Jak dbam o dłonie, skórki i paznokcie?

sobota, 29 października 2016 54 komentarze
Stare porzekadło mówi, że dłonie są wizytówką kobiety. Powinny być zadbane, gładkie, najlepiej z ładnie opiłowanymi i pomalowanymi paznokciami. Jestem osobą, która często zwraca uwagę na dłonie i lubię, jak ktoś chwali moje. Sama dbam o to, aby były wypielęgnowane i sama wykonuję swój codzienny manicure. 
Pielęgnacja moich dłoni nie jest skomplikowana ani czasochłonna. Mam to szczęście, że ich skóra nie jest wymagająca. Myślę jednak, że jest w tym też moja zasługa, bo pamiętam o tym, aby chociaż raz dziennie nałożyć na nie krem, a zimą nie zapominam o noszeniu rękawiczek. Nie mam ulubionego kremu do rąk, najczęściej kremuje je balsamem do ciała, który aktualnie mam w użyciu. Od kilku tygodni jest to ciasteczkowy mus Biomare, który przepięknie i słodko pachnie, ma genialną konsystencję, która pod wpływem ciepła ciała zamienia się w olejek, oraz fantastyczne właściwości odżywcze, regeneracyjne i natłuszczające. Dodatkowo cudownie zmiękcza i wygładza skórę.
Z biegiem czasu nauczyłam się prawidłowo dbać o skórki wokół paznokci. Kiedyś namiętnie je wycinałam, dziś wole potraktować je peelingiem i kremem do ich pielęgnacji Herome ( klik i klik ) oraz żelem do ich usuwania Sally Hansen. Peeling ma postać żelu z drobinkami ścierającymi. Kilka razy w tygodniu nakładam go na skórki, wcieram wykonując tym samym delikatny masaż i czekam aż reszta produktu się wchłonie. Dzięki peelingowi wyglądają dużo lepiej, nie zadzierają się, są nawilżone i zmiękczone. Po krem Herome sięgam wieczorami. W każdą skórkę wcieram jego niewielką ilość i zostawiam do wchłonięcia. W jego składzie znajdują się witamina E, allantoina i ekstrakt z aloesu o właściwościach mocno nawilżających. Ostatnim produktem, pomagającym zadbać mi o skórki jest żel Sally Hansen klik ), który świetnie zmiękcza skórki, pozwalając tym samym na bezproblemowe odsunięcie ich drewnianym patyczkiem. 
Dla mnie nie ma ładnych dłoni bez pomalowanych paznokci. To one przykuwają najpierw mój wzrok, to zaraz po nich zwracam uwagę na resztę dłoni. Dlatego ja zawsze mam je wymalowane ;) No, prawie zawsze, bo pomiędzy jednymi a drugimi hybrydami robię dzień lub dwa dni przerwy na ich regenerację, podczas których urządzam im kąpiele w wodzie z dodatkiem soku z cytryny lub w oliwie z oliwek. Pamiętam, aby nie malować ich zaraz po kąpieli ( mimo iż mogą wydawać się suche, nadal mają w sobie wilgoć, a kiedy wyschną całkowicie, mogą się delikatnie skurczyć, a nałożony na nie lakier może szybko popękać, o czym dowiedziałam się z artykułu na portalu Kobiece Porady ), a ponadto, aby dobrze je odtłuścić, używać drobnoziarnistego pilniczka i piłować je w migdałki- taka drobniutka zmiana, a dzięki niej paznokcie przestały się łamać- malowanie zaczynać zawsze od środka płytki paznokcia, a przede wszystkim uważać przy skórkach ;)


A jak Wy dbacie o dłonie, skórki i paznokcie?
Czytaj więcej »

Recenzja: Moringa- olej z drzewa cudu

środa, 26 października 2016 40 komentarzy
Obietnice producenta:
Olej z drzewa cudu, zwanego tak, ze względu na rzadko spotykany w świecie roślin zbiór wartości odżywczych. Jest bardzo bogatym źródłem białka, żelaza, wapnia, magnezu, witamin A, E oraz K. Olej z tego drzewa ma unikalne własności pielęgnacyjne. Należy do grupy olejów lekkich, doskonale rozprowadza się po skórze i szybko wchłania, nie zostawia tłustej warstwy. Nie zapycha cery i nie powoduje wyprysków. Doskonale sprawdza się do masażu. Nie jest wrażliwy na podgrzewanie i nie jełczeje. Dobry jako olej bazowy dla innych olejów, przedłuża ich trwałość.

50 ml kosztuje 42,00 zł w sklepie internetowym Helfy
Moim zdaniem:
Lubię próbować, testować, poznawać. Im bardziej coś brzmi obco, egzotycznie, tajemniczo, tym bardziej chcę to odkryć, skosztować, doświadczyć tego, jak działa. Olej Moringa jest jedną z takich właśnie rzeczy. 
Olej Moringa jest to olej z tak zwanego drzewa cudu, którego region pochodzenia to Afryka. Zamknięty jest w buteleczce o pojemności 50 ml wykonanej z ciemnego szkła. Do oleju dołączona jest pipetka, która pozwala na wygodne, higieniczne i precyzyjne jego dozowanie. Bardzo podoba mi się szata graficzna. Moim zdaniem jest dobrze przemyślana, taka subtelna, wyrafinowana, a przede wszystkim nieprzesadzona. Olej Moringa ma żółtawy kolor, specyficzny orzechowy zapach i lekką, nie za tłustą konsystencję. Łatwo się rozprowadza po skórze, dobrze się wchłania i nie zostawia lepkiej warstewki. 
Olej Moringa ma szerokie spektrum właściwości. Polecany jest chyba do każdego rodzaju skóry: od cery dojrzałej ze zmarszczkami, przez skórę przesuszoną i wrażliwą, aż do cery tłustej i mieszanej z tendencją do wyprysków i zaskórników, a nawet do skóry głowy- podobno działa oczyszczająco, zmniejsza łupież i uczucie swędzenia. Tak go nie testowałam, chociaż zdarzyło mi się raz na jakiś czas, kilka jego kropel wetrzeć w końce włosów. Olej odczuwalnie nawilża włosy, dodaje im miękkości, gładkości, dyscyplinuje i eliminuje ich puszenie oraz elektryzowanie się. Intensywniej i bardziej systematycznie, sprawdzałam go pod kątem pielęgnacji skóry twarzy. Znacie mnie już na tyle, że wiecie, iż olejkami zastępuję kremy na noc. I tak samo jest z tym olejem. Kilka jego kropel ( więcej nie trzeba, olej jest naprawdę wydajny ) wcieram kolistymi ruchami w skórę twarzy i szyi. Jak już wspomniałam wcześniej, olej szybko się wchłania, nie zostawia tłustej warstewki, tylko uczucie wyjątkowej miękkości. Regularnie stosowany widocznie poprawia kondycję skóry, pomaga utrzymać odpowiedni poziom nawilżenia, a także przywraca jej elastyczność. Olej Moringa nie zapycha i nie powoduje wysypu niedoskonałości. Łagodzi podrażnienia, mocno odżywia skórę oraz normalizuje wydzielanie sebum. Podobno pozwala dłużej zachować młody wygląd skóry i ma zbawienny wpływ na zmarszczki- pożyjemy, zobaczymy ;) 
Na koniec dodam jeszcze, że olej Moringa jest naturalny w 100%, ponadto nie zawiera parafiny, barwników i sztucznych aromatów, a dodatkowo jest produktem wegańskim i nietestowanym na zwierzętach. 
Czytaj więcej »

O moich pędzlach słów kilka

poniedziałek, 24 października 2016 45 komentarzy
Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę mieć więcej niż jeden pędzel ( do aplikowania pudru ), chyba bym go wyśmiała. Cóż, dziś to ten ktoś mógłby śmiać się ze mnie w głos, bo moja kolekcja pędzli systematycznie się powiększa. Póki co mam do przedstawienia sześć, ale nie jest powiedziane, że nie będzie ich w przyszłości więcej ;) 
Pędzel do podkładu Hakuro H50
Pędzel, którego nie muszę przedstawiać, bo sama dowiedziałam się o nim z Waszych blogów. Jest to klasyczny, płaski flat top o mocno zbitym, gęstym, ale miękkim włosiu, chociaż syntetycznym, które nie podrażnia skóry. Zanim go kupiłam podkład nakładałam palcami. Jednak ta metoda z czasem okazała się dla mnie nie wystarczająca, stąd decyzja o pójściu krok wyżej i zakupie pędzla. Myślałam, że będę musiała się go nauczyć, oswoić się z nim, ale, o dziwo, nasza współpraca już od pierwszego spotkania przebiega bezproblemowo. Hakuro H50 nie smuży, nie zostawia śladów i pozwala uzyskać naturalny efekt. Fajnie rozprowadza płynne podkłady, zwiększa ich właściwości kryjące i umożliwia precyzyjne rozprowadzenie. Używam go w dwojaki sposób: najpierw, ruchami rozcierającymi, aplikuję go na skórę, wyrównując jej koloryt, a następnie ruchem stemplującym zakrywam te przebarwienia, blizny i niedoskonałości, które nie chcę, by ujrzały światło dzienne. 
Pędzel do różu i broznera Hakuro H14
Pędzel o kształcie przypominającym jajeczko, który służy mi do nakładania różu, bronzera, a także rozświetlacza. Ładnie rozprowadza, rozciera i blenduje, nie tworząc plam ani smug. Umożliwia stopniowanie bronzera czy innego kosmetyku nakładanego na okolice kości policzkowych. Sprawdzi się u profesjonalistek, jak i u osób początkujących. 
Pędzel do pudru For Your Beauty
O tym, że mój stary pędzel do nakładania pudru nadaje się już do niczego i że przydałby się nowy, przypomniało mi się podczas zakupów w Rossmannie, więc przy okazji sprawdziłam co jest w ofercie. Pędzel For Your Beauty z drewnianą rączką i o gęstym, bardzo miłym włosiu był akurat w promocji i tak jakoś znalazł się w moim koszyczku ;) Nie potrzebowałam dużo czasu, aby się z nim polubić. Delikatnie omiatam nim twarz, pudrując, matując i utrwalając, zyskując tym samym ładne, naturalne wykończenie makijażu. Jest to naprawdę bardzo dobry jakościowo pędzel, solidnie  i elegancko wykonany, który nawet bez promocji nie kosztuje zbyt dużo, bo chyba w okolicach 30,00 zł. 
Pędzel do korektora Hakuro H60
Jak na pędzel Hakuro przystało, i ten ma przyjemne w dotyku włosie i poręczny trzonek. Służy mi zgodnie ze swoim przeznaczeniem, czyli do aplikowania korektora. Pędzel sprawdza się zarówno przy kosmetykach płynnych, jak i tych o cięższej, kremowej konsystencji. Jest bardzo precyzyjny, nawet w trudniejszych miejscach, czyli przy skrzydełkach nosa. Zarówno H60, jak i H50 czy H14 są bardzo dobrze wykonane, solidne i oznaczone napisami, które są nie do zdarcia. 
Pędzel do ust No Name
Skąd ten pędzelek się u mnie wziął, to nie mam pojęcia. Okazał się jednak niezbędny przy nakładaniu kolorowych, matowych szminek. Jest malutki, więc precyzyjnie rozprowadza pomadkę w kącikach ust i na łuku kupidyna, czyli na linii górnej wargi z wyraźnym wycięciem pośrodku. Ma miękkie włosie i długi, plastikowy trzonek, który dobrze mi się trzyma w dłoni, dzięki czemu malowanie ust jest samą przyjemnością. 
Pędzel do cieni Eye Shadow Lily Lolo
O tym pędzelku już pisałam na blogu, dokładnie w tym wpisie. Na powieki nakładam przeważnie jeden kolor cieni, więc pędzelek Lily Lolo mi wystarcza. Ma wygodny trzonek i mięciutkie włosie, co umożliwia przyjemne i łatwe nałożenie cieni na powiekę. 
O pędzle staram się również odpowiednio dbać, aby móc jak najdłużej się nimi cieszyć. Po każdym ich użyciu spryskuje je specjalnym płynem do czyszczenia pędzli Revolution, który kupiłam w jednej z drogerii internetowych za mniej więcej 20,00 zł ( przelałam go do buteleczki z pompką, bo tak jest mi wygodniej go używać ), a raz na tydzień lub dwa, w zależności od częstotliwości ich używania, bo nie ze wszystkich korzystam codziennie, dokładnie je myję przy pomocy jajeczka BrushEgg ( nie jest niezastąpione, ale sprawdza się ) i mydła lub łagodnego szamponu dla dzieci. Staram się myć je delikatnie, aby ich nie uszkodzić i chyba mi się to udaje, bo jeszcze żaden z moich pędzli nie odkształcił się, nie stracił włosia ani swojej sprężystości, nawet ten malutki, zapewne chiński, do malowania ust. 
Jak widzicie, moje pędzlowe zbiory nie są duże, ale dla mnie wystarczające. Z zakupu każdego z nich jestem zadowolona, nie żałuję wydanych na nich pieniędzy i na chwilę obecną nie potrzebuję kolejnych. Ale to akurat może się zmienić. Nawet jutro :P
Czytaj więcej »

Na nowej drodze życia, czyli wyszłam za mąż :)

piątek, 21 października 2016 107 komentarzy
Nawet przez myśl mi nie przeszło, że napisanie posta na tak przyjemny temat, jak własny ślub, okaże się arcytrudnym zadaniem. Jest tak dużo zagadnień, które wymagałby chociaż krótkiego komentarza, że naprawdę nie wiem od czego zacząć. Dlatego wybaczcie, jeśli wpis będzie troszkę chaotyczny ;)
Zacznijmy od samych przygotowań. Jeśli mam być szczera, zbytnio ich nie odczuliśmy. Tak fajnie wszystko sobie rozplanowaliśmy, że nie czuliśmy żadnej presji, nie mieliśmy uczucia, że goni nas czas. Odpowiednio wcześnie przeszliśmy nauki przedmałżeńskie, rozwieźliśmy zaproszenia, porobiliśmy zakupy, pozałatwialiśmy wszelkie formalności. Mnie w piątek przed weselem została tylko poranna wizyta u manikiurzystki, pojechanie na salę w celu rozstawienia winietek, a wieczorem zabieg relaksacyjny w salonie kosmetycznym- to jest coś, co bardzo polecam! Nawet tym z Was, które nie planują zamążpójścia lub są już mężatkami. Relaksacyjna muzyka w tle, otulający, kojący zapach świec, a w tym wszystkim jeszcze delikatny peeling, odprężający masaż i głęboko nawilżająca maska. Mogłabym tak co tydzień...
A teraz coś, co Was na pewno mocno zaskoczy: suknię ślubną kupiłam na dwa tygodnie przed ślubem! Jak możecie pamiętać, w planach miałam szycie sukni ślubnej. No i prawie ją uszyłam, tylko że podczas poszukiwań butów na poprawiny znalazłam taką, o jakiej skrycie, gdzieś tak głęboko w sobie marzyłam, ale w żadnym salonie, w którym byłam takiej nie widziałam. Gdy okazało się, że wymaga tylko lekkiego poszerzenia i że krawcowa zrobi mi to w tak krótkim terminie, nie wahałam się ani chwili, tylko od razu zadzwoniłam do swojej krawcowej, że ma w diabły zostawić tamtą suknię, że mam piękniejszą i już za nią płacę :D Suknia zrobiła ogromne wrażenie, nieskromnie powiem, że gościom szczęki opadły, jak mnie zobaczyli :D Panu Młodemu aż mowę odebrało i dopiero po oczepinach mi powiedział, że wyglądam w niej pięknie :D
Wchodząc do Kościoła nie potknęłam się, chociaż w duchu przeklinałam obecnego męża, że tak wolno idzie do tego ołtarza :P Oboje byliśmy tak pochłonięci tym, co się dzieje, że gdyby nie ksiądz, który dawał nam dyskretne znaki, kiedy mamy usiąść i świadkowe, którzy podpowiadali nam, kiedy należałoby wstać lub ukucnąć ( i tak ich nie słuchaliśmy, co nam wypominali :P ), to chyba całą uroczystość byśmy przestali lub przesiedzieli, jak te dwa kołki :P Pierwszy taniec to też nic strasznego, nieskromnie powiem, że poszło nam lepiej niż na próbach w domu ;) Być może dlatego, że podeszliśmy do tematu na luzie, bez spiny, nie wybraliśmy żadnej trudnej piosenki, nie zaszaleliśmy z choreografią. To jest, według mnie, klucz do udanego pierwszego tańca. 
Ogólnie, wszystko przebiegało po mojej myśli, wszystko się układało, chociaż nie wszystko poszło jak z płatka. We wtorek przed weselem okazało się, że część winietek jest zła i trzeba je na szybko poprawiać, moja świadkowa dostała uczulenia i to takiego, że schodziła z niej skóra, od szorowania klatki i tych wszystkich generalnych porządków dostałam zakwasów na dwa dni przed tym dniem... W dniu ślubu też nie obeszło się bez nerwów z samego rana, bo fryzjerka miała 30 minutowy poślizg, przez co na ostatnią chwilę wpadłam do makijażystki. Florystka też się spóźniła i to półtorej godziny, miała być po 12:00 w Kościele, a przyjechała około 13:30, na chwilę przed fotografem, ale Pan Młody i tak mi się zdenerwował, że nie będzie miał bukietu do zdjęć :P Później, w połowie nabożeństwa przypomniało mu się, że nie oddał naszych karteczek od spowiedzi i nieborak tak przeżywał, że nawet chciał odłożyć je na talerzyk, na którym zostały podane nam obrączki :P Te karteczki tak mocno siedziały mu w głowie, że gdy księża przyszli na obiad, złożyli nam życzenia, a on wypalił, że zapomniał ich oddać przed ślubem i czy może teraz je dać :D 
Całe swoje wesele przetańczyłam, z emocji nie odczuwałam głodu, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. A wracając jeszcze do samego ślubu, mimo moich obaw, wcale się nie stresowałam. Nie uroniłam łezki, gdy składałam przysięgę, tylko z uśmiechem na twarzy, wewnętrznym spokojem i z pewnością w głosie obiecałam mojemu ukochanemu miłość, wierność i to, że nie opuszczę go aż do śmierci. 

Dziś to chyba było by wszystko :) Jeśli macie jakieś pytania, chciałybyście jeszcze czegoś się dowiedzieć, piszcie śmiało! A ja pomyślę jeszcze nad jakimś postem o tematyce ślubnej, bo to tylko niewielka część tego, z czym chciałabym się z Wami podzielić :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Nail Prep, baza, top i lakier hybrydowy Effective Nails

wtorek, 18 października 2016 50 komentarzy
Nie będę ukrywać, że gdy w Internecie zaczęły krążyć pogłoski o tym, że lakiery hybrydowe Semilac mogą uczulać, troszkę się przestraszyłam. Na pewno nie ja jedna chciałabym tego uniknąć. Dlatego zaczęłam rozglądać się za innymi markami lakierów hybrydowych. Do tej pory udało mi się przetestować lakiery Victoria Vynn ( kilk ), Claresa, o których na pewno także napisze na blogu, a także Effective Nails, na których recenzję zapraszam już dziś.
Wszystkie produkty do hybrydowego manicure Effective Nails znajdują się w szklanych, czarnych buteleczkach o pojemności 10 ml. Wyjątkiem jest nail prep, który znajduje się w mlecznej buteleczce z czarną nakrętką. Na zdjęciu widzicie dwa różne rodzaje buteleczek: stare, czyli okrągłe, w których jest baza i lakier oraz nowe, z topem i płynem odtłuszczającym. Gdy otrzymałam produkty do przetestowania, dostałam również wiadomość wyjaśniającą, że marka jest w trakcie zmian opakowań i stąd dwa różne rodzaje opakowań. Wszystkie cztery produkty Effective Nails, które widzicie na zdjęciach, mają takie same zakrętki z takimi samymi, prostymi pędzelkami, którymi bardzo dobrze maluje się paznokcie. 
Spośród szerokiej gamy ( 120 kolorów!! ) dla siebie wybrałam lakier o numerze 99 i nazwie marron, czyli po francusku rudawobrązowy lub kasztanowy. Dla mnie osobiście jest to bardziej mocny bordowy, który świetnie wygląda z kolorem nr 094, czyli Pink Gold od Semilaca, co możecie zobaczyć na zdjęciu niżej. Lakier jest odpowiednio gęsty, ma bardzo dobre krycie- przy dwóch cienkich warstwach nie zostawia żadnych prześwitów, płytka jest równomiernie pokryta kolorem- nie smuży się ani nie kurczy się podczas utwardzania pod lampą ( 10 ml/32,00 zł ).
Oprócz lakieru, posiadam też nail prep, czyli bezbarwny płyn odtłuszczający, który świetnie przygotowuje płytkę paznokcia do manicure hybrydowego ( 10 ml/15,00 zł ), a także bazę i top. Baza ma bardzo dobrą konsystencję, nałożona cienką warstwą nie rozlewa się przy skórkach, zwiększa przyczepność lakieru, a także zabezpiecza paznokcie ( 10 ml/34,00 zł ). Top ma gęstą konsystencję i wymaga przemycia cleanerem. Chroni manicure przed odpryskiwaniem i ścieraniem się, a także nadaje wysoki połysk, który utrzymuje się przez cały okres noszenia hybryd na paznokciach ( 10 ml/34,00 zł ). 
Hybrydowy manicure z Effective Nails jest trwały ( średnio utrzymuje się 2 tygodnie bez uszczerbku, nie licząc odrostów ) i nie sprawia trudności podczas ściągania. To kolejna marka, która ma w swojej ofercie lakiery hybrydowe, które warto wypróbować. Tym bardziej, że mają większą pojemność niż Semilaczki, więc starczą na dłużej, a kosztują tylko kilka złotych więcej. 
Czytaj więcej »

Recenzja: Młody jęczmień w saszetkach, Forte Slim Avet Pharma

sobota, 15 października 2016 30 komentarzy
Zapewnienia producenta:
Młody jęczmień forte slim saszetki suplement diety został opracowany z myślą o osobach dorosłych, które dbają o kontrolę masy ciała oraz prawidłowy poziom cukru we krwi. Młody jęczmień forte slim saszetki zawiera: 1000 mg ekstraktu z młodego jęczmienia oraz skoncentrowany proszek ananasowy, fruktooligosacharydy, ekstrakt z morwy białej, ekstrakt z owoców gorzkiej pomarańczy oraz chrom w 1 saszetce. Młody jęczmień forte slim w saszetkach suplement diety jest źródłem błonnika pokarmowego, zawiera wysoką zawartość błonnika jabłkowego, owsianego oraz żytniego.

20 saszetek kosztuje około 18,00 zł w aptekach
Składniki: błonnik jabłkowy (błonnik pokarmowy 60%), błonnik owsiany (błonnik pokarmowy 80%), błonnik żytni (błonnik pokarmowy 30%), skoncentrowany proszek ananasowy, ekstrakt z młodego jęczmienia (Hordeum vulgare), fruktooligosacharydy, ekstrakt z liści morwy białej DER 10:1, ekstrakt z owoców gorzkiej pomarańczy(Citrus aurantium) standaryzowany na 6% p-synefryny, substancja przeciwzbrylająca – dwutlenek krzemu, chlorek chromu (III) (chrom). 
Moim zdaniem:
Z suplementami diety miałam różne doświadczenia. Jedne dawały zauważalne efekty, inne zaś okazywały się niewypałami. Z czasem stawałam się do nich coraz bardziej sceptyczna, a z biegiem lat ograniczyłam ich przyjmowanie do minimum. Obecnie podchodzę do nich z rezerwą i negatywnym nastawieniem, bo wolę się zaskoczyć ich skutecznością, niż srodze zawieść się na nich i na swojej naiwności. Pierwszym, od wielu miesięcy, suplementem, jaki zdecydowałam się wypróbować jest młody jęczmień w saszetkach od Avet Pharma. 
Produkt jest drobniutko zmielony, ma nieładny, brązowawo- szarawy kolor i równie dziwny zapach. Zamknięty został w wąskich, małych saszetkach, które zmieszczą się nawet w niewielkiej torebce, więc suplement możemy dodać do jogurtu/soku/wody, kiedy najdzie nas tylko ochota. W każdej saszetce znajduje się odmierzona, dzienna porcja młodego jęczmienia, wystarczy ją tylko przesypać do kubeczka lub miski i dobrze wymieszać. 
Proszek z jęczmienia pozyskiwany jest z młodych pędów rośliny, więc nie trudno domyślić się, że jego smak, trawiasto- tekturowy, do najprzyjemniejszych nie należy. Suplement bez trudu łączy się z płynami, np. sokiem lub wodą, a także z bardziej stałymi  produktami, takimi jak jogurt lub koktajl. Dobrze wymieszany, młody jęczmień "gubi" swój smak, szybko się rozpuszcza i nie tworzy grudek.  
Młody jęczmień slim forte w saszetkach wypróbowałam na kilka sposobów. Najprostszym, ale i najmniej smacznym, jest wymieszanie go z wodą. Dużo lepiej smakuje z sokiem owocowym- mnie najbardziej do smaku przypadł z sokiem pomarańczowym. Całkiem nieźle smakuje także z jogurtem naturalnym ( nie polecam dodawać go do owocowego, według mnie trochę "zniekształca" smak ), ale jeszcze lepiej z owocowo- warzywnym smoothie. Młody jęczmień daje poczucie sytości, zmniejsza apetyt na słodycze i hamuje chęć na podjadanie między posiłkami. Jest bogaty w trzy rodzaje błonnika- owsiany, jabłkowy i żytni, dzięki czemu wspomaga pracę jelit i daje uczucie lekkości. Nie jest to suplement, który zastąpi aktywność fizyczną i zbilansowaną dietę. Jest to produkt, który wspomoże proces odchudzania się i pozwoli uniknąć efektu jojo. Sumiennie, systematycznie stosowany przez miesiąc, umożliwia zrzucenie zbędnego kilograma lub dwóch. I to bez trzymania się jakieś drakońskiej diety. 
W ramach ciekawostki, już tak na zakończenie wpisu, napiszę Wam, że młody jęczmień nie lubi dwóch rzeczy: ciepłych produktów oraz metalowych przedmiotów, przez które może stracić swoje cenne właściwości. 
Czytaj więcej »

4 kosmetyki, których nie polubiłam, czyli buble kosmetyczne okiem MintElegance

czwartek, 13 października 2016 51 komentarzy
Dziś mam dla Was post, którego do tej pory nie było na moim blogu. Albo jestem niezbyt wymagającą konsumentką albo miałam to szczęście, że zawsze trafiałam na kosmetyki, które mniej lub bardziej, ale jednak mi pasowały. Jednak od kilku tygodni mam w swoich zapasach kosmetycznych 4 produkty, których nie polubiłam i przed którymi chciałabym Was, moje drogie Czytelniczki, przestrzec. 
Pierwszym z nich jest korektor Liquid Concealer Golden Rose. Na stronie producenta wyczytamy, że przeznaczony jest do ukrycia drobnych zmian na twarzy lub rozjaśnienia cieni pod oczami. Jedyne, co mi pasuje w tym korektorze, to forma aplikatora, czyli wygodny pędzelek. Reszta jest do kitu: opakowanie jest kiepsko wykonane, pokrętło lubi się zacinać i wysuwać na pędzelek zbyt dużą ilość korektora, a on sam niewiele sobie robi z tego, co pisze o nim producent. Nie miałam wobec niego wielkich wymagań, potrzebowałam czegoś lekkiego na cienie pod oczami i Pani na stoisku poleciła mi właśnie tego gagatka. I na tym poleceniu przejechałam się jak Zabłocki na mydle, bo korektor Golden Rose okazał się po prostu bublem, który ani nie tuszuje drobnych, najdrobniejszych niedoskonałości, ani, tym bardziej, nie radzi sobie z cieniami pod oczami.
Drugim niewypałem kosmetycznym jest szminka w płynie Lip Tint Bell. Do opakowania nic nie mam, jest solidnie wykonane, szczelne i ogólnie dość przyjemne dla oka. Pędzelek jest moim zdaniem nieco za duży, ale dość szybko nauczyłam się z nim współpracować. Kolor, który wybrałam dla siebie to nr 4, czyli ładna, średnio intensywna czerwień delikatnie przełamana różem. I to, co dobre tutaj się kończy. Szminka Lip Tint jest słabo napigmentowana i tym samym ma słabe krycie. Aby równomiernie umalować usta, pokryć je jednolitą warstewką koloru, potrzebowałam ją nałożyć wiele, wiele razy. I nigdy to się nie opłaciło. Pomadka Bell, po mniej więcej godzinie od nałożenia, zaczyna jakby wysychać i tracić kolor, co na ustach wygląda tak, że do pewnego momentu są wyblakłe, w małej części widać na nich nałożony odcień szminki, ale już przy złączeniu warg, tego koloru nie ma, bo schodzi i to w dodatku nierównomiernie. Na myśl, w ramach porównania, przychodzi mi zima, kiedy drogi i chodniki posypywane są piaskiem i solą, która wżera się w buty i tworzy takie białe smugi. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Jeśli tak, to przyznacie mi rację, że wygląda to tragicznie. Być może  do Biedronki, w której kupiłam pomadkę, trafił gorszy sort?
W kosmetykach do pielęgnacji też znalazłam dwa buble. Jednym z nich jest olejek wzmacniający włosy z serii Olejki Orientalne Marion. Początkowo, nie miałam do tego olejku żadnych zastrzeżeń. Jego niewielka ilość nałożona na włosy delikatnie je zmiękczała, sklejała końcówki, przez co wyglądały zdrowiej, i ujarzmiała moje niesforne kłaczki. Jednak im dłużej nakładałam olejek na włosy, tym gorzej na nie oddziaływał. Mimo iż uważam, aby nie przesadzić z ilością olejku i zawsze nakładam go taką samą porcję, to zamiast dodawać włosom miękkości i delikatnie je nawilżać, szybko je przetłuszczał. Zamiast dyscyplinować włosy, zdarzało się, że wzmagał ich puszenie. Zamiast dodawać im blasku i zdrowszego wyglądu, w moich oczach wyglądały jak siano. Opakowanie też zostawia wiele do życzenia, bo chociaż sama buteleczka wykonana jest z solidnego plastiku, to nasadka chroniąca pompkę popękała mi bardzo szybko, co jednak udało mi się sprytnie ukryć na zdjęciu ;) Aplikator też jest średni, bo zamiast łagodnie dozować olejek, agresywnie go z siebie wypluwa i jak się zapomnę, to mam umycia, np. umywalkę.
I ostatnim produktem, który zyskał u mnie miano bubla, jest matujący krem korygujący Dermo face Sebio Tołpa. I jest to moje największe rozczarowanie, bo markę sobie naprawdę cenię i lubię jej produkty. Jednak z tym kremem nie da się polubić. O tubce nie będę nic pisać, bo jest charakterystyczna dla Tołpy i naprawdę dobrze wykonana. Jednak jej zawartość to inna para kaloszy. Krem ma leciutką konsystencję, subtelny, kremowy zapach i kolor ubrudzonej białej skarpetki. I nie robi kompletnie nic. Stosowałam go systematycznie, kilka długich tygodni, ale efektów jak nie było, tak nie było. Żadnych. Ani nawilżenia, ani zmatowienia. Zero ukojenia, zero regulacji wydzielania serum. Najmniejszego wpływu na niedoskonałości, najmniejszego odblokowania porów. Zero, nul, nada.

Przez tyle lat prowadzenia bloga czy w ogóle używania kosmetyków, tak bardzo się nie zawiodłam, jak teraz na tej czwórce. Wszystkie lądują od razu w koszu na śmieci, ja trzymam się od nich z daleka i Wam radzę to samo. 
Czytaj więcej »

Matujący podkład kryjący Ideal Cover Full HD, Eveline

poniedziałek, 10 października 2016 47 komentarzy
Przez ślub, przeprowadzkę i życie małżeńskie :P mam teraz niemałe zaległości w blogowaniu, ale moja codzienność powoli, na nowo wbiega na spokojniejsze tory ( mąż w końcu wraca do pracy :P ), więc postaram się te zaległości szybko nadrobić. I tak Agatko, wpis poślubny też już się pisze, jeszcze chwilkę cierpliwości :):*
Wiem, że ostatni post był o pudrze i dziś chciałybyście zapewne poczytać o czymś innym, a nie znów o kosmetyku do makijażu, ale przeglądając folder "zdjęcia na bloga" pokapowałam się, że jest tyle produktów, o których chciałabym napisać, tylko że żaden z nich nie jest odpowiednio sfotografowany... Dlatego dziś zostawiam Was z recenzją matująco- kryjącego podkładu Ideal Cover od Eveline, a ja lecę pobawić się w fotografa, żebyście następnym razem mogły poczytać już o czymś innym ;)
Podkład poznałam w kwietniu na II Konferencji Meet Beauty, kiedy większość uczestniczek udała się do sali obok na przygotowane przez organizatorów powitanie, a ja jako jedna z nielicznych zostałam i korzystając z chwili oddałam się w ręce wizażystki Eveline. Makijażystka nałożyła na moją twarz jedną z ówczesnych nowości w ofercie marki, czyli podkład Ideal Cover, o którym producent pisze tak: 
"Opracowany we współpracy z wizażystami długotrwały matująco-kryjący podkład błyskawicznie dopasowuje się do odcienia skóry i nadaje jej perfekcyjny wygląd do 16 godzin. Podkład pomaga skorygować niedoskonałości, takie jak przebarwienia, rozszerzone i popękane naczynka, wykwity skórne. Kompleks mineralny Ultra-Matt 16h dodatkowo zmniejsza widoczność porów, wygładza cerę i sprawia, że makijaż jest praktycznie niewyczuwalny na twarzy. Formuła wzbogacona o inteligentne pigmenty matujace Hitech Stay-on PigmentsTM gwarantuje innowacyjną trwałość. Produkt został wzbogacony filtrem SPF 10, który skutecznie ochroni skórę przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych."
Podkład znajduje się w prostej, szklanej buteleczce zakończonej plastikową, aczkolwiek wygodną i niezacinającą się pompką typu air less. Na nasadce wieńczącej opakowanie producent wypisał właściwości podkładu i stąd wiemy, że ma on nam zapewnić półmatowe wykończenie, że jego trwałość to aż 16 godzin, że stopień krycia jest mocny, a konsystencja średnia. Podczas testów owe zapewnienia producenta sprawdziły się trzy do jednego. W zupełności zgadzam się, że wykończenie jest półmatowe, że podkład ma średnią, a ponadto przyjemną i lekką konsystencję oraz dobre krycie ( jeśli jest nałożony pędzlem ), ale 16-godzinna trwałość? Wartość podana trochę nad wyrost, ale i tak podkład zasługuje na ukłon, bo przy 2-3 poprawkach w ciągu dnia ( na mojej mieszanej cerze Ideal Cover po około 4 godzinach domaga się delikatnego przypudrowania ) wytrzymuje na skórze min. 10 godzin, chociaż po mniej więcej 7-8 godzinach od nałożenia zaczyna się gdzieniegdzie ścierać, np. przy skrzydełkach nosa. 
Ideal Cover jest bezzapachowy, a producent zaleca nakładać go stopniowo. Do jego aplikacji używam pędzla Hakuro, najpierw rozprowadzając podkład na całej skórze, wyrównując jej koloryt, a następnie, ruchem stemplującym, tuszuje niedoskonałości, których nie chciałabym mieć w ogóle... Na całkowite umalowanie twarzy wystarczają mi 2-3 pompki. Chwilę po nałożeniu fluid pozostawia lekko tłustą warstewkę, która jednak szybko się wchłania, dając ładny, zdrowy i naturalny efekt. Podkład Eveline nie tworzy efektu maski, nie podkreśla suchych skórek, sam w sobie jest lekki i nie obciąża skóry ani jej nie zapycha. Ponadto dobrze współpracuje z innymi kosmetykami, takimi jak puder, róża czy korektor, a także krem, który nakładam przed fluidem. 
Podkład ma pojemność 30 ml i w Rossmannie kosztuje około 25,00 zł. Z tego co mi wiadomo, posiada 8 odcieni. Ja mam kolor Pastel ( nr 202 ), który poleciła mi wizażystka i który okazał się odpowiedni do mojej cery. Po kilku minutach od nałożenia utlenia się lekko ciemniejąc, ale mimo to nadal nie odznacza się od reszty ciała. Jeśli szukacie podkładu o żółtych tonach, to ten na pewno takie w sobie ma, przynajmniej posiadany przeze mnie odcień. I chociaż ma kilka drobniutkich niedociągnięć, polubiłam go i myślę, że w ostatnim tygodniu promocji -49% w Rossmannie kupię jeszcze jedną buteleczkę ;)
Czytaj więcej »

Recenzja: Mineralny puder matujący do twarzy, City Matt Lirene

piątek, 7 października 2016 49 komentarzy
Obietnice producenta:
Dzięki lekkiej, mineralnej formule puder City Matt równomiernie się rozprowadza i dopasowuje do koloru skóry, a makijaż wygląda naturalnie i świeżo. Formuła pudru wzbogacona została o algę koralowca, która pochłania nadmiar sebum oraz chroni skórę przed wolnymi rodnikami, dzięki czemu skóra pozostaje matowa i aksamitnie gładka przez cały dzień.

9 gram kosztuje około 23,00 zł w drogeriach internetowych i stacjonarnych, np. w Rossmannie
Moim zdaniem:
Każdy mój makijaż praktycznie nie istnieje bez wykończenia matującym pudrem. Mnie, posiadaczce mieszanej cery z tendencją do świecenia się w strefie T, puder jest wręcz niezbędny. Do niedawna stosowałam głównie pudry transparentne i sproszkowane. Jednak do czasu, bo kilka miesięcy temu w moje ręce wpadł puder w kamieniu City Matt od Lirene w naturalnym odcieniu nr 02, który znalazł moje uznanie już po pierwszym użyciu.
Serię City Matt poznałam już dużo wcześniej. Kilka lat temu miałam wygładzająco- matujący fluid ( klik ), który bardzo przypasował mojej cerze. I tak myślę teraz, że chyba go sobie kupię do kompletu z pudrem w ostatnim tygodniu promocji -49% w Rossmannnie :D Coś mi mówi, że ten duet będzie niepokonany! Wróćmy jednak do samego pudru. Zapakowany on został w plastikowe, aczkolwiek eleganckie, okrągłe pudełeczko, szczelnie zamykane na zatrzask. Wrzucone do torebki nieco się rysuje, ale samemu produktowi nic się nie dzieje. Do pudru nie został dołączony żaden aplikator. Do jego nakładania używam pędzla z Rossmanna, który dzielnie służy mi już kilka lat i o którym niedługo poczytacie we wpisie, w którym przedstawię Wam wszystkie moje pędzle. 
Puder zdążyłam przetestować z wieloma podkładami i zauważyłam, że na każdym sprawdza się tak samo dobrze i że z każdym potrafi się "dogadać". Nałożony cieniutką warstwą idealnie stapia się z podkładem sprawiając, że skóra jest momentalnie wygładzona, jednolita i matowa. Puder jest mięciutki i jedwabisty, dzięki czemu bez problemu rozprowadza się po skórze, pozostawiając jakby satynowe wykończenie. Jest też lekko perfumowany, ale pachnie tak przyjemnie, że wcale mi to nie przeszkadza. Wspomniany efekt matu utrzymuje się około 4 godzin, później muszę nanieść poprawki, ale i tak, moim zdaniem, nie jest źle. City Matt nie jest ciężki, więc nawet po kilku warstwach nie zbiera się w załamaniach skóry i nie podkreśla porów. Jest też przyjazny dla skóry, nie pojawiają się po nim żadne wypryski. Jest również bardzo wydajny, używany nawet codziennie wystarczy na wiele miesięcy. 
Puder City Matt występuje w trzech odcieniach: transparentnym, naturalnym i beżowym. Myślę, że warto się nim zainteresować podczas ostatniej tury rossmannowskiej promocji -49% właśnie na pudry, podkłady, korektory, itp. Jego normalna cena to nieco ponad 20,00 zł, czyli w promocji wyniesie ona troszkę więcej niż 10,00 zł. Wiele do stracenia nie ma ;)  A może, tak jak ja, zyskacie bardzo dobry, lekki i matujący puder za kilka złotych.
Czytaj więcej »

Wrześniowy projekt denko

wtorek, 4 października 2016 50 komentarzy
Witam Was jako mężatka :D I na samym początku dziękuję za wszystkie życzenia i gratulacje pod ostatnim postem :):* Jeszcze jestem cała w emocjach, ponadto mega zmęczona, ale zadowolona i szczęśliwa, a ponadto powiem Wam jeszcze, że było fantastycznie i chciałabym przeżyć ten dzień jeszcze raz! Ze wszystkim się z Wami podzielę, jak tylko nieco ochłonę, pozbieram myśli, pozałatwiam formalności i udam się na sesję plenerową. Może nawet napiszę serię postów o przygotowaniach do ślubu, organizacji wesela, itp., ale na razie zostawiam Was z wrześniowym projektem denko :)
1. Cukrowy peeling do ciała Lody Melba, Perfecta- jestem fanką cukrowych peelingów Perfecta. I chociaż wiem, że ich skład do najlepszych nie należy, to tak je lubię, że nie zwracam na to szczególnej uwagi. Tym bardziej, że mojej skórze ciała niestraszne parafiny i inne brzydactwa. Ostatnio polubiłam stosowanie peelingu na suchą skórę, wtedy jego działanie jest jeszcze mocniejsze. 
2. Hypoalergiczny puder utrwalający makijaż, Bell- godny polecenia puder. Utrwala makijaż, matuje, nie zapycha, może jednak delikatnie bielić. Sam puder zamknięty został w bardzo szczelnej, przezroczystej puderniczce, więc bez obaw można go zabierać ze sobą, na pewno się nie rozsypie w torebce czy w kosmetyczce. 
3. Kremowy żel do mycia twarzy z błękitną algą, Lirene- mały egzemplarz żelu do mycia przywiozłam z konferencji Meet Beauty. Ogólnie jest to fajny kosmetyk myjący, delikatnie nawilżający i dobrze oczyszczający z zanieczyszczeń i resztek makijażu, ale chciałaby żeby się pienił. Chociaż ociupinkę. 
4. Wygładzający krem pod oczy Nawilżanie i Dotlenianie, Soraya AquaCell- delikatny i niesamowicie nawilżający krem pod oczy o jedwabistej konsystencji. Koi i wygładza skórę pod oczami. Jest bezzapachowy, hiperwydajny i szybko się wchłania. Fajnie współpracuje też z kosmetykami do makijażu.
5. Specjalistyczna emulsja do higieny intymnej, Provag- skuteczny i delikatny jednocześnie. Pielęgnuje, myje, odświeża i nawilża okolice intymne, chroniąc je przed wysuszeniem, podrażnieniami i infekcjami. Więcej o emulsji, a także o kapsułkach i żelu Provag, poczytacie w tej recenzji.
6. Odżywczy szampon do suchych i niezdyscyplinowanych włosów, Magiczna Moc Olejków Elseve- mam co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony fajnie nawilża włosy, ujarzmia, zmiękcza i wygładza. Jednocześnie jednak mocno je przetłuszcza, już następnego dnia nadają się do ponownego umycia.
7. Multi Balsam do bardzo suchej skóry, Oil Essence AA- przegenialny balsam, który zaspokoi potrzeby nawet najbardziej wymagającej i wysuszonej skóry. Bardzo odżywczy i regenerujący, mocno nawilżający, łagodzi podrażnienia i działa kojąco na skórę. Jednak opakowanie to totalny niewypał: balsam ma mega gęstą, treściwą konsystencję, którą ciężko przecisnąć przez niewielki otwór butelki, której ścianki dodatkowo są twarde, więc aby wydobyć balsam trzeba się mocno napocić. 
8. Żel do golenia dla kobiet, Sensual Joanna- mimo posiadania depilatora, nie umiem oduczyć się używania maszynki i żelu do golenia. Taka forma depilacja jest dla mnie najwygodniejsza, mimo że muszę zabieg powtarzać dość często. Jednak przy użyciu żelu Sensual nie jest to dla mnie męczarnią, lecz przyjemnością, bo żel bardzo pomaga w depilacji, odpowiednio zmiękczając włosy, ułatwiając poślizg maszynce i niwelując ryzyko podrażnień. 
9. Antyperspirant Aloe Vera, Rexona- jestem zadowolona z tego antyperspirantu, o czym świadczy fakt, że nie po raz pierwszy pojawia się w moim denku. I pewnie nie po raz ostatni. 
10. Żel pod prysznic Tropical, Luksja- rzadko kupuję żele Luksja, ale ten urzekł mnie swoim egzotycznym zapachem mango i energetyzującym pomarańczowym kolorem. Później było już tylko lepiej, bo i konsystencję i działanie ma fajne. Dodatkowo mocno się pieni i nie wysusza skóry. 
11. Kremowy żel pod prysznic, Be Beauty- przyjemny żel, który dostępny jest w każdej Biedronce za kilka złotych. Ma ładny zapach, fajną, kremową i gęstą konsystencję, która w kontakcie z wodą mocno się pieni. Żel robi to, co powinien, czyli myje, oczyszcza i nie wysusza skóry. 
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.