Recenzja: Naturalna konturówka do ust, Felicea

sobota, 30 stycznia 2016 42 komentarze
Obietnice producenta:
Idealnie podkreśla kształt ust, może także służyć jako baza pod szminkę, przedłużając jej trwałość. Dzięki naturalnym składnikom konturówka zmiękcza, pielęgnuje i wygładza skórę ust, nie tworząc na niej tłustej warstwy. Kosmetyk równomiernie się rozprowadza, nie pozostawiając na niej smug. Kolory konturówek Felicea idealnie pasują do szminek z portfolio marki.

Konturówki dostępne są w sklepie online producenta za 19,00 zł/ sztuka
Moim zdaniem:
Felicea jest pierwszą polską marką naturalnych kosmetyków do makijażu, w dodatku stworzoną przez mężczyznę! Ale oczywiście nie mogło się obyć bez kobiecego wsparcia, w tym przypadku małżonki :) W swojej ofercie marka posiada pomadki ochronne, cienie do powiek, kredki do brwi, błyszczyki, szminki, korektory, a także konturówki do oczu i ust. I właśnie o tych ostatnich chciałabym co nieco napisać.
Konturówki Felicea dostępne są w sześciu odcieniach, ja posiadam dwa: 72, który jest matowym, mocniejszym nudziakiem z subtelną brązową nutą, oraz 73, czyli wyrazisty, a jednocześnie stonowany róż o lekko perłowym wykończeniu. Proste, drewniane ołówki utrzymane są w bardzo subtelnej tonacji: na białym tle widnieje nazwa producenta z jego znakiem rozpoznawczym, jakim jest zielony listek. Zatykane są na plastikowe, przezroczyste nakładki chroniące rysik przed połamaniem się. Nie łamią się jak niektóre kredki do ust, łatwo się je temperuje, wygodnie leżą w dłoni, mimo gładkiej, śliskiej nawierzchni nie wysuwają się z dłoni. W ich produkcji użyto tylko naturalnych składników. Wśród nich znajdziemy między innymi mikę, która nadaje delikatnie perłowego połysku, wygładzający i odżywiający olej z nasion rącznika pospolitego, witaminę E, hamującą procesy starzenia się skóry, a także pielęgnujący wosk Candelilla. 
Konturówek używam jako pomadek, malując nimi całe usta i wyraźnie zaznaczając ich kształt- tak na marginesie, odkąd zaczęłam malować usta matowymi pomadkami i tymi o wyraźniejszych kolorach zauważyłam, jak bardzo mam nieasymetryczną górną wargę :P Czasami muszę się naprawdę 'napracować', by jednej i drugiej stronie nadać wyrównany kształt... Ale wracając do konturówek, to są bardzo dobrze napigmentowane, odpowiednio kremowe i miękkie, z łatwością suną po ustach, więc ich używanie to właściwie sama przyjemność. Na ustach tworzą cienką warstewkę, przy pocieraniu warg czuć leciutki poślizg, dzięki czemu usta nie wydają się suche. Konturówki nie wysuszają ust, ale mogą podkreślać suche skórki, dlatego przed ich nałożeniem warto zadbać o kondycję swoich warg. Ich trwałość określiłabym jako dobrą, wytrzymują około dwóch godzin, o ile nic nie jemy i nie za wiele pijemy. Schodzą w miarę równomiernie, poczynając od środka ust, nie tworząc mało estetycznych prześwitów. Nie zostawiają chemicznego posmaku na wargach, są też na tyle delikatne, że nie czuć ich na ustach. 
Są to moje pierwsze konturówki do ust i jestem z nich na tyle zadowolona, że chętnie zapoznam się z innymi, między innymi dlatego, że są bardziej precyzyjne niż pomadki. Może Wy możecie mi jakieś polecić :)?
Czytaj więcej »

Cała prawda o Francuzkach

środa, 27 stycznia 2016 42 komentarze
Taki tytuł nosi książka, która swoją premierę będzie miała na początku lutego i którą Wydawnictwo Kobiece opisuje następująco: "Oto lektura obowiązkowa dla wszystkich kobiet zafascynowanych Francją i tak zwanym paryskim szykiem. Książka obfituje w niezwykle interesujące opowieści ilustrujące nie tylko specyfikę życia codziennego francuskich kobiet, ale także ich podejście do takich kwestii, jak miłość, sztuka czy polityka." (źródło). Jestem właśnie jedną z tych kobiety, tak zafascynowanych paryskim szykiem Francuzek :)
Właściwie nie wiem skąd mi się to wzięło, ale zawsze patrzyłam na Francuzki z podziwem i fascynacją nad ich smukłymi figurami, zawsze nienagannym wyglądem, gustem modowym, nad emanującą z nich elegancją, kobiecością, klasą i wyrafinowaniem. Zawsze wydawały mi się bliższe ideałom niż kobiety innych narodowości. Marie- Morgane Le Moel totalnie obala mity i stereotypy o Francuzkach, w które wierzyłam przez ostatnich kilka lat, pokazując, że one, tak samo jak Polki, Włoszki czy Chinki, mają swoje słabości, gorsze dni, że ich dzieci też grymaszą przy jedzeniu wbrew tytułowi jednego z poradników. 

" (...) mamy tendencję do rozkładania nóg szerzej niż kobiety innych narodowości. Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze jesteśmy bardzo dumne z bielizny, którą nosimy. O tak, w odróżnieniu od innych nacji, które zakładają majtki uszyte ze starych serwet, Francuzki trwonią krocie na seksowną, koronkową czerwoną konfekcję. " str. 14-15

W książce nie znajdziemy dietetycznych przepisów, kosmetycznych nowinek ani przewodnika po świecie mody. Przeczytamy za to o stosunku Francuzek do polityki, o ich roli w czasach rewolucji, dowiemy się wielu zaskakujących faktów, bo nie wiem czy wiecie, że po raz pierwszy kobieta została merem dopiero w 2014 roku?
Książka powinna znaleźć swoich fanów nie tylko wśród tych, którzy fascynują się Francją, jej mieszkankami i ich stylem, ale też dla miłośników historii oraz tych, co kochają liczby, albowiem autorka odwołuje się do wielu danych statystycznych. Zaś nawiązywanie do historii nie jest na zasadzie "suchych faktów", są one okraszone komentarzami autorki, nierzadko żartobliwymi, z nutką ironii. Jest to lektura, która poszerza horyzonty i pozwala spojrzeć na Francję i jej mieszkanki z zupełnie innej perspektywy. 
Czytaj więcej »

Recenzja: Świeży żel zmywający do twarzy Radiance, Saisona

niedziela, 24 stycznia 2016 36 komentarzy
Obietnice producenta:
Świeży Żel Zmywający o zapachu lata i oryginalnej teksturze, delikatnie usuwa ślady makijażu i różnego typu niedoskonałości. Po zastosowaniu skóra staje się idealnie oczyszczona i niezwykle świeża. Należy pamiętać, iż podstawowym warunkiem pięknej skóry jest staranny demakijaż. Jego innowacyjna formuła łączy ożywiającą Wodę Malinową z nawilżającym i napinającym skórę wyciągiem ze Stewii, a także pożywnym olejkiem z Moreli oraz koncentratem Soku Pomarańczowego, który stanowi naturalne źródło witaminy C.

125 ml kosztuje 50,00 zł w sklepach internetowych, np. w tym
Moim zdaniem:
Produkty do mycia twarzy wybieram ostrożnie, mało która marka potrafi spełnić moje oczekiwania. Kiedyś wybierałam te do problematycznej cery, teraz stawiam na delikatniejsze, takie jak Świeży Żel Zmywający, którego 99% składników jest pochodzenia naturalnego, a 40% to składniki z upraw organicznych.
Prosta, elastyczna tubka z subtelną, kwiatową szatą graficzną kryje w sobie 125 ml odpowiednio gęstej konsystencji o kremowym zabarwieniu o łagodnym, troszkę słodkawym, chociaż nieco sztucznym zapachu, który wyczuwalny jest przez krótką, ulotną chwilę. W kontakcie z wodą nie tworzy piany, pod palcami czuć lekko ślizgą warstewkę myjącą, taką żelową powłoczkę. Jest bardzo wydajnym kosmetykiem, kropla wielkości trochę większego orzecha laskowego wystarczy na dokładnie umycie twarzy.
Tak jak od żeli pod prysznic, tak i od tych do mycia skóry twarzy nie mam większych wymagań. Mają przede wszystkim dokładnie oczyszczać z resztek makijażu i innych zanieczyszczeń, nie podrażniać ani nie uczulać oraz nie wysuszać skóry. To wszystko, a nawet troszkę więcej, potrafił zapewnić mi żel do twarzy z serii Radiance. Jak wspomniałam już wcześniej, jest bardzo delikatny dla skóry ( więc nie muszą się go obawiać osoby z wrażliwą cerą ), ale w połączeniu z soniczną szczoteczką, dogłębnie oczyszcza, sprawiając, że skóra nabiera blasku i zdrowszego wyglądu. Nie radzi sobie z niedoskonałościami mojej cery, ale nie takie jest jego działanie, za to też nie wpływa na nie w negatywny sposób. Po umyciu skóra jest rozświetlona, wygładzona i przyjemnie nawilżona. Żel nie wysusza ani nie pozostawia uczucia ściągniętej skóry. Nie szczypie też w oczy, jeśli przez przypadek się do nich dostanie.
Oprócz żelu z serii Radiance, testowałam jeszcze aktywną wodę dla zmęczonej skóry ( kilk ) oraz regenerujący olejek do pielęgnacji ciała ( kilk ). Są to francuskie kosmetyki o nieco wyższych cenach, ale warte wypróbowania :)
Czytaj więcej »

O tym, ile nerwów może kosztować zakup bluzy

piątek, 22 stycznia 2016 42 komentarze
Wymarzyłam sobie bluzę. Zwykłą, niezwykłą, bo sportową, ale z rękawami wyszytymi cekinami. Po tygodniach poszukiwań mam! Znalazłam! Właśnie taką, jaką chciałam, w przyzwoitej cenie i z jeszcze 20% upustem oraz darmową wysyłką. Cud, miód i orzeszki. No więc składam zamówienie, płacę z góry, z radości zacieram rączki i choć wiem, że to niemożliwe, by tego samego dnia do mnie doszła, to i tak biegam od okna do okna wypatrując kuriera. 
Mija jeden dzień, drugi, piąty, a w statusie zamówienia ciągle widnieje, że zostało przyjęte. No więc piszę maila z zapytaniem kiedy mogę spodziewać się przesyłki, po czym następnego dnia otrzymuję wygenerowaną wiadomość o... odrzuceniu mojego zamówienia! Że co?! Jak to?! Przecież opłacone, podane dane prawdziwe, kuriera ani widu ani słychu, o co kaman? Łapię za telefon, wykręcam raz za razem podane na stronie numery i co słyszę? Automatyczną sekretarkę... Zaczęłam się niepokoić, szukam firmy na Facebooku, gdzie widzę pytanie dziewczyny czy sklep ma obecnie przerwę w działaniu.  Odpisuję, że również jestem tego ciekawa, opisując pokrótce całą sytuację. Po kilku minutach pojawia się odpowiedź tejże dziewczyny, że jej sprawa ma się identycznie i nie wie co robić. Popsioczyłyśmy jeszcze trochę, po czym obiecałyśmy sobie, że będziemy próbować skontaktować się ze sklepem aż do skutku, po czym podzielimy się tym, czego uda się nad dowiedzieć. Znów chwytam za telefon, znów bez powodzenia... Następnego dnia owa dziewczyna napisała, że znalazła jeszcze jakiś numer, że odebrał jakiś nieprzyjemny pan i łaskawie poinformował, że wysyłki zostały wstrzymane do połowy lutego ze względu na remont i że nie informował o tym fakcie żadnego ze swoich klientów! No, nóż mi się natychmiast w kieszeni otworzył, z tak 'profesjonalnym' podejściem do klienta to ja się nigdy nie spotkałam! Sprzedawcę gów*o obchodzi to, że klienci się martwią, bo chodzi o ich pieniądze! Przecież wystarczyłaby krótka informacja na stronie sklepu, żebym mogła spokojnie czekać na przesyłkę i żeby całej tej nieprzyjemnej sytuacji nie było. Zła wylewam swoje gorzkie żale wszędzie gdzie się da, ale co z tego, skoro mogę tylko czekać. No więc czekam, do połowy lutego z nadzieją, że bluza do mnie dojdzie i nie będzie już żadnych przykrych niespodzianek. Albo na kontakt ze strony sklepu, już oni sobie ode mnie usłyszą. A na dodatek, pomiędzy jednym a drugim przekleństwem, czytam w Internecie, że jest to któraś z kolei nieprzyjemna akcja ze strony sklepu, np. obietnica rekompensaty- gratisu za wysłanie niewłaściwej rzeczy ( tym gratisem okazało się... powietrze ). 
Musiałam się wygadać, bo ze złości aż mnie nosi, a poza tym chciałam ostrzec potencjalne klientki tego sklepu: gdyby ktoś mnie pytał czy polecam zakupy w internetowym sklepie Rubin Fashion, stanowczo odpowiadam: NIE, szkoda nerwów. Tak na zakończenie dodam jeszcze, że opisałam Wam moje drugie podejście do zakupu tejże bluzy. Za pierwszym razem przesyłka zaginęła w drodze do mnie... 
Czytaj więcej »

Dzień z życia blogerki

środa, 20 stycznia 2016 40 komentarzy
Jednymi z wpisów, które najbardziej lubię czytać są te, które pozwalają mi bliżej Was poznać, które pokazują co lubicie robić, jak wygląda Wasze życie poza blogosferą. Sama też lubię tworzyć takie teksty, które są odskocznią od głównej tematyki mojego bloga. Dziś mam dla Was jeden taki wpis, w którym zapraszam Was do spędzenia ze mną, blogerką, całego dnia :)
6:00 z minutami
Mimo iż jest środek tygodnia, przede mną perspektywa 'luźniejszego' dnia, bez przerzucania papierków w pracy. Mogłabym pospać do 10:00, ale nie potrafię, każdego dnia budząc się niczym kogut tuż przed świtem. Gramolę się z łóżka i szurając kapciami po podłodze, krok za krokiem zmierzam do kuchni, gdzie jedną ręką nastawiam wodę na kawę, a drugą skrobię sms-a na dzień dobry do Ukochanego. Z ulubionym kubkiem parującego mleka z dodatkiem kawy ( wszyscy zgodnie twierdzą, że to co ja piję nie da się nazwać kawą :P ), siadam w fotelu i odpalam laptopa, co by sprawdzić czy mojego ostatniego wpisu nie zalało przypadkiem tsunami komentarzy :D Otwieram tysiąc pięćset sto dziewięćset okienek, odpowiadam na komentarze, zerkam na pocztę ( tja, na pewno ktoś do mnie napisał w środku nocy ), na FB ( tu pewnie też wiele się zmieniło ), w komórce sprawdzam Instagram, dopijam kawę i wracam pod kołderkę, gdzie przez kilkadziesiąt minut czerpię przyjemność z czytania.

8:00
Dosyć już tego wylegiwania się, pora naprawdę zacząć dzień. Po porannej toalecie z muzyką disco polo w tle ( dobra, już poszło w świat, pozwalam Wam się śmiać :P ), zaglądam do lodówki, gdzie jak zwykle oprócz przeterminowanej musztardy jest tylko światło, więc klnąc na czym świat stoi, z burczącym brzuchem udaję się po bułki do sklepu. Tja, kogo ja próbuję oszukać... Oczywiście, na bułkach się nie kończy, a moje szybkie zakupy potrafią trwać nawet godzinę. I nagle ni stąd ni zowąd obok serka, pieczywa i soku pomarańczowego w koszyku znajduje balsam do ciała, kolejny kubek i stos książek. Jednym słowem, promocje w Biedronce doprowadzą mnie kiedyś na skraj bankructwa. Taszczę więc te moje zakupy na trzecie piętro, spotykając po drodze listonosza, który wciska mi pod pachy trylion pięćset sto dwadzieścia trzy przesyłki i długopis między zęby, żebym mu pokwitowała odbiór. 

10:00 
Mając w nosie to, że zakupy walają się po przedpokoju, bo nie miałam już siły ich rozpakować, robię w końcu śniadanie, w łazience, gdzie jedną ręką nastawiam pralkę. Prawym uchem wysłuchując końca programu prania, jednym okiem zerkam na bloga, drugim nadrabiam zaległości serialowe, bo w końcu ktoś przetłumaczył najnowszy odcinek "Castle'a"! 

11:30
Pranie powieszone, pora wyprasować to wczorajsze- kurczę, trzyosobowa rodzina, a robi przemiał ubraniowy jak pułk wojska! Patrząc na górę ubrań obok żelazka, robię drugą kawę, odpalam "Miodowe lata", lustruję bloga i Instagrama, po czym w oparach pary lecą mi kolejne minuty dnia.

12:30
Z laptopem pod pachą udaję się do kuchni, trzeba coś wymyślić na obiad. Przekopując Internet i zawartość szafek, szukam inspiracji na coś, co zaspokoi głód pozostałych domowników. Gulasz zbyt czasochłonny, zupa była wczoraj, naleśników ze szpinakiem mi nie zjedzą, no dobra, to róbmy chińszczyznę. Wszystkie składniki bulgoczą za moimi plecami, a ja z kolejnym kubkiem, nie, nie, nie kawy, lecz herbaty, błądzę palcami po klawiaturze  pisząc kolejnego posta na bloga i w międzyczasie odpowiadając na komentarze, które pojawiły się od mojej ostatniej wizyty na blogu, czyli w ciągu jakiś  15 minut. 

14:30
Spoglądam szybko na Instagrama ( może dodam jakieś zdjęcie? ), przypominam sobie o przesyłkach przytarganych w pocie czoła, prawie w zębach. Rozpakowuję wszystkie po kolei, mocując się z taśmą i pieję z zachwytu, tyle tam dobroci! Już mnie palce swędzą przed ich zanurzeniem w nowym musie do ciała, gdy cichy głosik w głowie stanowczym tonem upomina się o zrobienie zdjęć na potrzeby bloga, bo przecież nie pokażę w połowie zużytych kosmetyków w upaćkanych opakowaniach! Pomysłu na ładne tło brak ( kłania się znikoma kreatywność ), więc zbieram po mieszkaniu sprawdzony zestaw, służący mi na zmianę jako tło, odpalam aparat, cykam pierwsze zdjęcie i ... no jasna ciasna, bateria się wyczerpała! Zdjęcia i testowanie muszą poczekać do następnego dnia, a ten balsam tak smutno na mnie patrzy, mówiąc "no, maźnij mnie!"...

16:00
Grrr, sokowirówka znów się popsuła! Pakuję więc ją w karton, przez pół godziny szukam gwarancji, po czym jadę ponad 20 km do sklepu, w którym kupiłam ten szajs, w myślach układając sobie wiązankę, którą usłyszy ode mnie facet, który mi ją wcisnął...

17:00
Sprzedawca nie ucieszył się z mojego widoku ( jakżeby inaczej, reklamować jeden sprzęt dwa razy w miesiącu, toż to lekka przesada ), coś tam mamrotał pod nosem, ale jak rzuciłam mu spojrzenie spod byka nr 6, to przestał i grzecznie przyjął sprzęt do reklamacji. Zmierzam ku wyjściu z Galerii, mijam Rossmanna i zatrzymuję się w pół kroku, po czym zawracam i już po chwili znajduję się pomiędzy regałami uginającymi się od kosmetyków i słyszę piskliwy głosik mojego portfela dobiegający z torebki: "przecież już mnie ogołociłaś do cna, czego Ty tu jeszcze szukasz?!". Rzucam mu pod nosem "cicho bądź" i spoglądam na półki. O, fajnie, to jest w promocji, ale to już mam. To też, to też i to też... Więc po co ja tu weszłam? Ach, po te patyczki do uszu, przecież z pustymi rękoma nie mogę wyjść.*

20:00
Wróciłam. Po kąpieli i kolacji, już w pidżamce siadam do czynności, za którą nie przepadam, czyli do ściągania hybryd. Odrosty straszą już na tyle, że dłużej nie mogę z tym zwlekać. Z palcami poowijanymi aluminiową folią, znów śmigam po klawiaturze, tym razem pisząc zarys kolejnej recenzji. Jak zwykle utknęłam na wstępie... I kurczę, znów zalałam skórkę lakierem! 

23:00
Leżę już w łóżku, opatulona po samą brodę, po raz ostatni patrząc, jakie nowe zdjęcia pojawiły się na Instagramie oraz układam w myślach plan na kolejny dzień. I zastanawiam się, który z przygotowanych postów opublikować w najbliższym czasie na blogu... I czy jutro bateria w aparacie znów nie odmówi mi posłuszeństwa i będę w końcu mogła zacieśnić więź z tym balsamem do ciała...

* no dobra, powiem Wam, wyszłam jeszcze z kolejnym tuszem do rzęs, nową pomadką, entnym żelem pod prysznic i batonikiem :P
 post pisany z przymrużeniem oka ;)
Czytaj więcej »

Recenzja: Naturalny peeling do rąk o zapachu maliny, Nacomi

niedziela, 17 stycznia 2016 52 komentarze
Obietnice producenta:
Naturalny peeling do rąk Nacomi to połączenie właściwości olejku z dzikiej róży oraz oleju ze słodkich migdałów. Nasz peeling cukrowy stosowany regularnie rozjaśni przebarwienia na skórze naszych dłoni, dzięki olejkowi z dzikiej róży, który zawiera naturalną witaminę C. Malinowy naturalny peeling Nacomi otuli nasze dłonie i da im odpowiednie nawilżenie.

100 ml peelingu kosztuje niecałe 16,00 zł w sklepie internetowym Nacomi
Moim zdaniem:
W ten styczniowy, zimowy poranek mam dla Was odrobinę lata w postaci cukrowego peelingu o soczystym zapachu malin, w którego składzie znajdziemy same rarytasy: cukier trzcinowy, masło shea, kilka olejków oraz naturalny czerwony barwnik, tzw. karmin :)
Opakowanie, w którym otrzymujemy peeling, to prosty słoiczek o szerokim otworze, zakręcany na aluminiową nakrętkę. Skrywa w sobie 100 ml lekko różowej, mocno zbitej konsystencji o cudownym aromacie słodkich malinek, na chwilę przenoszącym nas do ciepłych, letnich dni :) Dzięki treściwej konsystencji wystarczy tylko odrobina peelingu na wygładzenie i nawilżenie całych dłoni, więc możemy się nim cieszyć naprawdę długo.
Jak mogłyście przeczytać na wstępie, skład jest naprawdę przyjemny i w 100% naturalny. Cukier trzcinowy doskonale złuszcza i usuwa martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką i elastyczną. Masło shea oraz olejki: kokosowy, ze słodkich migdałów oraz z dzikiej róży chronią skórę przed utratą wilgoci, głęboką nawilżają, a właściwie natłuszczają na długi, długi czas. Uczucie natłuszczenia nie jest uciążliwe ani przesadzone, po osuszeniu dłonie są perfekcyjnie odżywione, wygładzone i zregenerowane i takie pozostają przez kilka następnych dni. Peeling Nacomi poradzi sobie nawet z bardzo wymagającą skórą, mocno przesuszoną, szybko niwelując jej suchość i szorstkość oraz przywracając jej miękkość, elastyczność i jędrność. 
Zapach, skład, cena, wydajność, działanie- wszystko przemawia na korzyść malinowego peelingu do dłoni. Jest to kolejny produkt do pielęgnacji skóry Nacomi, w którym nie widzę żadnych wad, który jest po prostu nadzwyczajny, który dba o moją skórę jak żaden inny kosmetyk.
Czytaj więcej »

O dwóch niepozornie wyglądających ampułkach

czwartek, 14 stycznia 2016 41 komentarzy
Obietnice producenta:
Serum Seni Dermo Treat NaturTech Montibello przeznaczone jest do wrażliwej, podrażnionej skóry głowy, niwelujące uczucie dyskomfortu. Ułatwia utrzymanie lśniących i zdrowych włosów.  Zawiera: ksylitole pochodzenia roślinnego i pochodne pszenicy, odpowiedzialne za nawilżanie i działanie kojące; metabolity o działaniu kojącym; witaminę B3 i Pantenol do utrzymania równowagi i nawilżenia.

12 ml serum w internetowym sklepie Sklep Fryz kosztuje 9,90 zł
Moim zdaniem:
W swojej codziennej pielęgnacji włosów, twarzy czy ciała bardzo rzadko sięgam po próbki czy kosmetyki w ampułkach. Właściwie robię to tylko wtedy, kiedy produkt nie występuję w większym opakowaniu w formie słoiczka, butelki czy tubki. Tak samo jest w przypadku serum Sensi Dermo Treat NaturTech Montibello, które dostępne jest w postaci niewielkiej tubki zakończonej wąziutkim aplikatorem.
W środku ampułki znajduje się 12 ml mlecznobiałej, rzadkiej konsystencji o subtelnym zapachu. Sama ampułka została wykonana z elastycznego, giętkiego tworzywa, łatwo uginającego się pod naciskiem palców. Delikatnie zwężający się aplikator, dozuje tyle serum, ile potrzeba. Jedna ampułka wystarcza na 2-2,5 użycia. Zabiera też bardzo mało miejsca, więc można ją zabrać w podróż i dodatkowo zadbać o włosy nawet poza domem. 
Ogólnie, na stan skóry głowy narzekać nie mogę, niestety mam problem z powracającym łupieżem i mimo iż tego na co dzień nie odczuwam, może to być spowodowane podrażnioną skórą głowy. Ratunkiem miało być serum Montibello. Stosowałam je zgodnie ze wskazówkami producenta, czyli wmasowywałam bezpośrednio w skórę głowy, zaraz po umyciu włosów. Serum nie należy spłukiwać i nieco obawiałam się, że obciąży moje włosy, jednak niczego takiego nie zauważyłam. Zastosowałam je jako kurację "intensywną", czyli przez kolejnych kilka myć z rzędu, odstawiając jednocześnie szampon przeciwłupieżowy. Testując to serum zwracałam uwagę nie tyle na poprawę stanu skóry głowy, bo jak wspomniałam wcześniej, nie odczuwam żadnego dyskomfortu z jej strony, co właśnie na właściwości zniwelowania łupieżu. Od zużycia obu ampułek minął miesiąc, a łupież nie powrócił. Ponadto zawarte w składzie ksylitole i pochodne pszenicy sprawiły, że włosy u nasady są nieco lepiej nawilżone. 
Marka Montibello ma w swojej ofercie jeszcze kilka innych ampułek, które mają zaspokoić potrzeby każdego rodzaju włosów, np. farbowanych, suchych i zniszczonych, delikatnych z dodatkiem keratyny, cienkich i potrzebujących objętości lub przetłuszczających się. Ja na pewno wypróbuję jeszcze te do oklapniętych włosów ( jeszcze nie znalazłam idealnego specyfiku, by odbić moje włosy od nasady głowy... ) oraz do suchych i zniszczonych :) 
Czytaj więcej »

Moja kolekcja lakierów Semilac oraz kilka słów na temat Top'u No Wipe :)

poniedziałek, 11 stycznia 2016 56 komentarzy
Kilka tygodni temu pokazałam Wam zestaw do domowego wykonywania hybrydowego manicure ( klik ), a dziś chciałabym zaprezentować swoją powoli powiększającą się kolekcję lakierów Semilac :)
Obecnie mam piętnaście charakterystycznych buteleczek, w tym bazę, dwa topy- do i bez przemywania oraz dwanaście kolorów, od delikatnych nudziaków przez głęboką czerwień po uniwersalną czerń. Do moich faworytów należą w szczególności dwa brokatowe odcienie: klasycznego złota jakim jest Gold Disco oraz pięknie połyskującego, mieniącego się kilkoma odcieniami różu Pink Gold, które zawsze na zmianę goszczą na moich paznokciach. Drugimi w kolejności ulubieńcami są: Classic Nude, My Love, Nuts&Caramel, Mint oraz Indian Roses. Obiecuję, że wszystkie pokażę na swoich paznokciach! Mogłabym to zrobić na wzorniku, ale takowego nie mam, więc musicie wykazać się nieco cierpliwością, ale żeby nie zostawić Was z niczym, to odsyłam na Instagrama, gdzie będzie mogły zobaczyć połączenie kolorów Mint, Gold Disco oraz Delicate French ( kilk ), a także Pink Gold z Sleeping Beauty ( kilk klik :), utwardzone jedną z perełek Semilaca, czyli Topem No Wipe. 
Semilac co rusz wprowadza jakieś nowości, a ostatnią z nich jest top No Wipe, który jak podaje producent, nie wymaga przemywania cleanerem, tzw. warstwy dyspersyjnej, czyli tej lepkiej warstwy, która pozostaje po utwardzeniu w lampie. Ma także utwardzić lakier oraz nadać mu połysk. Podobnie jak pozostałe produkty Semilac, Top No Wipe znajduje się w czarnej, okrągłej buteleczce z białymi napisami o pojemności 7 ml. Od tradycyjnego topu jest nieco droższy, albowiem kosztuje 37,00 zł, ale jest też bardziej wydajniejszy, bo ma rzadszą konsystencję, a jedna cienka warstwa jest w zupełności wystarczająca na pokrycie i bardzo dobre utrwalenie koloru. Prosty, nie za gruby pędzel, równiutko ścięty umożliwia wygodną i precyzyjną aplikację. Jeśli mam być szczera, to w działaniu nie widzę różnicy pomiędzy topem No Wipe a tradycyjnym. Nowość Semilaca, tak jak jego starszy brat, świetnie utwardza lakier, zarówno zwykły, jak i brokatowy, nadając mu pięknego i długotrwałego połysku. Przy zmywaniu nie sprawia żadnych problemów, schodzi tak samo jak normalny top. 
Świeżynka marki Semilac to niezwykła wygodna, drobna oszczędność czasu, cleanera i wbrew pozorom pieniędzy. Gdybym miała wybierać, to bez zastanowienia kupuję top No Wipe, bo przyznam się Wam, że w wykonywaniu hybrydowego manicure to całe przemywanie cleanerem jest dla mnie odrobinę irytujące, więc cieszę się, że chociaż na koniec nie muszę tego robić ;)
Czytaj więcej »

Recenzja: Matujący sypki puder Flawless Matte oraz pędzel Super Kabuki, Lili Lolo

piątek, 8 stycznia 2016 40 komentarzy
Obietnice producenta:
Flawless Matte to wyjątkowy kosmetyk matujący. Doskonale sprawdza się jako naturalna baza pod podkład lub też jako nieskazitelne wykończenie makijażu. Ten puder o właściwościach absorbujących sebum zabezpiecza skórę twarzy przed nadmiernym świeceniem. Świetnie sprawdza się również jako mineralna baza pod cienie.
Pędzel Kabuki wykonany jest z najlepszego gatunkowo syntetycznego włosia, które jest ultra miękkie. Idealny do nakładania podkładu mineralnego.

Oba produkty dostępne są w sklepie internetowym Costasy: cena pudru to 81,90 zł, a pędzla 91,90 zł
Moim zdaniem:
Odkąd przetestowałam pierwszy sypki puder, inne przestały dla mnie istnieć. Sypki proszek odpowiada mi dużo bardziej niż jego prasowany odpowiednik, a jeśli jest w transparentnym odcieniu to już nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba :) Dziś chciałabym opowiedzieć Wam co nieco o jednym z takich pudrów, dokładniej rzecz mówiąc o mineralnym pudrze Lili Lolo, który, o dziwo, równie dobrze sprawdza się u mnie także na drogeryjnych podkładach.
Elegancki, matowy słoiczek z czarną nakrętką schowany został do biało- czarnego kartonika, charakterystycznego dla marki Lili Lolo. W środku słoiczka znajduje się 10 gram bezzapachowego, drobniutko zmielonego białego proszku ( bez skojarzeń poproszę :P ), który w dotyku jest niezwykle aksamitny.  
Aplikacja pudru jest dziecinnie prosta: najpierw wysypuję go na wieczko, zanurzam pędzel, otrzepuję z nadmiaru i 'omiatam' nim twarz, wykańczając i utrwalając makijaż. Puder, jako kropka nad i mineralnego makijażu, lekko rozjaśnia skórę, nadaje jej zdrowego, ujednoliconego, świeżego wyglądu. Nałożony na skórę, otula ją aksamitną powłoczką. Jest bardzo leciutki, przez co niewyczuwalny na skórze, pozwala jej oddychać, oraz jest całkowicie niewidoczny: będąc na wyprzedażowych zakupach, pewna pani powiedziała mi, że mam śliczną, gładką skórę o pięknym, równym kolorze i że niepotrzebne mi żadne podkłady. Nie przeszło  jej przez myśl, że mam pełny makijaż wykonany kosmetykami Lili Lolo, a ja nie wyprowadziłam jej z błędu, tylko podziękowałam za komplement :D Jak wspomniałam wcześniej, puder świetnie utrwala makijaż na wiele godzin, w ciągu dnia wystarczy mi jedna poprawka, a czasami i ta jedna okazuje się zbędna, bo makijaż jest w nienaruszonym stanie, o dziwo ( po raz drugi w jednej recenzji :D ), nawet na mojej mieszanej cerze z tendencją do świecenia się. Puder jest bardzo wydajny, wystarczy cieniutka warstwa na bardzo dobre utrwalenie makijażu i zmatowienie skóry, dzięki czemu cena nie wydaje się już być tak wygórowana. 
W składzie mineralnego pudru Lili Lolo znajdziemy kaolin i mikę. Tak, to wszystko, na tym skład się kończy :) Kaolin to inaczej biała lub porcelanowa glinka, najdelikatniejsza ze wszystkich. Polecana jest do cer tłustych, mieszanych, albowiem doskonale wchłania sebum i powoduje ściąganie porów ( potwierdzam! ). Bardzo słabo kryje, ale nadrabia właściwościami matującymi. Drugim i ostatnim zarazem składnikiem pudru jest mika, która nadaje produktowi lekkości, jedwabistości, a zaaplikowana na skórze sprawia, że nabiera ona delikatnego połysku, którego nie należy mylić z błyszczeniem się! Jej zawartość sprawia, że puder optycznie redukuje widoczność drobnych zmarszczek oraz niedoskonałości cery.
Z kosmetykami Lili Lolo ( dla przypomnienia, testowałam jeszcze korektor oraz podkład ) otrzymałam dodatkowo 'narzędzie' do ich nakładania, czyli pędzel Super Kabuki. Tak jak pozostałe produkty marki, został schowany do małego biało- czarnego kartonika. Sam pędzel jest niewielkich rozmiarów, w całości mierzy 7 cm, z czego 4 cm to syntetyczne włosie, które jest bardzo mięciutkie, miłe w dotyku i tym samym delikatne dla skóry. Jest solidnie wykonany, ładnie przycięty, nie gubi włosia i naprawdę fajnie się prezentuje. Dodatkowo jest poręczny, nie zajmuje wiele miejsca, więc można go bez problemu spakować nawet do małej kosmetyczki. Jest również łatwy do utrzymania w czystości, nie traci swojego kształtu, a włosie nie robi się sztywne i szorstkie. Początkowo musiałam nauczyć się z nim współpracować, albowiem wcześniej nie miałam pędzla z tak krótkim trzonkiem, ale gdy już nabrałam wprawy, używanie go zaczęło być czystą przyjemnością :) Pędzel jest wielofunkcyjny, można nim aplikować każdy sypki kosmetyk. Nakłada cienką warstwę, dzięki czemu podkład/puder/korektor wygląda bardzo naturalnie na skórze. Perfekcyjnie rozprowadza kosmetyki, nie tworząc mało estetycznych smug czy plam. Przy pomocy pędzla Super Kabuki, podkład lub korektor najlepiej aplikuje mi się metodą 'stempelkową', a puder ruchem omiatającym. 
Obecnie w sklepie Costasy trwa promocja, dzięki której możemy co nieco zaoszczędzić, ponieważ cena pudru jest niższa o około 12,00 zł, a pędzla o około 13,00 zł :)
Czytaj więcej »

Grudniowy projekt denko

środa, 6 stycznia 2016 48 komentarzy
1. Tropikalny żel pod prysznic, Isana Young- przyjemny żel pod prysznic na grosze o słodkawym zapachu  i ładniutkim różowym kolorze. Odpowiednio gęsty, tworzący duuużo piany, myjący, odświeżający, bez wysuszania skóry. 
2. Borowinowy nektar do kąpieli z miodem, Bingo Spa- aż 500 ml przyjemnego kosmetyku do mycia o subtelnym zapachu z gorzką nutką miodu, który odpowiednio dba o skórę, nie przesuszając, jej. Więcej na jego temat znajdziecie w tej recenzji. 
3. Żel do golenia Satin Care, Gillette- bardzo dobry produkt ułatwiający depilację, chociaż ostatnio lepiej depiluje mi się nogi przy pomocy zwykłego mydła w kostce. Ale żele Satin Care są tymi, do których często wracam, szczególnie gdy są w promocji. 
4. Antyperspirant Cotton Dry- Rexona- niekwestionowanym faworytem wśród antyperspirantów, są dla mnie te z Garniera, ale Rexonę mogłabym spokojnie umieścić na drugim miejscu. 
5. Ryżowy peeling do ciała, Bandi- świetny peeling w nietrafionym opakowaniu. No bo kto pakuje żelową, ale też gęstą i zbitą konsystencję z mnóstwem drobinek w butelkę z twardego tworzywa z małym dzióbkiem? Przecież aż się prosi o słoiczek z szerokim otworem, czyż nie? Tak to peeling jest naprawdę bardzo dobry, odpowiednio ostry, wygładzający i napinający skórę. 
6. Płyn micelarny Hydra Expert. Eveline- uwielbiam płyny micelarne, chętnie testuję różne marki i jeszcze nie trafiłam na taki, który by mi nie przypasował. Ten z Eveline również mogę polecić do porządnego demakijażu oczu i oczyszczania skóry.
7. Odżywcze mleczko do ciała z olejkami Oil Beauty, Garnier- jeden produkt i aż cztery różne olejki: różany, makadamia, arganowy i migdałowy, to nie mogło się nie udać. Mleczko otula skórę satynową, niewyczuwalną warstewką, rozpieszczając ją, nawilżając i odżywiając. Jednym słowem, mleczko jest fantastyczne, a o tym, co jeszcze mnie w nim uwiodło, przeczytacie tutaj.
8. Odżywka do paznokci, Nail Tek- niby zwykła odżywka, a jednak taka wielozadaniowa, bo oprócz odżywiania paznokci, sprawdza się też jako baza pod lakier, chroniąc płytkę przed przebarwieniami i znacznie przedłużając trwałość samego lakieru. O dodatkowych jej atutach przeczytacie w recenzji.
9. Nawilżająca pomadka do ust Eliksir, Wibo- pisałam o niej ponad 2 lata temu i od tamtego czasu nie zmieniłam o niej zdania. Ciekawych zapraszam do tej recenzji, gdzie poczytacie także o innych nawilżających pomadkach do ust. 
10. Kolagenowa maseczka w ampułkach z kawiorem i witaminami, Elogie- niewymagająca zmywania maseczka, którą stosowałam co drugą noc zamiast kremu do twarzy. Tak jak jej siostry, z kwasem hialuronowym oraz kofeiną i witaminami, dobrze nawilżyła moją skórę, ale większego szału nie było, o czym przeczytacie tutaj
11. Serum do wrażliwej skóry głowy Sensi Dermo, Montibello- niepozornie wyglądające ampułki, w których drzemie duża moc. Na pełną ich recenzję zaproszę Was już niedługo. 
12. Odżywka do suchych i puszących się włosów Nutritive Solutions, Dove- jedna z moich ulubionych odżywek, potrafiąca ujarzmić moje niezdyscyplinowane włosy. Świetnie nawilża, zmiękcza i nabłyszcza włosy, sprawiając, że się nie elektryzują, nie puszą, ładnie pachną i lepiej układają. 
13. Aktywna woda dla zmęczonej skóry, Saisona- nietypowa konsystencja, niespotykany zapach i świetne działanie, czyli tak mogłabym streścić pełną recenzję aktywnej wody, do przeczytania której zachęcam ;)
14. Szampon do suchych i zniszczonych włosów z wyciągiem z bio-róży, Lavera- mój pierwszy kosmetyk tej marki, ale na pewno nie ostatni. Zamiast silikonów, w składzie ma same naturalne składniki. Efekt? Gładkie, miękkie i błyszczące włosy. To szampon, który powinien znaleźć się w kosmetyczce każdej z nas. Więcej na jego temat znajdziecie tutaj
15. Nawilżający peeling do twarzy do domowej mikrodermabrazji, Nacomi- recenzja wkrótce, na dzień dzisiejszy mogę napisać, że bardziej przypasował mojej mamie niż mnie. 
16. Krem przeciw zrogowaceniom, She Foot- odkopany z czeluści kosmetycznych zapasów, okazał się przyjemniaczkiem, który nakładany grubą warstwą na noc, nawilżył i odżywił skórę stóp, poprawiając ich ogólny wygląd. 
Czytaj więcej »

Grudzień na zdjęciach

niedziela, 3 stycznia 2016 68 komentarzy
 pięknie ozdobiony mikołajkowy box nadal cieszy moje oczy :) | i jak tu ze mną żyć :P? | początek grudnia przywitałam choróbskiem... | przeczytane w grudniu, w ciągu roku udało mi się łącznie przeczytać 72 książki :)
ale się uśmiałam :D | najpiękniejsza! bo moja :P | prezenty dla najbliższych zapakowałam już tydzień przed świętami :) | kolejne stare lakiery wylądowały w koszu

Po więcej zapraszam na Instagrama :)
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.