06:56:00

Odżywcza maseczka- peeling do twarzy z mielonym lnem, Vianek

Odżywcza maseczka- peeling do twarzy z mielonym lnem, Vianek
Obietnice producenta:
Wyjątkowe połączenie delikatnego peelingu w postaci drobno zmielonego siemienia lnianego i maseczki. Dzięki niezwykle delikatnej formule może być stosowana w przypadku każdego rodzaju cery, nawet bardzo cienkiej i wrażliwej. Bogactwo składników odżywczych wspaniale odżywia, wygładza, nawilża i uelastycznia skórę. Po zastosowaniu pozostawia skórę aksamitnie gładką, promienną i pełną blasku.

Moim zdaniem:
Sylveco i Vianek zdecydowanie podbiły moje serce. Swego czasu w mojej pielęgnacji twarzy dominowały kosmetyki tylko tych dwóch marek. Jednym z ostatnio używanych przeze mnie produktów Vianka jest odżywcza maseczka- peeling do twarzy, która niestety powoli już mi się kończy. Zdążyłam poznać ją dość solidnie, dlatego dziś zapraszam Was na jej recenzję :) Wcześniej mogłyście poczytać już o toniku- płynie micelarnym ( klik ) oraz o kremie do twarzy na noc ( klik ). Wszystkie trzy kupiłam na początku roku, w zestawie promocyjnym za 35,00 zł.
Maseczka- peeling zamknięta została w elastycznej tubce o pojemności 75 ml, którą można postawić "do góry nogami" na czarnej, prostej nakrętce. Jej szata graficzna jest identyczna, jak w przypadku pozostałych kosmetyków z serii odżywczej. Jest skromna, kwiatowa, przyjemna dla oka. Tubka jest bardzo dobrej jakości, nie odkształca się, nic się z niej też nie ściera. 
Kosmetyk Vianka ma postać gęstego kremu z mniejszymi i większymi drobinkami, których zadaniem jest ścieranie martwego naskórka, połączonego z olejną warstwą w pomarańczowym kolorze, która najpierw wypływa z tubki, a dopiero po niej reszta produktu. Drobinki zmielonego lnu są odpowiednio duże i ostre, ale nie podrażniają skóry. Produkt ma delikatnie brązowy z ciemniejszymi drobinkami. Jak pozostałe kosmetyki z tej serii, maseczka- peeling przyjemnie pachnie, chociaż chyba najgorzej z tych, które zdążyłam poznać. 
Maseczkę- peeling warto zostawić na chwilę na skórze, niż zmyć ją zaraz po wykonaniu peelingu. Nie wiem od czego jest to uzależnione, ale zauważyłam, że gdy zmywam produkt zaraz po wykonaniu peelingu, to schodzi dość opornie. Pod wpływem wody usuwają się tylko drobinki ścierające martwy naskórek, a na skórze dalej pozostaje gruba, olejna warstwa, której po prostu nie da się zmyć. Nie schodzi nawet po wytarciu ręcznikiem, musi się sama wchłonąć w skórę, co jest plusem w całej tej sytuacji, bo skóra jest porządnie nawilżona i nie potrzebuje już kremu. Kiedy jednak wykonam peeling i zostawię produkt na skórze na kilka minut, to potem bez najmniejszego problemu mogę umyć twarz. Na skórze nie zostaje żadna warstewka, jest dobrze nawilżona, ale jest to już mniejsze uczucie niż to opisane wcześniej. 
Kosmetyk bardzo łatwo rozprowadza się, a po zmyciu skóra jest gładka, miękka i bardzo przyjemna w dotyku. Ponadto ma wyrównany koloryt, wygląda zdrowo i promiennie. Maseczka- peeling bogata jest w oleje ( rokitnikowy, sojowy, z pestek moreli ), dzięki którym skóra jest także odżywiona i nawilżona; masła ( shea, kakaowe, avocado ), które uelastyczniają skórę, regenerują i łagodzą podrażnienia; oraz w miód. Wszystkie te składniki mogą się wydawać ciężkie dla cery, ale mojej problematycznej skóry ten kosmetyk nie zapchał.
Kosmetyku Vianka używam przynajmniej raz w tygodniu. Moja skóra bardzo się z nim polubiła, dlatego też serdecznie polecam go Wam wypróbować :) 

06:49:00

Pomadka matująca Real Matt Lipstick, Provoke, Dr Irena Eris

Pomadka matująca Real Matt Lipstick, Provoke, Dr Irena Eris
Jest! Udało  się! Tyle czasu Wam obiecywałam recenzję matującej pomadki Provoke Dr Irena Eris i w końcu nadszedł ten dzień, w którym mogę zaprosić Was na wpis jej poświęcony :D 
W sklepie internetowym producenta ( klik ) pomadka występuje w pięciu odcieniach, których podglądowe kolory kompletnie nie odwzorowują tego, jakie są w rzeczywistości. Przynajmniej tego, który ja mam, czyli nr 606, Vintage Pink. Na podglądzie wygląda na jakiś taki ciemny brąz, kiedy tak naprawdę jest to piękny, delikatny różowy nudziak, idealnie sprawdzający się w codziennym makijażu. Chyba, że gdzieś wkradł się błąd ( albo na nalepce na pomadce albo na stronie producenta ), bo odcień mojej pomadki bardziej pasuje do wariantu kolorystycznego nr 602, Pink Princess ;) Kolor wybierałam w ciemno i był to dobry wybór, bo nieskromnie pisząc, pasuje mi idealnie :D Napiszę jeszcze raz, że jest naprawdę śliczny! Niby róż, ale taki stonowany i mający w sobie coś ciepłego. Uwielbiam takie kolory!
Pomadka ma zwartą konsystencję, ale jednocześnie jest kremowa i miękka, dzięki czemu leciutko sunie po wargach pokrywając je idealnie warstewką koloru, bo jest naprawdę bardzo dobrze napigmentowana. Pomadka nie jest stricte matująca, nie ma takiego efektu jak, np. przy pomalowaniu ust szminką Velvet Matte od Golden Rose. Moim zdaniem, pomadka daje bardziej satynowo- matowe wykończenie z takim bardzo subtelnym, leciutkim połyskiem. Nie wygląda sucho na ustach i też ich nie wysusza, dzięki dużej zawartości składników odżywczych i nawilżających. Przez cały czas jej noszenia pielęgnuje usta, co odczuwalne jest jeszcze długo po jej zmyciu- usta pozostają miękkie, gładkie, odżywione i zadbane. Trwałość pomadki określiłabym jako bardzo dobra. Jest odporna na ścieranie i rozmazywanie się, chociaż zostawia lekkie ślady na szklance, to jednak zjada się równomiernie i powoli. Jeśli nic nie jem i nie piję, potrafi utrzymać się na ustach obiecane przez producenta 5 godzin bez najmniejszego uszczerbku. Gdy jem i piję jej trwałość jest mniejsza, ale nadal na plus. 
Na uwagę zasługuje również otoczka pomadki, czyli jej opakowanie, które jest naprawdę piękne. W srebrnym kartoniku znajduje się posrebrzane opakowanie, które zostało bardzo solidnie wykonane. Posiada magnetyczne zamknięcie, więc mamy pewność, że nie otworzy nam się w torebce, oraz skromną, minimalistyczną szatę graficzną. Całość jest elegancka, wytworna i daje poczucie posiadania kosmetyku z wyższej półki. Bo tak właściwie jest patrząc na cenę kosmetyków Provoke ;) Warto jednak pamiętać, że jest to nasza rodzima marka, a warto wspierać to, co polskie. 
Pomadka Real Matt Lipstick jest drugim produktem Provoke, który miałam okazję poznać. W swoich zasobach makijażowym mam jeszcze błyszczyk, o którym pisałam kilka miesięcy temu ( klik ). O ile błyszczyk mnie nie zachwycił, bo na tle innych ( i tańszych ) niczym szczególnie się nie wyróżnia, tak pomadka jest naprawdę super! Kolejną, tym razem może w innym odcieniu, kupię dopiero na promocji -49% w Rossmannie, bo mimo iż jest fantastyczna, to jej cena ( 65,00 zł ) jest jednak... lekko prowokująca ;)

06:54:00

Recenzja: Nawilżający szampon aloesowy, Equilibra

Recenzja: Nawilżający szampon aloesowy, Equilibra
Obietnice producenta:
Nawilżający szampon aloesowy łagodnie oczyszcza włosy i skórę głowy oraz przywraca jej równowagę. Nie podrażnia i nie wysusza. Odpowiednio wyselekcjonowane ekstrakty roślinne nawilżają, wzmacniają i chronią włosy, które stają się lśniące, miękkie i odżywione. Szampon odznacza się wysoką zawartością aloesu (20%). Produkt doskonały do stosowania przez całą rodzinę. Nadaje się do każdego rodzaju włosów.

250 ml/19,99 zł w sklepie internetowym Equilibra
Moim zdaniem:
Kosmetyki pielęgnacyjne Equilibra znam już długo, ładnych parę lat, i naprawdę bardzo lubię. Nowość marki, czyli nawilżający szampon aloesowy, nie jest oczywiście wyjątkiem :)
Szampon znajduje się w standardowej butelce o pojemności 250 ml o szacie graficznej charakterystycznej dla marki: białe tło, zielone napisy i malunek aloesu. Butelka dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się, a nalepki nie strzępią się ani nie odklejają pod wpływem wody. Szampon jest delikatnie perfumowany. Ładnie pachnie, subtelnie, tak kosmetycznie aloesowo. Jak widzicie na zdjęciu wyżej, jest bezbarwny, a poza tym odpowiednio gęsty. Pod wpływem wody tworzy dużo łagodnej, oczyszczającej piany. 
W składzie szamponu ( 98% jego składników jest pochodzenia roślinnego, a dokładny skład znajdziecie tutaj ) mamy 20% aloesu, proteiny pszeniczne, wyciąg z liści pokrzywy, ekstrakt z siemienia lnianego, glicerynę roślinną oraz surfaktanty pochodzenia roślinnego, czyli substancje, których widocznym efektem działania jest tworzenie się piany. Nie mamy za to żadnych parabenów, silikonów, wazeliny, alkoholu, barwników, soli ani alergenów. 
Szampon jest bardzo delikatny, nie podrażnia skóry głowy, a dzięki temu, że nie zawiera sles i sls nie plącze włosów. Po umyciu włosy są nawilżone, miękkie w dotyku i gładkie. Łatwiej się rozczesują i układają. Są też delikatnie odbite od nasady, więc wizualnie zyskują na objętości. Szampon jednocześnie myje i pielęgnuje włosy. Nie obciąża włosów, świetnie domywa kosmetyki do stylizacji. Systematycznie stosowany sprawia, że włosy są odżywione, wyglądają zdrowo, są w lepszej kondycji i pięknie lśnią. 
Pisać o tak dobrych kosmetykach to sama przyjemność :) Nawilżający szampon aloesowy, tak samo jak inne kosmetyki marki, to porządny kosmetyk za nieduże pieniądze. Skład, wydajność, działanie- wszystko przemawia na jego korzyść. Kupujcie go, kupujcie! :D

06:52:00

Fotoprezenty od Foto4u

Fotoprezenty od Foto4u
Nie wiem jak Wy, chociaż coś mi się wydaje, że podzielicie moje zdanie ;), ale osobiście uwielbiam spersonalizowane rzeczy- zarówno otrzymywać, jak i wręczać komuś w prezencie. A jeśli dodatkowo są praktyczne, to już nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Dziś chciałabym pokazać Wam właśnie taką rzecz, która może być świetnym pomysłem na prezent dla bliskiej Wam osoby. Mam na myśli magnesy na lodówkę od Foto4u, na których może być Wasze zdjęcie! Dodatkowo, w zależności od Waszego widzimisię, te magnesy mogą  mieć kształt serca ( o wymiarach 6cm x 6,3cm ) lub kwadratu ( 9,5 cm x 9,5 cm ). Oczywiście, nie mogłam zdecydować się na jeden format, więc mam dwa :P Jednak największy problem stanowił dla mnie wybór zdjęć, które na tych magnesach miały być. Koniec końców zdecydowałam się na zdjęcia ślubne, coby mieć jeszcze jedną pamiątkę z tego wyjątkowego dnia :) Magnesy zostały wykonane po prostu super! Zdjęcia są wyraźne, nie widać na nich żadnych rys czy innych skaz. Magnes w kształcie serca jest grubszy i nie wygina się, a kwadratowy jest "chudszy" i bardzo giętki. Oba świetnie wyglądają na lodówce, stanowiąc jej ozdobę, a jednocześnie pilnują tych wszystkich karteczek, które zawsze przypinam na drzwiczkach od lodówki :D
Stworzenie takiego foto-gadżetu jest dziecinie proste i zajmuje dosłownie chwilę. Firma w swojej ofercie ma nie tylko magnesy, ale również koszulki, kubki, kalendarze, poduszki, puzzle oraz fotoobrazy na płótnie, a poza tym zajmuje się także wywoływaniem zdjęć przez internet. Wszystko to w przystępnych cenach, naprawdę dobrze wykonane i z ekspresową przesyłką :)

06:49:00

Znalezione w Shiny Box'ie: Odżywczy krem do twarzy, Naobay

Znalezione w Shiny Box'ie: Odżywczy krem do twarzy, Naobay
Produktem premium Shiny Box'a "Happy.Pretty.You" był niewątpliwie odżywczy krem do twarzy Naobay, którego cena to aż 210,00 zł za tubkę o pojemności 50 ml. Testuję go od ponad miesiąca, więc mogę Wam odpowiedzieć na pytanie czy jest wart swojej wysokiej ceny.
Krem na pewno wyróżnia się swoim opakowaniem. Jest to niby niepozorna, biała tubka z czarnymi napisami, o bardzo minimalistycznej szacie graficznej, ale tym czym się odznacza jest drewniana nakrętka. Jest ona charakterystyczna dla marki, jak popatrzycie na inne kosmetyki Naobay to zobaczycie, że jest wykorzystana w każdym rodzaju opakowania. Mnie ta nakrętka po prostu urzekła, mega mi się podoba i bezsprzecznie sprawia, że całość opakowania jest ozdobą toaletki. 
Według mojego nosa odżywczy krem do twarzy pachnie specyficznie, ziołowo i jego zapach nie wszystkim może się spodobać, chociaż nie jest intensywny, ani tym bardziej męczący. Trzeba się po prostu do niego przyzwyczaić. Odżywcze kremy kojarzą mi się z treściwą konsystencją, dlatego lekka, na wpół wodnista formuła kremu troszkę mnie zaskoczyła. Zaletą konsystencji jest łatwość aplikacji, bo krem aż sam sunie po skórze, a poza tym ekspresowe wchłanianie oraz brak jakiejkolwiek odczuwalnej warstewki.
Producent zachwala swój krem tym, że aż 98,85% zawartych w nim składników jest pochodzenia naturalnego, a 20% wszystkich składników pochodzi z ekologicznych upraw. Patrząc na skład da się stwierdzić, że jest przyjemny, bo znajdziemy w nim między innymi masło shea, sok aloesowy, olej z awokado czy też oliwę z oliwek. 
Kremu Naobay używam głównie w pielęgnacji skóry szyi i dekoltu, a także dłoni :P Nie często wklepuję go w skórę twarzy, ponieważ na noc stosuję krem Epiduo, a rano sięgam po inny krem, bo ten nie za bardzo chce współpracować z podkładami. Fluidy nałożone na Naobay mocniej ciemnieją, a poza tym wpadają w jakieś takie szarawe tony. Sprawdziłam to na dwóch podkładach, których używam najczęściej i to już od dłuższego czasu, czyli z Revlona oraz z Bielendy, i za każdym razem działo się tak samo, dlatego sobie odpuściłam. Poza tym, krem ten bardzo fajnie spisuje się w pielęgnacji szyi i dekoltu. Codziennie wieczorem wsmarowuję niemałą jego porcję, zaczynając od dekoltu, przesuwając się po szyi w stronę brody. Podobno taki sposób aplikacji ma sprawić, że skóra mojej szyi i dekoltu dłużej będzie w dobrej kondycji ;) Póki co krem świetnie o nią dba mocno ją nawilżając, dodając jej elastyczności i przynosząc jej ukojenie. Skóra jest przyjemnie odżywiona, miękka i delikatna w dotyku. Krem sprawdza się także w pielęgnacji dłoni, więc mogę chyba powiedzieć, że jest wielozadaniowy :D
Podsumowując, z odżywczym kremem do twarzy Naobay polubiłam się, mimo iż nie potrafi współpracować z podkładami, ale też nie na tyle, aby uważać, że jest wart swojej ceny. Jest wiele kremów, które kosztują dużo, dużo mniej, a mają porównywalne działanie. Na korzyść tego kremu na pewno przemawia jego skład, wydajność, urocze opakowanie oraz to, że naprawdę ma dobry wpływ na moją skórę szyi i dekoltu. Jest to jednak moje pierwsze i zarazem ostatnie spotkanie z tym kremem, ponieważ jest po prostu za drogi. Bo naprawdę nie wiem co krem musiałby zrobić, abym chciała wydać na niego ponad 200,00 zł ;) 

06:53:00

Lipcowy projekt denko

Lipcowy projekt denko
1. Łagodna pianka do mycia twarzy Lotus Mild Cleansing Foam, Skin79- pisałam już o niej w tej recenzji. Pianka jest bardzo łagodna dla skóry, ale bardzo dobrze oczyszcza i zostawia ją przyjemną w dotyku, a przy tym jest meeega wydajna. Spełnia każdą obietnice producenta, dlatego też uważam, że jest warta swojej niemałej ceny, czyli około 60,00 zł. 
2. Płyn micelarny 3w1, Garnier- recenzja pojawiła się ponad 3 lata temu, a ja nie umiałabym zliczyć, ile od tego czasu zużyłam butli tego płynu micelarnego :) To na pewno jeden z najlepszych płynów micelarnych, które znajdziemy w rozsądnej cenie w drogeriach. Duża pojemność płynu również przemawia na jego korzyść.
3. Profesjonalny utrwalacz makijażu, TheaTric Professional- pisałam o nim z dwa lata temu ( klik ). Spełnia obietnice producenta, dzięki czemu jestem z niego na tyle zadowolona, że zużyłam kolejne opakowanie, a następne mam w zakupowych planach. W składzie ma alkohol, więc zbyt często stosowany może zacząć wysuszać skórę. Dostępny jest w Rossmannie za cenę około 20,00-25,00 zł. 
4. Odżywcza maseczka- peeling do twarzy z mielonym lnem, Vianek- muszę Wam powiedzieć, że seria odżywcza z Vianka bardzo przypasowała mojej cerze. Pisałam już o kremie na noc oraz o płynie micelarnym- toniku, o maseczce- peelingu też pojawi się recenzja.
5. Roll-on z olejem jojoba, BioOleo- używałam go w zastępstwie kremu pod oczy. Fajnie nawilżał i odżywiał skórę wokół oczu oraz przynosił jej ukojenie i wygładzał. Przy okazji delikatnie ją masował, wpływając pozytywnie na krążenie w okolicach skóry pod oczami. 
6. Lakier do włosów Got2b Volumania Big Volume- to jeden z włosowych ulubieńców 2016 r. ( klik :) Lubię w nim wszystko: cudne różowe opakowanie, świetny lekko słodkawy zapach, to że nie obciąża włosów, nie robi z nich hełmu, daje się łatwo wyczesać, ale najważniejsze to, że utrwala fryzurę bez wysuszania włosów.
7. Szampon do włosów z olejkiem arganowym, Arhan Smooth, Creightons- mam go z Shiny Box'a "Pretty.Happy.You.". Ślicznie pachnie, fajnie się pieni, jest delikatny dla skóry głowy, ale bardzo dobrze oczyszcza włosy, pozostawiając je nawilżone, miękkie i gładkie w dotyku. W planach mam kupno jeszcze innych produktów do pielęgnacji włosów Creightons, bo czuję, że jest w nich potencjał. 
8. Żel pod prysznic Oliwki i Mleko ryżowe, Green Pharmacy- pojawił się już na blogu, dokładniej w tym poście. Ma pojemność aż 500 ml i kosztuje tylko około 10,00 zł. Charakteryzuje się kremową konsystencją oraz tym, że dobrze się pieni i nie wysusza skóry. 
9. Odbudowujący balsam do włosów Olejek z opuncji i mango, Biovax- jak ten balsam cudownie pachnie! Ojejku, uzależnić się idzie :D Pozbawiony jest silikonów, parabenów i parafiny. Fajnie się sprawdził na moich włosach, więc chętnie poznam pozostałe produkty z tej serii. Więcej o balsamie poczytacie w tym poście.
10. Krem do pielęgnacji biustu, Mama's- moje drugie opakowanie, tym razem przywiezione z Meet Beauty. Całkiem fajny kosmetyk do pielęgnacji biustu, chociaż chyba jednak wolę serum w różowej tubce z Eveline ;) 
11. Peeling do ciała Mango z Kenii, Organic Shop- uwielbiam ten peeling! Głównie za działanie, ale za zapach również. Tak samo mocno lubię jego wersję malinową, o której pisałam już na blogu ( klik ),  jak też miodowo-cynamonową, którą niedawno kupiłam :D 

06:52:00

Nowości kosmetyczne w lipcu

Nowości kosmetyczne w lipcu
Jak co miesiąc zapraszam na kosmetyczne nowości :) Tym razem będzie bardzo krótko! 
Dwa żele pod prysznic i peeling do ciała Organic Shop to moje zakupy kosmetyczne poczynione na początku lipca. W jednym z supermarketów w moim miasteczku postawili całą szafę z kosmetykami Organic Shop- teraz to chyba będzie mój ulubiony sklep, tym bardziej, że widzę go z okna w pracy :P
Płyn micelarny z L'Oreal kupiłam na promocji w Rossmannie, a na Allegro zamówiłam dwa opakowania mgiełki do prostowania włosów Tresemme. Poleca je sama Fashionelka ;) 
W lipcu nawiązałam współpracę z marką Revers, w ramach której otrzymałam do przetestowania bazę pod makijaż, puder, matującą pomadkę w płynie, kamuflaż oraz cienie do powiek. Jedne z nich używam jako cień do brwi :P 
Jak co miesiąc, i w lipcu wśród nowości kosmetycznych pojawił się Shiny Box, który pokazałam Wam już w tym wpisie. W pudełku było aż 8 pełnowymiarowych kosmetyków: szampon, żel aloesowy, antybakteryjny żel do rąk, baza pod makijaż, błyszczyk do ust, cień do powiek, lakier do paznokci oraz maska-peeling do stóp. Otrzymałam jeszcze dodatkowy box, w którym była micelarna oczyszczająca odżywka do włosów. 

I to wszystkie nowości, który przywitały do mnie w lipcu. A nie mówiłam, że będzie krótko ;)?

07:26:00

Shiny Box "Pool Party"

Shiny Box "Pool Party"
Powiedzcie mi, kiedy, jak i czemu tak szybko ucieka czas?  Przed chwilą był jeszcze czerwiec, a ja już trzymam w dłoniach lipcowego Shiny Box'a "Pool Party" ( a na horyzoncie wypatruję sierpniowego :P ). Tym razem w pudełku znalazło się 8 produktów i wszystkie są pełnowymiarowe. Po raz pierwszy pojawił się Shiny Mac, czyli kilkustronicowy magazyn, w którym możemy poczytać o kosmetykach z pudełka, a oprócz tego znajdziemy krótkie artykuły, np. o ćwiczeniach modelujących brzuch, uda i pośladki; o zabiegach z wykorzystaniem komórek macierzystych i osoczach bogatopłytkowych ( tj. o wampirzym liftingu ); oraz o wakacyjnym niezbędniku plażowiczki. Idea Shiny Magazynu bardzo mi się podoba, jest na pewno lepsza od dotychczasowych, zwykłych ulotek ;) 
Prezentację zawartości zaczniemy od szamponu do włosów Hair Reconstruction z linii Salon Plex Syoss. Tak się składa, że kilka tygodni temu dostałam zestaw kosmetyków do włosów z tej linii, w których był również ten szampon, więc obecnie mam dwie duże butle, które nie wiem kiedy zużyję :P Bo oddawać szamponu w inne ręce nie zamierzam, ponieważ bardzo fajnie spisuje się na moich włosach. A dodatkowo tak pięknie pachnie! 
Aloesowy żel Kueshi to zdecydowana gwiazda pudełka. Kosztuje praktycznie tyle co cały box :P W dodatku zawiera aż 99% aloesu! Jest bezzapachowy, a jego stosowanie ma przynosić skórze same korzyści, między innymi nawilżenie i regeneracje. Nigdy nie miałam takiego typowego aloesowego żelu, więc chętnie go przetestuję, tym bardziej, że kosmetyki Kueshi dobrze się u mnie sprawdzają- w ramach przypomnienia, w boxie z czerwca były dwa produkty tego hiszpańskiego producenta kosmetycznego, mianowicie pięknie pachnący migdałami balsam do rąk i ciała oraz rewitalizujący tonik. 
Obecność antybakteryjnego żelu do rąk CleanHands bardzo mnie ucieszyła, bo akurat niedawno wykończyłam jedno opakowanie podobnego żelu. Jest to produkt, który staram się mieć zawsze w torebce. Ten jest niedrogi, wydajny i ma ładny, jagodowy zapach. Peeling-maska do stóp Efektimy powędruje do mojej mamy, jako iż jest to kosmetyk w saszetce- wszystkie takie oddaje mamie ;) 
W boxie "Pool Party" znalazły się aż trzy produkty do makijażu oraz żelowy lakier do paznokci IcoNails Catrice, który jest produktem wymiennych z maskarą do rzęs. Żałuję, że trafił mi się lakier do paznokci, bo na co dzień używam hybryd. Tusz na pewno bym zużyła sama, a tak lakier będzie musiał do kogoś powędrować. Z kolorówki mamy silikonową bazę pod makijaż Smooth Your Face Joko, która ma wygładzać i odżywiać skórę oraz przedłużać trwałość makijażu, nie wysuszając skóry. Z Joko bazy nie miałam, więc sprawdzimy czy jest dobra ;) Podobno zbiera bardzo dobre recenzje. Dalej mamy błyszczyk do ust Vipera, który również jest produktem wymiennym ze szminką i różem do policzków. Mam go w kolorze "party time", który ( mimo iż zdjęcie nieco przekłamało jego kolor ) swoim odcieniem do złudzenia przypomina lakier hybrydowy Semilac o nazwie Indian Rose :D Ma fajne, magnetyczne opakowanko, ale macanie w nim palcem średnio mi się widzi... Ostatni kosmetyk z kolorówki to satynowy cień do powiek Virtual. Z mixu kolorów trafił do mnie nr 006, Perfetto. Kolor jest przepiękny! To bardzo delikatny róż z subtelnymi drobinkami odbijającymi światło. Ślicznie wygląda na skórze, jest jednak słabo napigmentowany i żeby był widoczny, trzeba go sporo zaaplikować na powiekę. Kolor jest na tyle uniwersalny, że myślę, iż mógłby też służyć jako rozświetlacz u osób, którym pasują chłodne odcienie ;) 
W dodatkowym, ambasadorskim pudełku otrzymałam Micelarną oczyszczającą odżywkę do mycia włosów Repair Resuce Schwarzkopf. W poprzednim miesiącu w Shiny Boxie można było znaleźć jej miniaturkę. Nie zdążyłam jej jeszcze użyć, więc dalej jestem jej bardzo ciekawa, bo takiego kosmetyku pielęgnacyjnego do włosów jeszcze nie miałam. Obiecuję sumiennie ją przetestować i zrecenzować :D

06:48:00

Recenzja: Krem do twarzy rozjaśniający przebarwienia Thiospot Intensive, Synchroline

Recenzja: Krem do twarzy rozjaśniający przebarwienia Thiospot Intensive, Synchroline
Obietnice producenta:
Połączone działanie składników aktywnych pozwala zmniejszyć intensywność przebarwień już istniejących. Preparat wpływa na procesy odnowy komórkowej, przeciwdziała biosyntezie melaniny w naskórku, zapobiega tworzeniu się nowych przebarwień oraz nasileniu ich intensywności pod wpływem promieniowania UV. Stosowanie preparatu redukuje przebarwienia, wyrównuje koloryt skóry twarzy i ciała, delikatnie złuszcza oraz intensywnie nawilża.

30 ml/ cena od 60,00 zł w zależności od apteki
Moim zdaniem:
Moja skóra twarzy ma tendencję do przebarwień. Po większości niedoskonałości, nawet niewielkich i takich których nie wyciskam, bo to ważne dla recenzji, na długie tygodnie na mojej cerze pozostają ciemniejsze plamki. Chcąc się ich pozbyć, chętnie stosuję wszelkie preparaty niwelujące przebarwienia. W obecnej chwili jest to krem rozjaśniający do twarzy Thiospot Intensive od Synchroline
Krem znajduje się w niewielkiej tubce o bardzo skromnej, ubogiej wręcz szacie graficznej, składającej się praktycznie z samych napisów. Jest ładne, estetyczne, ale nie krzyczy z półki w aptece "weź mnie!", ale przecież ważniejsze jest to, co skrywa w środku ;) A w składzie kremu mamy: acetyloglukozaminy, które ograniczają ilość i wielkość zmian pigmentacyjnych, rozjaśniają i zapobiegają tworzeniu nowych przebarwień; fenyloetyl rezorcyny hamujący enzymatyczny proces syntezy melaniny; linolan etylu o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwłojotokowym; oraz kwas ferulowy, który chroni przed negatywnym działaniem promieniowania słonecznego i niweluje wolne rodniki.
Krem ma lekką formułę, łatwo się rozprowadza, szybko wchłania i nie pozostawia żadnej warstewki na skórze. Jest śnieżnobiały, "śliski", taki trochę jak śmietanka. Pachnie jak... krem, po prostu. Częściej używam go na noc, ale nie raz zaaplikowałam go rano, przed nałożeniem makijażu, więc mogę Wam powiedzieć, że na ogół dobrze dogaduje się z kosmetykami kolorowymi. Podkłady się na nim nie ważą, nie rolują, zachowują swoją trwałość i właściwości. Myślę, że dzieje się tak dlatego, że nakładam go naprawdę cienką warstewką i pozwalam się mu całkowicie wchłonąć, a makijaż zaczynam wykonywać po kilku minutach. Zauważyłam jednak, że dwa podkłady Bielendy, które mam, po jakimś czasie zaczynają na tym kremie jakby szarzeć. Na pierwsze, widoczne efekty musiałam poczekać miesiąc. Po upływie tych kilku tygodni przebarwienia i drobne plamki zaczęły się delikatnie rozjaśniać ( na większe efekty trzeba pewnie będzie poczekać do końca tubki ), Thiospot Intensive wyrównał także subtelnie koloryt skóry. Krem nie zapchał mojej cery, nie wywołał reakcji alergicznej ani nie wysuszył skóry. Nie doświadczyłam też ściągnięcia i łuszczenia się skóry, które krem może spowodować, ale to chyba dlatego, że pamiętałam o odpowiednim jej nawilżaniu. 
W serii Thiospot Intensive znajdziecie dodatkowo roller do punktowego stosowania na intensywne przebarwienia skórne twarzy i ciała. Jest to tylko jedna z kilku linii kosmetycznych, które Synchroline ma w swojej ofercie. Inną, mianowicie Aknicare, mogłyście poznać przy okazji recenzji jednofazowego roztworu do oczyszczania skóry trądzikowej ( klik ).

06:32:00

Koloryzująca pomada do brwi od Wibo

Koloryzująca pomada do brwi od Wibo
Makijażem brwi, i w ogóle tym, aby wyglądały jeszcze ładniej niż dotychczas :D, zainteresowałam się stosunkowo niedawno, mniej więcej rok temu. Zaczęłam dość nieśmiało od kredki Smart Girls Get More. Potem pojawiły się pierwsze modelujące żele z Wibo oraz z Bellzestawy palet Wibo i Miss Sporty ( o nich też napiszę ), ale ostatnio zdecydowany prym w mojej codziennej stylizacji brwi wiedzie koloryzująca pomada Eyebrow Pomade od Wibo. 
Pomada do brwi jest produktem 2 w 1, czyli jest zarówno cieniem, jak i woskiem, dzięki czemu umożliwia wykonturowanie i jednoczesne wypełnienie brwi. Dostępna jest w każdym Rossmannie z szafą Wibo oraz w niektórych drogeriach internetowych. Słoiczek o wadze 3,5 grama kosztuje około 24,00 zł. Produkt dostępny jest w trzech odcieniach: soft brown, dark brown oraz black. Ja mam środkowy odcień, ale w przyszłości pokuszę się jeszcze o ten jaśniejszy brąz. W moim odczuciu odcień dark brown jest ociupinkę zbyt ciemny dla mojej karnacji i typu urody, ale mojemu mężowi się podoba i twierdzi, że mam pomady używać- no to używam, co się będę z mężem sprzeczać :P Wśród tych trzech odcieni nie za bardzo widzę koloru odpowiedniego dla blondynek, dlatego mam nadzieję, że marka wprowadzi więcej kolorów, by i jasnowłose mogły poznać tę pomadę, bo naprawdę jest to kosmetyk wart uwagi. 
Pomadę otrzymujemy w kartoniku przypominającym trochę pudełko zapałek. W środku skrywa się solidny, elegancki, szklany słoiczek zamykany na czarną nakrętkę. W opakowaniu znajdziemy dodatkowo dwustronny gadżet do nakładania produktu, z jednej strony jest to szczoteczka do uczesania brwi, z drugiej skośny pędzelek do aplikowania pomady. Aplikator ma krótką rączkę, przez co jest mało wygodny z używaniu, dlatego też wyrzuciłam go do kosza, a w Rossmannie kupiłam oddzielnie szczoteczkę i pędzelek z dłuższymi, praktyczniejszymi rączkami. Oba aplikatory były w obniżonych cenach i za każdy zapłaciłam po około 5,00 zł. 
Jako osoba nie używająca wcześniej tego typu produktów do stylizacji brwi, musiałam się nauczyć współpracy z tą pomadą. Ma ona żelowo- kremową konsystencję, jest bardzo mocno napigmentowana i wystarczy tylko delikatnie "smyrgnąć" ją pędzelkiem, by nabrać ilość odpowiednią do wypełnienia brwi bez przesadzonego, teatralnego efektu. Jest to produkt, którego im mniej, tym lepiej, dlatego przed bezpośrednim nałożeniem pomady na brwi wycieram jej nadmiar o wierzch dłoni- lepiej dołożyć niż później kombinować ze ścieraniem jej z brwi. Pomada dość szybko zasycha, koloryzując i dyscyplinując brwi. Łatwo się rozsmarowuje i daje się ładnie cieniować. Jest bardzo trwała, nie zmyje jej pierwszy lepszy deszcz, schodzi dopiero pod wpływem kosmetyku do demakijażu, np. płynu micelarnego. 
Zanim sama napisałam recenzję pomady do brwi Wibo poczytałam o niej opinie na różnych stronach i blogach. U dziewczyn, które siedzą głębiej w sprawach makijażowych niż ja dowiedziałam się, że jakościowo nie odpada od pomad z Inglota, Freedom czy też Anastasia Beverly Hills. Dla niektórych z Was może to być cenna informacja, ja porównania nie mam, więc wierzę na słowo ;) Sama jestem bardzo zadowolona z pomady Wibo, która na stałe wpisała się w mój makijaż. Jest to dla mnie sporym zaskoczeniem, bo jeszcze parę lat temu nigdy bym nie pomyślała, że mój makijaż wskoczy na taki "level" :P

06:38:00

Baza hybrydowa z proteinami, Protein Base Removable Indigo

Baza hybrydowa z proteinami, Protein Base Removable Indigo
Tym razem zapraszam Was na recenzję produktu, który otrzymał nagrodę Beauty Award w kategorii "Preparat do stylizacji paznokci"! Który jest przełomowym odkryciem w walce ze słabymi i zniszczonymi paznokciami! Który pomoże spełnić marzenia tysiąca kobiet o pięknych i zdrowych paznokciach! Wiecie już o jaki produkt chodzi? Odpowiedź może być tylko jedna- hybrydowa baza z proteinami od Indigo!
Protein Base Removable dostępna jest w dwóch pojemnościach: 5 ml oraz 10 ml. Na stronie Indigo większe opakowanie można kupić za 55,00 zł, a mniejsze za 29,00 zł. Ja obecnie mam mniejszą buteleczkę, którą kupiłam w niewielkiej drogerii za 35,00 zł, więc troszkę przepłaciłam, ale na przyszłość będę już mądrzejsza ;) I tak zamierzam kupować tylko większe, bo bardziej się opłacają. No i tym samym zdradziłam już, że recenzja będzie pozytywna, bo z bazy jestem mega zadowolona! 
Protein Base Removable jest nie tylko świetną bazą pod lakier hybrydowy, która niesamowicie wzmacnia i utwardza paznokcie, ale pozwala także na przedłużenie płytki paznokcia o kilka milimetrów oraz zbudowanie krzywej C. Przedłużanie paznokci to jeszcze dla mnie zbyt wysokie progi ;) A krzywej C, czyli łuku na paznokciu zaczynającego się przy skórce, a kończącego na wolnym brzegu paznokcia, nie muszę budować, bo nieskromnie przyznam, że mam ładny :D Wracając jeszcze to właściwości bazy, to jest ona gęsta, dobrze rozprowadza się po płytce, nie zalewając skórek. Wyposażona jest w niedługi, ale gęsty i wygodny w użyciu pędzelek. Troszkę opornie rozpuszcza się w acetonie, ale jest tak genialna, że wybaczam jej tą małą niedogodność.
Mój pierwszy raz z bazą nie wypadł tak dobrze jak przypuszczałam, że będzie po licznych, bardzo pozytywnych opiniach na jej temat, które zdążyłam przeczytać. Mimo iż nie zalałam skórek ( jupi!! ) pod manicure bardzo szybko dostało się powietrze, co poskutkowało tym, że cały zaczął odchodzić od płytki. Wina jednak leżała po mojej stronie, a nie produktu, bo znajoma manikiurzysta powiedziała mi, że stało się tak, bo albo nałożyłam zbyt cienką warstwę bazy albo zbyt krótką ją utwardzałam w lampie. Obie rady wzięłam sobie do serca i przy następnej próbie zaaplikowałam minimalnie grubszą warstwę i dłużej utwardzałam w lampie. Pomogło i baza pokazała, że ten cały szum wokół niej, nagrody i pochwały są jak najbardziej zasłużone. Efekty jej stosowania widocznie są gołym okiem już po pierwszym razie. Baza naprawdę wzmacnia i regeneruje płytkę paznokcia. Usztywnia miękkie paznokcie, sprawiając, że są twarde i wytrzymałe na urazy mechaniczne. Dodatkowo zaobserwowałam, że moje paznokcie rosną jak szalone, przestały się w ogóle łamać, a z płytki poznikały białe chmurki/plamki, co dla mnie oznacza, że paznokcie są także porządnie odżywione. 
Buteleczka z bazą zawsze za mocno mi się zakręca, stąd też ślady moich zębów na nakrętce :P Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć wszystkie produkty do stylizacji paznokci Indigo, które posiadam. Jak już wspomniałam, bazę kupiłam w małej drogerii, a lakiery przywiozłam z Meet Beauty w Nadarzynie- Miss Universe pokazywałam Wam już na Instagramie. Lakiery są bardzo dobre, ale też nie wyróżniają się jakoś szczególnie na tle hybryd innych marek. Za to baza jest rewelacyjna i jak pokończę inne bazy, to będę już używać tylko tej.

06:47:00

Recenzja: Konturówka do oczu i matowy cień do powiek, Diadem Cosmetics

Recenzja: Konturówka do oczu i matowy cień do powiek, Diadem Cosmetics
Obietnice producenta:
Matowy cień do powiek charakteryzuje się matową konsystencją i wysoko zmikonizowaną miką zapewniającą gładkość i znakomite przyleganie do skóry. Nowoczesna technologia zapobiega ścieraniu oraz zbieraniu się cienia w załamaniach. Intensywne napigmentowanie sprawia, że kolor idealnie odwzorowuje się na powiece. Cień nie osypuje się. 
Konturówka do oczu służy do wykonania precyzyjnej linii, która nadaje spojrzeniu niezwykłą głębie. Już jedno pociągnięcie pozwala osiągnąć nasyconą kolorem kreskę, która sprawi, że tęczówka oka stanie się bardziej wyrazista, a oczy zyskają zmysłowy blask. Intensywne pigmenty zawarte w rysiku dają efekt magnetycznego spojrzenia. 

Oba produkt dostępne są w internetowym sklepie Diadem od 10,00 zł do 20,00 zł. 
Moim zdaniem:
Niewiele u mnie na blogu kolorówki, dlatego Wam mam do pokazania aż dwa produkty do makijażu oczu. I wbrew pozorom nie będzie to tusz do rzęs czy kosmetyk do stylizacji brwi, których używam namiętnie. Dziś będzie o kredce do oczu i potrójnych, matowych cieniach do powiek marki Diadem Cosmetics. 
Cienie do powiek zamknięte zostały w czarnym, plastikowym, solidnie wykonanym puzdereczku z porządnym zamknięciem. Opakowanie, moim zdaniem, wygląda ładnie i nie zalatuje tandetą ;) Skrywa w sobie trzy kolory cieni: biały, szary z domieszką niebieskiego oraz odcień, który można by było nazwać grafitowym z przebijającymi się kolorami szarego i niebieskiego. Kredka do oczu wykonana została z cedrowego drewna, utrzymana jest z złoto- czarnej kolorystyce z detalami w głębokim morskim odcieniu, które nawiązują do samego koloru kredki- mam kredkę w kolorze nr 05, który producent nazwał właśnie kolorem morskim. Kredka jest cienka, swoim rozmiarem pasuje do standardowych temperówek. 
Przyznam, że częściej i chętniej sięgałam po cienie do powiek. Podoba mi się ich nasycona pigmentacja, matowy efekt, a także łatwość w aplikacji i ich trwałość. Łatwo się nie ścierają, nie zbierają w załamaniach powieki ani się nie ważą. Białego cienia używam najwięcej, głównie do rozświetlenia, nakładając jego niewielką ilość w wewnętrznych kącikach oczu oraz pod łukiem brwiowym. Drugim, najchętniej używanym przeze mnie kolorem jest ten a'la grafit, który nakładam bardzo cieniutkim pędzelkiem tusz przy linii rzęs, a następnie go rozcierając, tworząc efekt smokey eyes. W swoim makijażu oku bardzo mało używam ostatniego z koloru. Jest ładny, ale jakoś mi nie pasuje do mojego typu urody i oprawy oczu. Kredki do oczu też używam rzadko, ale to dlatego, że w swoim makijażu akceptuje tylko czarne, brązowe lub cieliste kredki. U innych kolorowe kreski bardzo mi się podobają, u mnie samej jednak już nie. Zdarza mi się jednak zaszaleć ;) i użyć jej w codziennym makijażu. Kredka jest odpowiednio miękka, dobrze się nią maluje, a w razie jakiś niedociągnięć daje się łatwo zmyć i poprawić. 
Myślę, że oba kosmetyki są warte uwagi, w szczególności cienie do powiek. Oba produkty są dobrej jakości, trwałe i dobrze napigmentowane, a dodatkowo ich cena jest przyjazna dla naszych portfeli ;)

06:40:00

"Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauna Niequist- recenzja książki

"Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauna Niequist- recenzja książki
Mimo iż naprawdę dużo czytam ( w porównaniu do statystycznego Polaka ;), a książki uwielbiam tak samo jak kosmetyki, to jednak mało ich recenzuje na blogu. Ostatni raz napisałam o książce rok? Dwa lata temu? Było to tak dawno, że już sama nie pamiętam kiedy. Pora nadrobić braki i w związku z tym zapraszam Was na recenzję książki "Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauny Niequist ( premiera na polskim rynku wydawniczym miała miejsce 5 lipca br. ), amerykańskiej pisarki, autorki czterech książek. "Piękne życie" to jej najnowsza propozycja i jednocześnie pierwsza książka spod jej pióra, którą miałam okazję przeczytać i która już została uznana za bestseller New York Timesa, Publishers Weekly i Amazona.
"Piękne życie", jak może sugerować podtytuł "Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój", nie jest poradnikiem. Jest to bardziej pamiętnik autorki, w którym spisała swoje wspomnienia i dygresje, opowiedziała o przemęczeniu, o ciągłym braku czasu i zapracowaniu, ale przede wszystkim o tym, jaka zmiana w niej zaszła, jak nauczyła się się asertywności, jak znalazła równowagę w życiu i zaczęła cieszyć się z małych, codziennych rzeczy. Zagłębiając się w książkę coraz bardziej, w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że w pewnym stopniu pozycja ta przypomina serię książek Reginy Brett ( "Bóg nigdy nie mruga", "Jesteś cudem" i "Bóg zawsze znajdzie Ci pracę" ). Jak one, tak i "Piękne życie" przedstawia prawdziwe historie, które skrywają w sobie głębokie przesłania i mądrości, które są urzekające i krzepiące, z których czytelnik wyciągnie naukę dla samego siebie. Autorka wiele w życiu przeszła ( między innymi utrata dziecka ), jak każdy z nas napotykała różne przeszkody i trudności, z którymi nauczyła się radzić. Swoje zmagania opisała w książce. Jej narracja jest szczera, mądra, zmuszająca do refleksji. Jej opowieści powodują, że człowiek chce się zatrzymać, głęboko odetchnąć, odpocząć i zastanowić się nad własnym życiem. Ze strony na stronę, czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie jest cyborgiem, że nie musi wszystkiego robić sam, nie musi gonić za nie wiadomo czym, nie musi być  doskonały i perfekcyjny, bo przecież nikt taki nie jest. Nie ma ludzi idealnych, stwarzają tylko takie pozory. Z każdą kolejną stroną zaczyna się też wierzyć, że tak jak autorka, jest się w stanie zmienić swoje życie, że nigdy nie jest na to za późno. 
Książkę Shauny Niequist przeczytałam jednym tchem, tak mi się spodobała. Moim jedynym zarzutem jest zbyt duże obnoszenie się wiarą i pokładanie w niej wszystkich aspektów życia, bo choć szanuję jej poglądy, to uważam, że nie wszystkim czytelnikom mogą przypaść do gustu.
Książka podzielona jest na sześć części ( Przemiana, Tunele, Spuścizna, Chodzenie po wodzie, Życie w porę, Rzucanie cukierków ), a te na kilka mniejszych rozdziałów. Całość liczy 230 stron, które pochłania się jedną za drugą. Uważam, że nie jest to tylko zasługa lekkiego, przyjemnego stylu pisania autorki i ciekawych historii, które ma do opowiedzenia czytelnikowi, ale też odpowiedniej wielkości czcionki, dzięki której oczy się nie męczą. Bo samo wydanie książki również zasługuje na uwagę. Spójrzcie tylko, jaka cudna jest okładka! Subtelna, urzekająca, kojąca, mająca w sobie też coś pozytywnego i radosnego. Doskonale odzwierciedla to, co pod sobą kryje. 
"Piękne życie" Shauny Niequist na polski rynek wprowadziło Wydawnictwo Znak, a kupić ją możecie zarówno księgarniach stacjonarnych i internetowych, np. w Empiku. Cena okładkowa wynosi 36,90 zł, ale w Empiku dostaniecie ją taniej, o pi razy drzwi, 10,00 zł ;) 

07:04:00

Hibiskusowy tonik do twarzy, Sylveco

Hibiskusowy tonik do twarzy, Sylveco
Być może pamiętacie, że w marcu byłam na Łódzkich Targach Pure Beauty ( wspominałam o tym w poście z nowościami marca ) i że przywiozłam z nich kilka kosmetyków, w tym dobrze znany w blogosferze hibiskusowy tonik do twarzy Sylveco. W internetowym sklepie marki kosztuje 17,65 zł za 150 ml, mnie udało się go kupić na targach za 15,00 zł. 
Producent o swoich produkcie pisze, że jest to "hypoalergiczny, delikatny tonik do twarzy, z ekstraktami hibiskusa i aloesu o działaniu ochronnym, rewitalizującym i wzmacniającym, przeznaczony do każdego rodzaju cery. Dzięki dużej zawartości składników nawilżających, skutecznie zabezpiecza skórę przed utratą wilgoci, zapewniając jej odpowiedni poziom nawodnienia. Tonik o lekkiej żelowej formule odświeża i zmiękcza, łagodzi podrażnienia"
W niezbyt długim składzie toniku znajdziemy: wodę, ekstrakt z hibiskusa, glicerynę, ksylitol, panthenol, ekstrakt z aloesu, glukozyd kokosowy, alkohol benzylowy, gumę ksantanową, kwas fitowy i kwas dehydrooctowy. Woda stanowi bazę kosmetyku, ekstrakt z hibiskusa działa łagodząco i zmiękczająco na skórę, gliceryna jest składnikiem o właściwościach nawilżających, ksylitol hamuje rozwój obcych szkodliwych mikoorganizmów, panthenol przyspiesza procesy regeneracji naskórka, ekstrakt z aloesu wykazuje działanie przeciwbakteryjne, glukozyd kokosowy jest delikatnym i łagodnym dla skóry oraz biodegradowalnym detergentem, alkohol benzylowy pełni rolę konserwantu, guma ksantanowa  zwiększa lepkość produktu, kwas fitowy jest składnikiem rozjaśniającym, a kwas dehydrooctowy jest konserwantem dopuszczonym do stosowania w kosmetykach naturalnych.
Tonik otrzymujemy w niewielkiej, obłej buteleczce wykonanej z ciemnobrązowego tworzywa z zamknięciem na zatrzask. Szata graficzna jest charakterystyczna dla Sylveco, na etykiecie otulającej buteleczce znajdziemy między innymi opis kosmetyku oraz informację, że należy go zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Ja używam toniku dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Przy takiej częstotliwości wystarczył mi na ponad miesiąc. Swoją lekko żelową konsystencją i wyglądem przypomina mi rozrzedzony kisiel o truskawkowym smaku :D Dobrze rozprowadza się po skórze, lekko po niej sunąc i nie pozostawiając lepkiej warstwy. Ma łagodny zapach, który raczej nie ma nic wspólnego z hibiskusem. Nie jest nachalny, więc myślę, że większości osobom może się spodobać. 
Tonik przede wszystkim nie podrażnia ani nie uczula. Jest naprawdę delikatny dla skóry, myślę, że sprawdzi się także u osób z wrażliwszą cerą niż moja. Po jego użyciu skóra jest wygładzona, miękka w dotyku oraz nawilżona- nie jest to jednak spektakularne nawilżenie, ale zawsze lepsze takie niż żadne. Mojej cerze na jakiś czas wystarcza, ale ja też sięgam po inne nawilżające kosmetyki. Tonik przywraca skórze jej naturalne ph i bardzo dobrze przygotowuje ją na dalsze etapy pielęgnacji. Ponadto świetnie łagodzi i koi podrażnienia, przynosząc skórze naprawdę dużą ulgę. Odkąd go stosuje zauważyłam, że moja skóra jest "uspokojona" i bardziej promienna. Gdy wracam z pracy i od razu zmywam makijaż, a nie dopiero pod wieczór, to lubię na koniec przetrzeć twarz tym właśnie tonikiem, bo przyjemnie odświeża. Tonik dobrze współpracuje z różnymi kremami i serami, co sprawdziłam dość dokładnie, stosując w między czasie różne kremy, o różnorodnych działaniach.
Podsumowując, szybko zostałam kolejną fanką hibiskusowego toniku Sylveco. Nie widzę w nim żadnych wad: jest polskim produktem, ma krótki i prosty skład, jest wydajny, jego cena jest adekwatna do jakości, ale co najważniejsze ma bardzo dobry wpływ na moją skórę. Na pewno jeszcze go kupię! Tylko najpierw zużyję te trzy czy cztery toniki, które mam w zapasie :P

07:04:00

Recenzja: Oczyszczające serum do skóry głowy Bionigree

Recenzja: Oczyszczające serum do skóry głowy Bionigree
Obietnice producenta:
Serum oczyszczające do skóry głowy to naturalny kosmetyk trychologiczny o polskim pochodzeniu, o działaniu złuszczającym, przeciwłupieżowym, antybakteryjnym i przeciwwirusowym. Przeznaczone jest do wszystkich rodzajów skóry. Po wykonaniu peelingu skóra intensywnie wchłania substancje odżywcze, włosy unoszą się u nasady, zwiększając swoją objętość i dając niepowtarzalne uczucie odświeżenia. 

100 ml kosztuje 96,00 zł w sklepie internetowym Bionigree
Moim zdaniem:
Złuszczanie martwego naskórka to stały element mojej pielęgnacji, zarówno twarzy, jak i całego ciała. Ale peeling skóry głowy? Uważałam, że nie jest mi potrzebny, bo przecież większych problemów ze skórą głowy nie mam. O tym, w jakim byłam błędzie dowiedziałam się dopiero po kilku tygodniach testowania oczyszczającego serum do skóry głowy Bionigree. 
Trychologicznego produktu, jakim jest serum, staram się używać co drugie mycie. Według producenta powinnam aplikować 1-2 pipety na skórę głowy i zostawić na przynajmniej 30 minut. Stosuję się tylko w połowie do jego zaleceń- zgodnie z sugestią nakładam serum na minimum pół godziny, często zostawiając je nieco dłużej, ale używam go w nieco większej ilości, przeważnie jest to 4-5 pipet ;) Aplikuje je najpierw na dłoń, a potem wcieram w skórę głowy. Po upływie określonego czasu myję włosy tak jak zawsze. 
Serum jest płynne, więc pipeta bardzo ułatwia dawkowanie produktu. Otrzymujemy je w szklanej buteleczce o pojemności 100 ml z ładną etykietką, utrzymaną w naturalnej stylistyce. Etykietka nie tylko zdobi buteleczkę, ale też jest źródłem najważniejszych informacji, takich jak: właściwości, sposób użycia, termin ważności- serum należy zużyć w ciągu 4 miesięcy od otwarcia. Może to być nieco trudne, ponieważ jest naprawdę wydajnym produktem. Kosmetyk ma wyraźny, intensywny, ziołowy zapach, który początkowo jest mocno wyczuwalny, ale po nałożeniu na skórę głowy łagodnieje, odchodząc w zapomnienie. Zapach jest specyficzny, ale nie męczy ani nie przyprawia o ból głowy.
Ze względu na swoją lekką konsystencję, serum fajnie rozprowadza się po skórze głowy, szybko się wchłania, nie obciążając skóry. Kilka chwil po aplikacji zaczynam czuć, jak serum wnika w głąb skóry, dając efekt orzeźwiającego ochłodzenia, które utrzymuje się paręnaście minut, a potem stopniowo łagodnieje. Zawsze wzbraniałam się przed nakładaniem kosmetyków bezpośrednio na skórę głowy z obawy, że przeciążą moje włosy, ale to serum działa kompletnie odwrotnie! Tak jak obiecał producent włosy są odbite od nasady, nabrały objętości i wizualnie wyglądają na gęstsze. Dodatkowo są sypkie, nie elektryzują się ani nie puszą. Mają ładny połysk, są miękkie, zyskują na sprężystości. Skóra głowy jest oczyszczona, odzyskuje dawną świeżość, a to znów sprawia, że włosy wolniej się przetłuszczają, dłużej są świeże, zwłaszcza u ich nasady, i już nie muszę ich myć co drugi dzień, bo dobrze wyglądają też trzeciego dnia. 
Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że serum jest kosmetykiem o naturalnym składzie, który nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego i nie był testowany na zwierzętach. Jest to trychologiczny produkt, który nie zawiera silikonów, parabenów, peg, sles, sls i sztucznych barwników. Zamiast nich mamy kluczowe składniki, takie jak masło kastylijskie, które jest łagodne dla skóry głowy, a działa oczyszczająco i regenerująco; kwasy AHA stymulujące cebulkę włosa i zamykające łuski włosów, dzięki czemu nie tracą na wilgotności i łatwiej się rozczesują; a także estry oleju z czarnej porzeczki, wiesiołka, lnu oraz ogórecznika, które przede wszystkim wykazują właściwości nawilżające. 
W czasie testowania serum Bionigree tylko raz odczułam mrowienie i delikatne pieczenie skóry głowy, przy pierwszym jego użyciu. To chyba oznacza, że mojej skórze głowy jednak potrzebny był peeling oraz że została porządnie oczyszczona i odświeżona ;) 

07:07:00

Znalezione w Shiny Box'ie: Modelujący żel do brwi, Bell

Znalezione w Shiny Box'ie: Modelujący żel do brwi, Bell
Dzisiaj zapraszam Was na kolejny wpis z serii "Znalezione w Shiny Box'ie". W ramach tych postów napisałam już recenzję kosmetyku pielęgnacyjnego, mianowicie regeneracyjnego kremu pod oczy L'orient ( klik ) z pudełka ""PartyTime"", błyszczyka Provoke ( klik ) z pudełka "Spełnij marzenia", a teraz przyjrzymy się z bliska produktowi do makijażu marki Bell, czyli modelującemu żelowi do brwi.
Modelujący żel do brwi Bell dostępny jest w trzech odcieniach: 01 jasny brąz, 02 ciemny brąz i 03 grafitowy. Do mnie trafił nr 02, który okazał się idealnie dopasowanym kolorem do moich brwi, tylko lekko ciemniejszym, podbijającym barwę moich naturalnych włosków. Maskarę otrzymujemy w niewielkim opakowaniu, charakterystycznym dla tuszy do rzęs. Utrzymane jest w czarno- srebrnej kolorystyce i zostało wykonane bardzo solidnie- kilka razy już mi upadło, a mimo to nie popękało, nic się też nie odkruszyło. Skrywa w sobie malutką szczoteczkę, którą możecie zobaczyć na zdjęciu niżej. Jej włosie układa się spiralnie, zwężając się ku końcowi. Szczoteczka ma jeden, spory mankament, albowiem zbiera za dużo produktu. Jego nadmiar trzeba wytrzeć o rant opakowania i dopiero nakładać kosmetyk na brwi, w przeciwnym razie maskara nie rozczesze brwi, tylko je sklei, a dodatkowo sprawi, że będą mokre, śliskie i "ciężkie", co- wierzcie mi na słowo- nie wygląda ładnie i jest to efekt, którego należy kategorycznie unikać. 
Kosmetyk do brwi Bell ma rzadką konsystencję, lekko żelową i mokrą. Jak napisałam już wcześniej, koniecznie trzeba wytrzeć jej nadmiar przed aplikacją na brwi. A skoro już przy tej czynności jesteśmy, to wiedzcie, że nakładanie żelu na brwi jest naprawdę proste. Malutka, króciutka szczoteczka pozwala wygodnie i dokładnie pomalować brwi, uwydatniając ich kształt i podkreślając ich kolor, a także wypełniając je. Żel, początkowo bardzo mokry, w miarę szybko zasycha, trzymając moje niesforne brwi w ryzach. Jest bardzo trwały, utrzymuje się cały dzień nie tracąc na swojej intensywności koloru ani nie rozmazując się. Po nałożeniu żelu na brwi są one lekko ciemniejsze, ładnie podkreślone i ujarzmione, ale efekt końcowy jest matowy i wygląda naturalnie. Wspomniałam już, że maskara jest bardzo trwała, ale wieczorem nie stawia najmniejszych oporów kosmetykom do demakijażu i oczyszczania. Jest to też bardzo wydajny kosmetyk, który wystarczy na wiele miesięcy.
Z kosmetykiem do modelowania brwi Bell bardzo się polubiłam. Swojego czasu był on dostępny w Biedronkach. Nie wiem czy jeszcze gdzieś go znajdziecie, np. w drogeriach internetowych, ale mam nadzieję, że tak! Jeśli Wam się uda, to bierzcie go śmiało, bo jest to bardzo dobry, a przy tym niedrogi ( niecałe 10,00 zł ) produkt naszej rodzinnej marki ( a przecież wspieramy to, co polskie :), który pozwoli Wam podkreślić brwi tak, aby wyglądały i naturalnie i ładnie. 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger