Fantastyczna piątka, czyli kosmetyczni ulubieńcy roku 2016: pielęgnacja twarzy

piątek, 30 grudnia 2016 57 komentarzy
Już prawie 6 lat prowadzę bloga kosmetycznego, a mimo to ani razu nie pojawił się post o moich ulubieńcach. Nie wiem jak zdołałam się uchować, bo z tego co się orientuję wpisy o ulubionych kosmetykach są jednymi z najchętniej czytanych, w tym przeze mnie samą ;) W końcu jednak "dojrzałam" do tego typu postów i przez kilka najbliższych tygodni spodziewajcie się wpisów z moimi ulubionymi kosmetykami roku 2016, które podzieliłam na cztery kategorie: pielęgnacja twarzy, ciała, włosów oraz makijaż. Znajdzie się też jeden post o niekosmetycznych ulubieńcach, ale wszystko w swoim czasie. Póki co zapraszam na najlepszą piątkę w kategorii pielęgnacja twarzy. Wśród moich ulubieńców jest jeden produkt, który poznałam wcześniej niż w tym roku, ale od pierwszego użycia jest moim faworytem, oraz cztery nowości, które odkryłam w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. 
Płynu micelarnego 3w1 Garnier nie muszę nikomu przedstawiać. Poznałam go dwa lata temu ( klik ) i choć w między czasie miałam kilka innych płynów micelarnych, to zawsze mam jedną butlę w zapasie, bo bardzo często do niego powracam. Jest to produkt, który nie ma ani jednej wady- serio! Poczynając od "spraw technicznych" takich jak duża pojemność, fantastyczna wydajność i jeszcze lepsza cena, kończąc na jego właściwościach pielęgnacyjnych i demakijażowych. Delikatnie, aczkolwiek stanowczo i skutecznie rozpuszcza kosmetyki do makijażu, nie uczulając, nie zapychając skóry ani nie podrażniając oczu. Jednym pociągnięciem zmywa pudry, tusze, kredki, itd. pozostawiając skórę odświeżoną, ukojoną, delikatnie nawilżoną i przygotowaną na dalszą pielęgnację. 
Oczyszczający żel myjący bez mydła przeciw niedoskonałościom Mixa to moje tegoroczne odkrycie. Żel ma to wszystko, co sobie cenię. Po pierwsze, fajną konsystencję, która w kontakcie z wodą tworzy dużo piany, która jest łagodna dla skóry i zarazem skuteczna w oczyszczaniu z resztek makijażu oraz nagromadzonych w ciągu dnia zanieczyszczeń. Po drugie, bardzo lubię to uczucie fantastyczniej świeżości, czystości i orzeźwienia jakie pozostawia po każdym umyciu. Po trzecie, ma naprawdę świetny wpływ na moją cerę. Żel bardzo dobrze oczyszcza skórę, łagodzi podrażnienia, nie wysusza, nie podrażnia ani nie zapycha. Dodatkowo normalizuje wydzielanie się sebum i tym samym sprawia, że skóra mniej się świeci, jest bardziej promienna i ma ładniejszy koloryt. Ponadto żel Mixy ma także przyjemną dla kieszeni cenę, ładny design opakowania, wygodną formę aplikacji przy użyciu pompki oraz dobrą wydajność. Jestem w połowie pierwszej butelki, ale na pewno nie ostatniej. 
Nawilżający krem przeciw niedoskonałościom Mixa, po żelu z tej samej serii, jest moim kolejnym ulubieńcem roku w kategorii pielęgnacji twarzy. W kremie też wszystko mi odpowiada. Od wygodnej, estetycznej i miłej dla oka tubki, po lekką niczym śmietanką konsystencje, aż do oddziaływania na skórę. Skóra natychmiast staje się nawilżona, ukojona i delikatna w dotyku. Przynosi ukojenie podrażnionym miejscom, nawilża suchsze partie twarzy, matuje te, które lubią się błyszczeć za bardzo. Krem świetnie współpracuje z kolorowymi kosmetykami, dla których stanowi dobrą bazę. Ponadto ma przyjemny zapach i szybko się wchłania, nie pozostawiając filmu na twarzy. Krem, tak samo jak żel, nie podrażnia skóry ani nie jest komedogenny. Oba te kosmetyki sprawiły, że mam ochotę poznać jeszcze inne produkty Mixy, w tym na pewno żel micelarny oraz tonik do cery z niedoskonałościami. Czuję, że w nich też jest spory potencjał. 
Kojący krem pod oczy do codziennej pielęgnacji AA ma fajną, nieco gęściejszą konsystencję niż większość znanych mi kremów pod oczy. Jest treściwszy, a moja prawie trzydziestoletnia skóra wokół oczu tego właśnie potrzebuje. Krem szybko się wchłania, przynosząc natychmiastowe ukojenie. Regularnie wklepywany w skórę wzmacnia i uelastycznia ją, napina, dba o optymalny poziom jej nawilżenia oraz dodaje jej gładkości. Skóra pod oczami wygląda na wypoczętą, zdrowszą i rozświetloną. Nie pozwala też mimicznym zmarszczkom na zbytnie rozpanoszenie się :P I jeszcze nie podrażnia skóry, nie powoduje pieczenia ani łzawienia oczu. Cudo!
Odżywczy sztyft do ust z maliną nordycką Neutrogena kupiłam podczas jednej z rossmannowskich promocji -49%. Jest to mój pierwszy kosmetyk z Neutrogeny, ale na pewno nie ostatni, bo sztyft jest genialny! Wygląda dość niepozornie, opakowanie niezbyt rzuca się w oczy, jednak skrywa w sobie prawdziwą perełkę. Pomadki używam głównie na noc. Rano moje usta są nawilżone, odżywione, wygładzone i mięciutkie. Nie pamiętam już co to suche skórki czy spierzchnięte wargi, mogę też bez skrupułów malować je matowymi pomadkami, bo mam pewność, że dzięki sztyftowi Neutrogeny nie wysuszą moich ust. 

Jakie kosmetyki znalazły się wśród Waszych ulubieńców w pielęgnacji twarzy w 2016 roku :)?
Czytaj więcej »

Recenzja: Odżywczy peeling cukrowy do ciała, Equilibra

wtorek, 27 grudnia 2016 51 komentarzy
Obietnice producenta:
Peeling zawiera unikalną kompozycję soli morskiej, cukru trzcinowego  i naturalnych olejków roślinnych, która złuszcza, wygładza i odżywia skórę. Sól morska zapobiega zatrzymywaniu się wody. Cukier trzcinowy delikatnie złuszcza i nawilża. Naturalne olejki odżywiają skórę, nadają jej miękkość i jędrność. Aloes modeluje oraz zapewnia ulgę i nawilżenie. Witamina E uzupełnia produkt o działanie antyoksydacyjne.

550 g kosztuje 34,99 zł w sklepie internetowym Equilibra 
Moim zdaniem:
Marka Equilibra skradła moje serce już pierwszym produktem, który dany było mi poznać kilka lat temu. O ile dobrze pamiętam był to aloesowy szampon do włosów. Od tamtego czasu w mojej pielęgnacji przewinęło się też wiele innych kosmetyków tej marki, a moim ostatnim nabytkiem jest odżywczy peeling cukrowy do ciała. 
W duży, ciężkim od swojej zawartości słoju kryje się 550 g peelingu o konsystencji, która jest "zwarta" i jednocześnie... rzadka i taka swobodna. Aby zrozumieć, co mam na myśli, trzeba chyba jednak kupić peeling i zobaczyć na własne oczy o czym piszę :P Ścierające martwy naskórek drobinki cukru i soli morskiej zatopione są w nawilżającym olejku, są odpowiednio ostre, ale też na tyle delikatne, aby nie podrażnić skóry. W dotyku konsystencja jest oleista i lekko tłusta. Peeling jest "przylepą", przykleja się do skóry i nie chce się spłukać pod bieżącą wodą. Potrzeba żelu pod prysznic i gąbki, a także dłuższej chwili, aby dobrze go zmyć. Jest to trochę uciążliwe, jednak efekt jest wart zachodu. Cukrowy peeling Equilibry ma ładny, słodko- cukierkowy zapach, który opatula skórę na kilka godzin. 
W peelingu tym nie ma parabenów, alkoholu, alergenów i barwników. Jest za to sól morska i cukier trzcinowy, które złuszczają, usuwają martwy naskórek i wygładzają skórę. Jest również zmiękczający i nawilżający ekstrakt z aloesu oraz olej ze słodkich migdałów. I jest jeszcze witamina E, znana ze swoich antyoksydacyjnych, czyli spowalniających starzenie się skóry właściwości. Jednym słowem, same rarytasy dla naszej skóry :)
Wystarczy niewielka porcja peelingu, aby wygładzić i nawilżyć skórę oraz wykonać relaksujący masaż całego ciała. Peeling wręcz natłuszcza skórę, dzięki czemu jest gładka i mięciutka w dotyku. Wspomniałam już, że konsystencja jest oleista i tłustawa, przez co na skórze pozostaje delikatny film. Mnie ta dodatkowa warstewka nie przeszkadza, bo nie muszę się już balsamować, albowiem moja skóra ma zapewnioną odpowiednią dozę nawilżenia i odżywienia, jednak nie wszystkim ta otoczka może się spodobać. Dzięki stosowaniu go raz w tygodniu zauważyłam także, że moja skóra zyskała również na jędrności oraz jest troszkę bardziej napięta i elastyczna. Niestety, peeling już mi się skończył, bo używałam do regularnie i z dużą przyjemnością.
Wydajność peelingu jest świetna, ogromne opakowanie wystarcza na długie tygodnie. Dodatkowo produkt ma fajny skład i przede wszystkim cenę adekwatną do jakości. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko polecić Wam ten peeling :)
Czytaj więcej »

Wesołych Świąt!

sobota, 24 grudnia 2016 18 komentarzy
Już po raz szósty chciałabym życzyć Wam wszystkiego najwspanialszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia. 
Mnóstwa prezentów pod pięknie ustrojoną choinką,
samych pyszności na wigilijnym stole,
radosnej rodzinnej atmosfery,
dni wypełnionych melodią kolęd i śmiechem osób bliskich Waszym sercom,
dużo zdrowia, spokoju i wytchnienia od codziennych trosk,
a także wystrzałowego Sylwestra
oraz samych pomyślnych dni oraz spełnienia wszystkich planów i marzeń w Nowym Roku :):*:*:*
Czytaj więcej »

(Nie) świąteczne paznokcie

czwartek, 22 grudnia 2016 35 komentarzy
Dawno nie pokazywałam Wam swoich umalowanych paznokci. Nie to, co na Instagramie- tu pokazuję każdy nowy manicure, każde wymyślone przeze mnie połączenie kolorów. Tym samym chciałam nader subtelnie zaprosić Was do odwiedzania mojego profilu, obserwowania, komentowania i kilkania w serduszka :D
Dziś z samego rana, jak tylko wyprawiłam męża do pracy, coś zmalowałam, coś co ma być już na Święta, ale samo w sobie nie jest za bardzo świąteczne. Do wykonania manicure użyłam trzech lakierów hybrydowych: nr 052 marki Victoria Vynn oraz nr 091 i nr 099 od Effective Nails. Mam nadzieję, że się podoba :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Szafranowy krem do rąk, Maroko Sklep

poniedziałek, 19 grudnia 2016 47 komentarzy
Obietnice producenta:
Naturalny krem do rąk z olejem arganowym, masłem shea i szafranem to luksusowy, doskonały kosmetyk do pielęgnacji dłoni i paznokci. Zawarte w kremie cenne naturalne składniki: olej arganowy, olej ze słodkich migdałów, masło shea, ekstrakt z szafranu i aloesu silnie odżywiają oraz regenerują skórę dłoni. Skóra staje się nawilżona, odnowiona i wygładzona. Krem zabezpiecza przed niekorzystnym wpływem czynników zewnętrznych. Kosmetyk dobrze się wchłania i pięknie pachnie. Krem jest bogaty w witaminę E i masło shea. 

Skład: Aqua, glyceryl stearate, potassium palmitoyl, hydrolized wheat protein (hydrolizat protein wapnia), crocus sativus extract (ekstrakt z szafranu), butyrospermum parkii butter (masło shea), glycerin (gliceryna), caprylic/capric triglyceride, argania spinosa kernel oil (olej arganowy), prunus amygdalus dukis oil (olej ze słodkich migdałów), aloe barbadensis leaf extract (ekstrakt z liści aloesu), xanthan gum (guma ksantanowa), benzyl alcohol, dehydroacetic acid.

50 g kremu kosztuje nieco ponad 32, 00 zł w Maroko Sklep
Moim zdaniem:
Już po raz kolejny mam przyjemność współpracować z Maroko Sklepem, który jest największym importerem oleju arganowego w Polsce. Jak zawsze, mogłam wybrać kosmetyki, które chciałabym bliżej poznać. Wybrałam pięć, wśród których był dzisiejszy bohater, czyli szafranowy krem do rąk. 
Nieduży, szklany słoiczek z posrebrzaną nakrętką kryje w sobie 50 g leciutkiej konsystencji. Krem jest wydajny i szybko się wchłania, nie pozostawiając żadnej tłustej warstewki, tylko niewyczuwalną, delikatną otoczkę, chroniącą przed czynnikami zewnętrznymi. Ze względu na rodzaj opakowania, kremu raczej nie wrzucimy do torebki, bo korzystanie z niego, np. w tramwaju będzie raczej mało wygodne. Najlepiej, gdy postawimy go na szafce nocnej lub w pobliżu komputera, przy którym my blogerki spędzamy dużo czasu ;) Krem mocno nie przypadł mojemu mężowi ze względu na swój intensywny, specyficzny zapach szafranu. Faktycznie, początkowo jest uciążliwy, ale według mnie szybko się ulatnia i po kilku minutach czuć tylko jego delikatną woń. Jednak mój mąż nawet po godzinie twierdzi, że nadal nim śmierdzę... Cóż ja mogę powiedzieć- uroki małżeństwa z kosmetyczną blogerką :P 
W kremie znajdziemy wiele aktywnych składników, które świetnie wpływają na kondycję skóry dłoni, takich jak: mocno nawilżający i odżywiający skórę olej arganowy, niszczący wolne rodniki, a więc działający przeciwstarzeniowo olej ze słodkich migdałów, redukujący plamy skórne szafran, zalecane do skóry suchej ze względu na swoje właściwości natłuszczające masło karite, utrzymujący prawidłowy poziom wilgotności skóry wyciąg z aloesu oraz roślinną glicerynę, która silnie nawilża, wygładza i uelastycznia skórę. Moja skóra dłoni nie jest wymagająca, więc taka kombinacja wartościowych składników nie mogła się u mnie nie sprawdzić. Lubię sięgać po ten krem, bo z każdym wsmarowaniem go w dłonie zapewnia mojej skórze odpowiednią dawkę nawilżenia i odżywienia. Tym samym dłonie są przyjemniejsze w dotyku, bardziej miękkie i gładsze. Nie wiem jednak czy krem sprawdziłby się tak samo dobrze u osób z suchą czy wręcz przesuszoną skórą dłoni. 
Mogłyście się już domyślić, że krem polubiłam, ale zaznaczę jeszcze raz: skóra moich dłoni jest normalna, nie przesuszona, więc krem nawet o tak lekkiej konsystencji jaką ma krem szafranowy od Maroko Sklep potrafi sprostać jej wymaganiom. I dlatego zużyję go do końca, choćby mojemu mężowi miało wykręcić nos od jego zapachu :P 
Czytaj więcej »

Przepis na świąteczne pierniczki

piątek, 16 grudnia 2016 49 komentarzy
Nie pamiętam kiedy ostatnio pojawił się wpis kulinarny u mnie na blogu. Pomyślałam więc, że zbliżające się wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia to wspaniała okazja do napisania takiego postu. Wybór tematu okazał się łatwy, po prostu podzielę się z Wami swoim przepisem na świąteczne pierniczki- to wpis dla spóźnialskich, którzy jeszcze nie zdążyli ich upiec ;) Specjalnie publikuję go w piątek, bo myślę, że w weekend będzie Wam łatwiej wygospodarować trochę wolnego czasu na ich upieczenie niż w tym ostatnim tygodniu przed Świętami. 
 Składniki:
- 2 szklanki mąki
- 3/4 szklanki cukru
- 1 jajko
- 1/2 kostki margaryny
- 25 dag miodu
- łyżeczka sody
- łyżeczka przyprawy do piernika

Sposób przyrządzenia:
Miód ucieramy z masłem, następnie dodajemy cukier, jajko i ponownie ucieramy. Do masy dodajemy resztę składników ( tj. przyprawę do piernika, mąkę oraz sodę ) i zagniatamy ręcznie ciasto tak długo aż będzie odchodzić od rąk ( średnio zajmuje to ok. 15 minut, a gdyby ciągle się kleiło należy po trochu dodawać mąki ). Zagniecione ciasto owijamy w folię aluminiową i zostawiamy w lodówce na 24 godziny. 
Następnego dnia kawałkami rozwałkowujemy ciasto na grubość około 0,5 cm ( można zrobić grubsze lub cieńsze, przy czym pamiętajcie, że pierniki urosną podczas pieczenia ) i wykrawamy pierniczki. Wykrojone układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 150 stopni na około 8-10 minut. Ostygnięte dekorujemy lub nie, Wasza wola :) Tak przygotowane pierniki można przechowywać kilka tygodni, najlepiej w metalowych puszkach. Po ostygnięciu są twarde, ale jeśli włożymy do puszki kawałek jabłka, szybko zrobią się miękkie. 
A to moje małe "arcydzieła"- możecie śmiać się do woli z moich zdolności dekorowania pierników :P
Czytaj więcej »

Kosmetyczne zaskoczenia

środa, 14 grudnia 2016 52 komentarze
Zdarza mi się kupić kosmetyk w ciemno bądź otrzymać taki, który na pierwszy rzut oka niewiele po sobie obiecuje. Ze swojej kosmetyczki wyciągnęłam pięć takich, co do których nie miałam dużych oczekiwań, a które okazały się dla mnie największymi zaskoczeniami. Oczywiście, w tym dobrym słowa znaczeniu.
O pierwszym z nich, czyli o olejku po kąpieli Raspberry Love od Indigo pisałam już na blogu ( klik ). Pisząc jego recenzję nie myślałam o nim w kategorii kosmetycznego zaskoczenia. Dopiero gdy zaczęłam przeglądać zawartość swojej kosmetyczki w poszukiwaniu produktów do dzisiejszego wpisu, przypomniałam sobie, że na początku podchodziłam do niego jakoś sceptycznie i długo zwlekałam z jego otwarciem. I zupełnie nie wiem dlaczego patrzyłam na niego trochę z ukosa, skoro wszystko mi w nim odpowiada: rozkoszny zapach, nietłusta konsystencja, wielofunkcyjność ( stosuję go do ciała, do skórek i do włosów ) oraz wspaniałe właściwości pielęgnacyjne.
Podkład Healthy Mix Bourjois jest moim jedynym rozświetlającym podkładem, który naprawdę polubiłam i który świetnie spisuje się na mojej mieszanej cerze, skłonnej do świecenia się i do niedoskonałości. Posiadam odcień nr 52, który jest dla mnie kolorem idealnym. To ładny beż z domieszką żółtych tonów, który ładnie wtapia się w skórę, ujednolica jej koloryt, a co ważniejsze: nie tworzy efektu maski i mimo tego, iż delikatnie się utelnia, nie odcina się od reszty ciała. Podkład nałożony pędzlem dobrze maskuje to, co wymaga przykrycia. Poziom krycia można stopniować, dopasowując go do własnych potrzeb i aktualnego stanu skóry. Bardzo odpowiada mi krycie Healthy Mix. Mimo, że jest to podkład rozświetlający, to twarz nie świeci się na kilometr. Rozświetlenie jest naprawdę ładne i subtelne. Co jeszcze mogę o nim napisać? Nie narzekam na jego trwałość, trzyma się na skórze cały dzień, chociaż po kilku godzinach od nałożenia wymaga przypudrowania. Jak każdy podkład, którego używam ;) Jestem w połowie swojej pierwszej buteleczki tego podkładu, ale wiem, że nie będzie ona ostatnią.
Zieloną bazę pod makijaż Ms.Perfect od Bell wrzuciłam do koszyka podczas szybkich zakupów w Biedronce. Dopiero w domu zadałam sobie pytanie "po co?". I szybko znalazłam odpowiedź. Baza działa jak niczego sobie krem, otulając skórę twarzy delikatną, lekko nawilżającą warstewką. Zielone pigmenty produktu "przygaszają" zaczerwienienia i zasłaniają popękane naczynka. Baza dobrze współpracuje z podkładami oraz innymi kosmetykami, przedłużając trwałość makijażu. Zbyt często stosowana może zapychać skórę, dlatego chwilowo mam od niej przerwę. Jednak jak na bazę za kilka złotych sprawuje się bardzo dobrze i chętnie kupię jej kolejną tubkę.
O ile mnie pamięć nie myli, pomadkę ColorTrend z Avonu otrzymałam w przesyłce od Agaty. Sama na pewno bym sobie jej nie kupiła, bo jedyne co zamawiam z katalogów Avon to te duże płyny do kąpieli i to też od wielkiego dzwonu. No, ale jak już dostałam nową szminkę, to trzeba było ją wypróbować. I nawet się nie spodziewałam, że tak mi przypasuje! Ku mojemu zaskoczeniu pomadka jest dobrze napigmentowana, ma fajną kremową konsystencję i dobrze maluje się nią usta. Kolor również bardzo mi odpowiada, a także to, że delikatnie nawilża usta i całkiem nieźle się na nich trzyma. Szminka ColorTrend okazała się chyba największym kosmetycznym zaskoczeniem i będzie drugim produktem, który chętnie będę zamawiać z katalogów Avon.
Kolejny biedronkowy produkt Bell, tym razem błyszczyk w słoiczku z serii Candy. Błyszczyk ma wspaniały, słodki zapach przypominający gumę balonową. Malutki słoiczek jest poręczny, chociaż mizianie w nim palcem jest mało higieniczne. Na ustach pozostawia delikatną poświatę. Dobrze nawilża, odżywia i natłuszcza wargi sprawiając, że długo pozostają gładkie i miękkie. Błyszczyka Bell używam też do ujarzmiania brwi, chyba nawet częściej niż do nawilżania ust ;)

A Was jakie kosmetyki pozytywnie zaskoczyły :)?
Czytaj więcej »

Recenzja: Czosnkowy szampon z henną do włosów łamliwych i wypadających oraz Migdałowa odżywka do suchych i matowych włosów, Vatika

niedziela, 11 grudnia 2016 34 komentarze
Rozpieszczanie moich włosów trwa w najlepsze. Tym razem o ich kondycję i ładny wygląd dbają produkty Vatika, migdałowa odżywka oraz szampon, nie byle jaki, bo czosnkowy! Zaciekawionych zapraszam do lektury :)
Oba kosmetyki znajdują się w podobnych, kształtnych opakowaniach, które różnią się od siebie tylko kolorystyką. Butelka z odżywką ma pistacjowy kolor oraz pomarańczową nakrętkę, zaś butelka z szamponem jest cała biała z lekkim, perłowym połyskiem. Butelki są wygodne, nie wyślizgują się z dłoni, posiadają też otwory na tyle duże, by bez problemu przecisnął się półpłynny szampon, a tym bardziej mocno gęsta odżywka. 
Odżywka ma delikatnie pomarańczowy kolor i bardzo słodki, piękny, migdałowy zapach. Szampon ma taki sam odcień, jak butelka, w której się skrywa. Posiada też wyrazisty, czosnkowy zapach, który czuć podczas mycia włosów, ale po wysuszeniu ulatania się. I bardzo dobrze, bo nie chciałabym, żeby moje włosy pachniały czosnkiem :P Nawet tym starannie dobranym i pochodzącym z Hiszpanii, jak wyczytałam w opisie tego kosmetyku. 
Zarówno odżywka, jak i szampon, pełne są aktywnych składników, które mają mieć dobroczynny wpływ na włosy. I tak, w odżywce znajdziemy migdały, miód i jogurt, odpowiedzialnych za odżywienie, nawilżenie, wzmocnienie i nabłyszczenie suchych i matowych włosów. W szamponie oprócz tytułowego czosnku, który ma przede wszystkim wzmocnić włosy, są także: nadająca świeżości i blasku limonka oraz pogrubiająca włosy i dodająca im miękkości henna.
Kosmetyki dobrałam do aktualnych potrzeb moich włosów i cieszę się, że tak dobrze się sprawdziły, zarówno solo, jak i w duecie. Odżywka nie spływa z włosów, nałożona w racjonalnej ilości świetnie dociąża włosy, niwelując ich puszenie się i dodając im gładkości. Dodatkowo zmiękcza i fantastycznie nawilża włosy oraz nadaje im ładnego połysku. Migdałowa odżywka przywraca im także zdrowy wygląd, ułatwia ich rozczesywanie i wyraźnie poprawia ich kondycję. Szampon mocno się pieni, ale jest delikatny dla skóry głowy. Bardzo dobrze oczyszcza włosy z zanieczyszczeń i produktów do ich stylizacji, pozostawiając je miękkie, odżywione i wzmocnione. Ponadto nie plącze włosów, nie robi z nich siana, nie powoduje też swędzenia skóry głowy ani nie przyczynia się do powstawania łupieżu.
Oba kosmetyki są warte wypróbowania, tym bardziej, że dostępne są w przystępnych cenach ( szampon 13,00 zł za 200 ml, a odżywka 15,00 zł również za 200 ml ), np. w internetowych sklepie Magiczne Indie.  
Czytaj więcej »

Etui na telefon od Etuo.pl

czwartek, 8 grudnia 2016 48 komentarzy
Jeszcze do wakacji etui na telefon było dla mnie zbędnym gadżetem. Wszystko zmieniło się, gdy wymieniłam stary telefon na obecny. Wydałam na niego sporo, ale nie będę pisać ile, bo to nie jest miejsce na tego typu przechwałki. Ważne jest to, że kolejnym zakupem musiało być porządne etui, które ochroni mój nowy telefon przed zarysowaniem, pęknięciami i możliwymi upadkami. 
Do niedawna miałam etui tylko na tylną część telefonu, które sprawowało się dobrze dopóty, dopóki mój małżonek nie zauważył ryski na ekranie, przez którą trochę mi się dostało po uszach :P Ale jak Boga kocham, nie mam pojęcia kiedy i jak się ona zrobiła... ! Postanowiłam więc kupić kolejną obudowę, tym razem z klapką chroniącą również ekran. Mój wybór padł na pokrowiec o wdzięcznej nazwie "akwarelowy kwiat" z serii Flex Book Fantastic. Zdecydować się na ten jeden konkretny wzór nie było łatwo, bo sklep internetowy Etuo.pl, w którym złożyłam zamówienie, oferuje mnóstwo fantastycznych modeli, a nawet możliwość własnoręcznego zaprojektowania wymarzonej obudowy, i to chyba na każdy typ telefonu.
W moim nowym pokrowcu, oprócz pięknego nadruku, przede wszystkim podoba mi się możliwość złożenia go tak, że telefon jest oparty, więc mogę ustawić go gdzie chcę i nadrabiać zaległości filmowe lub serialowe, gdy mój mąż korzysta z komputera :) Etui ma formę książki, dzięki czemu chroni jednocześnie telefon ze wszystkich stron, włącznie z ekranem. Duży plus należy się za to, że w gumowej obudowie znajdują się otwory na przyciski i gniazdka na tyle duże, że nie trzeba ściągać pokrowca, by naładować telefon czy podłączyć słuchawki. Moja stara obudowa na telefon też posiadała odpowiednie otwory, ale zbyt małe, abym mogła do końca docisnąć kabel od ładowarki. Przy każdym ładowaniu musiałam ściągać obudowę, co było mało praktyczne biorąc po uwagę fakt, że z telefonu korzystam bardzo dużo i nierzadko muszę ładować go codziennie. 
Na koniec mogę jeszcze dodać, że pokrowiec na telefon Etuo.pl na żywo prezentuje się jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Jest świetnie wykonane, z dobrego jakościowo tworzywa, a nadruk jest wyraźny i naprawdę ładnie się prezentuje. No i nie mogę nie napisać o trwającej obecnie świetnej promocji 2+1, dzięki której kupując dwa etui trzecie, najtańsze, otrzymacie gratis! Dla siebie lub dla kogoś bliskiego ( albo też dla mnie :D ), na przykład jako prezent pod choinkę :) 
Czytaj więcej »

Recenzja: Intensywnie nawilżający krem na pierwsze zmarszczki, Aqua π Cosmetics

sobota, 3 grudnia 2016 36 komentarzy
Obietnice producenta:
Moisturizing Lifting Face Cream to krem o właściwościach intensywnie i długotrwale nawilżających, wygładzających pierwsze zmarszczki oraz zapobiegających starzeniu się skóry. Starannie dobrana formuła kremu skutecznie i długotrwale nawilża, niweluje pierwsze oznaki starzenia się skóry oraz zapewnia uczucie komfortu i ukojenia. Regularne stosowanie kremu zapewnia wygładzenie pierwszych zmarszczek, optymalne nawilżenie oraz znaczącą poprawę wyglądu skóry. Krem jest wyjątkowo wydajny, ma niezwykle lekką, półpłynną konsystencję, która po kontakcie ze skórą zamienia się w delikatną, wymagającą wmasowania emulsję.

50 ml kremu w sklepie internetowym Aqua Pi kosztuje 159,00 zł
Moim zdaniem:
Czas płynie nie ubłagalnie, wielkimi rokami przybliżając mnie do "zmiany kodu na trzy z przodu" ;) W środku ciągle czuję się na osiemnaście lat, jednak odbicie w lustrze twardo sprowadza mnie na ziemię... Wiąże  się to z moim większym zainteresowaniem kosmetykami na pierwsze zmarszczki, przeciw zmarszczkom, wygładzającymi zmarszczki, itp. I dlatego w mojej codziennej pielęgnacji twarzy zagościł ostatnio Intensywnie nawilżający krem na pierwsze zmarszczki Aqua π Cosmetics.
Krem ten jest światową innowacją, albowiem tak naprawdę jest on eliksirem w żelu. Przynajmniej według producenta. W praktyce oznacza to, że, cytując: "kremy do twarzy Aqua π Cosmetics posiadają unikalną konsystencję uwarunkowaną obecnością wody naładowanej słabymi polami elektromagnetycznymi. Nazywamy ją eliksirem w żelu. To absolutna nowość zarówno w Polsce, jak i na rynkach światowych.". Żeby było jeszcze bardziej WOW, producent wymienia dwa sposoby aplikowania swojego kremu. Pierwszy, tradycyjny, czyli wklepanie opuszkami palców i pozostawienie do wchłonięcia. Drugi sposób jest rekomendowany przez producenta, a polega on na nałożeniu kremu pędzelkiem do masek, pozostawieniu do wchłonięcia i starciu nadmiaru wacikiem. Dodatkowo producent twierdzi, że kremu nie powinno się wsmarowywać, bo wchłonie on się tylko poprzez wklepywanie lub ugniatanie. Tu mi producent zabił ćwieka, bo nie wiem jak Wy, ale ja nigdy nie ugniatałam sobie twarzy... Albo robiłam to nawet o tym nie wiedząc? 
Krem dostałam zapakowany w biały kartonik ze srebrnymi napisami. Podoba mi się taka elegancka, klasyczna i minimalistyczna szata graficzna. W środku kartonika znajdował się ciężki, szklany słoiczek o pojemności 50 ml, ładnie prezentujący się na toaletce. Krem ma bardzo rzadką, wodnisto- żelową konsystencję, która jest niesamowicie lekka, aksamitna, a sam krem jest mega wydajny. Ma bardzo subtelny zapach, który dla mnie jest jednak zbyt chemiczny. Ratuje go to, że jest niewyczuwalny podczas wklepywania kremu w skórę. 
Te z Was, które mnie już znają wiedzą, że wieczorem traktuje moją twarz olejkami, siłą rzeczy więc kremu tego używam rano, tak jak zaleca producent, wklepując go delikatnie w skórę. Testuję krem sumiennie od blisko dwóch miesięcy i zdążyłam zaobserwować, że bardzo dobrze współpracuje on z różnymi podkładami, zarówno tymi tańszymi, jak np. z Bielendy, jak i droższymi, np. Revlon czy Bourjois. Jak już zdążyłam Wam napisać, krem Aqua Pi jest bardzo wydajny, błyskawicznie się wchłania, nie pozostawiając po sobie śladu, np. w postaci lepkiej, tłustej warstewki. Krem faktycznie jest intensywnie nawilżający, dodatkowo zapewnia przyjemnie uczucie ukojenia, łagodząc podrażnienia i niwelując uczucie ściągniętej skóry. Ponadto sprawia, że skóra jest uspokojona, mięciutka i aksamitna w dotyku. Krem nie podrażnia, nie zapycha ani nie uczula. Co do obietnic wygładzenia zmarszczek oraz zapobiegania starzenia się skóry, nie zauważyłam radykalnej różnicy. Zmarszczki są delikatnie, ale to naprawdę delikatnie spłycone. Po kremie za tyle kasy i po tylu tygodniach stosowania spodziewałam się nieco większych efektów. Nie wykluczone jednak, że po kolejnych miesiącach wklepywania go w skórę nie zajdą jakieś diametralne zmiany. 
Podsumowując, ten nie należący do najtańszych krem nawilżający na pierwsze zmarszczki niczym nie odbiega od kremów z drogeryjnych półek. Zużyję go z przyjemnością do końca, bo lubię to uczucie nawilżenia i miękkości, jakie zapewnia mojej skórze, ale na drugi słoiczek się nie pokuszę. 

PS. Jutro wyjeżdżam do Karpacza, więc następnego postu spodziewajcie się w środę :)
Czytaj więcej »

Listopadowy projekt denko

czwartek, 1 grudnia 2016 34 komentarze
1. Szampon do ekstremalnie nadwyrężonych włosów Serum Deep- Repair, Gliss Kur- na moich włosach wszystkie szampony Gliss Kur świetnie się spisują, dlatego często gęsto mam jakiś pod ręką. Po nich moje włosy nie puszą się, nie elektryzują, są podatniejsze na układanie oraz ładnie pachną i się błyszczą. 
2. Oczyszczający peeling do twarzy,Sylveco- peeling bardzo dobrze oczyszcza skórę, wygładza i przygotowuje ją na dalsze etapy pielęgnacji. Drobinki korundu świetnie ścierają martwy naskórek, a olej jojoba i masło shea zapewniają skórze odpowiedni poziom nawilżenia i odżywienia. We wrześniu ukazała się recenzja peelingu, z której dowiecie się jeszcze więcej. 
3. Masło shea, Indigo- rewelacyjny kosmetyk! On i kilka innych sprawiło, że mam ochotę bliżej poznać inne produkty Indigo, zwłaszcza lakiery hybrydowe ( i tu mała dygresja: wiecie, że zbliżają się Święta? i że byłam w tym roku bardzo grzeczna i zasługuję na ładny prezent? :D ). Masło pięknie pachnie i rewelacyjne pielęgnuje skórę, nawet najbardziej wysuszoną. 
4. Łagodzący krem pod oczy, Sylveco- przede wszystkim jest mega wydajny. W lipcu napisałam jego recenzję po kilku tygodniach stosowania, a dna dobił raptem kilka dni temu. Moja skóra nie lubi, gdy długo stosuję jeden kosmetyk, dlatego też z czasem krem ten zaczynał coraz słabiej oddziaływać. Obecnie używam kremu AA, ale do Sylveco jeszcze kiedyś wrócę. 
5. Olej marula, BioOleo Cosmetics- genialny olej, który wiele dobrego uczynił z moją cerą. Po kilkutygodniowej kuracji tym olejkiem moja skóra jest jak nowo narodzona: jest jędrniejsza, gładsza, bardziej miękka w dotyku, uspokojona i taka świeża. Olej marula zapewnił jej idealne odżywienie, nawilżenie i regenerację. Jestem nim tak zachwycona, że na jednej buteleczce na pewno się nie skończy. 
6. Kremowe serum do twarzy Aqua Skin Care, Marion- serum kupiłam w Biedronce za kilka złotych. Po kilku pierwszych aplikacjach myślałam, że przypadkiem trafiłam na kosmetyczną perełkę. Pochwaliłam chyba za wcześnie, bo w ciągu następnych paru dni tak mnie zapchało, że obawiałam się, iż nie dojdę już do ładu ze swoją cerą... Resztkę serum wykorzystałam do pielęgnacji ciała. 
7. Krystaliczny żel pod prysznic Orientalna Magnolia, Lirene- z jego recenzji dowiecie się, że nie lubię pisać o żelach pod prysznic. Żel Lirene nie odbiega niczym od wielu innych żeli dostępnych na rynku kosmetycznym. Jest w porządku, ale nie spodziewajcie się fajerwerków. 
8. Szampon głęboko oczyszczający Pure Wax, Pilomax- zwykły szampon do codziennego mycia włosów. Dobrze oczyszcza z zanieczyszczeń, ale może plątać włosy, a bez odżywki się nie obejdzie. Jest tak zwyczajny, że szkoda strzępić na niego klawiatury, bo nic mądrzejszego o nim nie napiszę. 
9. Odżywka bez spłukiwania do bardzo zniszczonych i suchych włosów Ultimate Repair, Gliss Kur- dwufazową odżywkę stosowałam zarówno na suche, jak i wilgotne włosy, często też przed prostowaniem, głównie od połowy ich długości aż po końce. Ułatwia rozczesywanie włosów, dyscyplinuje i zmiękcza, ale na nic więcej nie liczcie. Napisałam o niej co nieco w tym poście
10. Krem BB Dollish, Lioele- mój pierwszy, prawdziwie azjatycki krem bb, który mega zaskoczył mnie swoim kolorem. Po wyciśnięciu na dłoń jest jasnofioletowy! Dopiero przy aplikowaniu na skórę, w jakiś magiczny sposób zmienia swój odcień i idealnie wpasowuje się w koloryt skóry. 
11. Maskara Volume Million Lashes So Couture, L'Oreal- dzięki temu tuszowi przekonałam się do maskar L'Oreal, które będę teraz chętniej kupować. Ale tylko podczas dużych promocji, bo bolałoby mnie wydanie 60,00 zł na tusz do rzęs :P Pisałam o nim w tamtym roku, o tutaj i myślę, że nic bym w tej recenzji nie zmieniła. 
12. Maskara 4D, Smart Girls Get More- tak jak napisałam w recenzji: jest to dobry tusz, ale ma swoje wady. Podoba mi się jak rozdziela, wydłuża i podkreśla rzęsy, ale męczy mnie to, że rozmazuje się pod okiem i jest tak problemowy w demakijażu. 
13. Pomadka do ust Color Edition, Eveline- to właściwie wyrzutek, a nie zdenkowany kosmetyk. Szminka wydaje się być fajna, podoba mi się jej konsystencja, kolor ciepłego brązu, pigmentacja i to jak zachowuje się na ustach. Jednak ta pomadka tak okropnie śmierdzi, że nie da się wytrzymać z nią na ustach choćby minuty. Zapach jest okropny, duszący i co gorsza, czuć go nawet po umalowaniu ust. Lubię kosmetyki Eveline, ale ta pomadka to jakieś nieporozumienie...
Czytaj więcej »

Recenzja: Suplement diety Hairvity

wtorek, 29 listopada 2016 26 komentarzy
Obietnice producenta:
Hairvity to kompleksowy produkt, którego receptura ukierunkowana jest na wspomaganie zdrowego wyglądu włosów oraz skóry. Zawarte w kapsułkach składniki uelastyczniają i wzmacniają strukturę włosa, powstrzymując ich łamliwość, rozdwajanie i wypadanie (skrzyp polny) oraz wspomagają wzrost włosów (biotyna). To włosy pełne witamin oraz kompleksowo chronione w każdym aspekcie. Nieważne, czy Twoje włosy są zniszczone zmianami hormonalnymi, stosowaniem prostownicy, lokówki, farbowaniem. Każdy zły efekt możesz łatwo zastąpić dobrym – wystarczą 2 kapsułki dziennie pełne witamin i mikroelementów zawartych w Hairvity!
Substancje czynne to: kolagen, l-cysteina, l-leucyna, l-walina, l-lizyna, l-metionina, MSM – metylosulfonylometan, witamina C ( kwas L-askorbinowy), ekstrakt ze skrzypu polnego, niacyna (amid kwasu nikotynowego), żelazo (glukonian żelaza II), kwas pantotenowy (D-pantotenian wapnia), witamina B6 (chlorowodorek pirydoksyny), witamina B2 (ryboflawina), witamina B1 (chlorowodorek tiaminy), witamina A (octan retinylu), kwas foliowy (kwas pteroilomonoglutaminowy), biotyna (D-biotyna), witamina D3 (cholekalcyferol), witamina B12 (cyjanokobalamina).
Moim zdaniem:
Jako nastolatka chętnie kupowałam wszelkie suplementy diety, wierząc w ich działanie, w to, że uczynią, iż paznokcie będą twarde jak skała, włosy jak z reklamy najlepszego szamponu do włosów, a cera gładka jak pupcia niemowlaka. Niestety, wszystko to pozostało w strefie moich marzeń, więc z czasem przestałam być taka naiwna i w końcu dałam odpocząć swojej wątrobie. Zrobiłam jej czteroletnią przerwę od jakichkolwiek suplementów diety, którą przerwałam dopiero w tym roku, kuracją nutrikosmetykiem Hairvity.
Produkt otrzymałam w dużym, niebieskim opakowaniu z wysuwaną częścią, w której pośrodku znajdował się kartonik ( kliknij tu, to zobaczysz o czym mowa ), a w nim- prosty, utrzymany w minimalistycznym stylu odkręcany słoiczek, kryjący w sobie niebieskie kapsułki z logo producenta. Są one dość duże, ale przy tym owalne i miękkie, dzięki czemu są łatwiejsze do przełknięcia. Każdego dnia należy zażyć dwie, najlepiej po posiłku. Ja łykałam od razu dwie, zaraz po śniadaniu i popijając sporą ilością płynu. Starałam się, aby to była woda, ale częściej był to jakiś sok, kawa lub herbata ;) W czasie trwania kuracji nie odczułam żadnych skutków ubocznych typu ból brzucha, odbijanie się czy jakieś inne rewolucje żołądkowe. 
Hairvity ukierunkowany jest głównie na wspomaganie zdrowego wyglądu włosów, ale przy okazji ma dobry wpływ na stan skóry. Jeśli mam być szczera, to zaobserwowałam większą poprawę w wyglądzie skóry niż włosów... W ostatnim czasie nie zmieniłam nic w pielęgnacji twarzy, a zauważyłam, że podskórne grudki, na które ciągle Wam narzekam, delikatnie się zmniejszyły, a te malutkie zniknęły całkowicie. Poza tym poprawił się koloryt skóry, a ona sama stała się bardziej elastyczna. Co do włosów, to na pewno są mocniejsze i mniej wypadają. Przed rozpoczęciem kuracji podcięłam końcówki, ale ten miesiąc zażywania suplementu Hairvity nie przyczynił się do szybszego porostu włosów- urosły nieco ponad 1 cm, czyli raczej standardowo. Pojawiło się kilka nowych baby hair, z których mam nadzieję, wyrosną mocne, długie włosy. I to by było tyle z mojej strony. Wiem, że u niektórych dziewczyn, które również zażywały suplement diety Hairvity, wzmocniły się paznokcie i przyspieszył się ich wzrost, u mnie jednak nic takiego nie miało miejsca. Wręcz odwrotnie, w trakcie kuracji złamały mi się z trzy, przez co musiałam wszystkie skrócić do minimum, ale nie wiążę tego z tymi kapsułkami. Chyba po prostu były już za długie lub zbyt długo nie robiłam przerw między hybrydami...
Jedno opakowanie Hairvity zawiera 60 kapsułek, czyli wystarcza na miesiąc kuracji i kosztuje 59 zł. Suplement ten można kupić na stronie www.hairvity.pl , a także w wybranych salonach fryzjerskich, kosmetycznych i aptecznych. Aby cieszyć się optymalnymi rezultatami, producent zaleca stosowanie suplementu przez minimum 3 miesiące. 
Czytaj więcej »

Only Box- Dookoła włosów

sobota, 26 listopada 2016 39 komentarzy
Listopad upłynął mi na intensywnym testowaniu kosmetyków do włosów. Dawno nie były tak rozpieszczane ;) Wszystko za sprawą Only Box'a, w którym znalazłam aż sześć pełnowymiarowych produktów do ich pielęgnacji.  
W pięknym pudełku w kolorowe kwiaty przewiązanym niebieską wstążką ( tak na marginesie: dawno nie dostałam tak pięknie zapakowanych kosmetyków. same zobaczcie, o tu ) znajdowały się:
L’biotica Professional Therapy  Express Dry Shampoo, Suchy Szampon- to idealny sposób na szybkie i proste odświeżenie włosów bez użycia wody. Włosy odzyskują świeży wygląd w ciągu kilku sekund. Formuła suchego szamponu L' biotica sprawia, że włosy pozostają odświeżone oraz lekko uniesione u nasady. Przywraca włosom energię i witalność. 200 ml/ok.18,00 zł
Odżywka ochrona i odbudowa, Coconut Oil, Hello Nature, Cece of Sweden- odżywka dogłębnie nawilża i sprawia, że włosy stają się mocne, zdrowe i lśniące. Formuły produktów HELLO NATURE nawet do 93% tworzą składniki naturalnego pochodzenia. 300 ml/19,90 zł
Szampon wygładzający, kuracja olejkami, Ziaja- do włosów suchych i zniszczonych oraz po zabiegach fryzjerskich. Myje i oczyszcza włosy, zmiękcza i wygładza, zwiększa ich podatność na modelowanie i objętość. 300 ml/ok. 7,00 zł
Olejek w kremie do włosów, 7 efektów z olejkiem arganowym, Marion- odżywia włosy i ułatwia ich stylizację bez obciążania. Lekka i łagodna formuła bez spłukiwania.  Olejek zawiera bogaty w glicerydy oraz witaminy olej arganowy, olej kokosowy i olej inca inchi, które pomagają zapewnić włosom 7 efektów, między innymi: wygładzenie, nawilżenie i odżywienie. 150 ml/ ok. 11,00 zł
Serum multifunkcyjne do włosów, ELESTABion R, Floslek- regeneruje włosy przesuszone, osłabione, zniszczone. Chroni przed utratą wilgoci i zanieczyszczeniami środowiska. Wygładza, nadaje jedwabistą miękkość, połysk i sprężystość. Przedłuża trwałość koloru włosów farbowanych. Zapewnia ochronę termiczną przed ciepłem suszarki, lokówki, prostownicy. Włosy nawilżone, wygładzone, lśniące i zregenerowane, bez skłonności do puszenia. Łatwe do rozczesania i stylizacji. 30 ml/ ok.15,00 zł
Skoncentrowana maska wygładzająca, kuracja olejkami, Ziaja- do włosów suchych i zniszczonych oraz po zabiegach fryzjerskich. Intensywnie regeneruje, chroni przed wysuszeniem, nadaje włosom gładkość, przywraca naturalny i zdrowy wygląd. 200 ml/ ok.9,00 zł
A teraz po kolei. Zaczniemy od olejku w kremie 7 efektów Marion. Znajduje się on w plastikowej, proste butelce z wygodną, higieniczną pompką, która ułatwia dozowanie kosmetyku. Czytelna etykietka zawiera wszystkie niezbędne informację, w tym sposób użycia oraz skład. Szata graficzna jest przyjemna dla oka, a dzięki temu, że ścianki są bezbarwne wiadomo, ile olejku w kremie już ubyło. Produkt ma lekko brzoskwiniowy kolor i piękny, słodki zapach, aczkolwiek nieco zalatujący sztucznością. Dla mnie jest to bardziej odżywka niż olejek i taką też ma konsystencję- gęstą i kremową. I jako odżywki używam też tego produktu: po umyciu włosów dwie-trzy pompki wcieram w końce i nie spłukuję. Olejek w kremie nałożony w niezbyt dużej ilości ładnie wygładza, zmiękcza i nawilża włosy. Gdy jest go za dużo, może zbytnio obciążyć włosy i sprawić tym samym, że wydają się nie świeże. Jego niewielka ilość pozwala dociążyć włosy, tak aby zniwelować ich puszenie się i elektryzowanie. Ponadto produkt ułatwia rozczesywanie włosów.
Kolejnym kosmetykiem z Ony Box'a jest multifunkcyjne serum Floslek, które stosuję po wysuszeniu i wyprostowaniu włosów- traktuje je jako kropkę nad i w ich codziennej pielęgnacji. Serum jest bezbarwne, ma oleistą konsystencję i delikatny, przyjemny zapach. Używam go w bardzo małej ilości i tylko na końce włosów. Serum dobrze chroni końcówki przed rozdwajaniem się, ujarzmia włosy oraz dodaje im miękkości i blasku. Kosmetyk jest bardzo wydajny, po miesiącu stosowania praktycznie nie widzę jego ubytku. Serum Floslek znajduje się w małej, poręcznej buteleczce z pompką typu air- less. Producent ma ode mnie duży plus za różowo- szarą szatę graficzną. Ostatnio takie połączenie kolorów jest moim ulubionym ;)
Pora na zestaw wygładzającego duetu Ziaja, szamponu i maski. Do kosmetyków tej marki mam słabość, wiele z nich się u mnie sprawdziło i nie inaczej było z tym zestawem. Szampon oraz maska znajdują się w charakterystycznych dla marki opakowaniach. Zarówno butelka od szamponu, jak i słoik z maską do włosów są wygodne w użyciu i dobrze wykonane. Szampon ma gęstą konsystencję o przepięknym, bursztynowym zabarwieniu oraz o przyjemnym, słodkawym zapachu. Szampon mocno się pieni, ale jest jednocześnie delikatny dla włosów i skóry głowy. Bardzo dobrze oczyszcza, nie plącze włosów ani nie robi z nich siana. Odżywia i nawilża suche i zniszczone włosy, a także dodaje im blasku. Maska jest bardzo gęsta, treściwa, przez co nie spływa z włosów. Stosuję ją raz-dwa razy w tygodniu dla większej regeneracji włosów. Już przy spłukiwaniu jej, czuć, że włosy są wygładzone i aż takie śliskie. Maska mocno zmiękcza, wygładza i nawilża włosy. Dodatkowo poprawia ich elastyczność, ułatwia rozczesywanie oraz nadaje im ładny połysk. Tym szybko zyskała miano mojego ulubieńca :) Poza tym lubię maski zapakowane w słoiki z szerokim otworem, tak jak w przypadku Ziaja, bo pozwalają na wygodne wydobycie produktu do samego końca. 
Odżywki z olejem kokosowym Cece of Sweden używałam na zmianę z wspomnianym już w tekście olejkiem w kremie Marion. Jednak w tym przypadku bardziej podoba mi się szata graficzna opakowania: stonowana, jakaś taka spokojna, łagodna i bardzo pasująca do naturalnego produktu, jakim jest odżywka Hello Nature. Ciemnobrązowa butelka jest poręczna, łatwo wycisnąć z niej odżywkę, której konsystencja jest gęsta, kremowa o zniewalającym kokosowym zapachu. Jej również nie spłukuję, tylko zostawiam na włosach, aby je zdyscyplinowała. Odżywka widocznie poprawiła kondycję moich włosów, dogłębnie je nawilżyła i odżywiła oraz mocno zregenerowała. Zaobserwowałam także, że znacznie ułatwia rozczesywanie włosów, a także sprawia, że są pełne życia, elastyczne, zdrowo wyglądają i pięknie pachną. Nie ma się co dziwić, w końcu w jej składzie znajdziemy aż 5 różnych olei: makadamia, kokosowy, arganowy, jojoba oraz ze słodkich migdałów. Taka mieszanka musi mieć dobroczynny wpływ na włosy. 
I na koniec zostawiłam suchy szampon L'Biotica. Jest to mój pierwszy, inny suchy szampon niż Batiste. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się szata graficzna opakowania. Jest trochę chłodna, minimalistyczna, a jednocześnie elegancka, subtelna i ekskluzywna. O tym, jak należy stosować suchy szampon nie muszę Wam pisać, bo wiecie jak to się robi. Szampon błyskawicznie odświeża włosy, odbija je od nasady, poprawiając ich objętość. Świetnie wchłania nadmiar sebum, sprawiając tym samym, że włosy wyglądają na świeżo umyte. Należy jednak pamiętać, że każdy tego typu produkt to doraźna pomoc, która nie zastąpi nam umycia włosów tradycyjnym szamponem. 

Ode mnie to dzisiaj tyle. Do zobaczenia w następnym poście :)
Czytaj więcej »

Instagram w formie książki, czyli INSTABOOK

środa, 23 listopada 2016 33 komentarze
Trzy razy zakładałam konto na Instagramie. I zaraz je kasowałam, pytając samą siebie "po co Ci to?". Dopiero za czwartym razem stwierdziłam, że jednak mi się podoba i chyba zostanę dłużej. To dłużej trwa już ponad rok. A ja każdego dnia robię zdjęcia, bawię się filtrami, klikam jak opętana w serduszka zmieniając ich kolor na czerwony, a ostatnio nawet zaprojektowałam swoją instagramową fotoksiążkę.
Instabook to Instagram w kwadracie o wymiarach 15cm x 15cm. Czyli, w praktyce, to nieduża książeczka, leciutka, którą wszędzie możecie ze sobą zabrać. Jej cena waha się od 39,00 zł do 69,00 zł w zależności jaką oprawę wybierzemy, a mamy do wyboru trzy: miękką i pokrytą folią, sztywną oraz oprawę kartonową, czyli taką, z jakiej został wykonany mój Instabook.
A skoro już przy mojej fotoksiążce jesteśmy, to wybrałam do niej zdjęcia z Instagrama, do których mam pewien sentyment, które podobają mi się najbardziej i te które uważam za udane,  ale dodałam też zdjęcia ślubne, a także kilka cytatów. Wiecie już, że mój Instabook ma oprawę kartonową, to znaczy, że wszystkie jego strony są sztywne i grube. Fotoalbum wykonany jest naprawdę dobrze, nic się nie rozkleja, a wykorzystany do jego produkcji papier jest śnieżnobiały. Kolorowy tusz się nie rozmazuje, zdjęcia nie są wyblakłe, a ich ostrość jest dokładnie taka sama, jak na Instagramie.
Program printu.pl, w którym projektuje się własną fotoksiążkę, jest banalnie prosty w obsłudze. Posiada wiele układów ułożenia zdjęć oraz różnorodne czcionki, więc jedyne co nas ogranicza, to nasza kreatywność. 
Instabook możecie zaprojektować dla siebie lub kogoś bliskiego, bo moim zdaniem, to nie tylko miła pamiątka, ale też fajny pomysł na spersonalizowany prezent ( nie tylko dla posiadacza Instagrama ), np. na zbliżające się Mikołajki. Tym bardziej, że teraz macie możliwość zakupienia własnoręcznie zaprojektowanej fotoksiążki z 15% zniżką, wystarczy kliknąć w ten link i uzupełnić wymagane pola :)


PS. Czy tylko u mnie zaszły beznadziejne zmiany na bloggerze? 
Przez które nie mogę wejść na ogólny panel, bo cały czas wyrzuca mnie na stronę z postami?
Czytaj więcej »

To się popisałam, czyli zapraszam na nowego bloga!

niedziela, 20 listopada 2016 31 komentarzy
Ta myśl chodziła za mną już od dłuższego czasu. Pisanie bloga tak mnie wciągnęło, że nie wyobrażam sobie, abym nagle miała przestać. Jednak po ponad 5 latach pisania głównie na tematy kosmetyczno- urodowe zaczęłam czuć, że przestałam się rozwijać, że tematyka bloga zaczęła mnie ograniczać, że potrzebuję czegoś więcej. Mogłabym tutaj publikować więcej postów o różnorodnej tematyce, ale wydaje mi się, że wkradłby się jakiś chaos, że MintElegance straciłaby swój urok. Nie umiałabym też zrezygnować albo usunąć tego bloga ot tak, bo mimo wszystko bardzo lubię to miejsce i Was, moje czytelniczki, poza tym za dużo czasu, pracy i serca włożyłam w jego stworzenie, dlatego postanowiłam ruszyć z czymś nowym.
Przez ostatnie dni dopinałam wszystko na ostatni guzik, szukałam inspiracji, spisywałam pomysły na wpisy, nawet założyłam Fanpage, aby stworzyć moje nowe, bardziej profesjonalne miejsce w sieci. I tak w piątek ukazał się pierwszy post, na który Was zapraszam. Mam nadzieję, że zajrzycie, zostawicie miłe słowo, a jeszcze lepiej zostaniecie ze mną i w tym nowym miejscu, że będziecie mnie wspierać i motywować do jego rozwoju tak, jak robiłyście to do tej pory, tutaj :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Maskara 4D, Smart Girls Get More

piątek, 18 listopada 2016 35 komentarzy
Zapewnienie producenta:
Tusz pogrubiający, podkręcający i wydłużający rzęsy ze szczotką silikonową. Akacja senegalska działa osłaniająco, wosk ryżowy pielęgnuje, olej arganowy poprawia żywotność, a keratyna służy jako budulec. Zawiera panthenol . Nie zawiera parabenów. 

Skład: (And) Trideceth-6, Bht, Carbon Black, Cera Alba, Cetyl Alcohol, Cl 77491, Cl 77492, Cl 77499, Cl 777, Cl 77742, Cocopheryl Acetate, Copernica Carifera Wax, Dimethicone (And) Trimethyl Siloxxy Silicate, Euphorbia Cerifera Wax, Methyl Paraben, Methylchloroisothiazolinone (And) Methylisothiazolinone, Nylon Fibres, Phenoxyethanol, Propyl Paraben, Propylene Glycol, Retinyl Palmitate, Sodium Acrylate/ Sodium Acryloydimethyl Taurate Copolymer (And) Hydrogenated Polydecene (And) Sorbitan Laurate, Stearic Acid, Triethanolamine, Vp/Va Copolymer, Aqua, Cl 77268.

10 ml/8,00 zł w Drogeriach Natura

Moim zdaniem:
Uwielbiam tusze do rzęs! Ale o tym bardzo dobrze wiecie ;) Zawsze mam ich kilka i często używam ich na zmianę. Mam wśród nich też kilku ulubieńców, do których zawsze wracam. Jednak maskara 4D Smart Girls Get More do nich zdecydowanie nie należy...
Granatowo- białe, graficzne opakowanie jest standardowe dla tuszy do rzęs, czyli jest proste, podłużne i wąskie. Wykonane zostało z dobrego tworzywa, nic się z nim nie dzieje. Kryje w sobie 10 ml kremowej, średnio gęstej konsystencji o delikatnym zapachu, charakterystycznym dla większości maskar. Tusz ma kolor głębokiej czerni i na taki sam mocny odcień barwi rzęsy, który z upływem czasu nie traci na swej intensywności. 
Silikonowa szczoteczka jest lekko wybrzuszona na środku, gdzie ma też nieco dłuższe włoski niż na jej końcach. Wypustki szczoteczki są miękkie, nie "drapią" rzęs. Maskara ładnie rozczesuje rzęsy, wydłużając je i podkręcając. Rzęsy są podkreślone, lekko pogrubione i prezentują się naprawdę dobrze. Jednak co z tego, skoro tusz ciągle rozmazuje się pod okiem? Nie mówiąc już o problemach, jakie stwarza przy demakijażu. Maskara tak mocno "wpija się" w rzęsy, więc aby dokładnie ją zmyć potrzebuję czasami nawet 4-5 wacików dobrze nasączonych płynem do demakijażu/ mleczkiem/ płynem dwufazowym.
Jak same zdążyłyście przeczytać, tusz jest dobry, ale nie bez wad. Co prawda, jest niedrogi, ładnie podkreśla rzęsy i nie podrażnia oczu, ale to, że rozmazuje się pod oczami i jest tak kłopotliwy w demakijażu dyskwalifikuje go i możecie być pewne, że więcej już go u mnie nie zobaczycie.
Czytaj więcej »

5 kosmetyków, za które nie warto przepłacać

wtorek, 15 listopada 2016 74 komentarze
Znacie slogan reklamowy proszku do prania Dosia "skoro nie widać różnicy, po co przepłacać"? Na pewno tak. A wiecie, że są kosmetyki, które idealnie wpisują się w tych kilka słów? Nieważne czy kosztują 200,00 zł czy 2,00 zł, a dają taki sam efekt? Ja znalazłam takich pięć:
1. Lakier do włosów
Moja mama używa lakierów Wellaflex, ja- tych z Biedronki. Lakiery, które kupuje moja mama kosztują ponad 10,00 zł ( to i tak nie dużo ). Te, które kupuję ja, połowę mniej. I wiecie co? Nigdy nie widziałam między nimi różnicy. Dla mnie oba tak samo dobrze utrwalają fryzurę i nie sklejają włosów. Dlatego wolę kupić dwa biedronkowe, niż jeden markowy. Tym bardziej, że jest to produkt, którego używam "od wielkiego dzwonu". 
2. Żel pod prysznic
Jest to kosmetyk, który przede wszystkim ma myć, nie wysuszać skóry, a jeśli dodatkowo ma ładny zapach, to można mówić, że trafiło się na ideał. Nigdy nie wydałam na żel pod prysznic więcej niż 8,00 zł ( chyba, że miał większą pojemność ) z kilku powodów: nawet najtańszy nie wyrządził krzywdy mojej skórze, jest to kosmetyk, który kończy mi się najszybciej i naprawdę wiele od niego nie wymagam. A skoro nie mam wobec nieco dużych oczekiwań, to po co mam przepłacać?
3. Zmywacz do paznokci
Najlepszy zmywacz do paznokci ma Isana. Bodajże 400 ml kosztuje tylko około 6,00 zł, a jest mega wydajny i co najważniejsze, najskuteczniejszy w usuwaniu lakieru. Wybaczcie, jeśli kogoś teraz urażę, ale dla mnie jest skrajną głupotą wydanie, np. prawie 30,00 zł za zmywacz Herome o pojemności 120 ml albo aż 89,00 zł ( !!! ) za morelowy zmywacz Diora. Nawet gdybym miała miliony na koncie, dalej kupowałabym zmywacz Isany. 
4. Mydło w kostce lub w płynie
Nie wiem jak u Was, ale u mnie jest to produkt używany tylko do mycia rąk, pędzli, czasami do ręcznego prania. Zużywa się równie szybko jak żele pod prysznic, od mydła też dużo nie wymagam, więc wolę na nim zaoszczędzić.
5. Błyszczyk do ust
Miałam błyszczyki, które kosztowały kilka złotych i takie, których cena wynosiła kilkadziesiąt złotych. Jedne i drugie sprawdzały się u mnie tak samo, a że lubię mieć dużo za niedużo, zrezygnowałam z kupowania tych droższych, bo ich tańsze odpowiedniki dają tak samo mocno zadowalający mnie efekt. 

Jak Wy uważacie, warto płacić więcej za wymienione tu kosmetyki czy macie takie samo zdanie jak ja?
A może wolicie wydać mniej pieniędzy na coś innego?
Czytaj więcej »

Recenzja: Peeling domowa mikrodermabrazja do skóry trądzikowej,mieszanej i tłustej, Bioamare

sobota, 12 listopada 2016 48 komentarzy
Mikrodermabrazja jest zabiegiem kosmetycznym, polegającym na ścieraniu kolejnych warstw martwego naskórka przez mikrokryształki. Najczęściej wykorzystywany w tym zabiegu jest korund. Profesjonalnemu zabiegowi mikrodermabrazji można poddać się w każdym gabinecie kosmetycznym ( tylko nie róbcie tego w pierwszym lepszym, zdecydujcie się na sprawdzony, o dobrej opinii ), ale można mieć też jego namiastkę w zaciszu własnej łazienki, wykorzystując do tego np. peeling do skóry trądzikowej, mieszanej i tłustej Bioamare.
Nieduża, poręczna tubka ma przyjemną szatę graficzną, a przez jej przezroczyste ścianki widać stopień zużycia peelingu. Sam peeling ma jasny, zielony kolor i gęstą, zbitą konsystencję, która ma w sobie mnóstwo drobniutkich kryształków ścierających martwy naskórek. W kontakcie z wodą zmienia się w lekki, biały krem. 
Drobinki zanurzone w peelingu są bardzo malusieńkie, ale wystarczająco ostre, aby skutecznie złuszczyć martwy naskórek, pozbyć się wszystkich suchych skórek, zostawiając tym samym skórę gładszą i bardziej miękką w dotyku. Obecność oleju jojoba sprawia, że skóra po zabiegu jest również dobrze nawilżona i odżywiona. Regularne wykonywanie domowej mikrodermabrazji przy pomocy peelingu Bioamare przyczynia się także do poprawy jędrności, elastyczności i kolorytu skóry. W trakcie i po wykonaniu peelingu nie czuć żadnego dyskomfortu, żadnego pieczenia lub ściągnięcia skóry. W składzie peelingu, oprócz drobinek korundu, znajdują się także olej jojoba i skrzyp polny, które mają dobroczynny wpływ na skórę problematyczną, z niedoskonałościami. Skóra jest uspokojona, zaczerwienienia z czasem robią się coraz jaśniejsze, a pory są ładnie oczyszczone. 
Podobny peeling opisałam w marcu tego roku, tylko innej marki kosmetycznej, mianowicie Nacomi ( klik ). Jak dla mnie, peeling Bioamare jest tańszą ( około 14,00 zł za 75 ml ), łatwiej dostępną ( w każdym Tesco ), ale równie dobrą wersją peelingu Nacomi. 
Czytaj więcej »

Bodetko Lash- początek kuracji

środa, 9 listopada 2016 37 komentarzy
Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i na temat. Nie będzie recenzji, denka, ślubnego wpisu ani zdjęciowego mixa. Będzie oszczędny post informujący o tym, że nadszedł dzień, w którym zaczynam kurację serum do rzęs Bodetko Lash.
Obecnie moje rzęsy prezentują się tak, jak to widać na załączonym powyżej zdjęciu. Nie są zbyt krótkie, ale też nie za długie, a moim marzeniem jest prawdziwa firanka rzęs. Podejrzałam kilka zdjęć ukazujących efekt przed i po kuracji odżywką Bodetko Lash- niektóre są naprawdę zachwycające, dlatego produkt ma wysoko ustawioną poprzeczkę. Za 3 miesiące dam Wam znać jak się mają moje rzęsy ;)
Czytaj więcej »

Wszystkie moje pomadki Velvet Matte Golden Rose

poniedziałek, 7 listopada 2016 51 komentarzy
Pomadek Velvet Matte Golden Rose nie muszę Wam przedstawiać. Są znane wzdłuż i wszerz w blogsferze, każda blogerka miała choćby jedną z nich i mimo ich kilkuletniej już obecności na rynku ciągle mają swoje pięć minut i cały czas cieszą się ogromną popularnością. Dowód? W 2014 roku zyskały tytuł Kosmetyk Roku. W kolejnym- tytuł Najlepszego Produktu Roku. W bieżącym otrzymały miano Kosmetyk Wszech Czasów na portalu Wizaż. Wniosek? Tylko jeden- obok nich nie można przejść obojętnie, co więcej: ich nie da się nie lubić. Dowód? Moja skromna osoba, która przygotowała dla Was wpis pokazujący wszystkie posiadane przeze mnie pomadki Velvet Matte ;)
Obecnie marka ma w swojej ofercie aż 39 odcieni matowych pomadek Velvet Matte. Ja mam zaledwie 1/5 wszystkich kolorów ( chlip, chlip ), a jest ich jeszcze tyle, które chciałabym mieć! Prościej będzie chyba wymienić te odcienie, których jednak bym nie przygarnęła, a są takie trzy: nr 28, czyli bardzo ciemny fiolet; nr 29, jakim jest mocne bordo oraz nr 33, który to jest po prostu czarny. W żadnym z tych kolorów nie wyobrażam sobie wyjść do ludzi, nawet w Halloween. Za to w tych odcieniach, które mam bardzo często pokazuję się innym :D
Pomadek Velvet Matte mam siedem i większość z nich jest w "bezpiecznych", neutralnych odcieniach różowego, brzoskwiniowego i nude. Wyjątkiem są dwa odcienie: nr 05, który jest kolorem chłodnej i przygaszonej pomarańczy oraz nr 09, czyli prawdziwy, słodki róż. Pozostałe moje kolory to:
02- który jest odcieniem pudrowego różu z domieszką brązu. 
03- czyli bardzo przyjemny kolor cieplutkiego beżu z brzoskwiniową nutą. 
10- mój ulubieniec :) Neutralny, zbliżony do koloru ust, ale jednak ciemniejszy.
26- najdelikatniejszy i najcieplejszy odcień, jaki mam, najbardziej wpadający w brzoskwinkę. 
31- typowy nudziak, nieco ciemniejszy i chłodniejszy niż odcień 03. 
od dołu odcienie nr: 02, 03, 05, 09, 10, 26, 31

Pomadki Velvet Matte zamknięte są w eleganckich opakowaniach utrzymanych w bordowo- czarnej kolorystyce z złotymi napisami. W międzyczasie marka zmieniła swoje logo ( wygrawerowane duże GR ), które podoba mi się znacznie bardziej. Opakowania są bardzo solidne, nie łamią się ani nie pękają przy upadku, nie zostały wykonane z byle jakiego tworzywa. Wyglądają schludnie, estetycznie, zgrabnie i lekko. 
Pomadki te charakteryzują się delikatnym, leciutko słodkim zapachem i aksamitno- matowym wykończeniem. Ich konsystencja nie jest "tępa", tylko kremowo- satynowa, a dzięki składnikom nawilżającym i witaminie E, które znajdziemy w ich składzie, łączą one w sobie trwałość matowej pomadki i delikatną pielęgnację oraz lekkość w noszeniu na ustach, jaką dają szminki nawilżające. 
Pomadki Golden Rose są dobrze napigmentowane, pokrywają usta jednolitym kolorem bez prześwitów i smug już przy pierwszej warstwie. Są dość trwałe, jednak zostawiają swoje ślady, np. na brzegach szklanek i po jakimś czasie zaczynają się ścierać od środka ust, ale ich uzupełnienie jest bardzo łatwe i możliwe w każdej sytuacji, nawet bez lusterka. Nie ważą się na ustach ani też nie brudzą zębów. Przy dłuższym, codziennym malowaniu nimi ust, mogą je delikatnie wysuszyć, dlatego należy pamiętać o systematycznej pielęgnacji. 
Oprócz szerokiej gamy odcieni do wyboru i tych kilku zalet, które wymieniłam kilka linijek wyżej, pomadki Golden Rose mogą pochwalić się też niewygórowaną ceną ( 11,90 zł za 4,2 g ) oraz dobrą dostępnością ( sklepy internetowe, stoiska w galeriach handlowych, nieduże osiedlowe drogerie ).

PS. Przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć. Aparat chwilowo odmówił mi posłuszeństwa, więc musiałam zadowolić się tym w telefonie... 
Na Instagrama robi fajne zdjęcia, ale na bloga już mniej...
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.