Recenzja: Suplement diety Hairvity

wtorek, 29 listopada 2016 26 komentarzy
Obietnice producenta:
Hairvity to kompleksowy produkt, którego receptura ukierunkowana jest na wspomaganie zdrowego wyglądu włosów oraz skóry. Zawarte w kapsułkach składniki uelastyczniają i wzmacniają strukturę włosa, powstrzymując ich łamliwość, rozdwajanie i wypadanie (skrzyp polny) oraz wspomagają wzrost włosów (biotyna). To włosy pełne witamin oraz kompleksowo chronione w każdym aspekcie. Nieważne, czy Twoje włosy są zniszczone zmianami hormonalnymi, stosowaniem prostownicy, lokówki, farbowaniem. Każdy zły efekt możesz łatwo zastąpić dobrym – wystarczą 2 kapsułki dziennie pełne witamin i mikroelementów zawartych w Hairvity!
Substancje czynne to: kolagen, l-cysteina, l-leucyna, l-walina, l-lizyna, l-metionina, MSM – metylosulfonylometan, witamina C ( kwas L-askorbinowy), ekstrakt ze skrzypu polnego, niacyna (amid kwasu nikotynowego), żelazo (glukonian żelaza II), kwas pantotenowy (D-pantotenian wapnia), witamina B6 (chlorowodorek pirydoksyny), witamina B2 (ryboflawina), witamina B1 (chlorowodorek tiaminy), witamina A (octan retinylu), kwas foliowy (kwas pteroilomonoglutaminowy), biotyna (D-biotyna), witamina D3 (cholekalcyferol), witamina B12 (cyjanokobalamina).
Moim zdaniem:
Jako nastolatka chętnie kupowałam wszelkie suplementy diety, wierząc w ich działanie, w to, że uczynią, iż paznokcie będą twarde jak skała, włosy jak z reklamy najlepszego szamponu do włosów, a cera gładka jak pupcia niemowlaka. Niestety, wszystko to pozostało w strefie moich marzeń, więc z czasem przestałam być taka naiwna i w końcu dałam odpocząć swojej wątrobie. Zrobiłam jej czteroletnią przerwę od jakichkolwiek suplementów diety, którą przerwałam dopiero w tym roku, kuracją nutrikosmetykiem Hairvity.
Produkt otrzymałam w dużym, niebieskim opakowaniu z wysuwaną częścią, w której pośrodku znajdował się kartonik ( kliknij tu, to zobaczysz o czym mowa ), a w nim- prosty, utrzymany w minimalistycznym stylu odkręcany słoiczek, kryjący w sobie niebieskie kapsułki z logo producenta. Są one dość duże, ale przy tym owalne i miękkie, dzięki czemu są łatwiejsze do przełknięcia. Każdego dnia należy zażyć dwie, najlepiej po posiłku. Ja łykałam od razu dwie, zaraz po śniadaniu i popijając sporą ilością płynu. Starałam się, aby to była woda, ale częściej był to jakiś sok, kawa lub herbata ;) W czasie trwania kuracji nie odczułam żadnych skutków ubocznych typu ból brzucha, odbijanie się czy jakieś inne rewolucje żołądkowe. 
Hairvity ukierunkowany jest głównie na wspomaganie zdrowego wyglądu włosów, ale przy okazji ma dobry wpływ na stan skóry. Jeśli mam być szczera, to zaobserwowałam większą poprawę w wyglądzie skóry niż włosów... W ostatnim czasie nie zmieniłam nic w pielęgnacji twarzy, a zauważyłam, że podskórne grudki, na które ciągle Wam narzekam, delikatnie się zmniejszyły, a te malutkie zniknęły całkowicie. Poza tym poprawił się koloryt skóry, a ona sama stała się bardziej elastyczna. Co do włosów, to na pewno są mocniejsze i mniej wypadają. Przed rozpoczęciem kuracji podcięłam końcówki, ale ten miesiąc zażywania suplementu Hairvity nie przyczynił się do szybszego porostu włosów- urosły nieco ponad 1 cm, czyli raczej standardowo. Pojawiło się kilka nowych baby hair, z których mam nadzieję, wyrosną mocne, długie włosy. I to by było tyle z mojej strony. Wiem, że u niektórych dziewczyn, które również zażywały suplement diety Hairvity, wzmocniły się paznokcie i przyspieszył się ich wzrost, u mnie jednak nic takiego nie miało miejsca. Wręcz odwrotnie, w trakcie kuracji złamały mi się z trzy, przez co musiałam wszystkie skrócić do minimum, ale nie wiążę tego z tymi kapsułkami. Chyba po prostu były już za długie lub zbyt długo nie robiłam przerw między hybrydami...
Jedno opakowanie Hairvity zawiera 60 kapsułek, czyli wystarcza na miesiąc kuracji i kosztuje 59 zł. Suplement ten można kupić na stronie www.hairvity.pl , a także w wybranych salonach fryzjerskich, kosmetycznych i aptecznych. Aby cieszyć się optymalnymi rezultatami, producent zaleca stosowanie suplementu przez minimum 3 miesiące. 
Czytaj więcej »

Only Box- Dookoła włosów

sobota, 26 listopada 2016 39 komentarzy
Listopad upłynął mi na intensywnym testowaniu kosmetyków do włosów. Dawno nie były tak rozpieszczane ;) Wszystko za sprawą Only Box'a, w którym znalazłam aż sześć pełnowymiarowych produktów do ich pielęgnacji.  
W pięknym pudełku w kolorowe kwiaty przewiązanym niebieską wstążką ( tak na marginesie: dawno nie dostałam tak pięknie zapakowanych kosmetyków. same zobaczcie, o tu ) znajdowały się:
L’biotica Professional Therapy  Express Dry Shampoo, Suchy Szampon- to idealny sposób na szybkie i proste odświeżenie włosów bez użycia wody. Włosy odzyskują świeży wygląd w ciągu kilku sekund. Formuła suchego szamponu L' biotica sprawia, że włosy pozostają odświeżone oraz lekko uniesione u nasady. Przywraca włosom energię i witalność. 200 ml/ok.18,00 zł
Odżywka ochrona i odbudowa, Coconut Oil, Hello Nature, Cece of Sweden- odżywka dogłębnie nawilża i sprawia, że włosy stają się mocne, zdrowe i lśniące. Formuły produktów HELLO NATURE nawet do 93% tworzą składniki naturalnego pochodzenia. 300 ml/19,90 zł
Szampon wygładzający, kuracja olejkami, Ziaja- do włosów suchych i zniszczonych oraz po zabiegach fryzjerskich. Myje i oczyszcza włosy, zmiękcza i wygładza, zwiększa ich podatność na modelowanie i objętość. 300 ml/ok. 7,00 zł
Olejek w kremie do włosów, 7 efektów z olejkiem arganowym, Marion- odżywia włosy i ułatwia ich stylizację bez obciążania. Lekka i łagodna formuła bez spłukiwania.  Olejek zawiera bogaty w glicerydy oraz witaminy olej arganowy, olej kokosowy i olej inca inchi, które pomagają zapewnić włosom 7 efektów, między innymi: wygładzenie, nawilżenie i odżywienie. 150 ml/ ok. 11,00 zł
Serum multifunkcyjne do włosów, ELESTABion R, Floslek- regeneruje włosy przesuszone, osłabione, zniszczone. Chroni przed utratą wilgoci i zanieczyszczeniami środowiska. Wygładza, nadaje jedwabistą miękkość, połysk i sprężystość. Przedłuża trwałość koloru włosów farbowanych. Zapewnia ochronę termiczną przed ciepłem suszarki, lokówki, prostownicy. Włosy nawilżone, wygładzone, lśniące i zregenerowane, bez skłonności do puszenia. Łatwe do rozczesania i stylizacji. 30 ml/ ok.15,00 zł
Skoncentrowana maska wygładzająca, kuracja olejkami, Ziaja- do włosów suchych i zniszczonych oraz po zabiegach fryzjerskich. Intensywnie regeneruje, chroni przed wysuszeniem, nadaje włosom gładkość, przywraca naturalny i zdrowy wygląd. 200 ml/ ok.9,00 zł
A teraz po kolei. Zaczniemy od olejku w kremie 7 efektów Marion. Znajduje się on w plastikowej, proste butelce z wygodną, higieniczną pompką, która ułatwia dozowanie kosmetyku. Czytelna etykietka zawiera wszystkie niezbędne informację, w tym sposób użycia oraz skład. Szata graficzna jest przyjemna dla oka, a dzięki temu, że ścianki są bezbarwne wiadomo, ile olejku w kremie już ubyło. Produkt ma lekko brzoskwiniowy kolor i piękny, słodki zapach, aczkolwiek nieco zalatujący sztucznością. Dla mnie jest to bardziej odżywka niż olejek i taką też ma konsystencję- gęstą i kremową. I jako odżywki używam też tego produktu: po umyciu włosów dwie-trzy pompki wcieram w końce i nie spłukuję. Olejek w kremie nałożony w niezbyt dużej ilości ładnie wygładza, zmiękcza i nawilża włosy. Gdy jest go za dużo, może zbytnio obciążyć włosy i sprawić tym samym, że wydają się nie świeże. Jego niewielka ilość pozwala dociążyć włosy, tak aby zniwelować ich puszenie się i elektryzowanie. Ponadto produkt ułatwia rozczesywanie włosów.
Kolejnym kosmetykiem z Ony Box'a jest multifunkcyjne serum Floslek, które stosuję po wysuszeniu i wyprostowaniu włosów- traktuje je jako kropkę nad i w ich codziennej pielęgnacji. Serum jest bezbarwne, ma oleistą konsystencję i delikatny, przyjemny zapach. Używam go w bardzo małej ilości i tylko na końce włosów. Serum dobrze chroni końcówki przed rozdwajaniem się, ujarzmia włosy oraz dodaje im miękkości i blasku. Kosmetyk jest bardzo wydajny, po miesiącu stosowania praktycznie nie widzę jego ubytku. Serum Floslek znajduje się w małej, poręcznej buteleczce z pompką typu air- less. Producent ma ode mnie duży plus za różowo- szarą szatę graficzną. Ostatnio takie połączenie kolorów jest moim ulubionym ;)
Pora na zestaw wygładzającego duetu Ziaja, szamponu i maski. Do kosmetyków tej marki mam słabość, wiele z nich się u mnie sprawdziło i nie inaczej było z tym zestawem. Szampon oraz maska znajdują się w charakterystycznych dla marki opakowaniach. Zarówno butelka od szamponu, jak i słoik z maską do włosów są wygodne w użyciu i dobrze wykonane. Szampon ma gęstą konsystencję o przepięknym, bursztynowym zabarwieniu oraz o przyjemnym, słodkawym zapachu. Szampon mocno się pieni, ale jest jednocześnie delikatny dla włosów i skóry głowy. Bardzo dobrze oczyszcza, nie plącze włosów ani nie robi z nich siana. Odżywia i nawilża suche i zniszczone włosy, a także dodaje im blasku. Maska jest bardzo gęsta, treściwa, przez co nie spływa z włosów. Stosuję ją raz-dwa razy w tygodniu dla większej regeneracji włosów. Już przy spłukiwaniu jej, czuć, że włosy są wygładzone i aż takie śliskie. Maska mocno zmiękcza, wygładza i nawilża włosy. Dodatkowo poprawia ich elastyczność, ułatwia rozczesywanie oraz nadaje im ładny połysk. Tym szybko zyskała miano mojego ulubieńca :) Poza tym lubię maski zapakowane w słoiki z szerokim otworem, tak jak w przypadku Ziaja, bo pozwalają na wygodne wydobycie produktu do samego końca. 
Odżywki z olejem kokosowym Cece of Sweden używałam na zmianę z wspomnianym już w tekście olejkiem w kremie Marion. Jednak w tym przypadku bardziej podoba mi się szata graficzna opakowania: stonowana, jakaś taka spokojna, łagodna i bardzo pasująca do naturalnego produktu, jakim jest odżywka Hello Nature. Ciemnobrązowa butelka jest poręczna, łatwo wycisnąć z niej odżywkę, której konsystencja jest gęsta, kremowa o zniewalającym kokosowym zapachu. Jej również nie spłukuję, tylko zostawiam na włosach, aby je zdyscyplinowała. Odżywka widocznie poprawiła kondycję moich włosów, dogłębnie je nawilżyła i odżywiła oraz mocno zregenerowała. Zaobserwowałam także, że znacznie ułatwia rozczesywanie włosów, a także sprawia, że są pełne życia, elastyczne, zdrowo wyglądają i pięknie pachną. Nie ma się co dziwić, w końcu w jej składzie znajdziemy aż 5 różnych olei: makadamia, kokosowy, arganowy, jojoba oraz ze słodkich migdałów. Taka mieszanka musi mieć dobroczynny wpływ na włosy. 
I na koniec zostawiłam suchy szampon L'Biotica. Jest to mój pierwszy, inny suchy szampon niż Batiste. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się szata graficzna opakowania. Jest trochę chłodna, minimalistyczna, a jednocześnie elegancka, subtelna i ekskluzywna. O tym, jak należy stosować suchy szampon nie muszę Wam pisać, bo wiecie jak to się robi. Szampon błyskawicznie odświeża włosy, odbija je od nasady, poprawiając ich objętość. Świetnie wchłania nadmiar sebum, sprawiając tym samym, że włosy wyglądają na świeżo umyte. Należy jednak pamiętać, że każdy tego typu produkt to doraźna pomoc, która nie zastąpi nam umycia włosów tradycyjnym szamponem. 

Ode mnie to dzisiaj tyle. Do zobaczenia w następnym poście :)
Czytaj więcej »

Instagram w formie książki, czyli INSTABOOK

środa, 23 listopada 2016 33 komentarze
Trzy razy zakładałam konto na Instagramie. I zaraz je kasowałam, pytając samą siebie "po co Ci to?". Dopiero za czwartym razem stwierdziłam, że jednak mi się podoba i chyba zostanę dłużej. To dłużej trwa już ponad rok. A ja każdego dnia robię zdjęcia, bawię się filtrami, klikam jak opętana w serduszka zmieniając ich kolor na czerwony, a ostatnio nawet zaprojektowałam swoją instagramową fotoksiążkę.
Instabook to Instagram w kwadracie o wymiarach 15cm x 15cm. Czyli, w praktyce, to nieduża książeczka, leciutka, którą wszędzie możecie ze sobą zabrać. Jej cena waha się od 39,00 zł do 69,00 zł w zależności jaką oprawę wybierzemy, a mamy do wyboru trzy: miękką i pokrytą folią, sztywną oraz oprawę kartonową, czyli taką, z jakiej został wykonany mój Instabook.
A skoro już przy mojej fotoksiążce jesteśmy, to wybrałam do niej zdjęcia z Instagrama, do których mam pewien sentyment, które podobają mi się najbardziej i te które uważam za udane,  ale dodałam też zdjęcia ślubne, a także kilka cytatów. Wiecie już, że mój Instabook ma oprawę kartonową, to znaczy, że wszystkie jego strony są sztywne i grube. Fotoalbum wykonany jest naprawdę dobrze, nic się nie rozkleja, a wykorzystany do jego produkcji papier jest śnieżnobiały. Kolorowy tusz się nie rozmazuje, zdjęcia nie są wyblakłe, a ich ostrość jest dokładnie taka sama, jak na Instagramie.
Program printu.pl, w którym projektuje się własną fotoksiążkę, jest banalnie prosty w obsłudze. Posiada wiele układów ułożenia zdjęć oraz różnorodne czcionki, więc jedyne co nas ogranicza, to nasza kreatywność. 
Instabook możecie zaprojektować dla siebie lub kogoś bliskiego, bo moim zdaniem, to nie tylko miła pamiątka, ale też fajny pomysł na spersonalizowany prezent ( nie tylko dla posiadacza Instagrama ), np. na zbliżające się Mikołajki. Tym bardziej, że teraz macie możliwość zakupienia własnoręcznie zaprojektowanej fotoksiążki z 15% zniżką, wystarczy kliknąć w ten link i uzupełnić wymagane pola :)


PS. Czy tylko u mnie zaszły beznadziejne zmiany na bloggerze? 
Przez które nie mogę wejść na ogólny panel, bo cały czas wyrzuca mnie na stronę z postami?
Czytaj więcej »

To się popisałam, czyli zapraszam na nowego bloga!

niedziela, 20 listopada 2016 31 komentarzy
Ta myśl chodziła za mną już od dłuższego czasu. Pisanie bloga tak mnie wciągnęło, że nie wyobrażam sobie, abym nagle miała przestać. Jednak po ponad 5 latach pisania głównie na tematy kosmetyczno- urodowe zaczęłam czuć, że przestałam się rozwijać, że tematyka bloga zaczęła mnie ograniczać, że potrzebuję czegoś więcej. Mogłabym tutaj publikować więcej postów o różnorodnej tematyce, ale wydaje mi się, że wkradłby się jakiś chaos, że MintElegance straciłaby swój urok. Nie umiałabym też zrezygnować albo usunąć tego bloga ot tak, bo mimo wszystko bardzo lubię to miejsce i Was, moje czytelniczki, poza tym za dużo czasu, pracy i serca włożyłam w jego stworzenie, dlatego postanowiłam ruszyć z czymś nowym.
Przez ostatnie dni dopinałam wszystko na ostatni guzik, szukałam inspiracji, spisywałam pomysły na wpisy, nawet założyłam Fanpage, aby stworzyć moje nowe, bardziej profesjonalne miejsce w sieci. I tak w piątek ukazał się pierwszy post, na który Was zapraszam. Mam nadzieję, że zajrzycie, zostawicie miłe słowo, a jeszcze lepiej zostaniecie ze mną i w tym nowym miejscu, że będziecie mnie wspierać i motywować do jego rozwoju tak, jak robiłyście to do tej pory, tutaj :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Maskara 4D, Smart Girls Get More

piątek, 18 listopada 2016 35 komentarzy
Zapewnienie producenta:
Tusz pogrubiający, podkręcający i wydłużający rzęsy ze szczotką silikonową. Akacja senegalska działa osłaniająco, wosk ryżowy pielęgnuje, olej arganowy poprawia żywotność, a keratyna służy jako budulec. Zawiera panthenol . Nie zawiera parabenów. 

Skład: (And) Trideceth-6, Bht, Carbon Black, Cera Alba, Cetyl Alcohol, Cl 77491, Cl 77492, Cl 77499, Cl 777, Cl 77742, Cocopheryl Acetate, Copernica Carifera Wax, Dimethicone (And) Trimethyl Siloxxy Silicate, Euphorbia Cerifera Wax, Methyl Paraben, Methylchloroisothiazolinone (And) Methylisothiazolinone, Nylon Fibres, Phenoxyethanol, Propyl Paraben, Propylene Glycol, Retinyl Palmitate, Sodium Acrylate/ Sodium Acryloydimethyl Taurate Copolymer (And) Hydrogenated Polydecene (And) Sorbitan Laurate, Stearic Acid, Triethanolamine, Vp/Va Copolymer, Aqua, Cl 77268.

10 ml/8,00 zł w Drogeriach Natura

Moim zdaniem:
Uwielbiam tusze do rzęs! Ale o tym bardzo dobrze wiecie ;) Zawsze mam ich kilka i często używam ich na zmianę. Mam wśród nich też kilku ulubieńców, do których zawsze wracam. Jednak maskara 4D Smart Girls Get More do nich zdecydowanie nie należy...
Granatowo- białe, graficzne opakowanie jest standardowe dla tuszy do rzęs, czyli jest proste, podłużne i wąskie. Wykonane zostało z dobrego tworzywa, nic się z nim nie dzieje. Kryje w sobie 10 ml kremowej, średnio gęstej konsystencji o delikatnym zapachu, charakterystycznym dla większości maskar. Tusz ma kolor głębokiej czerni i na taki sam mocny odcień barwi rzęsy, który z upływem czasu nie traci na swej intensywności. 
Silikonowa szczoteczka jest lekko wybrzuszona na środku, gdzie ma też nieco dłuższe włoski niż na jej końcach. Wypustki szczoteczki są miękkie, nie "drapią" rzęs. Maskara ładnie rozczesuje rzęsy, wydłużając je i podkręcając. Rzęsy są podkreślone, lekko pogrubione i prezentują się naprawdę dobrze. Jednak co z tego, skoro tusz ciągle rozmazuje się pod okiem? Nie mówiąc już o problemach, jakie stwarza przy demakijażu. Maskara tak mocno "wpija się" w rzęsy, więc aby dokładnie ją zmyć potrzebuję czasami nawet 4-5 wacików dobrze nasączonych płynem do demakijażu/ mleczkiem/ płynem dwufazowym.
Jak same zdążyłyście przeczytać, tusz jest dobry, ale nie bez wad. Co prawda, jest niedrogi, ładnie podkreśla rzęsy i nie podrażnia oczu, ale to, że rozmazuje się pod oczami i jest tak kłopotliwy w demakijażu dyskwalifikuje go i możecie być pewne, że więcej już go u mnie nie zobaczycie.
Czytaj więcej »

5 kosmetyków, za które nie warto przepłacać

wtorek, 15 listopada 2016 74 komentarze
Znacie slogan reklamowy proszku do prania Dosia "skoro nie widać różnicy, po co przepłacać"? Na pewno tak. A wiecie, że są kosmetyki, które idealnie wpisują się w tych kilka słów? Nieważne czy kosztują 200,00 zł czy 2,00 zł, a dają taki sam efekt? Ja znalazłam takich pięć:
1. Lakier do włosów
Moja mama używa lakierów Wellaflex, ja- tych z Biedronki. Lakiery, które kupuje moja mama kosztują ponad 10,00 zł ( to i tak nie dużo ). Te, które kupuję ja, połowę mniej. I wiecie co? Nigdy nie widziałam między nimi różnicy. Dla mnie oba tak samo dobrze utrwalają fryzurę i nie sklejają włosów. Dlatego wolę kupić dwa biedronkowe, niż jeden markowy. Tym bardziej, że jest to produkt, którego używam "od wielkiego dzwonu". 
2. Żel pod prysznic
Jest to kosmetyk, który przede wszystkim ma myć, nie wysuszać skóry, a jeśli dodatkowo ma ładny zapach, to można mówić, że trafiło się na ideał. Nigdy nie wydałam na żel pod prysznic więcej niż 8,00 zł ( chyba, że miał większą pojemność ) z kilku powodów: nawet najtańszy nie wyrządził krzywdy mojej skórze, jest to kosmetyk, który kończy mi się najszybciej i naprawdę wiele od niego nie wymagam. A skoro nie mam wobec nieco dużych oczekiwań, to po co mam przepłacać?
3. Zmywacz do paznokci
Najlepszy zmywacz do paznokci ma Isana. Bodajże 400 ml kosztuje tylko około 6,00 zł, a jest mega wydajny i co najważniejsze, najskuteczniejszy w usuwaniu lakieru. Wybaczcie, jeśli kogoś teraz urażę, ale dla mnie jest skrajną głupotą wydanie, np. prawie 30,00 zł za zmywacz Herome o pojemności 120 ml albo aż 89,00 zł ( !!! ) za morelowy zmywacz Diora. Nawet gdybym miała miliony na koncie, dalej kupowałabym zmywacz Isany. 
4. Mydło w kostce lub w płynie
Nie wiem jak u Was, ale u mnie jest to produkt używany tylko do mycia rąk, pędzli, czasami do ręcznego prania. Zużywa się równie szybko jak żele pod prysznic, od mydła też dużo nie wymagam, więc wolę na nim zaoszczędzić.
5. Błyszczyk do ust
Miałam błyszczyki, które kosztowały kilka złotych i takie, których cena wynosiła kilkadziesiąt złotych. Jedne i drugie sprawdzały się u mnie tak samo, a że lubię mieć dużo za niedużo, zrezygnowałam z kupowania tych droższych, bo ich tańsze odpowiedniki dają tak samo mocno zadowalający mnie efekt. 

Jak Wy uważacie, warto płacić więcej za wymienione tu kosmetyki czy macie takie samo zdanie jak ja?
A może wolicie wydać mniej pieniędzy na coś innego?
Czytaj więcej »

Recenzja: Peeling domowa mikrodermabrazja do skóry trądzikowej,mieszanej i tłustej, Bioamare

sobota, 12 listopada 2016 48 komentarzy
Mikrodermabrazja jest zabiegiem kosmetycznym, polegającym na ścieraniu kolejnych warstw martwego naskórka przez mikrokryształki. Najczęściej wykorzystywany w tym zabiegu jest korund. Profesjonalnemu zabiegowi mikrodermabrazji można poddać się w każdym gabinecie kosmetycznym ( tylko nie róbcie tego w pierwszym lepszym, zdecydujcie się na sprawdzony, o dobrej opinii ), ale można mieć też jego namiastkę w zaciszu własnej łazienki, wykorzystując do tego np. peeling do skóry trądzikowej, mieszanej i tłustej Bioamare.
Nieduża, poręczna tubka ma przyjemną szatę graficzną, a przez jej przezroczyste ścianki widać stopień zużycia peelingu. Sam peeling ma jasny, zielony kolor i gęstą, zbitą konsystencję, która ma w sobie mnóstwo drobniutkich kryształków ścierających martwy naskórek. W kontakcie z wodą zmienia się w lekki, biały krem. 
Drobinki zanurzone w peelingu są bardzo malusieńkie, ale wystarczająco ostre, aby skutecznie złuszczyć martwy naskórek, pozbyć się wszystkich suchych skórek, zostawiając tym samym skórę gładszą i bardziej miękką w dotyku. Obecność oleju jojoba sprawia, że skóra po zabiegu jest również dobrze nawilżona i odżywiona. Regularne wykonywanie domowej mikrodermabrazji przy pomocy peelingu Bioamare przyczynia się także do poprawy jędrności, elastyczności i kolorytu skóry. W trakcie i po wykonaniu peelingu nie czuć żadnego dyskomfortu, żadnego pieczenia lub ściągnięcia skóry. W składzie peelingu, oprócz drobinek korundu, znajdują się także olej jojoba i skrzyp polny, które mają dobroczynny wpływ na skórę problematyczną, z niedoskonałościami. Skóra jest uspokojona, zaczerwienienia z czasem robią się coraz jaśniejsze, a pory są ładnie oczyszczone. 
Podobny peeling opisałam w marcu tego roku, tylko innej marki kosmetycznej, mianowicie Nacomi ( klik ). Jak dla mnie, peeling Bioamare jest tańszą ( około 14,00 zł za 75 ml ), łatwiej dostępną ( w każdym Tesco ), ale równie dobrą wersją peelingu Nacomi. 
Czytaj więcej »

Bodetko Lash- początek kuracji

środa, 9 listopada 2016 37 komentarzy
Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i na temat. Nie będzie recenzji, denka, ślubnego wpisu ani zdjęciowego mixa. Będzie oszczędny post informujący o tym, że nadszedł dzień, w którym zaczynam kurację serum do rzęs Bodetko Lash.
Obecnie moje rzęsy prezentują się tak, jak to widać na załączonym powyżej zdjęciu. Nie są zbyt krótkie, ale też nie za długie, a moim marzeniem jest prawdziwa firanka rzęs. Podejrzałam kilka zdjęć ukazujących efekt przed i po kuracji odżywką Bodetko Lash- niektóre są naprawdę zachwycające, dlatego produkt ma wysoko ustawioną poprzeczkę. Za 3 miesiące dam Wam znać jak się mają moje rzęsy ;)
Czytaj więcej »

Wszystkie moje pomadki Velvet Matte Golden Rose

poniedziałek, 7 listopada 2016 51 komentarzy
Pomadek Velvet Matte Golden Rose nie muszę Wam przedstawiać. Są znane wzdłuż i wszerz w blogsferze, każda blogerka miała choćby jedną z nich i mimo ich kilkuletniej już obecności na rynku ciągle mają swoje pięć minut i cały czas cieszą się ogromną popularnością. Dowód? W 2014 roku zyskały tytuł Kosmetyk Roku. W kolejnym- tytuł Najlepszego Produktu Roku. W bieżącym otrzymały miano Kosmetyk Wszech Czasów na portalu Wizaż. Wniosek? Tylko jeden- obok nich nie można przejść obojętnie, co więcej: ich nie da się nie lubić. Dowód? Moja skromna osoba, która przygotowała dla Was wpis pokazujący wszystkie posiadane przeze mnie pomadki Velvet Matte ;)
Obecnie marka ma w swojej ofercie aż 39 odcieni matowych pomadek Velvet Matte. Ja mam zaledwie 1/5 wszystkich kolorów ( chlip, chlip ), a jest ich jeszcze tyle, które chciałabym mieć! Prościej będzie chyba wymienić te odcienie, których jednak bym nie przygarnęła, a są takie trzy: nr 28, czyli bardzo ciemny fiolet; nr 29, jakim jest mocne bordo oraz nr 33, który to jest po prostu czarny. W żadnym z tych kolorów nie wyobrażam sobie wyjść do ludzi, nawet w Halloween. Za to w tych odcieniach, które mam bardzo często pokazuję się innym :D
Pomadek Velvet Matte mam siedem i większość z nich jest w "bezpiecznych", neutralnych odcieniach różowego, brzoskwiniowego i nude. Wyjątkiem są dwa odcienie: nr 05, który jest kolorem chłodnej i przygaszonej pomarańczy oraz nr 09, czyli prawdziwy, słodki róż. Pozostałe moje kolory to:
02- który jest odcieniem pudrowego różu z domieszką brązu. 
03- czyli bardzo przyjemny kolor cieplutkiego beżu z brzoskwiniową nutą. 
10- mój ulubieniec :) Neutralny, zbliżony do koloru ust, ale jednak ciemniejszy.
26- najdelikatniejszy i najcieplejszy odcień, jaki mam, najbardziej wpadający w brzoskwinkę. 
31- typowy nudziak, nieco ciemniejszy i chłodniejszy niż odcień 03. 
od dołu odcienie nr: 02, 03, 05, 09, 10, 26, 31

Pomadki Velvet Matte zamknięte są w eleganckich opakowaniach utrzymanych w bordowo- czarnej kolorystyce z złotymi napisami. W międzyczasie marka zmieniła swoje logo ( wygrawerowane duże GR ), które podoba mi się znacznie bardziej. Opakowania są bardzo solidne, nie łamią się ani nie pękają przy upadku, nie zostały wykonane z byle jakiego tworzywa. Wyglądają schludnie, estetycznie, zgrabnie i lekko. 
Pomadki te charakteryzują się delikatnym, leciutko słodkim zapachem i aksamitno- matowym wykończeniem. Ich konsystencja nie jest "tępa", tylko kremowo- satynowa, a dzięki składnikom nawilżającym i witaminie E, które znajdziemy w ich składzie, łączą one w sobie trwałość matowej pomadki i delikatną pielęgnację oraz lekkość w noszeniu na ustach, jaką dają szminki nawilżające. 
Pomadki Golden Rose są dobrze napigmentowane, pokrywają usta jednolitym kolorem bez prześwitów i smug już przy pierwszej warstwie. Są dość trwałe, jednak zostawiają swoje ślady, np. na brzegach szklanek i po jakimś czasie zaczynają się ścierać od środka ust, ale ich uzupełnienie jest bardzo łatwe i możliwe w każdej sytuacji, nawet bez lusterka. Nie ważą się na ustach ani też nie brudzą zębów. Przy dłuższym, codziennym malowaniu nimi ust, mogą je delikatnie wysuszyć, dlatego należy pamiętać o systematycznej pielęgnacji. 
Oprócz szerokiej gamy odcieni do wyboru i tych kilku zalet, które wymieniłam kilka linijek wyżej, pomadki Golden Rose mogą pochwalić się też niewygórowaną ceną ( 11,90 zł za 4,2 g ) oraz dobrą dostępnością ( sklepy internetowe, stoiska w galeriach handlowych, nieduże osiedlowe drogerie ).

PS. Przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć. Aparat chwilowo odmówił mi posłuszeństwa, więc musiałam zadowolić się tym w telefonie... 
Na Instagrama robi fajne zdjęcia, ale na bloga już mniej...
Czytaj więcej »

Recenzja: Krystaliczny żel pod prysznic Orientalna Magnolia, Lirene

piątek, 4 listopada 2016 50 komentarzy
Obietnice producenta:
Rozkosz dla skóry oraz egzotyczną podróż dla zmysłów zapewnią kosmetyki Lirene Flower Collection. Spraw sobie i swojej skórze podwójną radość pod prysznicem. Zawarta w żelu esencja kwiatu orientalnej magnolii działa wygładzająco, nawilżająco i chroni skórę przed przesuszeniem. Żel wzbogacono w substancje stopniowo i delikatnie złuszczające, dzięki którym kosmetyk skutecznie oczyszcza i odświeża naskórek, sprawiając, że dzień po dniu skóra staje się gładsza i bardziej miękka w dotyku. Proteiny ryżu pomagają utrzymać prawidłowe nawilżenie skóry. Żel nie tylko pielęgnuje ciało, ale też koi zmysły. Jego rozkoszny kwiatowy zapach otula ciało orientalną nutą, która wprawia w doskonały nastrój na cały dzień.

200 ml/ ok.9,00 zł w drogeriach, np. Rossmann
Moim zdaniem:
Żele pod prysznic to kosmetyki, które zmieniam zdecydowanie najczęściej. I rzadko wracam do wypróbowanego już produktu do mycia ciała, chociaż zdarza się i tak. Czy krystaliczny żel Orientalna Magnolia od Lirene znajdzie się wśród tych, do których planuję powrót? Tego dowiedzie się z postu, zapraszam do czytania :)
Żel znajduje się w elastycznej, giętkiej tubce o przyjemnej dla oka szacie graficznej, utrzymanej w biało- różowym tonie. Nieduże oczko umożliwia optymalne dozowanie produktu, w ogóle całość tubki jest wygodna i poręczna w codziennym używaniu. Nawet gdy żel dobija już dna, nie ma problemu z wyciśnięciem go z opakowania.
Jak możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej żel, jest przezroczysty o delikatnym różowym zabarwieniu. Ma odpowiednio gęstą i jednocześnie lejącą się konsystencję o subtelnym, kwiatowym zapachu. Mimo iż nie przepadam za kwiatowymi zapachami, ten mi zupełnie nie przeszkadza. Jest naprawdę łagodny, trzeba się mocno skupić, aby wyczuć jego woń. "Nie kłóci" się z zapachami innych kosmetyków, np. balsamem do ciała, i w ogóle nie utrzymuje się na skórze.
Wiecie, tak naprawdę to nie lubię pisać o żelach pod prysznic, bo dla mnie wszystkie są takie same i mają takie same właściwości. Nie trafiłam na taki, który jakkolwiek negatywnie wpłynął by na moja skórę. Krystaliczny żel Lirene jest taki, jak wiele żeli pod prysznic dostępnych na rynku kosmetycznym. I jak każdy z nich robi to, co ma robić: dobrze oczyszcza, zapewnia uczucie czystości i świeżości, nie wysusza ani nie podrażnia skóry. 
Podsumowując, mimo iż krystaliczny żel pod prysznic marki Lirene jest dobrym kosmetykiem do mycia, to jednak niczym szczególnym się nie wyróżnia, nie zapada w pamięć, więc nasze drogi już chyba się nie skrzyżują.  
Czytaj więcej »

Październikowy projekt denko

wtorek, 1 listopada 2016 54 komentarze
1. Suchy szampon do włosów, Batiste- ogólnie o suchych szamponach napisałam w tym poście. Wersja Wild, która znalazła się w denku, sprawdza się tak samo, jak każda inna odmiana szamponu Batiste, czyli absorbuje serum sprawiając tym samym, że włosy na szybko nabierają świeżości i zyskują niewielką objętość. 
2. Kojący balsam do ciała, Sylveco- na początku nie wzbudził pozytywnego wrażenia. Długo się wchłaniał, był zbyt wodnisty, niezbyt dobrze nawilżał, w ogóle pozostawiał po sobie jakiś taki niedosyt. Odstawiłam go na jakiś czas i nagle zmienił się o 180 stopni. Konsystencja zrobiła się jakby bardziej treściwa ( magia chyba! ), lepiej się rozprowadzał i wchłaniał, a ponadto poprawiły się jego właściwości pielęgnacyjne- dużo mocniej nawilżał, działał bardziej łagodząco i zmiękczająco. 
3. Odżywczy balsam do włosów, Cosmo Natura- najczęściej używałam go jako tradycyjnej odżywki do włosów bez spłukiwania. Balsam zmiękcza i wygładza włosy, a nakładany systematycznie dodaje im sprężystości oraz je odżywia. Jeśli jesteście nim zainteresowane, zajrzyjcie do jego pełnej recenzji
4. Żel pod prysznic Malina i trawa cytrynowa, Balea- kolejny fajny żel Balea, który porządnie wywiązuje się ze swojego działania. I bardzo ładnie pachnie. I tyle w temacie, bo co tu się rozpisywać? 
5. Krystaliczny peeling cukrowy złuszczająco- wygładzający, Ziaja- o jejku, jak ten peeling pachnie! Dosłowna rozkosz dla zmysłów. Na samą myśl o przesłodkim, aromatycznym, pysznym zapachu peelingu Ziaja rozpływam się w zachwytach... Nie tylko zapach jest czarujący, działanie też jest dobre, bo kosmetyk doskonale wywiązuje się ze swojego zadania, czyli ściera martwy naskórek, wygładza, zmiękcza i nawilża skórę. 
6. Olejek BioO Oil- zużyłam go do codziennego nawilżania skóry, więc ta niewielka buteleczka szybko się skończyła. W zwyczajnej pielęgnacji ciała spisał się bardzo dobrze, odżywiając i porządnie nawilżając skórę. 
7. Perfumetka o zapachu Valentina- jeden z zapachów, który otrzymałam w ramach współpracy z perfumerią internetową Perfumik ( recenzja ). Valentina, początkowo przytłaczająca i surowa, z czasem zyskuje na łagodności, staje się wyważona i kusząca jednocześnie. Potrzebuje czasu, aby oswoić się z tym zapachem i go polubić. 
8. Krem ratunek do rąk Instant Help, Evree- mam słabość do kosmetyków Evree, jeszcze żaden mnie nie zawiódł, dlatego recenzja kremu- ratunku dla dłoni nie mogła być inna, jak tylko pozytywna. Krem rozpieszcza dłonie, dba i odpowiednio pielęgnuje ich skórę. Dodatkowo jest bardzo wydajny i niewiele kosztuje. 
9. Żel oczyszczający z kwasem migdałowym Mandelic Acid, Norel- świetny żel, który początkowo działał cuda z moją cerą. Niestety, i do niego moja skóra się przyzwyczaiła, więc z czasem jego działanie było coraz gorsze. Zawiera 6% kwas migdałowy, który dogłębnie oczyszczał skórę z wszelkich zanieczyszczeń, poprawiał jej koloryt i redukował zaczerwienienia. 
10. Hamamelisowy tonik do twarzy, Evree- myślałam, że ten tonik już nigdy się nie skończy! Mimo iż wystarczył mi na bardzo długo, mimo iż używałam go codziennie, do samego końca miał dobroczynny wpływ na moją cerę. O jego wszystkich właściwościach przeczytacie w  recenzji
11. Krem na dzień dobry i dobranoc 30+ do cery tłustej i mieszanej, Janda- krem, który systematycznie podkradała mi mama, dlatego szybko znalazł się w denku :P Ja jednak też go trochę po testowałam i powiem Wam, że jest to naprawdę przyzwoity krem. Ma aksamitną konsystencję, szybko się wchłania, pozostawiając skórę mięciutką, gładką, odpowiednio nawilżoną. W sierpniu ukazała się jego recenzja, do której odsyłam te z Was, które chciałyby się o nim więcej dowiedzieć. 
12. Krem na niedoskonałości z LHA i jonami srebra, Norel- po pewnym czasie miałam tak dosyć tego kremu, że jego resztki zużyłam jako balsam do rąk. Nie dlatego, że był zły, że podrażnił lub zapchał, ale dlatego, że moja skóra bardzo szybko się do niego przyzwyczaiła, krem przestał już na nią działać, więc zaczęło nosić mnie, by w końcu zacząć używać czego innego. 
13. Peeling glikolowy 12%, Le'Maadr- Moja cera obecnie ma się troszkę gorzej, coś jej musi nie służyć, ale jeszcze nie wiem co, dlatego w tym roku zamierzam o nią zadbać mocniejszą wersją tego peelingu, 15%. Mam nadzieję, że efekty będą jeszcze lepsze. O jakich efektach mowa, dowiecie się z recenzji, która choć ukazała się rok temu, to raczej nic bym w niej nie zmieniła. 
14. Olejek do twarzy Essential Oils, Evree- ten olejek, tak samo jak BioOil, zużyłam do pielęgnacji ciała, ale tym razem dlatego, że zbliżał się koniec terminu przydatności, a nie chciałam żeby się zmarnował. Fajnie nawilżał skórę, wygładzał i zmiękczał, działając też kojąco. 
15. Podkład korygujący cerę 123 Perfect, Bourjois- jeden z moich ulubieńców wśród podkładów. Nie jest za ciężki, nałożony pędzlem ładnie zakrywa niedoskonałości, wyrównuje koloryt skóry i delikatnie ją nawilża. Więcej o jego właściwościach przeczytacie w recenzji
16. Wielozadaniowy tusz do rzęs, Mexmo- dla mnie ten tusz był niespodzianką. Nie wiem czemu, ale niewiele się po nim spodziewałam, ale pozytywnie mnie zaskoczył. Wygodna, silikonowa szczoteczka ładnie rozdziela rzęsy, nadaje im koloru mocnej czerni i podkręca, wyciągając je ku górze. Więcej o tym, co jeszcze potrafi zrobić z rzęsami przeczytacie w  recenzji
17. Błyszczyk do ust Indus, Diadem- błyszczyk, który polubiłam dość szybko i z chęcią malowałam nim usta. Bardzo delikatnie barwił usta na subtelny odcień różu, a dodatkowo przyjemnie je zmiękczał i nawilżał. W zeszłym roku znalazła się nawet jego recenzja.
18. Lip gloss matowy do ust Extra Lasting, Lovely- powszechnie znana i wydaję mi się, lubiana matowa pomadka w płynie. Ja ją nawet polubiłam, jednak zdecydowanie bardziej wolę pomadki Golden Rose lub Bourjois, głównie ze względu na większ wybór kolorów. Dla tej pomadki brawa za trwałość.
19. Korektor do twarzy, Golden Rose- całkiem dobry korektor, który tuszuje to, co trzeba, jednak jest zbyt ciężki i lubi zapychać skórę. Podoba mi się jego "pomadkowa" forma, ponadto jest niedrogi ( kosztuje mniej niż 10,00 zł ) i baardzo wydajny. 
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.