Trzy zabiegi pielęgnacyjne, których nie lubię wykonywać

niedziela, 28 lutego 2016 40 komentarzy
Jestem kobietą i chociaż lubię o siebie dbać, to są takie czynności kosmetyczne, których po prostu nie znoszę i które wykonuję z konieczności. Oto trzy z nich:
* pierwszym takim zabiegiem jest depilacja. Ja nie wiem cośmy takiego przeskrobały, że to na nas spadł ciężar depilowania się. Mimo że jest wiele metod usuwania owłosienia, to każdy ma jakiś mankament: maszynka daje krótkotrwały efekt, wosk i depilator są bolesne, a laser drogi. Nie wspomnę już o wrastających włosach, zacięciach, podrażnieniach. Lubię mieć gładkie nogi, ale cierpnę na samą myśl o konieczności ich depilowania. Gdyby nie narzeczony, ( bo nie ukrywam, że wykonuję ten zabieg również z myślą o nim ) chodziłabym chyba owłosiona jak małpka do samego lata :P
* kolejnym rytuałem kosmetycznym, którego nie lubię wykonywać jest nadawanie kształtu paznokciom. Jakiś czas temu zmieniłam kształt swoich paznokci z kwadratów na migdały i wypiłowanie ich tak, aby chociaż odrobinę były do siebie podobne kosztuje mnie sporo czasu, nerwów i poprawek. A koniec końców i tak nie jestem do końca zadowolona z efektów... 
* ostatnią czynnością jest regulacja brwi i nie ważne czy robię to sama czy oddaję się w ręce kosmetyczki. Moje brwi żyją swoim życiem, każda jest inna, a włoski rosną sobie jak chcą, szczególnie tuż przy nosie: w lewej brwi układają się w łagodny łuk, w prawej są proste jakby "połknęły drut". Nigdy nie mam ochoty na ich regulację, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie ich pozostawić samopas... 

Przedstawiłam Wam trzy rytuały kosmetyczne, których nie lubię wykonywać, ale mimo to robię to, bo czego nie zrobi kobieta, by być piękną, atrakcyjną i zadbaną? Oj tak, w imię piękna jesteśmy gotowe na wiele poświęceń :) 
Czytaj więcej »

Recenzja: Szampon do przetłuszczającej się skóry głowy i suchych włosów, Equilibrios S, Actyva, Kemon

piątek, 26 lutego 2016 37 komentarzy
Obietnice producenta:
Z myślą o powszechnie występujących problemach skóry głowy opracowano specjalną linię produktów ACYVA SPECIFICI CUTE, których formuła zawiera olejki eteryczne i wyciągi z roślin mające oczyszczać, równoważyć, łagodzić, nawilżać i przywracać funkcję normalnej, zdrowej skóry. Nie zawiera laurylosiarczanu sodu SLS ani dodecylosiarczanu sodu SLES.

250 ml/ 48,00 zł w sklepie internetowym Sklep Fryz
Moim zdaniem:
Szampon Equilibrios S jest moim pierwszym, typowo fryzjerskim szamponem do mycia włosów ( chyba, o ile mnie moja leciwa pamięć nie sprowadza na manowce ). Przeznaczony jest do mieszanych włosów, czyli przetłuszczających się u nasady i suchych na końcach, dokładnie takich jakie ja mam, bo wiecie, u mnie wszystko musi być mieszane: uroda ( jestem podobna do wszystkich z rodziny, a jednocześnie do nikogo :P ), cera, a nawet włosy :P Szamponu używam systematycznie od grudnia ( co drugi dzień i jeszcze go mam, więc pierwszy jego plus to wydajność ) i najwyższa pora go zrecenzować.
W wąskiej, smukłej oraz lekko wyprofilowanej butelce znajduje się 250 ml szamponu o nieprzeciętnym zapachu, w którym wyczuwam dość wyrazistą korzenną nutę. Jest specyficzny i nie każdemu może się spodobać. Za to konsystencja powinna już przypasować większości: ma ładny perłowy kolor i jest odpowiednio gęsta- odrobina szamponu i wody tworzy bardzo dużo delikatnie myjącej piany. 
Z właściwości pielęgnacyjnych szamponu jestem bardzo zadowolona. Jest łagodny dla skóry głowy i dla samych włosów także, podczas mycia nie plącze ich, a w trakcie rozczesywania nie ciągną się i nie wyrywają; szczotka wchodzi w nie jak w przysłowiowe masło. Bardzo dobrze oczyszcza włosy z zanieczyszczeń, a także z kosmetyków do ich stylizacji, pozostawiając je czyste i świeże. Przywraca równowagę skóry głowy, dzięki czemu włosy odzyskują blask i witalność na całej swej długości. Po umyciu zyskują także na lekkości, są świetnie nawilżone, mięciutkie i bardziej podatne na układanie. Ponadto dyscyplinuje moje niesforne włosy, niwelując ich puszenie i elektryzowanie się. 
Szampon nie należy do najtańszych, ale nie oszukujmy się: żaden profesjonalny kosmetyk nie jest tani. W tym przypadku, za cenę około 50,00 zł, otrzymujemy bardzo wydajny produkt do mycia włosów, bez SLS i SLES, o nietuzinkowym zapachu, który pozwala na bezbolesne rozczesanie włosów, który przywraca włosom równowagę, a także nadaje im miękkości i blasku. Myślę, że warto mieć jeden taki szampon w swoim kosmetycznym arsenale, nasze włosy od czasu do czasu też chcą zostać rozpieszczone :)
Czytaj więcej »

"Wytańczyć marzenia" Elaine DePrince,Michaela DePrince

wtorek, 23 lutego 2016 34 komentarze
Bielactwo jest chorobą, a właściwie defektem skóry polegającym na braku pigmentu na skórze, a także włosach i tęczówkach oka, objawiający się białymi plamami, często z ciemniejszymi brzegami. Jest to defekt, który widać na pierwszy rzut oka, którego nie da się go ukryć. Może sprawić, że osoba dotknięta bielactwem będzie wstydzić się swojego wyglądu, będzie unikać kontaktu z ludźmi, będzie starała się skryć przed światem. Lub weźmie przykład z Michaeli de Prince, która przezwyciężyła wstyd związany z jej mankamentem skóry i spełniła swoje marzenie o byciu światowej sławy primabaleriną.
Michaela de Prince, a właściwie Mabnita Bongura, przyszła na świat w 1995 roku w ogarniętej wojną Sierra Leone. Jako mała dziewczynka straciła rodziców, najpierw ojca, którego zamordowali rebelianci, a później w wyniku choroby matkę, Trzyletnia Mabnitą zaopiekował się wujek, który szybko odesłał ja do sierocińca, gdzie nadano jej "imię" o numerze 27. Prześladowana i upokarzana z powodu swojego bielactwa, czuła się samotna i nieszczęśliwa. Jednak los szybko się do niej uśmiechnął, gdy w wieku 4 lat została adoptowana przez amerykańska rodzinę, a wraz z nią jej najlepsza przyjaciółka z sierocińca, dziewczynka o numerze 26. Adopcja, przeprowadzka do Ameryki i wspaniali rodzice pozwoliły jej "sięgnąć gwiazd": rozpoczęła naukę w prestiżowej szkole baletowej Jacqueline Kennedy Onassis, a obecnie jest najmłodszą tancerką Dance Theatre w Harlemie. 
Michalesa wraz ze swoją adopcyjną matką, Elaine, postanowiła spisać historie swojego życia, by podzielić się, jak sama to nazywa, największym błogosławieństwem w jej życiu, jakim jest nadzieja:
" To nadzieja pozwoliła mi przetrwać w Afryce, mierząc się ze znęcaniem, z głodem, bólem i ogromnym niebezpieczeństwem. To nadzieja sprawiła, że ośmieliłam się marzyć, i to nadzieja pomogła mi spełnić te marzenia." ( str. 259 )
Książka jest napisana prostym, ale obrazowym językiem. Czyta się ją jednym tchem, a krótkie rozdziały sprawiają, że czytelnik nawet nie wie kiedy przewraca kartkę za kartką. Przeczytałam kilka książek o podobnej tematyce, ale ta jest jedyna w swoim rodzaju, ponieważ z każdej jej strony emanuje optymizm, ciepło i pozytywna energia. Z każdego zdarzenia w swoim życiu, Michaela wyciąga wnioski na przyszłość albo coś, co pozwala jej przetrwać w trudniejszych chwilach. To czyni, że książka jest bardzo pozytywną opowieścią. Mimo wielu przykryć doświadczeń, straty rodziców, życia w kraju ogarniętym wojną, mimo wielu przykrych słów usłyszanych od innych ludzi na temat swojego koloru skóry i choroby, bohaterka wciąż patrzy na świat przez różowe okulary, realizuje się i na przekór wszystkim i wszystkiego prze do przodu, spełniając swoje marzenia i ciesząc się po prostu życiem. Historia Michaeli ukazuje, że można osiągnąć wszystko to, co się wymarzyło. Wystarczy chcieć, wierzyć i nie poddawać się. Moim zdaniem, jest ona wzorem godnym naśladowania :)
Czytaj więcej »

BrushEgg, czyli jajeczko do czyszczenia pędzli

sobota, 20 lutego 2016 53 komentarze
Posiadanie pędzli do makijażu wiąże się z obowiązkiem ich częstego mycia, aby resztki podkładu nie stały się siedliskiem bakterii- przyznam, że czynność ta nie należy do moich ulubionych. W Internecie jest całe mnóstwo porad, trików, wskazówek oraz gadżetów, które mają ułatwić utrzymywanie pędzli w czystości. Jednym z takich gadżetów jest BrushEgg, potocznie zwane jajeczkiem, które otrzymałam w Mikołajkowym Boxie od Moniki
Produkt wykonany jest z miękkiego silikonu. Mimo iż nie posiadam oryginalnej wersji, to silikon, z którego jajeczko zostało wykonane jest wysokiej jakości i nie śmierdzi. Z jednej strony jest owalny, z drugiej, płaskiej strony, posiada okrągłe wypustki do czyszczenia niewielkich pędzli oraz podłużne do mycia tych większych. W dotyku jest "gumiaste", a to, które otrzymałam jest w ładnym, pastelowo- niebieskim kolorze. Jajeczko w środku jest puste ( i gładkie, dzięki czemu nie kaleczy skóry ), można włożyć w nie dwa palce, co wypraktykowałam i co u mnie się nie sprawdziło, bo zsuwało mi się i co chwila musiałam je poprawiać. O wiele lepiej trzyma mi się je w całej dłoni. Jajeczko jest "wymuskane", a mam tu na myśli to, że nie posiada żadnych ostrych elementów, zadziorów czy chropowatej powierzchni, które mogłyby uszkodzić pędzle. 
Zanim zaczęłam używać jajeczko, jego odpowiednikiem były moje palce, na które wylewałam odrobinę szamponu do mycia włosów BabyDream z Rossmanna, a następnie pocierałam namoczony pędzel. Potem wystarczyło tylko opłukać go pod bieżącą wodą i delikatnie osuszyć i voila, pędzel jak nowy! Stosowanie BrushEgg wiele w tym sposobie czyszczenia pędzli nie zmieniło, ot, po prostu trzymam coś w dłoni, coś, co ma wypustki ;) Moim zdaniem, wspomniane wypustki wcale lepiej nie docierają do głębi pędzla doczyszczając go do granic możliwości, palce są w tym równie dobre i nie ważne czy pędzel jest brudny od ciężkiego pudru, lżejszego różu czy mineralnych cieni do powiek. Używanie go wcale też nie skraca czasu mycia pędzli, zajmuje mi to tyle samo czasu, co przy użyciu samej dłoni. Na plus zaliczam mu to, że nawet mocniejsze pocieranie pędzli o jajeczko nie odkształca ich, nie mechaci ani nie rozczapierza. Gadżetu używam od grudnia, przynajmniej raz w tygodniu i jak do tej pory nie zmienił swojego kształtu, nie odbarwił się, jest taki sam, jak w pierwszym dniu, gdy został rozpakowany. Po wymyciu wszystkich pędzli, wystarczy je opłukać wodą i zostawić do wyschnięcia, można też delikatnie wytrzeć ręcznikiem. 
Nieważne czy piorę pędzle używając BrushEgg czy nie, zawsze pilnuję trzech rzeczy: aby nie zmoczyć łączenia włosia z rączką, aby nie myć pędzli w gorącej wodzie i aby robić to zgodnie z kierunkiem włosia, nigdy pod włos, dzięki czemu swoimi kilkoma pędzlami mogę się cieszyć długie miesiące. Cieszę się również, że dzięki Monice miałam okazję poznać BrushEgg, ale szczerze? Nie jest to żaden fenomenalny gadżet, bez którego nie wyobrażam sobie już korzystania z pędzli, bo nie widzę różnicy pomiędzy moim starym sposobem czyszczenia pędzli, a myciem ich przy pomocy tego gadżetu. Nie jest to zły produkt, tylko dla mnie jest zbędny, ale tak to już z tymi wynalazkami jest: mają ułatwiać życie, ale nie wszystkim muszą idealnie pasować :)


A Wy czym myjecie swoje pędzle?
Czytaj więcej »

Recenzja: Naturalna szminka do ust, Lily Lolo

środa, 17 lutego 2016 52 komentarze
Obietnice producenta:
Naturalna szminka w odcieniu koralowo-brzoskwiniowym, idealna by dodać codziennemu makijażowi świeżości. Wyjątkowa, naturalna formuła kremowych szminek Lily Lolo gwarantuje głęboki kolor oraz fantastyczne nawilżenie. Każdy odcień daje piękny, naturalny połysk. Ponadto, dzięki zawartości witaminy E oraz ekstraktu z rozmarynu, pomadki Lily Lolo odpowiednio odżywią Twoje usta. Szminka Lily Lolo zawiera odżywczą witaminę E, organiczny olejek jojoba, ekstrakt z rozmarynu. Nie posiada substancji zapachowych.

4 g kosztuje 54,90 zł na stronie Costasy
Skład dla zainteresowanych:
Ricinus communis seed oil, simmondsia chinensis seed oil, candelilla cera, lanolin, isoamyl laurate, caprylic/capric triglyceride, cera alba, copernicia cerifera cera, silica, maltodextrin,tocopherol, helianthus annuus seed oil, ascorbyl palmitate, rosmarinus officinalis leaf extract [+/- ci 77891 (titanium dioxide), ci 77492 (iron oxide), ci 77491 (iron oxide), ci 75470 (carmine)]
Moim zdaniem:
Jak wiecie, kosmetyki mineralne są nowością w mojej kosmetyczce, ale zdobywają ją szturmem. Po korektorze, podkładzie i pudrze, przyszedł czas na wypróbowanie mojego ostatniego zauroczenia produktami do makijażu, jakimi są pomadki do ust- wśród tych drogeryjnych musiała znaleźć się chociaż jedna mineralna :)
Naturalna pomadka Lily Lolo dostępna jest w 13 odcieniach, dla siebie wybrałam kolor Intense Crush, który tak jak opisał producent, jest odcieniem koralowo- brzoskwiniowym. Po pierwszej aplikacji okazało się, że jest to kolor nawet zbliżony do barwy moich ust, tylko bardziej wpadający w koral, przez który przebija się odcień nude. Ma kremową, mięciutką konsystencję, gładko sunie po wargach pokrywając je warstewką koloru- jedna ładnie podkreśla kształt ust subtelnym kolorem, druga nadaje mu głębi i delikatnego połysku. Wybrany przeze mnie kolor jest idealnym dopełnieniem codziennego makijażu, bo mimo możliwości stopniowania jego głębi, nigdy nie będzie on na tyle intensywny, by wysuwać się na pierwszy plan. 
Gama kolorystyczna opakowania, w którym znajduje się pomadka jest charakterystyczna dla marki Lily Lolo: minimalistyczna, matowa i czarno- biała. Całość jest klasyczna, ponadczasowa, a także estetyczna. Sztyft jest niewielki i bardzo wygodny, a fajne jest w nim to, że przy zamykaniu słychać krótkie "klik", dzięki czemu wiem, że pomadka jest dobrze chroniona przed połamaniem się, zdeformowaniem czy przedostaniem bakterii. 
W składzie pomadki znajdziemy olej rycynowy, olej jojoba, olej słonecznikowy, witaminę E, witaminę C, ekstrakt z liści rozmarynu, woski i emolienty pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, wosk pszczeli oraz naturalne barwniki, czyli same dobrocie, które powinny sprostać wymaganiom każdej wymagającej klientki. Ich miks sprawia, że pomadka dba i pielęgnuje usta, nie wysuszając ich. Dzięki zawartości wspomnianych olejków, fajnie nawilża usta, zmiękcza je i wygładza. Szminka jest bardzo lekka, nie wyczuwam jej podczas noszenia ( przez 2-3 godziny od nałożenia nie mam potrzeby nanoszenia poprawek ), nie pozostawia po sobie chemicznego posmaku. Na zakończenie warto też dodać, że pomadka ładnie  i równomiernie schodzi z ust, nie pozostawiając prześwitów. 
Na wstępnie napisałam, że jest to moja jedyna mineralna pomadka do ust, że dużo więcej mam tych drogeryjnych. No cóż, to zapewne tylko kwestia czasu, aby te proporcje się zmieniły :P
Czytaj więcej »

Tusz do rzęs z olejkiem arganowym, Wonder`full Mascara, Rimmel

poniedziałek, 15 lutego 2016 60 komentarzy
Obietnice producenta:
Pierwsza pielęgnująca maskara z olejkiem arganowym, która nadaje rzęsom pełną objętość. Formuła z olejkiem arganowym, skarbem Maroka, słynącym z pielęgnacyjnych właściwości sprawia, że twoje rzęsy są odżywione, gładsze i bardziej elastyczne. Wyjątkowa szczoteczka z ultra-elastycznymi włoskami rozdziela rzęsy i nadaje im zjawiskową objętość. Cel: uwodzenie przez olśnienie – osiągnięty!
Moim zdaniem:
Pierwszy pielęgnujący tusz do rzęs z olejkiem arganowym marki Rimmel miał swoje pięć minut chyba z rok temu, kiedy jego recenzje pojawiały się w blogosferze jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Ja, pomimo wielu pozytywnych opinii, nie dałam się skusić na jego zakup, bo najpierw chciałam zużyć posiadany zapas maskar, ale moja mama nie miała tego problemu i przy pierwszej nadarzającej się okazji nabyła go w drogerii. Po czym o nim zapomniała, co ja wykorzystałam, podkradając jej go :P A po kilku tygodniach używania pomyślałam, że warto Wam o nim przypomnieć. 
Błyszczące, złoto- miedziane opakowanie jest lekkie, poręczne i eleganckie. Kryje w sobie dużą, silikonową szczoteczkę, obłą w swym kształcie z długimi, cienkimi igiełkami, które ładnie rozdzielają rzęsy. Mimo swoich gabarytów, dość wygodnie da się nią manewrować przy oku, chociaż przy malowaniu najkrótszych rzęs trzeba się nieco 'nagimnastykować'. Konsystencja tuszu jest gładka, kremowa, dość rzadka, dobrze rozprowadza się po rzęsach. Maskara posiada specyficzny, ale niemęczący, delikatny zapach. 
Mascarę Rimmel nakładam głównie na skoncentrowane serum Eveline ( recenzja ), które świetnie sprawdza się w roli bazy, wydłużając dodatkowo rzęsy. Tusz do rzęs z olejkiem arganowym jest tuszem, który ładnie podkreśli oko w codziennym makijażu. Lekko podkręca i pogrubia rzęsy, delikatnie je wydłużając, ale do "pełnej objętości", o której mówi producent, to trochę im daleko. Jak możecie zaobserwować na zdjęciu poniżej, w miarę dobrze rozczesuje rzęsy, nie tworząc grudek i nadając im kolor mocnej czerni. W ciągu nie nie kruszy się ani nie osypuje, nie wywołał też podrażnienia moich wrażliwych oczu. W demakijażu również jest bezproblemowy, łatwo rozpuszcza się pod wpływem kosmetyków oczyszczających. Minusem mascary jest to, że po kilku godzinach od nałożenia zaczyna rozmazywać się pod okiem. Poza tym, mimo kilkutygodniowych testów, nie zauważyłam najmniejszych właściwości pielęgnacyjnych tego tuszu, o których producent tak szumnie rozpowiada. 
Z dostępnością tuszu nie ma najmniejszego problemu, znajdziecie go wszędzie tam, gdzie są szafy Rimmela za około 30,00 zł ( za pojemność 12 ml ) lub taniej w internetowych drogeriach :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Balsam- ratunek dla ciała Instant Help, Evree

piątek, 12 lutego 2016 51 komentarzy
Obietnice producenta:
Balsam- ratunek dla ciała to natychmiastowa ulga dla mocno przesuszonej i popękanej skóry. Działa na skórę niczym kojący opatrunek. Składniki aktywne kosmetyku zostały dobrane tak, by w krótkim czasie wywołać długotrwały efekt. Dzięki skoncentrowanej formule dobrze się wchłania, a aktywne składniki ( masło mango, gliceryna, tlenek cynku i alantoina ) przyspieszają regenerację naskórka, regulują poziom nawilżenia skóry i zmniejszają pieczenie i swędzenie. Działa więc na skórę niczym kojący opatrunek. Po zastosowaniu skóra będzie ukojona, dogłębnie nawilżona, zregenerowana i odprężona przez długi czas – odzyska komfort i witalność.
400 ml/ok. 19,00 zł w drogeriach stacjonarnych i internetowych, których listę znajdziecie tutaj
Moim zdaniem:
Zimą każda skóra potrzebuje większej dbałości i szczególnej pielęgnacji. Odpowiedzią na jej potrzeby, szczególnie tej mocno przesuszonej, ma być balsam- ratunek dla ciała marki Evree, na którego recenzję dzisiaj Was zapraszam. 
Balsam- ratunek dla ciała wchodzi w skład serii Instant Help, w której znajdziemy jeszcze krem- ratunek dla dłoni- na niego też przyjdzie pora ;). Zapakowany został w dużą, bo zawierającą aż 400 ml, białą butlę z czerwonymi detalami. Butelka wykonana została z porządnego plastiku, który jednak nie stawia oporu i pozwala na bezproblemowe wyciśnięcie balsamu na dłoń. Przynajmniej dopóty, dopóki coś w środku jest, pod koniec zapewne nożyczki pójdą w ruch, bo szkoda by było zmarnować choćby kropelkę tego balsamu ;) Konsystencja aksamitnej śmietanki, o łagodnym, słodko- owocowym zapachu, bardzo przyjemnie rozprowadza się po skórze, błyskawicznie się wchłania, otulając skórę ochronną, niewyczuwalną warstewką. Kosmetyk jest bardzo wydajny, wspomniane wcześniej 400 ml wystarczy na bardzo, bardzo długo. 
W składzie balsamu- ratunku dla ciała Evree nie znajdziemy parafiny, parabenów, barwników, mineralnych olejków ani innych świństewek. Na ich miejscu mamy wzmacniający, zmiękczający i wygładzający olej słonecznikowy, przyspieszające regenerację naskórka masło mango, poprawiająca elastyczność glicerynę oraz tlenek azotu i alantionę, które zmiękczają i niwelują szorstkość skóry. Jak już dobrze wiecie, moja skóra nie jest wymagająca, ale czasami miewa gorsze dni, kiedy potrzebuje ekstra troski. Balsam- ratunek dla ciała w takie dni sprawdza się znakomicie, przywracając jej równowagę. Skóra po jego użyciu jest mięciutka, odżywiona, bardzo dobrze nawilżona i przyjemna w dotyku. Balsam cudownie koi podrażnienia, łagodzi po depilacji, regeneruje, a cieniutka warstewka, którą po sobie zostawia, chroni skórę przed utratą wody. W pozostałe dni, znakomicie podtrzymuje dobrą kondycję mojej skóry, dzięki czemu nie straszne jej pogodowe kaprysy.
Reasumując, marka Evree po raz kolejny pokazała na co ją stać. Za każdym razem jest zaskoczona fenomenalną jakością jej kosmetyków, czego dowodem jest chociażby ten balsam, który oprócz świetnego działania, jest szeroko dostępny i ma bardzo przystępną cenę :) 
Czytaj więcej »

Wishlista urodzinowa

środa, 10 lutego 2016 50 komentarzy
Za miesiąc z hakiem będę świętować 27. urodziny :)  Tak wiem, wiekowa już jestem, ale życzenia i prezenty zawsze chętnie przyjmuję, dlatego dla tych, którzy chcieliby z tej okazji sprawić mi niespodziankę i obdarować jakimś drobiazgiem, przygotowałam małą ściągawkę z tego, z czego ucieszyłabym się najbardziej :P
Pomadka Mac- mimo (za)licznego zapasu pomadek do ust, jest jeszcze jedna, do której wzdycham, ale jest nieco poza moim zasięgiem finansowym. Na pewno ją znacie, bo na wielu blogach można ją spotkać, w wielu kolorach.  A jaki jest mój wymarzony kolor pomadki Mac? Chyba wszystkie, ale najbardziej Ravishing, Sweet&Sour i Brave. 
Stepper-najchętniej zrzucałabym zbędne kilogramy leżąc i pachnąc, ale niestety, tak to nie działa i trzeba się nieco poruszać. Chciałabym za to połączyć przyjemne z pożytecznym,  a wydaje mi się, że ćwiczenia na stepperze ustawionym przed telewizorem, byłyby właśnie takim rozwiązaniem. 
Złoty zegarek- rzadko noszę zegarki, ale taki klasyczny, na grubej bransolecie nosiłabym bardzo chętnie każdego dnia. Byłby idealnym uzupełnieniem zarówno luźniejszych stylizacji, jak i tych bardziej oficjalnych.
Bluza z koronkowym akcentem- koronki uwielbiam od zawsze, szarości polubiłam całkiem niedawno. Bluza ze zdjęcia ma jeszcze ładnie eksponujący dekolt dla plecach. Podoba mi się w niej wszystko i chętnie widziałabym ją w swojej garderobie. 
Książka "Sekrety urody Koreanek"- książka, która swoją premierę ma 17 lutego, a już jest na nią prawdziwy szał. Po mojej fascynacji Francuzkami, przyszedł czas na Azjatki, bo same przyznacie, dbają o urodę tak, że tylko im zazdrościć. Jakiś czas temu widziałam ponad 50-letnią Azjatkę, która wyglądała na 18- nastkę: też tak chcę! :P
Klasyczna, czarna torebka- moja torebka ma już swoje lata, więc powoli zaczynam się rozglądać za nową. Musi być pojemna, mieścić format A4, posiadać zarówno długi pasek, jak i krótszy do noszenia w ręce. Bez zbędnych ozdób, o prostym fasonie, niekoniecznie z prawdziwej skóry. 
Baza witaminowa Semilac- moja miłość do hybrydowego manicure trwa w najlepsze. Obecnie posiadam kilkanaście lakierów Semilac i jest jeszcze wiele, które chciałabym mieć, ale na chwilę obecną ciekawi mnie bardziej nowa witaminowa baza niż kolejny kolor. 
Klipsy do butów- jedna para klipsów, a tysiące możliwości, bo przypiąć je można i z przodu, i z tyłu, i z jednego boku, i z drugiego, wyżej, niżej, jednym słowem jak się chce! Jeśli nigdzie nie dostanę niedrogich, białych i ładnych balerinek na poprawiny, to kupię proste, a do nich dokupię odpowiednie klipsy i będę miała kłopot z głowy ;) A i wykorzystam je jeszcze nie raz.

PS. Oczywiście, będę też przyjmować prezenty spoza tej listy :P
Czytaj więcej »

Recenzja: Ałun- 100% naturalny dezodorant w sztyfcie, Maroko Sklep

niedziela, 7 lutego 2016 50 komentarzy
Obietnice producenta:
Ałun to naturalny antyprespirant w kamieniu, bardzo wydajny, bezzapachowy. Minerał ten ma właściwości ściągające i antyseptyczne. Nie zatyka porów skórnych, dzięki czemu umożliwia przezskórne usuwanie toksyn. Skutecznie zwalcza przykry zapach potu - hamuje rozwój bakterii odpowiedzialnych za jego produkcję. Nie brudzi ubrań, jest bardzo wydajny, bezpieczny i hipoalergiczny. Zapewnia świeżość nawet do 24h godzin.

60 g kosztuje 18,00 zł w sklepie internetowym Maroko Sklep
Moim zdaniem:
Są takie kosmetyki, bez których żadna z nas nie potrafi się obyć. Szampon do włosów, balsam do ciała, kosmetyk do demakijażu czy antyperspirant to kosmetyki, które znajdują się w każdej kobiecej kosmetyczce. Dziś chciałam Wam zaprezentować ostatni z wymienionych, ale nie taki zwyczajny, z drogeryjnej półki, tylko w 100% naturalny.
Ałun to mineralny kryształ o działaniu antybakteryjnym i antyseptycznym, który działa łagodząco na skórę, a nawet tamuje krwawienie i przyspiesza gojenie. Ma całe spektrum właściwości, ja jednak używam go w zastępstwie drogeryjnych antyperspirantów. W przeciwieństwie do szerzej znanych antyperspirantów nie zawiera aluminium, więc jest bezpieczny dla nas i naszej skóry. Jest idealny dla alergików, nie zawiera alkoholu, perfum, barwników, konserwantów, składników pochodzenia zwierzęcego i roślinnego, poza tym jest hipoalergiczny i mega wydajny, przy codziennym stosowaniu może wystarczyć nawet na 2 lata. Ałun ma postać bezzapachowego, białego, oszlifowanego kryształu w formie sztyftu. Przymocowany został do niedużej podstawki, zakręcanej na przezroczystą nakrętkę. Całość jest wygodna w używaniu, podstawkę dobrze trzyma się w dłoni, nie wyślizguje się. 
Przed zaaplikowaniem ałunu na skórę należy go delikatnie zwilżyć wodą, ale nie cały, tylko jego końcówkę, którą będziemy dotykać naskórka. Używanie go jest bardzo proste i przyjemne, nawilżony ślizga się po skórze, pokrywając ją niewidoczną i niewyczuwalną warstewką, która wchłania się błyskawicznie. Nie hamuje procesu pocenia się, tylko neutralizuje bakterie odpowiedzialne za nieprzyjemny zapach. W swej roli sprawdza się bardzo dobrze, poranna aplikacja zapewnia komfort na wiele godzin. Dobrze chroni przed nadmiernym poceniem się, uczucie świeżości nie jest krótkotrwałe. Użyty świeżo po depilacji, nie piecze, nie podrażnia skóry. Ponadto nie pozostawia plam na ubraniach i nie koliduje z perfumami czy innymi kosmetykami, ponieważ jest całkowicie bezzapachowy.
Nie jest to mój pierwszy ałun, używałam go jako nastolatka, kiedy miałam problemy z nadmiernym poceniem się. Mimo iż to było kilka lat temu, pamiętam, że spisywał się tak samo dobrze, jak ten z Maroko Sklep. Ałun jest świetną i co ważniejsze, bezpieczną alternatywą dla tradycyjnych antyperspirantów. Pocić się musimy, to naturalna, ludzka rzecz, ale to, że dzięki ałunowi pozbywamy się przykrego zapachu, sprawia, że czujemy się swobodniej, wygodniej i pewniej :)
Czytaj więcej »

Styczniowy projekt denko

czwartek, 4 lutego 2016 56 komentarzy
1. Płyn micelarny 3 w 1 z rumiankiem, Green Pharmacy- 500 ml świetnego płynu micelarnego za nieco ponad 10,00 zł. Lepszego kosmetycznego interesu chyba nie można zrobić. Pełną recenzję znajdziecie tutaj
2. Szampon do włosów z jedwabiem, Volume, Sleek- przyjemny szampon dla włosów, które potrzebują nawilżenia i ujarzmienia. Teoretycznie ma dodawać włosom objętości, ale w praktyce nie robi w tym kierunku nic. Mimo to i tak go polubiłam, bo zmiękczał, wygładzał i dyscyplinował moje niesforne na końcach włosy. 
3. Odświeżający dezodorant do stóp, She Foot- spełnia zapewnienia producenta o odświeżaniu stóp oraz redukcji brzydkiego zapachu, sprawdzając się zarówno latem jak i zimą. Z recenzji dowiedzie się więcej ;)
4. Peeling solny ze skałą wulkaniczną i czerwoną herbatą, Bingo Spa- 'suchy' peeling do ciała, dobrze ścierający martwy naskórek, wygładzający i lekko ujędrniający. Pojemność 580 g pozwala cieszyć się nim przez długi czas. Pełna jego recenzja pojawiła się na początku grudnia. 
5. Waniliowy krem do rąk i paznokci Sweet Secret, Farmona- początkowo w kremie podobało mi się i jego działanie i jego słodki zapach. Jednak im częściej go używałam, tym bardziej zapach zaczynał być męczący, a działanie... średnie. Krem nawilża i zmiękcza skórę dłoni, ale robi to powierzchownie. 
6. Krem mocznikowy, Pilarix, LeFrosch- ratunek na wszystko: na skórę podrażnioną po depilacji, na zaniedbane stopy, na najbardziej przesuszone i spierzchnięte partie ciała. Odżywia, regeneruje, natłuszcza i niewiele kosztuje. 
7. Olejek arganowy, Biotanic- olejek arganowy na stałe wpisał się do mojej pielęgnacji. Zastępuje mi krem na noc, wzmacnia działanie maseczek z glinek, odżywia paznokcie i skórki po hybrydach. Jak go jeszcze wykorzystuję? Dowiecie się tego z tej  recenzji
8. Woda perfumowana, Nicole- posiadałam zapach nr 004, który wedle opisu na stronie miał być odpowiednikiem Coco Chanel Mademoiselle. Nie do końca pachniał tak jak oryginał, ale nie ma w nim alkoholowej nuty, dlatego uważam, że warto wybrać sobie jakiś zapach na próbę, tym bardziej, że wody perfumowane Nicole nie są drogie. Więcej znajdziecie w tej recenzji
9. Nawilżający błyszczyk do ust Juicy Explosion, Virtual- chociaż w ostatnich tygodniach częściej sięgam po szminki do ust, to tego jednego błyszczyka nie potrafiłam zepchnąć na boczny tor. Nie powiem Wam, jaki to odcień, bo numer się dawno starł, ale ustom dodaje delikatnej, różowej poświaty, która ładnie ożywia makijaż. Ponadto dba o usta, nawilżając je i zmiękczając. 
Czytaj więcej »

Styczeń na zdjęciach

wtorek, 2 lutego 2016 59 komentarzy
 nowości książkowe. jeśli szukacie niedrogich książek, to polecam zajrzeć na oczytani.pl :) | przeczytane w styczniu. w minionym roku przeczytałam 72 książki, w tym roku mam nadzieję pobić ten wynik | jedną z przeczytanych książek była "Cała prawda o Francuzkach", na recenzję której zapraszam do tego wpisu
 trzeba zadbać o figurę przed weselem ;) skalpel z krzesłem jest jednym z moich ulubionych treningów, które wykonuję | ale ćwiczę też z Mel B, Tiffany Rothe, a także cardio i tabatę. aha, i nie zapominam o piciu wody! | pomiędzy treningami podgryzam chrupiące warzywne plasterki ;)
 nareszcie jest nowy sezon "Słodkich Kłamstewek" | nie mogłam się powstrzymać przed ich zakupem | będę miała czym malować usta- tja, jakbym cierpiała na niedostatek pomadek do ust :P
 nie wiem czy śmiać się czy zapłakać... tym bardziej, że propozycja dotyczyła kosmetyków do pielęgnacji twarzy... | w tym roku dałam dwa razy więcej | sesja, sesja i po sesji :) ale jestem przerażona, bo już w czerwcu piszę egzamin zawodowy!
zima znów zaskoczyła :P | treningi treningami, ale jakaś nagroda za zdanie egzaminu na 5 mi się należała:D | blogerskie pogaduszki przy drinkach z Mademoiselle Magdalene :)
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.