Recenzja: Żel pod prysznic złuszczający Magia Aloesu, Cosmonatura

piątek, 29 kwietnia 2016 34 komentarze
Obietnice producenta:
Żel pod prysznic i do kąpieli zadba o usunięcie martwych komórek z Twojej skóry poprzez mocne i głębokie oczyszczanie. Skóra po użyciu będzie miękka i przyjemna w dotyku. Zawarte mikro - granulki, które wraz z aktywnym działaniem aloesu i soli z Morza Martwego pobudzą regenerację komórek i nadadzą Twojej skórze zdrowy wygląd. 

250 ml kosztuje 33,99 w sklepie internetowym CosmoNatura
Moim zdaniem:
Uwielbiam żele pod prysznic, zużywam je najszybciej i zawsze mam kilka na zapas. I gdy już mam wrażenie, że udaje mi się uszczuplić ich zbiór, w moje ręce wpada jakiś nowy. I jeszcze jeden, i następny i kolejny... A wśród nich złuszczający żel o wdzięcznej nazwie Magia Aloesu od CosmoNatury.
Żel zamknięty został w niewysokiej, pękatej butelce zakończonej ciemnozieloną nakładką z zamknięciem typu klik, które dość mocno trzyma, ale też jednocześnie łatwo się otwiera. Mimo iż butelka została wykonana z giętkiego plastiku, to trzeba użyć nie mało siły, aby wycisnąć produkt, ponieważ żel jest bardzo treściwy, ma bardzo gęstą, galaretowatą konsystencję, która z trudem przechodzi przez niewielkie oczko. Dopiero w kontakcie z wodą zmienia swoją spoistość i tworzy sporą ilość delikatnej myjącej piany. 
Na tle intensywnie zielonego żelu pod prysznic widać jaśniejsze drobinki, które mają pomagać w złuszczaniu martwego naskórka. Są one jednak bardzo maciupeńkie i właściwie nie czuć ich podczas masowania skóry. Ja, miłośniczka mocniejszego ścierania, jestem tym faktem nieco niepocieszona. Gdyby jednak pominąć ten detal, to sam żel bardzo dobrze myje i oczyszcza skórę, nie podrażniając ani nie wywołując uczucia ściągnięcia czy innego dyskomfortu. Nie wysusza skóry ani też jej nie nawilża, jednakże pozostawia ją w dobrej kondycji, miękką i wygładzoną, nie wymagającą dodatkowej dawki balsamu czy olejku nawilżającego. 
Podsumowując, żel pod prysznic Magia Aloesu jest bardzo fajnym produktem oczyszczającym, lecz też niczym mnie nie zaskoczył, nie wyróżnia się też na tle drogeryjnych żeli jakimiś specjalnymi "umiejętnościami".  Jego działanie jest porównywalne do kosmetyków myjących kosztujących 1/5 jego ceny. 


PS. Wyjeżdżam na weekend majowy, więc do napisania w przyszłym tygodniu :)
Czytaj więcej »

Maseczka-peeling K+K z korundem i kwasem mlekowym, Fitomed

środa, 27 kwietnia 2016 35 komentarzy
Obietnice producenta:
Polecamy stosować maseczkę do cery mieszanej, tłustej i trądzikowej (bez czynnych wykwitów ropnych), oraz do cery tłustej, zmęczonej i dojrzałej. Doskonale sprawdza się w okolicach skroni, spłyca tak zwane „kurze łapki”. Nie zaleca się stosowania do cery suchej, łuszczącej się i naczynkowej, a także pod oczy. Maseczka nie zawiera sztucznych barwników oraz substancji zapachowych, a wahania koloru i zapachu spowodowane są zastosowaniem składników naturalnych pochodzących z kolejnych serii dostaw. Powyższe różnice w zapachu, barwie i konsystencji nie mają wpływu na jakość pielęgnacyjną maseczki.
50 ml kosztuje około 20-25 zł w zależności od sklepu czy drogerii
Moim zdaniem:
Do kosmetyków 2 w 1 podchodzę dość sceptycznie, zbytnio nie wierząc w ich powodzenie. Jednak produkt Fitomedu, łączący w sobie maseczkę z peelingiem, mocno mnie zaintrygował, tym bardziej, że na Waszych blogach czytałam o nim same pozytywne opinie. A im więcej o nim czytałam, tym mocniej pragnęłam go mieć ;) W końcu znalazł się w moich rękach, a teraz nawet nie wiem kiedy zaczął dobijać dna! 
Prosty, nieduży słoiczek skrywający w sobie 50 ml produktu, o podwójnych ściankach prezentuje się klasycznie i minimalistycznie. Wykonany jest z solidnego plastiku, zakończony białą nakrętką, o bardzo stonowanej, utrzymanej w biało- czarnej kolorystyce. Na naklejce wypisane zostały wszystkie istotne informacje, w tym najważniejsza o tym, że produkt należy zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia. 
Maseczka- peeling ma specyficzny, lekko kwaśny zapach, który nie wszystkim przypadnie do gustu. Tuż po nałożeniu na skórę, jest mocniej wyczuwalny i trochę mnie drażni, ale w miarę szybko się do niego przyzwyczajam i już mi tak nie przeszkadza. Na pierwszy rzut oka, konsystencja wydaje się jednolita i żelowa, po bliższym przyjrzeniu się widać zanurzone w niej drobinki korundu, czyli tlenka aluminium stosowanego do mechanicznego mikropeelingu. Mimo niedużych rozmiarów są wyczuwalne i w miarę ostre, dobrze radzą sobie ze ścieraniem martwego naskórka. 
Producent zaleca, aby niewielką ilość produktu nałożyć na twarz, omijając okolice oczu i pozostawić na kilka minut, po czym wykonać delikatny masaż, a następnie dokładnie spłukać letnią wodą. Już po pierwszym użyciu zauważyłam, że maseczka- peeling świetnie oczyściła, wygładziła i nadała miękkości mojej skórze. Przy regularnym stosowaniu raz- dwa razy w tygodniu, zaobserwowałam, że przebarwienia potrądzikowe są coraz jaśniejsze, pory są ładnie oczyszczone, a koloryt skóry bardziej wyrównany. Z każdym użyciem cera staje się promienista i z dnia na dzień wygląda na zdrowszą. Co mnie najbardziej cieszy to, to że maseczka- peeling spłyciła wciąż wnerwiające mnie podskórne grudki, które teraz są dużo mniej widoczne. Drobniutkie zmarszczki, kurze łapki są delikatnie wygładzone, a skóra jest bardziej napięta. Po zastosowaniu tego produktu, skóra przygotowana jest na kolejne etapy pielęgnacji, a składniki dobrze nawilżającego i odżywczego kremu wchłania jak przysłowiowa gąbka ;)
Jak wspomniałam na samym początku, moje pierwsze opakowanie tego produktu lada dzień będzie puściutkie, ale w niedługim czasie zamierzam kupić kolejne, bo moja mieszana cera bardzo dobrze reaguje na składniki zawarte w kosmetyku Fitomed (tuż po wodzie, drugie i trzecie miejsce w składzie zajmują korund i kwas mlekowy), odwdzięczając się czystą, zdrowszą i bardziej miękką skórą. 
Czytaj więcej »

Recenzja: Bursztynowo- arganowa maska do włosów, Gold Oil Essence, Montibello

poniedziałek, 25 kwietnia 2016 36 komentarzy
Obietnice producenta:
Maska przeznaczona dla włosów suchych, zniszczonych, pozbawionych witalności. Czysta esencja pozyskiwana z olejku bursztynowego i arganowego odżywia, nawilża, regeneruje, przywraca miękkość i gładkość włosom. Olej arganowy zawarty w tym produkcie bogaty jest w witaminę E i kwasy tłuszczowe Omega6. Składniki te znakomicie nawilżają i odżywiają. Olej bursztynowy zawiera mnóstwo przeciwutleniaczy, dzięki którym Twoje włosy zachowają młodość. Ochroni je również przed szkodliwymi wpływami z zewnątrz i zapobiegnie puszeniu się.
200 ml/ ok.45,00 zł w sklepie internetowym SklepFryz.pl
Moim zdaniem:
Nadmiar obowiązków ( praca, przygotowania do ślubu, treningi, zbliżające się egzaminy zawodowe i sesja ) sprawia, że moja pielęgnacja włosów w tygodniu jest bardzo okrojona. Tylko w weekendy mogę poświęcić im więcej czasu i odpowiednio o nie zadbać, bo przecież muszą być piękne, zdrowe i błyszczące, aby ładnie prezentować się w upięciu ślubnym ;) Pomóc w osiągnięciu tego mojego małego celu ma bursztynowo- arganowa maska do włosów Montibello.
Ciemnobrązowy, niski słoik posiada szeroki otwór, przez który można wydobyć produkt do samego końca. Zawartość chroniona jest przez plastikowe wieczko oraz nakrętkę w kolorze starego złota. Opakowanie jest bardzo poręczne, nie wyślizguje się z mokrych dłoni. Jest również trwale, nie zostało wykonane z pierwszego lepszego tworzywa. 
Maska ma ładny, delikatny kolor i przyjemny, nieduszący, utrzymujący się na włosach zapach. Z konsystencji jest lekka i jednocześnie gęsta niczym budyń, dzięki czemu nie obciąża zbytnio włosów i nie spływa z nich. Jest także bardzo wydajna: nałożona w zbyt dużej ilości może sprawić, że włosy będą oklapnięte, dlatego używam jej niewiele, aplikując na umyte włosy, od połowy ich długości po same końce. Maskę trzymam pod ręcznikiem przez około 15 minut, po czym obficie spłukuję zimną wodą. Już podczas zmywania jej z włosów czuję pod palcami, że są bardziej śliskie. Nieważne czy suszę włosy suszarką czy daję im samym wyschnąć, efekt po rozczesaniu i ułożeniu jest zawsze taki sam- świetny! Maska Gold Oil Essence w fajny sposób ujarzmia moje niepokorne kosmyki, niweluje ich skłonność do puszenia się i elektryzowania. Są wygładzone i odpowiednio dociążone, cały czas zachowując swoją sprężystość. Maska przyjemnie je nawilża, zmiękcza i dodaje im blasku. Zawarte w składzie oleje, bursztynowy i arganowy, odżywiają i regenerują włosy, dzięki czemu wyglądają zdrowo i z łatwością się rozczesują: szczotka gładko po nich sunie, bez ciągnięcia, szarpania, wyrywania włosów z głowy ;)
Podsumowując, maska spisała się na moich włosach bardzo dobrze. Dyscyplinuje je, dodaje blasku, zmiękcza, a także wygładza. Jest przy tym bardzo wydajna, więc jej cena nie jest już tak duża, jakby się mogło początkowo wydawać, chociaż znam maski drogeryjne o podobnym działaniu w niższej cenie. Gdybyście chciały przetestować bursztynowo- arganowaą maskę Montibello na własnych włosach, to szukajcie jej w sklepach z artykułami fryzjerskimi, zarówno w tych  internetowych, jak i stacjonarnych. 
Czytaj więcej »

Przyrząd do czyszczenia szczotek do włosów, For Your Beauty

piątek, 22 kwietnia 2016 41 komentarzy
Czyszczenie szczotek do włosów nigdy nie było moją ulubioną czynnością i przez lata robiłam to z niechęcią. Moje nastawienie zmieniło się całkiem niedawno, kiedy to w moje ręce wpadł niewielki przyrząd z Rossmanna, którego przeznaczeniem jest dbanie o czystość naszych szczotek. 
To niewielkie ustrojstwo swoim wyglądem przypomina malutkie grabki: drewniany trzonek zakończony jest metalowymi pazurkami, wygiętymi jak w prawdziwych grabiach, wykonanych z nierdzewnej stali. Wyprofilowana rękojeść jest poręczna, dobrze trzyma się w dłoni, pozwalając na sprawne usuwanie obumarłych włosów ze szczotek. "Ząbki" przyrządu są osadzone bardzo blisko siebie, przez co wydobędą spomiędzy włosia szczotki każdy włosek, kurz, paproszek i wszystko inne, co może zalegać, a co nie zawsze łatwo jest usunąć. Czyszczenie szczotek przy użyciu tego małego pomocnika zajmuje dosłownie chwilkę, wystarczy kilka pociągnięć po szczotce i gotowe! Taki drobiazg, niewielka rzecz, a zaczęłam systematycznie dbać o szczotki, dzięki czemu zawsze wyglądają jak nowe. Włoski z samego przyrządu usuwam dłonią i hyc, do kosza :) Grabki są nieduże, mniej więcej takiej długości jak dłoń, więc bez problemu można je zabrać ze sobą w podróż, bo nie zajmą dużo miejsca w kosmetyczce. 
Te niepozorne grabki w Rossmannie kosztują tylko 7,99 zł ( znajdziecie je na dziale ze szczotkami, szukajcie uważnie na samym dole, bo lubią się schować ;), a naprawdę bardzo ułatwiają czyszczenie szczotek do włosów.
Czytaj więcej »

Recenzja: Puder mozaika, Couleur Caramel

środa, 20 kwietnia 2016 34 komentarze
Obietnice producenta:
Mozaika Couleur Caramel pozwala uzyskać subtelny efekt opalonej, zdrowej cery. To idealne zestawienie pudrów matowych i opalizujących, które delikatnie brązują i rozświetlają skórę.
  • odżywia, zmiękcza i nawilża skórę
  • rozświetla skórę nadając jej promienisty wygląd
  • delikatnie brązuje nadając skórze zdrowy wygląd
  • delikatna tekstura produktu dzięki procesowi mikronizacji
  • kosmetyk jest niezwykle wydajny
10 g produktu kosztuje 99,90 zł w sklepie internetowym Couleur Caramel
Moim zdaniem:
Francuska marka Couleur Caramel od 13 lat kreuje naturalne i organiczne kosmetyki najwyższej jakości. Kieruje się przy tym szacunkiem dla środowiska tworząc opakowania z materiałów wtórnych, pochodzących z recyklingu i ulegających biodegradacji; dla zwierząt, albowiem nie testuję na nich swoich produktów, a dodatkowo walczy o ich prawa; oraz dla jakości, wykluczając ze swoich składów wszystkie szkodliwe substancje, mogące przyczynić się do pogorszenia stanu skóry, wystąpienia podrażnień lub alergii. W swojej bogatej ofercie oprócz kosmetyków do makijażu, marka posiada także naturalne lakiery do paznokci, pędzle i akcesoria. Ja z tej licznej oferty miałam okazję poznać rozświetlającą i brązującą mozaikę.
Mozaika ma postać prasowanego pudru, z wytłoczonym na wierzchu kwiatowym motywem i nazwą producenta. Schowana została do kartonowego, owalnego pudełeczka z plastikową "szybką" o pojemności 10 gram, które jest bardzo leciutkie i estetycznie wykonane. Wieczko można odkręcić lub po prostu zdjąć, co oznacza, że jest luźne, łatwo może się odłączyć do reszty opakowania i gdzieś zawieruszyć, a jak złapie je pomiędzy palce, to wystarczy chwila by zsunęło się, dlatego mam pewne obawy przed zabieraniem tego pudru na wyjazdy, bo nie mam pewności czy wieczko się nie odkręci, wystawiając produkt na "niebezpieczeństwa świata zewnętrznego" :P 
Mozaika dostępna jest w dwóch odcieniach. Ja posiadam nr 233, który łączy łagodny beż z ciepłym brązem, który jest kolorem dominującym i który gdzieniegdzie okraszony jest rozświetlającymi, złotymi drobinkami. Jest ich niewiele, ładnie odbijają światło zapewniając skórze promienny wygląda i nie migrują po całej twarzy. Kolory ładnie się ze sobą łączą, pozwalając uzyskać naturalny efekt skóry muśniętej słońcem. Jest to kosmetyk, który idealnie sprawdzi się w lekkim, codziennym makijażu. Mozaika może być aplikowana na całą twarz lub na wybrane jej partie; ja rozprowadzam ją na okolice kości policzkowych za pomocą pędzla do nakładania róży i rozświetlaczy, w celu delikatnego ożywienia makijażu. Stanowi kropkę nad i w moim makijażu, zarówno tym na co dzień, jak i tym na większe wyjścia. Mozaika nie ma negatywnego wpływu na moją cerę, nie zapycha, nie podrażnia ani nie wywołuje reakcji alergicznej. 
Do produkcji mozaiki Couleur Caramel użyto w 100% naturalnych składników, w tym: rewitalizujący i nawilżający organiczny olej z moreli, znaną z jedwabistości mikę, chroniący przed promieniami UV organiczny olej macadamia, nawilżający i regenerujący olej z awokado, olej karanja o właściwościach przeciwzapalnych oraz masło shea i oliwę z oliwek. Wiarygodność marki i składów jej kosmetyków jest potwierdzona licznymi certyfikatami. 
Podsumowując, za cenę 100 zł ( tak wiem, trochę dużo ) otrzymujemy wydajny, trwały produkt w 100% naturalny, którym nawet debiutantka w dziedzinie makijażu nie zrobi sobie krzywdy i co ważniejsze, który nie wywoła "uszczerbku" na skórze, nawet tej delikatnej i wrażliwej.
Czytaj więcej »

Zalety i wady hybrydowego manicure

poniedziałek, 18 kwietnia 2016 52 komentarze
Moja przygoda z hybrydami trwa od ponad pół roku i obecnie żaden inny rodzaj manicure dla mnie nie istnieje. Jednak jak wszystko na tym świecie, tak i lakiery hybrydowe mają swoje plusy i minusy. O tych zaobserwowanych przeze mnie będzie dzisiejszy post.
ZALETY
1. Główną zaletą hybryd jest ich trwałość. Z hybrydami można robić wszystko w sekundę po ich nałożeniu i utwardzeniu w lampie bez obawy o jakikolwiek, nawet najmniejszy uszczerbek. Ja najczęściej noszę hybrydy około dwóch tygodni, mogłabym dłużej, niestety moje paznokcie szybko rosną, a za duży odrost jest po prostu brzydki. Przez miesiące noszenia hybryd, nigdy żaden kolor nie starł mi się na końcach ani się nie zarysował. 
2. Lustrzany blask przez cały okres noszenia hybryd też jest ich niekwestionowaną zaletą. Lakiery hybrydowe nie matowieją, pięknie błyszczą się przez cały okres noszenia.
3. Lakiery hybrydowe utwardzają nawet najbardziej łamliwe paznokcie. Odkąd używam hybryd jeszcze nigdy nie złamał mi się żaden paznokieć i w końcu udało mi się je zapuścić poza opuszki palców! 
4. Przy hybrydach nie tracę czasu na wyschnięcie lakieru. Po utwardzeniu topu i odtłuszczeniu paznokci, od razu mogę robić to, na co mam ochotę nie martwiąc się odpryskami, odciskami czy starciem połowy lakieru. 
5. Lakiery hybrydowe są dobrze napigmentowane, nie ma potrzeby nakładania wielu warstw, aby zakryć wszystkie prześwity. Większość kolorów ładnie kryje po dwóch warstwach, w swojej kolekcji lakierów Semilac mam tylko jeden kolor, który wymaga dodatkowej warstwy, jest to 002 Delicate French. 
6. Hybrydy wcale nie zajmują więcej czasu niż zwykły manicure. Malowanie paznokci lakierami hybrydowymi zajmuje mi około 30 minut. Mniej więcej tyle samo czasu kiedyś poświęcałam na pomalowanie paznokci tradycyjnymi lakierami i czekanie na to aż wyschną. To drugie czasami zabierało mi jeszcze więcej czasu.  
7. Hybrydy, ze względu na swoja trwałość, wymagają precyzyjności. Odkąd ich używam, jestem dokładniejsza przy nanoszeniu lakieru na płytkę paznokcia, szczególnie przy skórkach, chociaż nadal zdarza mi się je zalewać. Przy zwykłych lakierach nie zwracałam na to aż takiej uwagi, bo wiedziałam, że za dwa dni będę miała inny kolor. Przy manicure hybrydowym, który noszę znacznie dłużej, zależy mi, aby był jak najbliższy ideałowi. 
WADY
1. Ściąganie hybryd to dla mnie tortura. Spiłowanie warstwy topu, moczenie paznokci w acetonie, usuwanie patyczkiem resztek lakieru, polerowanie paznokci i nadanie im odpowiedniego kształtu- to wszystko pochłania bardzo dużo czasu, w dodatku aceton wysusza płytkę paznokcia. 
2. Hybrydy mogą uczulać. Mnie na szczęście to nie spotkało, ale dużo czytałam o tym na blogach. Myślę, że zawdzięczam to przerwami pomiędzy kolejnymi hybrydowymi manicurami: albo jest to jedno-dwudniowa przerwa, kiedy w płytkę paznokci kilka razy na dzień wsmarowuję olejek ( np. arganowy ) lub dłuższa, tygodniowa, kiedy maluję paznokcie zwykłym lakierem do paznokci, który w żaden negatywny sposób nie wpływa na moje paznokcie.
3. Zestaw do hybrydowego manicure nie jest tanim wydatkiem, ale moim zdaniem jest to inwestycja, która szybko się zwraca. Same lakiery do najtańszych też nie należą: używam tylko lakierów marki Semilac i buteleczka o pojemności 7 ml kosztuje 29,00 zł.
Jak wspomniałam na wstępie, wszystko ma swoje plusy i minusy, nawet hybrydowy manicure. Mimo tych kilku mankamentów, nie potrafiłabym już na stałe wrócić do tradycyjnych lakierów do paznokci. Hybrydy to wygoda, komfort i pewność, że moje paznokcie zawsze wyglądają nienagannie. 
Czytaj więcej »

O poszukiwaniach makijażystki i fryzjerki na ślub

piątek, 15 kwietnia 2016 50 komentarzy
Złośliwość bloggera nie zna granic… Kończę już pisać posta o poszukiwaniach makijażystki i fryzjerki na ślub, gdy naciskam jakąś głupią kombinację klawiszy i wpis szlak trafia… Tak bez ostrzeżenia. Blogger powinien mieć opcję „cofnij” jak w Wordzie, a tak musiał się nasłuchać wiązanki przekleństw z mojej strony ( jakby to go w ogóle ruszało ).
Do mojego ślubu zostało mniej więcej 5 miesięcy i przyznam się Wam, że zaczynam odczuwać lekką presję czasu. Na dzień dzisiejszy najwięcej moich myśli pochłaniają poszukiwania pań, które w tym dniu zadbają o mój makijaż i fryzurę. Wiecie, przeczuwałam, że w trakcie tych wszystkich przygotowań znajdzie się jakiś detal, który będzie spędzał mi sen z powiek, ale myślałam, że dotyczyć to będzie kupna odpowiednich butów, a nie wyboru makijażystki czy fryzjerki. Do tej pory byłam w dwóch salonach kosmetycznych i w dwóch fryzjerskich i jak możecie się już powoli domyślać, żaden nie do końca sprostał moim oczekiwaniom. Jeżeli jesteście ciekawe dlaczego, zapraszam do dalszej części posta, ale uprzedzam: będzie długo.
Bardzo rzadko chodzę do fryzjera, jeszcze rzadziej do profesjonalnej makijażystki, dlatego swoje poszukiwania rozpoczęłam do wypytania zamężnych już koleżanek. Trzy z dziesięciu udały się do naszych lokalnych salonów, które ja w przedbiegu odrzuciłam, kolejnych sześć stwierdziło, że dokonały złego wyboru i tylko jedna była zadowolona z salonu fryzjersko- kosmetycznego i bardzo mi go zachwalała. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam, umówiłam się na próbne uczesanie i makijaż w czerwcu ( idziemy akurat na wesele ), od razu zarezerwowałam też termin na październik, a na koniec rozmowy dostałam mini zawału usłyszawszy ceny. Nie chcąc ograniczać się tylko do jednego salonu, podpytałam jeszcze kogo się da i postanowiłam dać szansę miejscowym salonom piękności. Wybrałam się do dwóch nowo powstałych, a także do dwóch salonów fryzjerskich, jednego niedawno co otwartego, drugiego istniejącego na rynku już z kilkanaście lat, do którego jakoś nigdy nie było mi po drodze.
Upięcie, próba nr I
Na początku lutego poszliśmy z Lubym na bal. To nic, że tego samego dnia miałam zjazd i egzamin i musiałam zgnać prawie na złamanie karku, aby zdążyć na czas. Z językiem na wierzchu wpadłam więc do nowego salonu fryzjerskiego, wygodnie się rozsiadłam i gdy mogłam złapać oddech, wytłumaczyłam fryzjerce czego oczekuję: żeby było utrwalone, ale jednocześnie lekko, nie płasko z przodu, a tak w ogóle to pokażę Pani zdjęcie, które wygrzebałam w Internecie. Pani, a właściwie dziewczyna, bo okazało się, że chodziłyśmy do tego samego LO, podjęła się zadania i zabrała się do pracy. Po 40 minutach pokazała mi efekt końcowy, który mi przypasował i zadowolona pognałam w te pędy na makijaż. Niestety, nie ma „i żyli długo i szczęśliwie”, bo jeszcze przed balem musiałam poprawiać upięcie, bo gdzieniegdzie powychodziły mi kosmyki włosów z koka…
Makijaż, próba nr I
Potykając się o własne nogi, pognałam na drugi koniec miasta, by z impetem wpaść do salonu kosmetycznego, gdzie czekał na mnie już cały kuferek mazideł potrzebnych do wykonania makijażu. Usadowiłam swoje już zmęczone cztery litery i zakomunikowałam, że oczekuję trwałego, kryjącego makijażu z akcentem na oczy. Głaskana i miziana przez pędzelki różnej maści ( uwielbiam, mogą mnie tak rozpieszczać godzinami ) przez 40 minut relaksowałam się i plotkowałam z kosmetyczką. No a potem podała mi lusterko… A we mnie odezwały się mieszane uczucia, bo: świetnie zatuszowała niedoskonałości cery, idealnie dobrała podkład, rozświetlacz i róż, ładnie porozcierała cienie, ale… No właśnie, musi być jakieś ale, a są nim dwie rzeczy, które sprawiły, że makijaż mnie postarzył o kilka lat. Po pierwsze, za mocno zaakcentowała mi brwi, co dodatkowo wyciągnęło na światło dzienne fakt, że są niesymetryczne i to bardzo; a po drugie, wyjechała cieniami prawie pod sam łuk brwiowy, co w ogóle mi się nie spodobało i w domu, na pięć minut przed balem, siedziałam w łazience, jedną dłonią zmywając cień z brwi, a drugą rozcierając po swojemu cienie na powiekach... Niemniej jednak makijaż przetrwał cały bal, ale razem z moją rodzicielką stwierdziłyśmy, że umalowała mnie ładnie, ale bez szału, a przecież gościom na mój widok mają majtochy pospadać :P
Upięcie, próba nr II
Kilka tygodni po balu mieliśmy kolejną imprezę, dzięki której mogłam wypróbować kolejną fryzjerkę. Tym razem postanowiłam przetestować nieco bardziej okazałą wersję hiszpańskiego koka. I co? I powtórka z rozrywki, tzn. fryzura się udała, ale znów na pięć minut przed wyjściem musiałam ją poprawiać i upinać, bo włosy wymknęły się spod wsuwek… Poza tym kok został tak delikatnie poupinany, że miałam wrażenie, iż gwałtowniej odwrócę głowę i wszystko się rozsypie. Nie czułam się w tym upięciu komfortowo, irytowało mnie ( wiem, wiem, przecież sama takie chciałam ), a ja nie chcę by coś mnie wkurzało przed ołtarzem i później na parkiecie ;)
Makijaż, próba nr II
Na samo wspomnienie ciary mnie przechodzą… Pewnego mało słonecznego dnia umówiłam się na próbny makijaż do salonu, o istnieniu którego nie miałam zielonego pojęcia ( i tu już powinna zapalić mi się czerwona lampka ). Po dwóch tygodniach zjawiłam się na umówioną wizytę i z miejsca szlak jasny mnie trafił, bo kosmetyczka oznajmiła co następuje: nie ma bazy, korektora, kępek rzęs, a podkład ma tylko jeden, trzy tony ciemniejszy od mojej cery… Już miałam zawinąć się na pięcie i zwiać, gdzie pieprz rośnie, ale jakieś licho mnie podkusiło i zostałam. Przez półtorej godziny kosmetyczka miziała mnie chyba wszystkimi pędzelkami świata, nakładając chyba wszystkie znane i nieznane cienie do powiek. Następnie nałożyła niepasujący podkład tak, jakby wcale go tam nie było. „Dzieło” zakończyła masakrą paćkając policzki świńskim różem ( serio?! nawet ja, laik makijażowy wiem, że do mnie pasują cieplejsze kolory niż róż sukni balowej lalki Barbie ) i masakrując mi usta. Zapytacie jak tego dokonała? Już tłumaczę: kojarzycie moje usta, dwie pełne, duże wargi. No więc ta pseudo kosmetyczka dolną wargę pomalowała zgodnie z jej konturem, ale górna jej się już chyba nie spodobała, bo zmniejszyła mi ją o połowę! Nie muszę chyba mówić jak groteskowo to wyglądało, jakbym wstrzeliła sobie botoks tylko w jedną wargę…
I na razie to tyle z moich perypetii przyszłej panny młodej. W maju idziemy na komunię, więc wypróbuję jeszcze jedną kosmetyczkę, w czerwcu ten zachwalany przez koleżankę i jeszcze kilka innych osób salon, o którym wspomniałam jakoś na początku wpisu. Trzymajcie kciuki, żebym w końcu znalazła profesjonalistki, które sprostają moim oczekiwaniom! A nie są one wcale takie duże, na dowód dołączam zdjęcia- inspiracje: właśnie taki kok i taki makijaż mi się marzą;) Czy naprawdę wymagam tak wiele?
Czytaj więcej »

Recenzja: Krem-ratunek dla rąk, Instant Help, Evree

środa, 13 kwietnia 2016 46 komentarzy
Obietnice producenta:
Oparty na łagodzących i naprawczych składnikach, działa na skórę niczym kojący opatrunek. Idealny na cały rok zarówno w trakcie mroźnej zimy, jak i upalnego lata. Zapewnia skórze ukojenie, łagodzi podrażnienia i przywraca dłoniom gładkość oraz szybko i głęboko nawilża dłonie. Składniki aktywne: gliceryna, masło mango, tlenek cynku i alantiona.
Krem Evree o pojemności 75ml jest szeroko dostępny, np. w Rossmannie, za około 8-9 zł.
Moim zdaniem:
Marka Evree szturmem podbija blogosferę, ale nie ma się co temu dziwić: mają składy bogate w naturalne ekstrakty, wyśmienite działanie, a to wszystko za bardzo przystępną cenę. Kosmetyk, który dzisiaj Wam zaprezentuję, posiada wszystkie te cechy i jeszcze więcej, a co dokładniej, to dowiecie się z recenzji :)
Bohaterem dnia jest krem- ratunek dla rąk dłoni, który z tym balsamem stanowi perfekcyjny duet do pielęgnacji całego ciała. Znajduje się w biało- czerwonej tubce, wykonanej z miękkiego, elastycznego plastiku. Solidne zamknięcie na zatrzask, szczelnie chroni zawartość tubki, jednocześnie nie sprawiając kłopotów z otwieraniem. Nie ma obaw, że połamiemy paznokcie, zatyczka działa bardzo sprawnie, a skryte pod nią niewielkie oczko "pilnuje", aby nie wycisnąć zbyt wiele produktu, aby nie zmarnowała się żadna kropelka. Tubka jest nieduża, poręczna, idealna do torebki.
Krem, tak samo jak balsam, ma śnieżnobiałą, aksamitną konsystencję i tak samo świetnie rozprowadza się po skórze, obtulając dłonie leciutką warstewką, bez uczucia lepkości. Ma również podobny do balsamu zapach, tylko bardziej przesłodzony, ale nadal ujmujący za nos ;) Zgodnie z zapewnieniami producenta, formuła kremu jest bardzo wydajna, a krem wydaje się nie mieć końca, mimo iż używam go już któryś miesiąc. 
Krem- ratunek dla rąk bogaty jest w składniki aktywne: w masło mango, które przeciwdziała wysuszaniu skóry, w tlenek cynku chroniący przed promieniowaniem UV, w przyspieszającą regenerację glicerynę oraz w łagodzącą podrażnienia alantoinę. Przesuszonej skórze dłoni przynosi natychmiastową ulgę i ukojenie, przywracając gładkość oraz miękkość. Głęboko i długotrwale odżywia, regeneruje, a także nawilża. Doskonale dba o delikatną skórę dłoni, sprawiając, że jest idealna wypielęgnowana w każdych warunkach. Zdarzyło mi się użyć kremu jako maseczki- nałożyłam grubszą warstwę, a następnie bawełniane rękawiczki. Rano ręce wyglądały zachwycająco. Przy stosowaniu kremu nie ograniczam się tylko do wmasowywania go w dłonie, bo gdy zabraknie mi kremu do pielęgnacji stóp, sięgam po krem- ratunek Evree, który jest jego godnym zastępcą.
Produktów marki Evree nie da się nie lubić, są na to zbyt dobre!
Czytaj więcej »

"Sekrety francuskiej kuchareczki" Marie- Morgane Le Moel

poniedziałek, 11 kwietnia 2016 27 komentarzy
"Sekrety francuskiej kuchareczki" to druga po "Całej prawdzie o Francuzkach" (klik) książka francuskiej dziennikarki Marie- Morgane Le Moel, którą przeczytałam. I szczerze? Jest duża lepsza od pierwszej!
Krótkie rozdziały, przeplatane przepisami kulinarnymi, umożliwiają czytelnikowi poznanie autorki, bohaterki i narratorki w jednej osobie od najmłodszych lat. Marie- Morgane Le Moel dzieli się swoim dzieciństwem, okresem dorastania, pierwszymi miłościami, okresem studiów i trudami życia na obczyźnie. Opowiada o swoich marzeniach i rozterkach, daje się poznać jako ciepła, urocza, wesoła dziewczyna z sąsiedztwa, która pragnie znaleźć miłość na całe życie i spełniać się w wymarzonej pracy. Czytelnik razem z bohaterką spędza czas we Francji, poznając jej rodzinę i przyjaciół, wraz z nią wyjeżdża do Kanady i Australii, by razem przeżywać jej życiowe wzloty i upadki. 
"Sekrety francuskiej kuchareczki" to po części opowieść, po części książka kulinarna: każdy z rozdziałów zakończony jest przepisem na mniej lub bardziej znane francuskie danie czy deser. Autorka pokusiła się nie tylko o krótki opis dania czy dokładny spis potrzebnych składników i etapów przygotowania krok po kroku, ale też o kilka wskazówek, tak od samej siebie, np. jaki napój/wino/inny trunek pasuje do danej potrawy. Po głębszym wczytaniu się w zebrane przepisy okazało się, że wcale nie są skomplikowane, jak początkowo sądziłam, wręcz przeciwnie, dziecko by sobie z nimi poradziło, więc jak tylko znajdę wolną chwilę zamierzam bliżej poznać tajniki francuskiej kuchni :) 
Kolejna książka Marie- Morgane Le Moel to smakowita, dowcipna, mądra i pouczająca lektura, okraszona zabawnymi anegdotami, której atutem są przepisy kuchni francuskiej podane w prosty i przejrzysty sposób. Podczas lektury da się wyczuć, że smaki francuskiej kuchni odgrywają ważną rolę w życiu bohaterki, a każdy przedstawiony przepis ma znaczące odzwierciedlenie w kolejnych etapach jej życia. Króciutkie rozdziały i lekkie pióro autorki sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem, strony przewracają się jakby same, a czytelnik siedzi jak zauroczony nie mogąc oderwać się od opisanej historii.
Czytaj więcej »

Recenzja: Marokański pumeks hammam wykonany z gliny, Maroko Sklep

piątek, 8 kwietnia 2016 46 komentarzy
Obietnice producenta:
Pumeks Hammam jest to w 100% naturalny, marokański pumeks wykonany z gliny. Tradycyjnie używany podczas rytuału hammamu. Idealny do stosowania w zaciszu swojej łazienki, doskonały do usuwania zrogowaciałego i martwego naskórka. Stopy dobrze namoczyć, a następnie przystąpić do zabiegu oczyszczania skóry. Skóra stóp staje się oczyszczona, gładka i miękka. Pumeks może być stosowany jako masażer.
Moim zdaniem:
Rozpakowując przesyłkę od Maroko Sklep, jedna z rzeczy zaskoczyła mnie najbardziej. Co to jest? Ozdoba? Przycisk do papieru? Przyrząd do robienia wzorów na ścianach? Nic z tych rzeczy, to "coś" okazało się być pumeksem ;)
Z taką formą pumeksu spotkałam się po raz pierwszy. Przyznajcie same, widziałyście gdzieś gliniane kółko, z jednej strony spłaszczone z wytłoczonym wzorem, z drugiej strony mające niewielki, aczkolwiek praktyczny uchwyt? No właśnie, ja też nie. Jak na gliniany przedmiot przystało, pumeks jest szorstki i taki sobie w dotyku, co jest jego mocną stroną. Gładki niewiele by zdziałał z martwym naskórkiem. Pumeksu Hammam używam na delikatnie nawilżone stopy. Jego żłobienia fajnie ścierają martwy naskórek, wygładzając i zmiękczając skórę. Niewielki uchwyt dobrze trzyma się w dłoni, nie wyślizguje się, dzięki czemu korzystanie z pumeksu jest wygodne. Ma średnicę około 8 cm, więc jest większy od tradycyjnych pumeksów, ale w działaniu jest tak samo dobry. Jak każdy pumeks, czy to zwykły czy taki niestandardowy, ściera się, więc co jakiś czas trzeba będzie go wymieniać. 
Podsumowując, nie jest to niezbędny przyrząd do pielęgnacji stóp, bo jego działanie jest porównywalne do dobrze znanych nam pumeksów, ale dla zaspokojenia ciekawości i chęci przetestowania czegoś tak odmiennego, można sobie kupić, tym bardziej, że nie jest to droga rzecz: w sklepie internetowym MarokoSklep pumeks kosztuje tylko 5zł ;)
Czytaj więcej »

Marcowy projekt denko

środa, 6 kwietnia 2016 42 komentarze
1. Mocno utrwalający lakier do włosów And 44, Kemon- lakiery do włosów wybieram na chybił trafił, ale ten akurat dostałam. Mimo iż zaliczany do profesjonalnych kosmetyków do stylizacji włosów, jak dla mnie nie wyróżnia się niczym szczególnym, tzn. wywiązuje się ze swojego zadania, czyli utrwala włosy, ale drogeryjne lakiery robią to samo za dużo niższą cenę ( lakier Kemon to wydatek około 70-80 zł! ).
2, Szampon do przetłuszczającej się skóry głowy włosów, Equilibrio S, Actyva, Kemon- szampon o nieszablonowym zapachu z korzenną nutą bardzo przypasował moim włosom. Ułatwia rozczesywanie, nawet bez odżywki, dobrze oczyszcza, nawilża i ujarzmia nawet tak bardzo nieposłuszne włosy jak moje ;) Pełną recenzję szamponu znajdziecie pod tym linkiem.
3. Matujący podkład Stay Matte, Rimmel- moja początkowa ekscytacja tym podkładem, z każdą tubką malała. Nadal podoba mi się jego musowa konsystencja oraz efekt krycia, ale mojej cerze coś zaczęło w nim przeszkadzać, nie chciała z nim współgrać, a ja nie mogę dojść co jest z nim nie tak... Dla przypomnienia podaję link do recenzji sprzed półtora roku, teraz napisałabym ją zupełnie inaczej.
4. Hydro-aktywny żel pod oczy, Oillan Balance- są takie kosmetyki, które na początku robią wielkie WOW, a z czasem tracą na swej atrakcyjności. Tak właśnie było z tym żelem pod oczy: na początku wszystko super, ale im dłużej go używałam, tym bardziej miałam ochotę cisnąć nim o ścianę... Moja skóra pod oczami bardzo szybko się do niego przyzwyczaiła, przez co bardzo szybko przestałam zauważać jakiekolwiek efekty. Więcej się nie spotkamy. 
5. Korektor- kamuflaż, Pierre Rene- nałożony pędzelkiem i pokryty cienką warstwą podkładu genialnie ukrywa wszelkie niedoskonałości cery. Ładnie stapia się ze skórą, nie odznacza się, dobrze współpracuje z różnymi podkładami, nie waży się ani nie zapycha. Jest tak samo dobry jak słynny w blogosferze kamuflaż Catrice, a kosztuje chyba troszkę mniej.
6. Olej Inca Inchi, Nacomi- kolejny olejek, który dbał o pielęgnację mojej cery w zastępstwie kremu na noc. Subtelnie poprawił koloryt skóry, dogłębnie nawilżył, dodał jej elastyczności. Czym jeszcze zasłużył sobie na moje uznanie? Dowiecie się z jego recenzji.
7. Krem na popękane pięty, SheFoot- przy moich coraz mniej wymagających stopach spisał się bardzo fajnie: odżywił skórę, wygładził i nawilżył. Stała się zdecydowanie bardziej miękka i przyjemniejsza w dotyku. Chętnie jeszcze kiedyś do niego powrócę. 
8. Szampon pokrzywowy do włosów z łupieżem, Ziaja- mój faworyt wśród codziennych szamponów do włosów z łupieżem. Delikatny, a jednocześnie bardzo skuteczny. Dobrze myje, nie plącze włosów, nie podrażnia skóry głowy, a duża butla ( 500ml ) kosztuje grosze ( ok.8,00zł ), a wystarcza na długie miesiące. 
9. Kremowa odżywka do suchych i niezdyscyplinowanych włosów, Magiczna Moc Olejków, Elseve, L'Oreal- odżywka tak bardzo przypasowała moim włosom, że w zapasie mam jeszcze chyba dwie ;) Cała gama olejków ( lniany, słonecznikowy, rumiankowy, z kwiatu lotosu, różanego, z kwiatu gardenii ) zmiękcza, odżywia, nawilża i ujarzmia elektryzujące się i puszące włosy, dodając im blasku i sprężystości. Naprawdę polecam!
10. Płyn micelarny 3w1, Garnier- nie ma chyba osoby w blogosferze, która nie znam i nie lubi tego gagatka. Duża butla starcza na bardzo długo, a zawartość rozprawia się rach ciach z każdym makijażem. Pełną recenzję znajdziecie tutaj.
11. Płyn do kąpieli Red Berries, Avon- mój pierwszy kosmetyk z katalogu Avon od wielu, wielu lat (? miesięcy na pewno ). Skusił mnie zapachem, następnie kolorem i konsystencją, a na końcu ogromną ilością piany, jaką mi zapewniał. Takie połączenie zapewniało mi odprężający relaks podczas zimowych wieczorów. Myślę, że skuszę się jeszcze na nie jeden, tym bardziej, że za pół litra płacimy tylko około 10,00 zł. 
12. Balsam- ratunek dla ciała, instant Help, Evree- uff, balsam dobił dna! Nie zrozumcie mnie źle, jest fenomenalny, rewelacyjne dba o skórę zimową porą, ale jest bardzo wydajnym produktem, który z czasem zaczął mi się nudzić, chciałam już otworzyć jakieś inne zachomikowane mazidło do ciała :P Pełna recenzja tutaj.
13. Olejek do kąpieli Liczi i Rambutan, Tutti Frutti, Farmona- częsty dość w moich denkach, ale jak go nie lubić skoro pachnie tak egzotycznie, świetnie myje i oczyszcza, nie wysuszając skóry? No nie da się:D
14. Kremowy płyn do higieny intymnej z kwasem mlekowym, Intima, Ziaja- nieczęsto jestem wierna jednemu produktowi jednej firmy, ale płyny do higieny intymnej Ziaja tak bardzo przypadły mi do gustu, że nie zamieniłabym ich na żadne inne. Bezpieczne, delikatne, odpowiednio dbają o higienę, czystość, zapewniając uczucie świeżości i komfortu na długie godziny. 
15. Kremowy żel pod prysznic z miodem kwiatowym, Isana- do zakupu tego żelu wyjątkowo nie skusił mnie zapach, ale uroczy zezowaty ptaszek :D Pod jego piórkami ( czyt. w środku butelki ) skrywał żel do mycia o cudnym słodko-miodowym zapachu, który przyjemnie oczyszczał i odświeżał. Edycja limitowana, ale mam cichą nadzieję, że jeszcze kiedyś może być dostępna w Rossmannie. 
16. Cukrowy peeling do ciała Mango i Brzoskwinia, Tutti Frutti, Farmona- pełen parafiny, wazeliny, konserwantów i barwników, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, bo po pierwsze ma fantastyczny zapach, po drugie bardzo dobrze ściera martwy naskórek, bo zanurzone w nim drobiny cukru są odpowiednio ostre, a po trzecie i czwarte jest szeroko dostępny i niedrogi. 
Czytaj więcej »

Marzec na zdjęciach

niedziela, 3 kwietnia 2016 54 komentarze
 przeczytane w marcu. od początku roku przeczytałam 18 książek :) | nigdy nie zapomina o kwiatach na Dzień Kobiet- dobrze go sobie wychowałam :D | nowa kampania TRND. kapsułki są mega wygodne, a płyn do płukania pachnie kokosem :D | prezent od serwisu Książki Kobiecym Okiem
o takim cudaku będę pisać na blogu :D | ta piosenka chodzi za mną od kilku dni | jadę :D co tam, że tego samego dnia mam egzamin, tym razem nie odpuszczę :P | w marcu na blogu mogłyście poczytać recenzję książki "Od urodzenia"
pojechać do Łodzi załatwić jedną sprawę i wrócić do domu ot tak, bez zajrzenia do centrum handlowego? toż to była by zbrodnia niesłychana :P | elegancki dżentelmen w każdym calu :D | takie dość nietypowe t-shirty wypatrzyłam w Sinsay :P | takie zakupy to ja najbardziej lubię :D
sama sobie też zrobiłam prezent na Dzień Kobiet :D | łupy z Lidla. nie wiem jak Wy, ale mnie nie wadzi kupowanie ubrań w supermarketach, tym bardziej jak są tak dobrej jakości :) | odezwała się we mnie wena, więc do zwykłych koszulek doszyłam kilka szklanych kamyków oraz cekinów i teraz mam dwie oryginalne bluzeczki ;) | małe zakupy z Sylveco, wszystko to, co jest bardzo wychwalane na blogach :)
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.