Recenzja: Błyszczyk 3D, Smart Girls Get More

środa, 29 czerwca 2016 33 komentarze
Obietnice producenta:
Błyszczyk 3D o bogatej konsystencji i łagodnej formule wzbogaconej witaminami A i E. Nadaje ustom piękny wygląd i wyjątkowy połysk. Piękny i kuszący zapach jest dodatkowym atutem.

Błyszczyk do kupienia jest w Drogeriach Natura za około 7,00 zł 
Moim zdaniem:
Pierwsze dni lata przywitały nas naprawdę wysokimi temperaturami. W minioną sobotę na moim termometrze było 37 stopni i to po godzinie 17:00 !! W takie dni niektóre kosmetyki do makijażu zastępuje ich lżejszymi odpowiednikami. Zamiast cięższego podkładu, używam lekkiego kremu BB, częściej też maluję usta błyszczykiem niż pomadką, np. tym, który otrzymałam w ramach współpracy od Smart Girls Get More.
Opakowanie z błyszczykiem w środku niczym szczególnym nie zachwyca. Co więcej, wygląda dość tandetnie i może kojarzyć się z kolorówką z chińskich marketów. Pierwsze wrażenia są często mylne, bo przy bliższym przyjrzeniu się i kilkudniowym poużywaniu okazuje się całkiem niezłe, z którego nic się nie ściera, które nie pęka ani się nie zacina. Pod czarno- białą nakrętką znajduje się dość spory aplikator, zwężający się ku końcowi. Ma mięciutkie włosie i pozwala na szybkie i wygodne pomalowanie ust. Błyszczyk ma gęstą, lekko klejącą konsystencję, ale nałożony na usta nie skleja ich i jest wyjątkowo lekki. I przepięknie pachnie, jak guma balonowa!
Błyszczyk dostępny jest w sześciu odcieniach. Do mnie trafił nr 06, w blogosferze określany jako miedziany. Odcień w opakowaniu nie zachwyca. Początkowo wydawał mi się trudnym, nietwarzowym kolorem, ale po pierwszym umalowaniu ust wiedziałam już, że byłam w błędzie. Odcień 06 jest najciemniejszy z całej gamy, ma w sobie delikatne, połyskujące drobinki, które ładnie odbijają światło. 
Błyszczyk nadaje ustom delikatnego koloru i pięknego połysku. Wspomniałam Wam już o tym, że posiada subtelne drobinki, które ładnie odbijają światło i nie wyglądają kiczowato. Błyszczyk 3D nie wylewa się poza kontur ust. Jego formuła została wzbogacona witaminami A i E, przez co kosmetyk łączy przyjemne z pożytecznym, bo nie tylko podkreśla usta, ale również je pielęgnuje i natłuszcza. Uczucie gładkich, mięciutkich i nawilżonych ust utrzymuje się jeszcze długo po starciu się błyszczyka. 
Błyszczyka, jak książki, nie ma co osądzać po okładce ( czyt. opakowaniu ), bo choć nie wygląda oszałamiająco, to skrywa w sobie niewielką perełkę. Kosmetyk łączy w sobie niską cenę z bardzo dobrą jakością sprawiając tym samym, że każda z Was może sobie na niego pozwolić. A satysfakcja jest gwarantowana ;)
Czytaj więcej »

Podkład do cery tłustej i mieszanej Color Stay, Revlon

niedziela, 26 czerwca 2016 50 komentarzy
Obietnice producenta: 
Wyjątkowo trwały, mocno kryjący podkład do cery tłustej i mieszanej. Beztłuszczowy nie zatyka porów. Lekka i delikatna konsystencja zapewnia skórze maksymalne poczucie komfortu. Zapewnia pełne pokrycie i matowe wykończenie. Składniki rozpraszające światło optycznie wygładzają skórę, filtry słoneczne SPF 15 chronią skórę przed szkodliwym działaniem słońca. Lotne silikony ułatwiają rozprowadzanie oraz zapewniają uczucie komfortu. Witaminy A i E wygładzają powierzchnię oraz chronią cerę przed szkodliwymi wpływami zewnętrznymi. Podkład utrwala się w ciągu 60 sekund. Skóra wygląda nieskazitelnie. Podkład nie ściera się i nie zostawia śladów. Makijaż utrzymuje się do 24 godzin.
Moim zdaniem:
Nadszedł ten dzień! Po dwóch zdenkowanych buteleczkach, w trakcie zużywania trzeciej, publikuję recenzję kultowego podkładu Color Stay marki Revlon. W końcu! powiedziecie, i macie zupełną rację, bo ileż można obiecywać jedną recenzję :P
Posiadam dwa odcienie tego podkładu: 150 Buff oraz 180 Sand Beige. Buff jest świetnym rozwiązaniem dla bladodziochów, wpada w żółte tony i bardzo dobrze stapia się z moją skórą. Odcień Sand Beige jest ociupinkę ciemniejszy, tak samo jak 150 wpada w żółte tony i fajnie wygląda na skórze. Na mojej cerze oba odcienie lekko się utleniają i potrafią delikatnie ściemnieć w ciągu dnia, ale nie na tyle, by mocno odznaczać się na twarzy. 
Color Stay jest płynny i mimo braku pompki, łatwo wydobyć go z buteleczki. Wystarczy przechylić i wylać na dłoń. Trzeba jednak uważać, by nie przelać i tym samym nie zmarnować produktu, co, niestety, przytrafiło się mnie kilka razy. A wracając do pompki, to jej  brak przez długi czas był największą wadą kosmetyku, ale z tego co wiem na polski rynek kosmetyczny dotarły już buteleczki z podkładem wyposażone w wygodną, praktyczną i higieniczną pompkę- brawo producent! 
Podkładu używam dosyć często, bywa, że nawet dzień w dzień, i mimo iż jest on z gatunku tych cięższych ( ale nie tak ciężkich i gęstych jak go malują ), nie zauważyłam, by miał zły wpływ na moją skórę. Na początku nakładałam go tylko palcami, później kupiłam sobie pędzel Hakuro, a od niedawna używam do jego aplikacji gąbeczki Real Techniques. Najlepsze i najtrwalsze efekty uzyskuję najpierw rozprowadzając cienką warstwę podkładu palcami, wyrównując tym samym koloryt cery i przykrywając mniejsze zaczerwienienia i niedoskonałości, a następnie pędzlem lub gąbeczką nakładam podkład na miejsca, które wymagają większego krycia. Podkład zapewnia matowe, co ważniejsze, naturalnie wyglądające wykończenie. Delikatnie wygładza wszelkie nierówności, np. grudki, dzięki czemu mniej rzucają się w oczy. Czasami lubi jednak, po kilku godzinach od nałożenia, odznaczyć się w miejscach, gdzie mam mimiczne zmarszczki, czyli głównie w kącikach ust. Wygląda to tak, jakby w tych miejscach było go za dużo, ale wystarczy, że opuszkiem palca wklepię go mocniej w skórę i problem rozwiązany. Nie wiem od czego jest to uzależnione, bo zdarza mi się dość rzadko. Podkład rozprowadzony dokładnie i bez pośpiechu nie tworzy efektu maski, nie roluje się ani nie waży. Jest niewyczuwalny na skórze, nie ściera się, ale potrafi nieźle ubrudzić męskie, białe koszulki :P Color Stay jest bardzo trwałym podkładem, oczywiście obiecane przez producenta 24 godziny, można włożyć między bajki, ale przypudrowany utrzymuje się na mojej skórze przez cały dzień w pracy, czyli około 7-8 godzin. Później wymaga drobnej poprawki, w szczególności w strefie T, ale większość używanych przeze mnie podkładów tak już ma, więc nie traktuję tego jako mankamentu produktu. 
Podsumowując, jestem w połowie trzeciej buteleczki, więc ten podkład musi mieć w sobie to coś. Coś, czyli odcień odpowiedni do kolorytu mojej cery, naturalne i matowe wykończenie, dobre krycie i przyjemną konsystencję. Jeżeli wiem, że cały dzień będę poza domem lub nie będę miała możliwości poprawienia makijażu w ciągu dnia, to bez zastanowienia sięgam po ten właśnie podkład, bo z nim mam pewność, że będzie ze mną cały czas ;)
Aha, Color Stay Revlon ma pojemność 30 ml, a przedział cenowy naprawdę szeroki: w Rossmannie kosztuje około 60,00 zł, w drogeriach internetowych nawet połowę taniej! 
Czytaj więcej »

Wyniki rozdania z okazji 5. urodzin bloga :)

czwartek, 23 czerwca 2016 35 komentarzy
Dzisiaj króciutko, zwięźle i na temat. 
Bez zbędnej pisaniny ogłaszam wszem i wobec,
 że zwycięzcą rozdania z okazji 5. urodzin bloga MintElegance, zostaje...
Serdecznie gratuluję i czekam na maila :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Regenerujący balsam do ciała, Over Cosmetics

wtorek, 21 czerwca 2016 44 komentarze
Obietnice producenta:
Balsam o właściwościach regenerujących intensywnie pielęgnuje skórę. Dzięki substancjom aktywnych wpływa na zdrowy i promienny wygląd skóry. Delikatna konsystencja balsamu poprawia kondycję skóry, a zawarte składniki aktywne ( masło shea, ekstrakt z kawy, olej rokitnikowy ) przywracają skórze elastyczność, napinają skórę, pielęgnują i regenerują.

400 ml kosztuje tylko 26,20 zł w sklepie internetowym Over Cosmetics
Moim zdaniem:
Dawno, dawno temu... bo w październiku tamtego roku, napisałam o kremie do rąk z olejkiem z avokado Over Cosmetics ( klik ). Dziś, po tylu miesiącach, mam dla Was recenzję drugiego kosmetyku tej polskiej marki, a mianowicie regenerującego balsamu do ciała z masłem shea, ekstraktem z kawy oraz olejem rokitnikowym. 
Prosta, przyjemna dla oka szata graficzna wraz z wygodną butelką wyposażoną w higieniczną i sprawnie działającą pompką tworzą opakowanie doskonałe :) Balsam ma średnio gęstą i jednocześnie lekką konsystencję, idealną na letnie, gorące temperatury, ponieważ szybko się wchłania, nie klei i nie pozostawia tłustawej warstewki na skórze. Jak możecie zobaczyć na zdjęciu, balsam ma kolor waniliowego budyniu, ale w jego kompozycji zapachowej czuć połączenie czekoladowych nut z subtelnym kawowym tłem. Zapach bardziej na jesienno- zimowe wieczory, teraz pasują mi aromaty egzotyczne, soczyste, owocowe, ale i tak zapach mi się podoba.
Balsam bardzo dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Wystarczy jego niewielka ilość, aby odpowiednio zadbał o skórę. Świetnie nawilża, pozostawiając miękką, aksamitną w dotyku i gładką skórę. Stosowany regularnie w sposób odczuwalny poprawia kondycję skóry, jej jędrność i elastyczność. Radzi sobie także z miejscami najbardziej przesuszonymi, takimi jak łokcie czy kolana. Może być aplikowany na skórę zaraz po depilacji, w żaden sposób nie podrażnia, nie uczula, nie powoduje najmniejszego dyskomfortu, jest dla niej naprawdę delikatny. Balsam może pochwalić się właściwościami pielęgnującymi i regenerującymi na wysokim poziomie. 
W parze z działaniem, wydajnością i dużą pojemnością balsamu ( 400 ml ! ) idzie przyjemna dla portfela cena, bo kosmetyk kosztuje niecałe 30,00 zł. Oprócz posiadanego przeze mnie balsamu regenerującego, marka ma w swojej ofercie także nawilżający z olejkiem pomarańczowym, rewitalizujący z nagietkiem oraz pielęgnujący z olejem ze słodkich migdałów, więc jest w czym wybierać. Tym bardziej, że na własnej skórze przekonałam się, że produkty Over Cosmetics są warte bliższego poznania :)
Czytaj więcej »

Hamamelisowy tonik do twarzy do skóry z niedoskonałościami, Evree

niedziela, 19 czerwca 2016 46 komentarzy
Obietnice producenta:
Hamamelisowy tonik do twarzy przeznaczony jest do skóry z niedoskonałościamiIdealnie odświeża i orzeźwia skórę oraz nadaje makijażowi naturalne wykończenie. Dodatkowo przywraca skórze równowagę i widocznie poprawia jej wygląd. Tonik posiada wygodną aplikację w formie mgiełki. Bezpośrednia aplikacja na twarz za pomocą wygodnego atomizera przyczynia się do bardziej wydajnego wnikania składników odżywczych w skórę. Nie zawiera parabenów, olejów mineralnych, silikonów i parafiny.
200 ml kosztuje około 12-15 zł w drogeriach internetowych i stacjonarnych, np. w Rossmannie lub Drogeriach Natura
Moim zdaniem:
W kosmetykach Evree nie sposób się nie zatracić. Ta polska marka szturmem podbiła rynek kosmetyczny i serca wielu blogerek, w tym także moje. Do tej pory miałam głównie produkty do pielęgnacji ciała, ale tym razem chciałabym opowiedzieć Wam o hamamelisowym toniku do skóry z niedoskonałościami.
Na pewno , tak jak ja, jesteście ciekawe co to jest hamamelis?  Jest to łacińska nazwa oczaru wirginijskiego, znanego w kosmetyce ze swoich właściwości przeciwzapalnych i antybakteryjnych. Jest on  jednym z aktywnym składników toniku Evree, obok hydramanilu i d-panthenolu.
Opakowanie, w którym znajduje się tonik to delikatnie zabarwiona na ni to niebiesko, ni to zielono plastikowa butelka o pojemności 200 ml zakończona atomizerem, który po naciśnięciu rozpyla subtelną mgiełkę. Przezroczyste opakowanie pozwala na kontrolowanie zużycie produktu, który dzięki temu, że ma postać mgiełki jest bardzo wydajnym kosmetykiem. Używam go jak szalona: rano, wieczorem, w ciągu dnia i nawet w nocy przez sen :P Mimo mojego opętańczego sięgania po ten produkt, on w ogóle się nie kończy! Ma typową wodnistą konsystencję o łagodnym zapachu i przyjemny, niezbyt długi skład: Water, Hammamelis Virginiana, Leaf Water, Alcohol, Glycerin, Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum, Caesalpinia Spinosa Gum, Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Panthenol, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Parfum, Geraniol, Linalool, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene.
Toniki- mgiełki odpowiadają mi bardziej od tych, które należy wylewać na wacik i dopiero aplikować na skórę, bo nie tylko dbają o moją cerę, ale też pozwalają na przyjemne i szybkie odświeżenie w ciągu dnia, a gdy na trochę wstawię tonik do lodówki, to mam zarazem genialny produkt chłodzący, który na panujące ciepło jest naprawdę super pomysłem :) Ponadto to mam pewność, że wszystkie cenne składniki trafią prosto na moją skórę, a nie że utkną gdzieś na waciku.
Mgiełki używam przy zamkniętych powiekach, mimo to staram się omijać okolice oczu. Czasami mi się nie uda, ale mimo to tonik nie podrażnia oczu, nie powoduje pieczenia ani łzawienia. Tonik idealnie odświeża skórę, tonizuje ją oraz przywraca jej równowagę. Dodatkowo produkt redukuje niewielkie niedoskonałości, łagodzi zaczerwienienia, przyspiesza gojenie drobnych ranek oraz zmniejsza widoczność porów. Zapewnia mojej skórze długotrwałe uczucie nawilżenia, która jest ponadto gładka i miękka w dotyku. 
Jak już zdążyłyście przeczytać, tonik ma dobroczynny wpływ na moją cerę i naprawdę jestem zadowolona z jego działania. Robi to, co ma robić, czyli odświeża skórę, koi ją i przygotowuje na kolejne etapy pielęgnacji. A postać mgiełki pozwala na wykorzystanie w pełni wszystkich właściwości toniku. Chętnie wrócę do tego toniku za jakiś czas, najpierw jednak muszę skurczyć swoje zapasy- wiem, powtarzam to już któryś raz, a zapasów jak miałam po pachy, tak nadal mam :P
Czytaj więcej »

Matowa pomadka do ust w kredce, Matte Crayon Lipstick, Golden Rose

czwartek, 16 czerwca 2016 58 komentarzy
Obietnice producenta:
Matowa pomadka do ust Matte Crayon tworzy na ustach aksamitne wykończenie. Wysoka zawartość pigmentów oraz długotrwała formuła sprawia, że pomadka długo utrzymuje się na ustach. Idealnie się rozprowadza, a dzięki zawartości składników nawilżających oraz wit. E dodatkowo odżywia i nawilża usta. Bogata paleta kolorów zawiera odcienie od klasycznej czerwieni po różne odcienie nude.

Pomadka w kredce Matte Crayon Lipstick dostępna jest w 20 kolorach, ma wagę 3,5 g i kosztuje 11,90 zł w sklepie internetowym Golden Rose, na stoiskach w galeriach handlowych i w mniejszych drogeriach
Moim zdaniem:
Moje pomadkowe szaleństwo nie ma końca! Tak bardzo, że gdybym mogła to w ostatnich tygodniach pisałabym tylko o nowych szminkach, które bez opamiętania kupuję i testuję, ale myślę, że zrobiłoby się chyba zbyt monotematycznie i mogłybyście się zanudzić, a tego bym nie chciała :D Myślę, że jedną recenzją pomadki w miesiącu się "nie przejecie", więc już bez zbędnych wstępów zapraszam na post o, zapewne, dobrze Wam już znanej pomadce w kredce Matte Crayon Lipstick od Golden Rose. 
Pomadki w kredce dostępne są w 20 kolorach, od delikatnych nudziaków po intensywne czerwienie. Z nich wszystkich zdecydowałam się na dwa subtelne odcienie: nr 13, czyli stonowany, pudrowy róż oraz nr 18, który jest typowym kolorem nude z odrobiną beżu. Oba kolory nie należą do tych rzucających się w oczy, to odcienie idealne wpisujące się w codzienny makijaż, którego wykonanie przy ich pomocy jest bardzo łatwe. Kredki są kremowe i aksamitne, przez co mięciutko suną po ustach, równomiernie pokrywając je kolorem. Nie są tępe w konsystencji, są bardzo dobrze napigmentowane, dlatego jedno pociągnięcie po wargach wystarczy na perfekcyjne ich wypełnienie. Wykończenie jest matowe ( przez co pomadkom zdarza się uwidaczniać suche skórki ), ale jednocześnie gładkie i satynowe. Pomadki w swoim składzie mają witaminę E, posiadającą właściwości nawilżające, dzięki której nie wysuszają ust, nawet gdy goszczą na wargach kilka dni z rzędu. Ich trwałość również zasługuje na brawa, albowiem mocno trzymają się przeznaczonego miejsca przez 4-5 godzin. Godniej znoszą starcie z piciem niż z jedzeniem, ale z moich obserwacji wynika, że chyba większość mazideł do ust tak ma. Kolor schodzi delikatnie i równomiernie, poczynając od środka warg, dając na ustach efekt ombre- ach, ta moja ułańska fantazja :P Wystarczy drobna poprawka i wszystko wygląda tak, jak powinno. Kredki porównywalne są do pomadek Velvet Matte Golden Rose i nie bez przyczyny, bo mają ze sobą baaardzo wiele wspólnego: ta sama świetna pigmentacja, to samo fantastyczne krycie, taki sam efekt na ustach i tak samo przyjemna aplikacja. Jedyną różnicą jaką ja zauważam to to, że kredki są jakby bardziej nawilżające.  
Pomadki Matte Crayon Lipstick mają postać długich, zaokrąglonych, szerszych kredek, które wygodnie trzyma się w dłoni, dzięki czemu ich aplikacja na usta jest bezproblemowa i bardzo przyjemna. Potrzebna jest do nich odpowiednia temperówka, którą musiałam dokupić. Wybrałam "dwuoczkową" z Golden Rose za 5,80 zł, którą temperuję również mniejsze kredki. W przypadku niewysuwanych kredek jest to niezbędny gadżet, który ja na pewno wykorzystam przy całej swojej, póki co jeszcze niewielkiej, kolekcji kredek do ust :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Profesjonalne serum intensywnie nawilżające, Rain Dance, Artego

poniedziałek, 13 czerwca 2016 36 komentarzy
Obietnice producenta:
Rain Dance to połączenie szlachetnych i cennych ekstraktów naturalnych, które nawilżają i odżywiają włosy, nadając im blask, jedwabistą miękkość i piękno. Fascynujący zapach, jednocześnie delikatny i intensywny, pozostawia włosy i pachnące przez długi czas. Dzięki niemu zniszczone włosy odzyskują naturalną miękkość o blask. Zawiera olejek tsubaki, arganowy, olejek z kamelii oraz proteiny jedwabiu, które chronią włosy bez ich obiążania.
60 ml kosztuje dokładnie 37,90 zł w sklepie internetowym SklepFryz, oferującym profesjonalne produkty do pielęgnacji, koloryzacji oraz stylizacji włosów. 
Moim zdaniem:
Głównie używam drogeryjnych produktów do pielęgnacji włosów, ale zawsze mam w łazience jeden lub dwa z tzw. górnej półki, czyli takie, które można spotkać w dobrych salonach fryzjerskich. Na ogół wybieram olejki, bo jak już mam wydać większą kasę na jeden produkt, to niech starczy mi na dłuższy czas ;) Tym razem w mojej łazience gości profesjonalne serum, które, według obietnic producenta, ma za zadanie intensywnie nawilżyć moje włosy. Suszarki używam rzadko, częściej prostownicy, są więc narażone na wysuszanie, dlatego stawiam w ich pielęgnacji na nawilżające kosmetyki i dlatego też wysoko postawiłam poprzeczkę produktowi marki Artego. 
Nieduża buteleczka wykonana z ciemnobrązowego szkła schowana została w estetyczny kartonik i skrywa w sobie 60 ml delikatnie bursztynowej i lekko tłustej konsystencji. Buteleczka zakończona jest pompką airless, którą wystarczy nacisnąć raz, aby wydobyć ilość produktu odpowiednią do wtarcia we włosy bez obawy, że serum zbytnio obciąży włosy. Kosmetyk jest fantastycznie wydajny, a do tego ma obłędny zapach! Orientalno- słodki z przebijającą się nutą wanilii i kamelii. Coś pięknego, co trzeba poczuć samemu, by się momentalnie zatracić.
Producent nie pomylił się nazywając swój produkt intensywnie nawilżającym. W składzie olejku znajdziemy wiele cennych olejków, w tym tsubaki, arganowy, z kamelii oraz proteiny jedwabiu- takie połączenie nie mogło się nie udać. Miks olejków dociera do wnętrza włosa, głęboko nawilżając i zmiękczając. Serum bardzo dobrze zabezpiecza końcówki i chroni je przed czynnikami zewnętrznymi. Już jedno zastosowanie produktu sprawia, że włosy są delikatne i miłe w dotyku, ładnie się błyszczą i zdrowo wyglądają. Dodatkowo, serum nałożone w bezpiecznej ilości, lekko dociąża włosy, niwelując ich eletryzowanie się i puszenie. Włosy ładnie się układają, są sprężyste i pełne życie, serum nie skleja ich w nieestetyczne strągi. Olejki regenerują i odżywiają włosy, utrzymując je w bardzo dobrej kondycji, a proteiny jedwabiu otaczają włosy niewidoczną, ochronną powłoczką.
Serum jest jednym z kilku produktów wchodzących w skład serii Rain Dance. Oprócz niego znajdziecie jeszcze intensywnie nawilżające pianki, szampony, maski i odżywki w sprayu w różnych pojemnościach, dzięki czemu możecie kupić niewielkie opakowanie interesującego Was produktu, aby sprawdzić jego działanie. A jeśli Wam nie przypasuje, nie będziecie aż tak żałować wydanych pieniędzy niż gdybyście miały kupić pełnowymiarowy kosmetyk, którego cena jest znacznie wyższa od tych drogeryjnych. No, ale za profesjonalne produkty trzeba odpowiednio zapłacić. A serum Rain Dance, ze względu na swój skład, zapach, działanie oraz wydajność,  jest warte swojej ceny :)
Czytaj więcej »

Perfumy Mademoiselle, Coco Chanel

piątek, 10 czerwca 2016 50 komentarzy
Od lat w szczególnych dla mnie momentach towarzyszą mi jedne, te same perfumy. Są to perfumy Mademoiselle Coco Chanel, klasyka wśród zapachów, które mimo swej świeżości,  są jednocześnie zmysłowe i eleganckie. Jest to zapach uniwersalny i ponadczasowy, który idealnie harmonizuje się zarówno z delikatną dziewczyną z głową w chmurach, jak i z twardo stąpającą po ziemi, pewną siebie kobietą sukcesu. 
Perfumy te należą do kategorii nut szyprowych, postrzeganych jako ponadczasowe, nieprzesłodzone, świeże i zachwycające swoją wytrawnością. Wśród nut zapachowych odnajdziemy pomarańczę, bergamotkę, grejpfrut ( nuty głowy ), różę, jaśmin, liczi ( nuty serca ) oraz bazowe, czyli piżmo, wanilię, paczulę i wetywerię. Przy pierwszym psiknięciu, na przód wyraźnie przebija się bergamotka, którą coraz bardziej lubię w otaczających mnie zapachach, a tuż za nią unoszą się lekko cierpkie cytrusowe nuty. Po chwili, nieśmiało, ale uparcie wysuwają się bukiety kwiatów, w szczególności wyraźnie dająca o sobie znać róża i jaśmin. Wszystkie te elementy zapachu tworzą harmonijną całość, pięknie komponując się ze skórą, rozwijając się z każdą minutą, otulając eteryczną wonią przez długie godziny. 
Jest to zapach, który z jednej strony chciałabym, aby był ze mną każdego dnia, ale z drugiej nie chcę, aby mi spowszechniał, dlatego rezerwuję go tylko na wyjątkowe sytuację ( takie jak zbliżający się wielkimi krokami ślub ). Mademoiselle Coco Chanel to zapach lekki, świeży, romantyczny i szykowny, ale ma w sobie też coś subtelnie orientalnego. Ma w sobie również coś optymistycznego, wesołego, rezolutnego, momentami frywolnego i zadziornego. Jak dla mnie, są to perfumy perfekcyjne, nie ma w nich nic, co mogłoby odrzucić, przeszkodzić, wzburzyć symetrię, którą sobą wyrażają. Mademoiselle Coco Chanel jest jak harmonia, budzi spokój, ale  jednocześnie nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. 
Czytaj więcej »

Aktywne serum korygujące do cery z niedoskonałościami, Super Power Mezo Serum, Bielenda

środa, 8 czerwca 2016 42 komentarze
Ostatnio wolnego czasu mam jak na lekarstwo, tyle się dzieje, że czasami nie wiem w co ręce włożyć. Praca, szkoła, przygotowania do ślubu, częste wyjazdy do Łodzi, a do tego wszystkiego jeszcze remont sprawiają, że zaczęłam trochę zaniedbywać bloga. Dobrze, że wcześniej napisałam którąś notkę na zapas, w przeciwnym wypadku zostawiłabym Was chyba z niczym na kilka tygodni... W dodatku bezsenność znów daje mi o sobie znać, ale z drugiej strony nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu mam czas na bycie z Waszymi blogami na bieżąco. A czasami natchnie mnie wena, jak kilka nocy temu, na skutek czego powstały nowe recenzje, między innymi dzisiejsza o korygującym serum z Bielendy.
Na serum skusiłam się, oczywiście, po przeczytaniu kilku bardzo pozytywnych recenzji na jego temat. Już od jakiegoś czasu myślałam o wprowadzeniu tego typu kosmetyku do swojej codziennej pielęgnacji, a do zakupu serum z Bielendy przekonała mnie zawartość kwasów w składzie- tylko 10%, ale zawsze to coś.
Serum ma pojemność 30 ml i tyle też mniej więcej kosztuje, ja za swój egzemplarz zapłaciłam około 23zł, wyhaczając na promocji w jednej z internetowych drogerii. Nie jest to duży wydatek, tym bardziej, że jest to wydajny produkt, mnie wystarczył na ponad 2 miesiące stosowania codziennie podczas wieczornej pielęgnacji. Serum znajduje się w szklanej, przezroczystej buteleczce z pipetą, która schowana została jeszcze w kartonik, na ściankach którego zostały wypisane wszystkie te informacje, które konsumentkę ciekawią najbardziej. Lubię, gdy kosmetyki o takiej konsystencji zaopatrzone są w pipetę, uważam ją za bardzo wygodne rozwiązanie. Ta znajdująca się przy serum nabiera odpowiednią jego ilość do wklepania w skórę, a piszę o tym dlatego, że obecnie używam serum na rozszerzone pory Dermedic, przy którym muszę bawić się na dwa razy. 
Serum ma postać bezbarwnego żelu, mocno rozwodnionego. Szybko wsiąka w skórę, pozostawiając przez chwilę minimalnie klejącą się warstwę. W jego zapachu przebija się cytrusowa woń, ale w połączeniu z chemiczną nutą. Zapach nie jest drażniący, podczas aplikowania kosmetyku na twarz praktycznie go nie czuć. 
Według producenta serum można stosować na kilka sposób: samodzielnie lub jako bazę pod krem, codziennie lub kilka razy w tygodniu, można je zostawić na skórze lub zmyć. Opcji jest dużo, jednak ja zawsze stosowałam je tak samo: na noc, po umyciu i przetarciu skóry tonikiem, jako zastępstwo kremu, bez zmywania. W związku z tym, iż, jak już wspomniałam, produkt ma w składzie kilka kwasów ( no dobra, całe dwa ;), stosowałam je w okresie zimowym i wczesnowiosennym- dna dobiło akurat na kilka dni przed nadejściem ciepłych, słonecznych dni. 
Po wielu entuzjastycznych opiniach, które przeczytałam przed kupnem tego serum, spodziewałam się po nim bardzo wiele. Po części dostałam to, czego chciałam, ale do mojej pełnej ekscytacji jeszcze trochę brakuje. Producent, jak zawsze, wiele obiecuje, ale niektóre z jego zapewnień mijają się z rzeczywistością, np. to o rozjaśnianiu przebarwień. Moja cera ma się nieźle ( odpukać w puste i niemalowane! ), obecnie to właśnie przebarwienia są moją największą zmorą, więc nie będę udawać, że nie liczyłam na wsparcie w ich zwalczaniu ze strony serum. No cóż, przeliczyłam się. W innych kwestiach jest już lepiej, bo serum i zwęża pory i delikatnie złuszcza naskórek ( naprawdę bardzo delikatnie, bez suchych skórek ) i skutecznie redukuje wydzielanie sebum, a tym samym błyszczenie się w strefie T. Sięgnęłam po nie, aby również wygładzić skórę i pozbyć się grudek z okolic brody. Z pierwszym problemem serum poradziło sobie na piątkę z plusem, o tyle na te kilka grudek, które mi pozostały, chyba nie ma mocnych. Po kilku tygodniach regularnego stosowania dzień w dzień, skóra stała się ładniejsza- bardziej gładka, napięta, o wyrównanym kolorycie i zdrowym blasku. Jeśli dłużej zapomnimy o nawilżeniu, serum może przesuszyć, dlatego rano lub w ciągu dnia sięgałam po krem nawilżający, tak aby pielęgnacja wieczorna uzupełniała się z poranną i aby odpowiadała na wszystkie potrzeby mojej cery, dzięki czemu jest teraz uspokojona i w dużo lepszej kondycji. 
Skład jest krótki, ale podobno bardzo dobry i sensowny ( piszę o tym na podstawie tego, czego zdążyłam się dowiedzieć od wujka Google ). Zaraz po wodzie mamy kwas migdałowy i laktobinowy, a tuż za nimi witaminę B3, za którą znajdują się dwa składniki nawilżające, dzięki czemu serum nie wysusza skóry na wiór przy pierwszym użyciu. 
W składzie serii korygującej Skin Clinic Professional ( jest jeszcze nawilżająca i odmładzająca ), oprócz serum znajdziemy również krem na dzień i na noc, maskę w płacie, maskę w kremie na noc oraz tonik. Miałam ten ostatni, ale okazał się przeciętniakiem. Serum co nieco nadrabia za tonik i zapewne w przyszłości będę skłonna kupić jego kolejną buteleczkę, bo chociaż nie do końca sprostał moim oczekiwaniom ( nie wybaczę mu tego, że mimo deklaracji, nie udało mu się rozjaśnić nawet w minimalnym stopniu przebarwień ), to jednak przyczynił się do widocznej poprawy stanu mojej cery.
Czytaj więcej »

Recenzja: Kredka do brwi, Smart Girls Get More

poniedziałek, 6 czerwca 2016 41 komentarzy
Kilka słów od producenta:
Kredka do brwi ze szczoteczką do nadawania kształtu. Idealna twardość gwarantuje łatwą aplikację a szczoteczka pozwala nadać brwiom odpowiedni kształt I charakter.

Skład: BHT, CANDELILLA CERA, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERINE, CERA ALBA, CERESIN, CL 77491, CL 77492, CL 77499, CL 77891., COPERNICIA CARIFERA CERA, HYDROGENATED PALM KERNEL GLYCERIDES (AND) HYDROGENATED PALM GLYCERIDES, HYDROGENATED VEGETABLE OIL, ISOPROPYL MYRISTATE, MICA, PROPYLPARABEN, TALC, TOCOPHERYL ACETATE, RICINUS COMMUNIS SEED OIL

Kredka ma 1,4 g i kosztuje niecałe 7,00 zł w Drogeriach Natura
I kilka słów ode mnie:
Długo nie przykładałam wagi do tego jak wyglądają moje brwi. Nie używałam żadnych żeli do ich stylizacji, kredek/cieni/tuszy mających za zadanie nadać im bardziej wyrazistego odcienia. Uważałam, że nie mam takiej potrzeby, bo z natury są gęste i ciemne. Sen z powiek spędzał mi tylko ich brak dyscypliny, ponieważ ich wewnętrzne włoski układają się jak chcą, stojąc na baczność niczym żołnierz na warcie. Z czasem jednak w mojej kosmetyczce zaczęły nieśmiało pojawiać się żele i kredki stylizujące czy też pogłębiające ich naturalny kolor. Jedną z takich kredek jest ta od Smart Girl Get More, marki której kosmetyki dostępne są w Drogeriach Natura.
Kredka dostępna jest w trzech odcieniach, mnie trafiła się najciemniejsza w odcieniu 03, której kolor okazał się bardzo zbliżony do naturalnej barwy moich brwi. Zamykana jest na plastikową, prostą zatyczkę wyposażoną w grzebyk do rozczesywania i układania włosków. Przyznaję, czasami się przydaje ;) Kredka, jak to kredka, jest wąska i długa, pasująca do każdej temperówki, która dobrze trzyma się w dłoni i którą łatwo operować przy brwiach. 
Kredki używam do mocniejszego zagęszczenia brwi oraz do nadania im ładnego, równego kształtu głównie w zewnętrznych kącikach. Malowanie nią brwi nie sprawia mi problemu, jak wspomniałam akapit wcześniej, dobrze się nią manewruje. Jest bardzo trwała, nie rozmazuje się ani nie traci swojego koloru, a jednocześnie jest łatwa do zmycia, poradzi sobie z nią każdy płyn micelarny czy inny specyfik do demakijażu. 
Jest to moja pierwsza kredka do brwi, więc nie mam porównania z innymi pozostałych marek kosmetycznych, ale jestem z niej zadowolona ( co tu ukrywać, nie miałam też wobec niej jakiś wygórowanych oczekiwań ) i dlatego chętnie używam jej w codziennym makijażu. 


PS. U mnie na Instagramie ruszył konkurs, w którym dwie osoby mogą wygrać zestaw dwóch kosmetyków BioOleo- będzie mi bardzo miło, jeśli weźmiecie w nim udział, tym bardziej, że zasady są naprawdę proste: wystarczy udostępnić zdjęcie i dodać tag @mintelegance89 oraz #konkursbiooleo :) Jeśli nie macie konta, to udostępnijcie baner konkursowy u siebie na blogu, a pod tym postem napiszcie, że bierzecie udział w konkursie :) 

Czytaj więcej »

Majowy projekt denko

piątek, 3 czerwca 2016 46 komentarzy
1. Aktywne serum korygujące do cery z niedoskonałościami, Super Power Mezo Serum, Bielenda- drugi kosmetyk z serii korygującej Bielendy. Pierwszym był tonik, przeciętniak, serum trochę za niego nadrabia, ale pełnego efektu wow trochę mu brakuje. Nie pomógł w moich zmaganiach z przebarwieniami, ale w widoczny sposób poprawił kondycję mojej cery. Więcej na jego temat dowiecie się z recenzji, która pojawi się w tym miesiącu. 
2. Podkład Colorstay, Revlon- tak, wiem, że już przy ostatnio zdenkowanej buteleczce tego podkładu obiecywałam Wam jego recenzję... Jest napisana! Serio, opublikuję ją lada dzień i wszystkiego się dowiecie :D
3. Maseczka- Peeling z korundem i kwasem mlekowym, Fitomed- produkt, po którym widać efekty już po pierwszym użyciu. Skóra jest gładsza i bardziej miękka. Regularne stosowanie subtelnie rozjaśnia przebarwienia, oczyszcza i wyrównuje koloryt. Więcej o produkcie Fitomedu poczytacie w recenzji.
4. Złuszczający żel po prysznic, Magia Aloesu, CosmoNatura- fajny produkt myjący, z bardzo delikatnymi drobinkami złuszczającymi, których praktycznie nie czuć. Pomijając cenę, nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych, znanych mi żeli pod prysznic. Jego pełną recenzją znajdziecie tutaj
5. Nawilżający szampon zwiększający objętość, Botanic Gardenia Tahutańska, Tołpa- szampon ma przyjemny, lekko miętowy, rześki zapach i gęstą konsystencję, dzięki czemu jest bardzo wydajny. Polubiłam go za delikatność dla skóry głowy, nawilżenie i miękkość, których dodawał włosom. A także za odbicie włosów od nasady, chociaż nie w tak dużym stopniu jak oczekiwałam. Nie polubiłam w nim tego, że się nie pieni. 
6. Bardzo mocny peeling z mikrogranulkami, Ziaja Pro- peeling do typowo mechanicznego złuszczania martwego naskórka. Drobinki, jakby kryształki cukru, są ostre i nie rozpuszczają się w kontakcie z wodą. Zapewniają stały masaż skóry, która po osuszeniu jest gładka, napięta, pełna blasku. 
7. Żel do golenia, Olay, Satin Care- po raz kolejny, i pewnie jeszcze nie ostatni, powtórzę, że żele do golenia Satin Care są moimi faworytami w kategorii depilacji od wielu lat. Odpowiednio zmiękczają włoski, pozwalając maszynce bezproblemowo sunąć po skórze i pozostawiając ją gładką, miękką i delikatną w dotyku. Naprawdę lubię każdą wersję tego żelu, ale ta z dodatkiem Olay ma przepiękny, błękitny kolor ;)
8. Wzmacniający szampon do włosów ze skłonnością do wypadania, Skrzyp i Rozmaryn, Joanna- ziołowy szampon, za kilka groszy, który faktycznie wzmacnia włosy i sprawia, że ciutkę mniej wypadają. Dodatkowo lekko odbija włosy od nasady, dobrze oczyszcza z brudu i środków do stylizacji, ale może przesuszać włosy i je plątać, dlatego bez odżywki ani rusz. 
Czytaj więcej »

Maj na zdjęciach

środa, 1 czerwca 2016 47 komentarzy
 maj rozpoczęłam od długiego weekendu w Zakopanem :) | weekend majowy spędziłam bardzo aktywnie, jeszcze w dniu przyjazdu, po ponad 5 godzinach drogi, zaliczyliśmy Gubałówkę i spacer po Zakopanem :) | uwielbiam jeść i uważam, że życie jest za krótkie, by odmawiać sobie przyjemności :D | za takimi fajnymi drzwiczkami skrywał się nasz maleńki pokoik :D 
dobre hasło reklamowe to już połowa sukcesu :D | w myśl tego sloganu wybrałam się na skromne zakupy :D ale tak naprawdę czekam na przełom czerwca i lipca, kiedy to zaczną się letnie wyprzedaże :D | uwielbiam ten mój malutki samochodzik. i napój mohijto z KFC ;) | takie detale na ubraniach też lubię :) śmiać mi się chcę patrząc na rozbieżność rozmiarówek, nie w różnych sklepach, ale w tym samym. sweterek ze zdjęcia, wg metki, ma rozmiar XL, a inny, który kupiłam troszkę wcześniej, ma rozmiar S- i bądź tu człowieku mądry i kup coś bez przymierzania...
moje śliczne! i takie wygodne! i takie drogie! ale za to zasponsorowane przez państwo, bo w dniu, w którym po nie pojechałam, otrzymałam zwrot podatku :P | przypominam o trwającym rozdaniu z okazji piątych już urodzin bloga :) | przeczytane w maju. jest lepiej niż w kwietniu, ale wyniku z ubiegłego roku nie uda mi się pobić... | takie neony gościły mnie na paznokciach w maju :)
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.