku stawiamy na naturalność i ekologię. Krótki, ale treściwy skład kładący nacisk na działaniu i naturalnych produktach. Skład naszego puszystego musu to - Masło Karite, Olej z pestek winogron, Olej arganowy, Olej słonecznikowy, ekstrakt z kakaowca, witamina E i Alkohol cetylowy, który dodany do kosmetyku pomaga przenikać wszystkim dobroczynnym składnikom do najgłębszych partii naszej skóry. Mus zapewni nam miękkość, wygładzenie i odżywienie całej powierzchni naszej skóry. Nasze pachnące ciasteczko dzięki dodaniu kakaowca wyrówna koloryt skóry.

150 g musu kosztuje 25,50 zł w sklepie internetowym Nacomi
Moim zdaniem:
Długie, jesienne wieczory sprzyjają nie tylko czytaniu książek czy maratonom filmowym pod kocem i z kubkiem ulubionej herbaty, ale też zabiegom pielęgnacyjnym. Takim moim chyba najbardziej ulubionym zabiegiem jest długa, gorąca kąpiel, po której mogę rozpieścić swoją skórę balsamem o otulającym zapachu... ciasteczek :) 
Nawilżający mus do ciała Nacomi, bo to o nim dziś mowa, znajduje się w plastikowym, przezroczystym słoiczku zakręcanym na aluminiową nakrętkę. Na nalepce otaczającej słoiczek zostały czytelnie wypisane wszystkie najważniejsze informacje dotyczące produktu, między innymi takie jak skład czy data ważności. 
Śnieżnobiała, lekka i puszysta zarazem konsystencja przypomina piankę, która w kontakcie z ciepłem ciała zmienia się w oliwkę. Mus pachnie kruchymi ciasteczkami z nutą czekolady, orzechów i wiórków kokosowych. Żałujcie, że nie możecie poczuć tego zapachu, bo nie ma takich słów, by opisać jego wyjątkowość, to naprawdę trzeba poczuć! Zapach jest po prostu mistrzowski, odpowiednio słodki i smakowity, niczym nie skażony; idealnie trafia w mój gust i komponuje się z jesienną aurą, umilając coraz to chłodniejsze dni. 
W składzie musu znajdziemy masło shea, olej z pestek winogron, arganowy, słonecznikowy, ekstrakt z kakaowca, alkohol cetylowy oraz witaminę E. Zawartość tylu różnych olejów sprawia, że po nałożeniu musu na skórze pozostaje tłustawa warstewka, która dość długo się wchłania, nawet do kilkudziesięciu minut. Niektórym może to bardzo przeszkadzać i wierzcie, że mnie czasami też to denerwuje, ale zapach i przede wszystkim działanie wszystko mi rekompensuje- może nie jest to najodpowiedniejsza metafora, ale przyszło mi na myśl porównanie do młodych matek, które bywają wyczerpane nieprzespanymi nocami, płaczem, ząbkowaniem, zmienianiem pieluch, itp., ale wystarczy jeden uśmiech ich ukochanego dziecka, by wszystko to odeszło w niepamięć ;) Ale do rzeczy, ciasteczkowy mus Nacomi rozpieszcza nie tylko zmysły, ale i ciało. Musu nie używam codziennie, bo zwyczajnie nie mam takiej potrzeby, zapewnia mojej skórze solidną dawkę nawilżenia spokojnie na kilka dni. Świetnie natłuszcza, wygładza i zmiękcza. Dodatkowo przyjemnie koi skórę, łagodzi podrażnienia po depilacji i przyspiesza regenerację naskórka, a poza tym zapewnia skórze elastyczność i odżywienie na bardzo wysokim poziomie.
Mus do ciała o ciasteczkowym zapachu to perełka wśród produktów Nacomi, która zadowoli nawet najbardziej wybredne konsumentki i zadba nawet o ekstremalnie wysuszoną skórę, czyniąc ją na nowo mięciutką, elastyczną i nawilżoną. Ach, i smacznie pachnącą :)
Czytaj więcej »

Upominki przywiezione ze Spotkania Blogerek Urodowych we Wrocławiu :)

sobota, 17 października 2015 59 komentarzy
Tak jak obiecałam, pokazuję Wam jakie prezenty otrzymałam na październikowym Spotkaniu Blogerek Urodowych we Wrocławiu :) Zaczniemy od upominków niekosmetycznych, czyli blogerskiej koszulki od IdeaShirt, spersonalizowanego kubka od eaShop ( z drugiej strony jest logo mojego bloga ;) oraz ekologicznej torebki od AllBag i szanelki sprezentowanej przez jedną z uczestniczek.
Od Montibello otrzymałam zestaw trzech kosmetyków do pielęgnacji włosów: spray podnoszący włosy u nasady, a także szampon oraz odżywkę zwiększające ich objętość i gęstość.
Oceanic sprezentował zestaw kosmetyków AA, który składa się z łagodzącego toniku, żelowego peelingu do ciała, multi balsamu, żelu oczyszczającego i kremu nawilżająco- korygującego do twarzy.
Na reszcie mam okazję poznać kosmetyki Sylveco ! A dokładniej kojący balsam do ciała, myjący żel do twarzy, krem pielęgnacyjny do twarzy i ciała oraz lnianą maskę do włosów. Obok widzicie ajuwerdyjski olejek do twarzy i ciała z białą lilią oraz indyjskie perfumy w olejku od Helfy
Marka Eveline podarowała mleczko do ciała, płyn micelarny, krem ujędrniająco- wygładzający, krem BB, mascarę oraz żelową maseczką.
Od InfoPlus24 przywiozłam krem przeciw rozstępom, krem na rozstępy i blizny, peelingi z 12% i 15% kwasem glikolowym oraz wzmacniającą kurację do rzęs i brwi, a także do paznokci. 
Najbardziej pachnącą niespodziankę przygotowała dla nas Drogeria Cytrynowa, znalazły się w niej trzy woski Yanklee Candle oraz zapach do mojej strzały :D Mydełko jest od Barwy, plastry i olejek Bio Oil od Cederroth, szampon z wyciągiem z bio róży od Lavery, ryżowy peeling do ciała od Bandi, a żel z kwasem migdałowym i krem na niedoskonałości z LHA i jonami srebra od Norel.
Hybrydowa mania dotarła i do mnie, dlatego niesamowicie cieszę się z kolejnego lakieru Semilac w mojej kolekcji, który dostałam od Diamond Cosmetics wraz z trzema pilniczkami i striperem. Róż do policzków, pogrubiająca maskara i olejek do paznokci to gifty otrzymane od Essence, a błyszczyk do ust, lakier do paznokci i tusz do rzęs od marki Bell. Karta podarunkowa jest do sklepu internetowego Forever-Young, a kupon rabatowy do salonu Royal-Bra we Wrocławiu.
Poniżej możecie zobaczyć wszystkich sponsorów naszego spotkania:

Czytaj więcej »

Recenzja: Aktywna woda dla zmęczonej skóry, Saisona

czwartek, 15 października 2015 41 komentarzy
Obietnice producenta:
Kosmetyk zaprojektowany do ochrony, odnowy i uwydatnienia piękna skóry przez cały rok. Aktywna woda dla zmęczonej skóry z wodą jeżynową naprawia, regeneruje oraz rozjaśnia skórę twarzy. Bogaty w aktywne składniki, ten wstępnie nawilżający produkt sprawia, że zewnętrzna warstwa skóry jest bardziej przepuszczalna i chłonna co poprawia skuteczność dalszej pielęgnacji.
Aktywne składniki:
Woda Jeżynowa pomaga wyrównać koloryt skóry, a Wyciąg z Hibiskusa ma działanie powstrzymujące „nieuchronny bieg czasu”. Ta formuła została dodatkowo wzbogacona przetestowanym składnikiem aktywnym przeciwko starzeniu się skóry, który pobudza syntezę kwasu hialuronowego i elastyny. Stewia ma funkcje nawadniające skórę oraz blokujące utratę wody. W związku z tym nie tylko nawilża skórę, ale zapobiega również niewyczuwalnemu jej odwodnieniu. Dodatkowo potwiedzono, iż stewia wykazuje działanie napinające i dzięki temu z dużym powodzeniem może być stosowana w produkach przeciwdziałających starzeniu skóry.
Skład INCI: RUBUS FRUTICOSUS (BLACKBERRY) FRUIT WATER*, AQUA (WATER), GLYCERIN*, STEVIA REBAUDIANA LEAF/STEM EXTRACT, CALCIUM KETOGLUCONATE, ALGAE EXTRACT, HIBISCUS SABDARIFFA FLOWER EXTRACT*, PARFUM (FRAGRANCE), SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, CITRIC ACID, SORBIC ACID, DEHYDROXANTHAN GUM, SODIUM PHYTATE, ALCOHOL*
*składniki pochodzą z upraw organicznych
125 ml Aktywnej Wody to wydatek 56,00 zł, który można poczynić między innymi w tym sklepie internetowym 
Moim zdaniem:
Słyszałyście o fitokosmetologii? To nauka polegająca na zastosowaniu naturalnych wyciągów roślinnych zwiększających skuteczność formuły w produktach pielęgnacyjnych. Saisona, o której dziś będzie mowa, jest pierwszą marką fitokosmetologiczną, która dba o piękno kobiety o każdej porze roku i w każdych warunkach klimatycznych. Saisona posiada szeroki asortyment produktów zaprojektowanych do ochrony i uwydatnienia piękna skóry przez wszystkie cztery pory roku. Produkty Saisona to nie tylko francuskie, organiczne i certyfikowane kosmetyki, ale przede wszystkim to innowacja w pomyśle ( potwierdzenie konieczności dostosowania pielęgnacji do poszczególnych pór roku ), w składnikach ( wykorzystanie stewii ) oraz w produktach ( formuła Aktywnej Wody ). Zaciekawione? Zainteresowane? Zaintrygowane? Mam nadzieję, że tak, bo dziś przygotowałam dla Was recenzję jednego z produktów Saisony, mianowicie Aktywnej Wody dla zmęczonej skóry.
Od razu się przyznam, że w dzisiejszym bohaterze wpisu jestem zadurzona po same uszy. Zachwyca mnie w nim wszystko, poczynając od opakowania, jakim jest leciutko pomarańczowa, minimalistyczna, okrągła butelka, zakręcana na mleczną, gładką zakrętkę. Szyjka butelki zakończona jest nie za małym, nie za dużym oczkiem, przez które bezproblemowo przelewa się dość niezwykła konsystencja. Dlaczego niezwykła? Bo Aktywna Woda nie ma typowo wodnistej konsystencji, jest ona nieco gęsta, taka jakby żelowa. No a ten zapach! Niepowtarzalny, niecodzienny, nieokreślony. Nie wiem, który składnik tak pachnie, czy jest to może efekt połączenia woni ich wszystkich, ale zapach początkowo zaskakujący i trochę drażniący, z czasem robi się wręcz uzależniający. 
W pielęgnacji skóry Aktywna Woda zastępuje mi tradycyjny tonik, używam jej po dokładnym oczyszczeniu twarzy z wszelkich zanieczyszczeń, ale jeszcze przed nałożeniem kremu, a także w celu odświeżenia skóry w ciągu dnia. Produkt świetnie wspiera kosmetyki myjące, doczyszczając skórę z tego, z czego im się nie udało. W pierwszej chwili po aplikacji, kosmetyk sprawia, że skóra jest leciutko ściągnięta, ale uczucie to szybko znika. Po kilku tygodniach stosowania Aktywnej Wody dla zmęczonej skóry zauważyłam ogólną poprawę stanu cery. Pierwszym tego przejawem jest wyrównanie kolorytu skóry, co, jeśli wierzyć zapewnieniom producenta, jest zasługą wody jeżynowej, na której powstał produkt. Wyciąg z hibiskusa zapewnia mojej skórze każdego dnia odpowiednie nawilżenie oraz złagodzenie podrażnień i zaczerwień. Dodatkowo skóra jest także delikatnie zregenerowana, odżywiona i niesamowicie miła w dotyku oraz elastyczna. Jednym słowem jest dobrze wypielęgnowana. 
Aktywna woda dla zmęczonej skóry wchodzi w skład serii Repair, w której znajdziemy także rozjaśniającą piankę złuszczającą z ekstraktem z paproci wodnej, krem przeciwzmarszczkowy rozjaśniający przebarwienia z hibiskusem oraz regenerujący olejek-serum do ciała z mieszanką drogocennych olejów, którego recenzji możecie niedługo się spodziewać. Na blogu pojawi się również wpis poświęcony żelowi do demakijażu i oczyszczania twarzy z wodą malinową z serii Radiance :)
Czytaj więcej »

Ziołowy żel do mycia twarzy z szałwią lekarską, Fitomed

wtorek, 13 października 2015 43 komentarze
Obietnice producenta:
Żel wytwarza łagodną, swoistą dla mydlnicy lekarskiej pianę. Ma dobre właściwości oczyszczające, lekko ściąga rozszerzone pory, zapobiega zbyt szybkiemu przetłuszczaniu się skory. Zawiera składniki ziołowe, takie jak: wyciąg z korzenia mydlnicy lekarskiej, liścia szałwii, liścia melisy, liścia oczaru wirginijskiego, koszyczka nagietka.

Skład: Aqua, Saponaria Officinalis Root Extract, Salvia Offi-cinalis Extract, Melissa Officinalis Extract, Hamamelis virginiana Leaf Extract, Calendula Officinalis Extract, Coco Glucoside, Sodium Laureth Sulfate, Cocamide DEA, Cocamidopropyl Beta-ine, Glycerin, Trilaureth-4-Phosphate, Cytric Acid, Parfum, Dmdm Hydantoin, Methylisothiazolinone, Methylchloroisothiazolinone

cena 200 ml żelu w zależności od miejsca zakupu waha się w granicach 9,00-13,00 zł
Moim zdaniem:
Gdy pisałam recenzję szałwiowego toniku do twarzy Fitomed ( dla przypomnienia wpis znajdziecie tutaj ) panowały czterdziestostopniowe upały. Był to lipiec, obecnie mamy październik, za oknem pierwszy śnieg, a na blogu dawno temu obiecana recenzja żelu do mycia cery tłustej i trądzikowej, z tej samej serii co wymieniony już tonik. 
Tonik i żel mają kilka cech wspólnych, chociażby identyczne opakowania: oba produkty znajdują się w minimalistycznych, przezroczystych butelkach, których zwieńczenie stanowi biała, plastikowa nakrętka z klapką, pod którą jest niewielka dziurka, przez którą płyn z łatwością przelewa się. Oprócz opakowania, szałwiowe kosmetyki do pielęgnacji twarzy łączy jeszcze taki sam zapach ziołowej herbaty oraz konsystencja o brunatnym zabarwieniu. I na tym podobieństwa się kończą, bo żel jest oczywiście bardziej gęsty niż tonik, nie wspominając o pienieniu się w kontakcie z wodą ;)
Ale nie takie niuanse są najważniejsze, tylko działanie, bo to ono przesądza o tym czy zdecydujemy się na zakup kolejnego opakowania. W przypadku żelu Fitomed wiem, że na tym jednym na pewno się nie skończy ;) Oczywiście, najlepiej sprawdza się z tonikiem z tej samej serii, ale i solo całkiem nieźle daje sobie radę, szczególnie przy porannym oczyszczaniu. Jest delikatny i nie powoduje żadnych podrażnień ani też nie przesusza skóry twarzy, jednak po umyciu tym żelem domaga się ona nałożenia odpowiedniego kremu. Po użyciu produktu Fitomed skóra jest odświeżona, czysta i miła w dotyku. Zawarte w żelu wyciągi z ziół takich jak szałwia, melisa czy nagietka, znanych w kosmetyce z właściwości bakteriobójczych, odkażających i przeciwtrądzikowych, sprawiają, że skóra wydziela mniej sebum, pory są doczyszczone, a niedoskonałości cery dużo szybciej się goją. Dotyczy to większości pryszczy i krostek, ale niestety już nie podskórnych grudek, z którymi ciągle próbuję się rozprawić...
Podsumowując, jeżeli szukacie delikatnego, ale jednocześnie skutecznego żelu do codziennego mycia twarzy, to polecam Wam wypróbować właśnie ten, tym bardziej, że nie kosztuje wiele, a jest bardzo wydajny i dostępny stacjonarnie ( ale też w Internecie ) w każdej aptece.
Czytaj więcej »

Spotkanie blogerek urodowych we Wrocławiu po raz drugi :)

sobota, 10 października 2015 53 komentarze
Zaczęło się niewinnie. Kilka wakacyjnych przejażdżek rowerami, w czasie których rozmowom nie było końca i nagle bach! pojawił się spontaniczny pomysł zorganizowania blogerskiego spotkania. Potem poszło już z górki: szybka konsultacja z dziewczynami, wybranie terminu, miejsca, wysłanie setki maili, niekończące się wymiany sms-ów i rozmów telefonicznych i kilkanaście wizyt kuriera później nastała ta godzina, kiedy to z Magdą pełne podekscytowania oczekiwałyśmy na dziewczyny zaproszone na organizowane przez nas Spotkanie Blogerek Urodowych we Wrocławiu :)
Ale, ale! zanim przejdę do pełnej relacji ze spotkania chciałabym najpierw podziękować Magdzie, bo odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty i gdyby nie ona, to zlot chyba nie doszedłby do skutku :)
Tegoroczny zlot odbył się, tak jak rok temu, w klimatycznej herbaciarni K2, która znajduje się tuż przy Rynku. Jest to niewielki lokal, ale nam to zupełnie nie przeszkadzało, tym bardziej, że nasze spotkanie było kameralne, ogólnie było nas 9. Spotkałyśmy się po to, aby lepiej się poznać, poplotkować, pośmiać, powymieniać doświadczeniami z blogowania. Śmiechu, radości i zabawy było co nie miara, a panującej atmosfery na takim spotkaniu nie da się opisać słowami, myślę, że lepiej zobrazują to zdjęcia, ale tak naprawdę to trzeba to przeżyć na własnej skórze :)
Spotkanie rozpoczęło się od prezentacji firmy Sylveco, szeroko znanej w blogosferze. Po krótkim zapoznaniu się z filozofią tej polskiej marki kosmetycznej, każda z uczestniczek otrzymała paczuszki z kosmetykami, które przez każdą z nich zostały skrupulatnie obejrzane ze wszystkich stron :D
Nasze spotkanie zakończyło się wizytą brafitterki, która opowiedziała nam między innymi o tym jak prawidłowo dobierać bieliznę oraz o najczęstszych błędach popełnianych podczas wybierania biustonoszy. Chętnie również odpowiadała na nasze pytania, których nie było wcale tak mało :)
W tym miejscu bardzo chciałam podziękować wszystkim dziewczynom za to, że przyszły na spotkanie i sprawiły, że w mej pamięci pozostały same miłe wspomnienia :) A oto lista uczestniczek naszego spotkania:
A już tak na zakończenie wpisu zostawiam Wam przedsmak tego, co już niedługo pojawi się na blogu, czyli prezenty, które przywiozłam ze sobą z Wrocławia :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Krem do rąk z olejkiem z awokado, Fux, Over Cosmetics

czwartek, 8 października 2015 50 komentarzy
Obietnice producenta:
Krem przeznaczony jest do pielęgnacji przesuszonej, szorstkiej i podrażnione skóry dłoni. W skuteczny sposób zmiękcza zgrubiałą powierzchnię skóry, zapobiegając jej nadmiernemu łuszczeniu. Łatwo się wchłania i nie pozostawia uczucia lepkości. Aktywne składniki kremu to: olej farmaceutyczny i olej z awokado. 

250 ml kosztuje 22,90 zł w sklepie online Over Cosmetics
Moim zdaniem:
Krem do rąk- niby zwykły kosmetyk, ale na własnej skórze dłoni przekonałam się, jak bardzo niezbędny. Moim dłoniom nie potrzeba dużo czasu, by stały się suche i szorstkie, dlatego na nocnej szafce główne miejsce zajmuje krem do rąk. Od września jest to krem z olejkiem z awokado od polskiej marki Over Cosmetics.
Od samego początku spodobało mi się opakowanie. Śnieżnobiała butelka o opływowych kształtach kryje w sobie krem o konsystencji leciutkiej śmietanki. Zapach zwyczajnego balsamu jest mocno wyczuwalny podczas aplikowania kosmetyku, przy czym szybko ulatnia się, ale jest uchwytny na skórze jeszcze przez jakiś czas.
Przyznam, że bardzo zaskoczyła mnie pojemność kosmetyku: większość używanych przeze mnie kremów do rąk ma maksymalnie 100 ml, a Over Cosmetics oferuje nam krem o pojemności standardowego balsamu do ciała, czyli 250 ml. Ma to swoje plusy i minusy: przy takiej objętości krem wystarczy na bardzo długo, ale gabaryty i aplikator w postaci prostej pompki nie pozwalają już na noszenie go w torebce. Dlatego, jak wspomniałam na wstępie, krem stoi na szafce obok łóżka, a w torebce noszę inny, w tubce i o nieco mniejszej pojemności ;)
Mimo konsystencji rzadkiej śmietanki, krem nie spływa ani nie ucieka między palcami. Nie jest to kosmetyk, który trzeba nakładać grubymi warstwami, aby uzyskać właściwy efekt pielęgnacyjny. Moim dłoniom wystarcza pół pompki rano i kolejne pół wieczorem, by skóra była mięciutka, gładka i przyjemnie nawilżona. Nie jest to jednak krem o mocno regenerujących czy odżywczych właściwościach, ale systematycznie aplikowany odpowiednio pielęgnuje skórę dłoni oraz niweluje jej szorstkość i suchość. Krem ten nie jest też ratunkiem na mocno zniszczone i spierzchnięte dłonie, on po prostu dba o o utrzymanie w dobrej kondycji  skóry dłoni w miarę już zadbanej lub niezbyt wymagającej. 
Atuty kremu Over Cosmetics da się wymienić jednym tchem, a należą do nich między innymi pojemność, wygodna aplikacja, leciutka konsystencja i satysfakcjonujące mnie nawilżenie skóry. Niewątpliwym walorem, w stosunku do wielkości, wydajności i całej reszty, o której już napisałam wyżej, jest cena: 22,90 zł za 250 ml. Jeśli wiec Wasze dłonie nie potrzebują szczególnej pielęgnacji, to śmiało możecie wypróbować ten, myślę, że spełni Wasze oczekiwania.
Czytaj więcej »

Wrześniowy projekt denko

poniedziałek, 5 października 2015 45 komentarzy
1. Organiczny peeling kokosowy z wiórkami kokosowymi, Nacomi- recenzja tutaj
2. Cukrowy peeling do ciała Soczysta Malina, Bielenda- jak ten peeling cudnie pachnie! Wyraziście, soczyście i owocowo! Normalnie cud, miód i orzeszki, tfu! maliny :D W kwestii działania również bardzo mi odpowiada, ponieważ zawarte w nim kryształki cukru są tak ostre, jak lubię i szybko się nie rozpuszczają. Peeling Bielendy dobrze złuszcza martwy naskórek, wygładzając i delikatnie nawilżając skórę.
3. Maska do włosów z glinką ghassoul, Bingo Spa- recenzja tutaj
4. Silikonowa baza pod makijaż, Lirene- na początku naszej znajomości było w porządku, jednak z czasem moja sympatia do tej bazy malała z dnia na dzień. Dlaczego? Dlatego, że przestała po prostu działać! Nie dość, że straciła właściwości matujące, to podkłady trzymały się lepiej, kiedy jej nie nakładałam. No co to ma być?! Jestem totalnie zawiedziona, zła, szkoda mi wydanych na nią pieniędzy, jednym słowem nie polecam jej nikomu.
5. Krem z 5% kwasem migdałowym na noc I stopień złuszczania, Pharmaceris- początkowo byłam zadowolona z tego kremu, widziałam efekty, jednak z każdym kolejnym dniem moja cera zaczynała się do niego przyzwyczajać, przez co wspomniane efekty były coraz mniejsze, a w końcu nie było ich wcale. Drugiego opakowania nie zamierzam kupować. 
6. Puder zwiększający objętość włosów, Kemon- recenzja tutaj
7. Krem matująco- nawilżający Base Matt, Lefrosch- krem ten bardziej przypadł do gust mojej mamie niż mnie. Używałam go sporadycznie, więc jedynie co mogłam zauważyć, że zaraz po aplikacji przyjemnie łagodził skórę, delikatnie nawilżał i pozostawiał ją miękką w dotyku. 
8. Krem do twarzy na noc Night Peel Aha, Murier- recenzja tutaj
9. Krem do twarzy Acne Action Asr+, Murier- recenzja tutaj
10. Antyperspirant InvisiCool, Garnier Mineral- każdy z antyperspirantów Garnier Mineral sprawdza się u mnie tak dobrze, że kupuję kolejne, kolejne i kolejne, a na żadne inne nie zwracam praktycznie uwagi. 
11. Lakier do włosów Shine, Loreto Salon- tego typu produktów używam od wielkiego dzwonu i zadowalam się właściwie byle jakimi, oby tylko nie tworzyły z włosów hełmu. Ten lakier kupiłam za kilka złotych w Biedronce, służył mi dobrze przez kilka ładnych miesięcy i robił to, co do niego należy, czyli odpowiednio utrwalał włosy nie sklejając ich. Całkiem możliwe, że przy najbliższych zakupach znów do mnie zawita. 
12. Żel do golenia Puer&Delicate, Satin Care Gillette- strzępić klawiatury nie będę, bo tak samo jak pkt.10, żele z serii Satin Care mają swoje stałe miejsce w co miesięcznych denkach i nie zanosi się na zmiany :)
13. Żel do mycia z wyciągiem z ogórka i z witaminą A, SBC- recenzja tutaj
14. Antybakteryjny tonik Silver Touch, 123 Ag- recenzja tutaj
15. Oliwkowy olejek pod prysznic Green Olive, Barwa- recenzja tutaj
16. Miodowy balsam do dłoni z cytryną, Bingo Spa- recenzja tutaj
17. Hipoalergiczny puder matujący, Bell- całkiem fajny puder za nieco ponad 20,00 zł, którego zużywam już drugie opakowanie :) Ładnie matuje, nie zauważyłam by zapchał lub w jakikolwiek inny, negatywny sposób wpłynął na stan mojej cery, dodatkowo nie bieli skóry.
Czytaj więcej »

Wrzesień na zdjęciach

piątek, 2 października 2015 66 komentarzy
 sezon herbatkowy uważam za otwarty | wystawa malarska w Galerii Dekada | pojechałam zapisać się do szkoły i wróciłam z trzema parami butów :P | parapetówka
 moje pierwsze cztery kółka :) | szpilkomania na referendum, które okazało się totalną porażką... | między zajęciami przerwa w rynku | przeczytane we wrześniu
pamiętałyście/pamiętaliście? | qurrito to najlepsze, co jest w KFC | nowości do testowania | przed wizytą u kosmetyczki

Więcej zdjęć znajdziecie na moim instagramowym koncie :)
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.