Lotus Mild Cleansing Foam skin79, czyli łagodna pianka oczyszczająca

czwartek, 27 kwietnia 2017 12 komentarzy
Boom na azjatycką pielęgnację nie przemija- ten szał dopadł i mnie :D Swoją przygodę z azjatyckimi kosmetykami zaczęłam niedawno, ale właściwie to już przepadłam, bo naprawdę służą one mojej cerze. W przygotowaniu mam recenzję różanej maski wygładzającej z kwasami AHA, ale najpierw zapraszam Was na wpis o łagodnej piance oczyszczającej Lotus Mild Cleansing Foam. 
Pianka zamknięta jest w elastycznej tubce, o bardzo ładnej, minimalistycznej szacie graficznej. Tworzywo, z którego tubka została wykonana jest dobrej jakości, bo nic się z niej nie ściera, nie odkształca się i pozwala na bezproblemowe wydobycie kosmetyku do samego końca. Tubka jest stabilna, można postawić ją "do góry nogami", a zamykana jest na klik. Zamykanie dobrze się trzyma, ale jednocześnie też łatwo się otwiera.
Pianka ma bardzo subtelny zapach i postać białego, perłowego, gęstego kremu. Producent zaleca, aby niewielką ilość kosmetyku rozetrzeć najpierw w dłoniach, wytwarzając pianę, a następnie okrężnymi ruchami masować twarz, po czym spłukać letnią wodą. Zaleceń producenta trzymam się jak nigdy, używając pianki do wieczornej pielęgnacji twarzy w ilości jeszcze mniejszej niż na zdjęciu poniżej. Taka ilość w zupełności wystarczy na dogłębne oczyszczenie skóry twarzy i szyi. Pianka jest naprawdę mocno wydajna i wystarczy na bardzo, bardzo wiele miesięcy.  
Pianka Lotus Mild Cleansing Foam spełnia każde z zapewnień producenta. Z łatwością usuwa resztki makijażu i zanieczyszczenia nagromadzone w ciągu dnia, pozostawiając skórę świeżą i aż skrzypiącą od czystości :) Skóra może na nowo oddychać. Jest matowa, a jednocześnie pianka zapewnia jej odpowiedni poziom nawilżenia, nie ma więc mowy o uczuciu ściągnięcia. Pianka dobrze przygotowuje skórę na dalszą pielęgnację. I naprawdę mocno i głęboko oczyszcza- obecnie wszystkie ukryte niedoskonałości wychodzą na wierzch, ale jak już się schowają, to na ich miejscu nie pojawiają się kolejne. Pianka jest bardzo delikatna, nie zrobi krzywdy nawet bardzo wrażliwej cerze, nie podrażnia i nie uczula. Oprócz tego zawiera składniki przeciwzmarszczkowe i ma delikatne właściwości rozjaśniające.
Swoją piankę kupiłam na stronie polskiego dystrybutora  Skin79 w promocyjnej cenie, bodajże 39,00 zł za 200 ml, bez promocji kosztowała około 60,00 zł. Tej wersji pianki już nie znajdziecie, albowiem została wycofana z produkcji, ale na stronie Skin79 dostępne są nadal dwie inne jej wersje: Snail i Aloe. Myślę, że będą tak samo fajne jak Lotus :) Spieszcie się jednak, bo ich lada dzień też może zabraknąć! Dostępne będą za to inne pianki, jak na przykład: French Clay Foam Cleanser z węglem, naturalna Swanicoco Fermentation CERA Deep Cleansing Foam czy Phyto-hyaluron Foam Cleanser z hialuronem. Ja na pewno skuszę się na tą z węglem, bo nasze europejskie kosmetyki do oczyszczania twarzy mogą się schować przy azjatyckich! 
Dzięki piance i jeszcze kilku innym kosmetykom, o których również napiszę w swoim czasie, przekonałam się, że azjatycka pielęgnacja służy mojej cerze i bardzo chcę poznać inne produkty, które widziałam na stronie Skin79. Tak na zakończenie dodam, że polecam robić zakupy właśnie na stronie tego dystrybutora, ponieważ macie pewność, że kupujecie oryginalne kosmetyki, a poza tym często są bardzo fajne promocje, od 99,00 zł wysyłka jest darmowa, zamówienie dostaniecie bardzo szybko, a kontakt ze sklepem jest bardzo sympatyczny :)
Czytaj więcej »

5 kosmetyków, których nie polubiłam, czyli buble kosmetyczne okiem MintElegance

wtorek, 25 kwietnia 2017 46 komentarzy
W pierwszych miesiącach roku pisałam o moich ulubionych kosmetykach w 2016 roku. Mogłyście poznać moich idoli w pielęgnacji włosów, twarzy, ciała, makijażu, napisałam też o moich niekosmetycznych faworytach. Tym razem przygotowałam odmienny wpis. Dokładniej o pięciu produktach kosmetycznych, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy srogo mnie zawiodły. 
Recenzja Fixer Mist, czyli mgiełki do utrwalania makijażu Bielenda pojawiła się u mnie na blogu w lipcu tamtego roku ( klik ). Produktu nie polubiłam z prostego powodu: nie spełnia swojego podstawowego zadania, jakim jest utrwalenie makijażu. Producent obiecuje również utrzymanie matu, ale to także można wsadzić między bajki. Cieszę się, że nie był to pierwszy utrwalacz makijażu, jaki przetestowałam, bo zraziłby mnie do wypróbowania innych,  jemu podobnych. 
Mix korektorów High Definition Camouflage Hean miał być rozwiązaniem na wiele niedoskonałości mojej cery. Biały miał rozświetlać, różowy korygować cienie pod oczami, a fioletowy zakrywać przebarwienia. Nie muszę chyba pisać, że żaden kolor nie sprostał obietnicom producenta. Biały jeszcze jako tako dawał radę, ale nawet nałożony w niewielkiej ilości nie potrafił współpracować z używanymi przeze mnie podkładami, pod którymi mocno lubił się ważyć. Pozostałe dwa odcienie korektorów są kompletnie bezużyteczne. 
O odżywce- utwardzaczu do paznokci Herome napisałam na blogu kilka miesięcy temu, dokładnie w tym wpisie. Specjalnie dla tej odżywki na trzy tygodnie zrezygnowałam z malowania paznokci lakierami hybrydowymi, ale nie było warto. To znaczy, z jednej strony przerwa nie wyszła mi na złe, bo moje paznokcie troszkę "odpoczęły" od hybryd. Jednak sam produkt Herome niczym się nie popisał. Mimo postępowania zgodnie z zaleceniami producenta, kondycja moich paznokci nie uległa poprawie. Cieszę się, że nie kupiłam tej odżywki ( jest droga, bez promocji kosztuje około 60,00 zł ), tylko otrzymałam ją w ramach współpracy, bo nie musiałam pluć sobie w brodę za pieniądze wyrzucone w błoto. 
Wiem, że lakier do ust Lip Lacquer Rock With Me Wibo zbiera sporo pozytywnych recenzji, ale zupełnie nie wiem czemu. Nie pamiętam jaki odcień kupiłam, ale pigmentacja tego błyszczyka mocno mnie rozczarowała. Nie wiem czy trafił mi się jakiś felerny egzemplarz, ale jedna warstwa ledwo, ledwo pokrywa usta kolorem, poza tym robi to bardzo nierównomiernie. Aby uzyskać satysfakcjonujący efekt trzeba się napracować, nałożyć kilka warstw i jeszcze zrobić to bardzo dokładnie, aby nie było widać nieestetycznych prześwitów. Dodatkowo, produkt jest wyjątkowo nietrwały, szybko i nierównomiernie schodzi z ust, a ponadto mocno wysusza wargi i jeszcze do tego wszystkiego podkreśla suche skórki. Podsumowując krótko, to totalny niewypał. 
Z szminką w kredce Colour Rush Rimmel też się bardzo nie polubiłam. Tak samo, jak w przypadku lakieru do ust Wibo, w kredkowej szmince przeszkadza mi brak jej trwałości i słaba pigmentacja, a także jest zbyt śliska formuła. Kolor, który mam okazał się mało trafiony do mojego typu urody. Mogłabym to jeszcze przeboleć, gdyby nie to, że oprócz wymienionych już wcześniej jego wad, jeszcze nierównomiernie schodzi i lubi wysuszać usta. Ponadto, opakowanie jest naprawdę tandetne, wykonane byle jak, pękające przy najmniejszym upadku, a napisy bardzo szybko się ścierają. 

Jak możecie się domyślić kosmetyki te, bez wyrzutów sumienia, wyrzuciłam do kosza. 
Czytaj więcej »

Znalezione w Shiny Box'ie: Regeneracyjny krem pod oczy L'Orient

sobota, 22 kwietnia 2017 51 komentarzy
Dzisiejszym wpisem chciałabym zapoczątkować nową serię na blogu zatytułowaną "Znalezione w Shiny Box'ie". Jako Ambasadroka co miesiąc dostaję pudełka wypełnione po brzegi kosmetykami. Wśród nich są takie, które bardzo polubiłam, których używam z przyjemnością i dlatego chciałabym poświęcić im osobne posty. Pierwszą taką perełką jest regeneracyjny krem pod oczy L'Orient, który znalazł się w styczniowym pudełku "Party Time". 
O regeneracyjnym kremie pod oczy producent pisze, że "zawiera unikalną kombinację minerałów z Morza Martwego, witamin, protein i naturalnych ekstraktów roślinnych wspomagająca ochronne konturów okolicy oczu. Pozwala utrzymać naturalny poziom nawilżenia i elastyczność. Stosowany regularnie spłyca zmarszczki, usuwa opuchliznę i cienie pod oczami. Pozostawia okolice oczu promienne, pełne naturalnego blasku. Idealny do codziennej pielęgnacji na noc i na dzień dla każdego rodzaju cery". 
Krem pod oczy otrzymujemy w jasnej buteleczce zakończonej pompką air less, która sprawnie działa, nie zacina się i dozuje taką ilość produktu, jaką na daną chwilę potrzebujemy. Ja używam pół pompki, taka porcja wystarcza mi na wklepanie kremu w skórę pod oczami, w zewnętrznych kącikach, a czasami nawet odrobinę zaaplikuję na powieki. Szata graficzna opakowania jest minimalistyczna, elegancka w swojej prostocie i chociaż nie wyróżnia się niczym szczególnym, to naprawdę mi się podoba. Początkowo zaskoczona byłam, że w tak dużym opakowaniu znajduje się tylko 15 ml kremu i myślałam, że to miniaturka kosmetyku. Jest to jednak pełnowymiarowy produkt, a buteleczka jest tak duża, bo prawie połowę jej wysokości zajmuje pompka wypychająca kosmetyk ku górze. 
Krem pod oczy L'Orient ma subtelny, kremowy zapach oraz konsystencję leciutką niczym śmietanka. Szybko się wchłania, nie obciążając delikatnej skóry pod oczami. Kremu używam głównie w wieczornej pielęgnacji, ale czasami zdarza mi się użyć go ponownie rano. Dobrze współgra z kosmetykami do makijażu, ani korektor ani podkład nie ważą się na nim ani się nie rolują. Po pierwszym użyciu kremu czuć duże ukojenie oraz nawilżenie skóry pod oczami. Regularne wklepywanie kremu L'Orient przyczynia się do znacznego wzmocnienia skóry, poprawy jej elastyczności i napięcia. Skóra pod oczami jest rozjaśniona oraz bardziej promienna. Dłuższe stosowanie kremu sprawia, że drobne zmarszczki są delikatnie spłycone, zmniejszają się cienie pod oczami, a o opuchliźnie zapomniałam kompletnie. Jak dla mnie, jest to najlepszy krem pod oczy, jaki miałam okazję poznać w ostatnich miesiącach. 
Dermokosmetyki marki L'Orient dostępne są głównie w Mydlarniach u Franciszka. Krem pod oczy ma pojemność 15 ml i kosztuje 64,00 zł. Może się wydawać dużo, ale oprócz samego oddziaływania na delikatną skórę pod oczami, należy wziąć pod uwagę jego naturalny skład i naprawdę świetną wydajność.
Czytaj więcej »

Recenzja: Regeneracyjne serum do twarzy, Regenerum, Aflofarm

środa, 19 kwietnia 2017 39 komentarzy
Obietnice producenta:
Regenerum regeneracyjne serum do twarzy to innowacyjny produkt spo szerokim spectrum działania, który silnie odbudowuje, nawilża i odżywia skórę, jednocześnie widocznie ją wygładzając.  Regeneracyjne serum do twarzy przeznaczone jest do każdego rodzaju cery, nawet dla cery przesuszonej i odwodnionej, wymagającej regeneracji. Może być stosowane zarówno jako kuracja, jak i do codziennej pielęgnacji zamiast kremu i/ lub jako baza pod makijaż.

50 ml/ około 30,00 zł w aptekach
Moim zdaniem:
Zastanawiałyście się kiedyś, ale tak naprawdę, czym różni się serum od kremu? Szczerze Wam powiem, że ja nigdy nie wgryzałam się w ten temat. Wystarczała mi wiedza, że mając i serum i krem, jako pierwsze aplikuje się właśnie serum. Dopiero pisząc tego posta zaczęłam bardziej się interesować różnicami pomiędzy nimi i teraz już wiem, że przyjmuje się, iż serum to kosmetyk silniej działający niż krem, posiadający w swym składzie silniejsze i bardziej skoncentrowane substancje odżywcze, ale mający lżejszą konsystencję i lepszą wchłanialność w skórę niż krem. Mimo 28 lat na karku, miałam mało styczności z serami do twarzy, ale testując nowość, jaką jest regeneracyjne serum do twarzy Regenerum od Alofarm, zgadzam się w 100% z taką definicją tego produktu.
Opakowanie serum to biała tubka o pojemności 50 ml i bardzo minimalistycznej szacie graficznej, którą tworzą napisy. Tubka zapakowana została w kartonik, na którym umieszczone zostały wszystkie niezbędne informacje. Zakończona jest pompką air- less, co bardzo mi odpowiada, bo takie rozwiązanie zapewnia nie tylko wygodne, ale przede wszystkim higieniczne dozowanie kosmetyku. Tworzywo, z którego tubka została wykonana, jest elastyczne i gdyby pompka się zacięła, łatwo by mi było wycisnąć pozostałości serum. Tubka zamykana jest na plastikową zatyczkę, na której możemy postawić kosmetyk. Poza tym opakowanie jest nieduże i bardzo lekkie, możemy je wszędzie ze sobą zabrać. 
Serum zaskoczyło mnie swoją konsystencją, ale było to zanim przeczytałam, że jest to kosmetyk charakteryzujący się lżejszą formułą niż krem. Po wyciśnięciu wydaje się, że serum jest gęste, ale wystarczy zacząć rozprowadzać je po skórze, aby przekonać się jak mylne jest pierwsze wrażenie. Konsystencja serum jest naprawdę lekka i delikatna. Kosmetyk szybko się wchłania, pozostawiając skórę w lekkim macie. Dodatkowo serum do twarzy Regenerum ma bardzo ładny zapach, który jest subtelny, ale też trochę słodki, a trochę kremowy. 
Serum do twarzy Regenerum, jak każde inne, powinno być aplikowane na twarz jako pierwsze, aby zawarte w nim aktywne składniki miały szansę wniknąć w głąb skóry i zadziałać zgodnie z przeznaczeniem. Następnie powinno się wklepać delikatnie krem pod oczy, a dopiero potem krem do twarzy, który zabezpieczy substancje czynne wewnątrz skóry, dzięki czemu serum zadziała jeszcze lepiej. Wcale sobie nie żałuję tego kosmetyku, używam go codziennie do wieczornej pielęgnacji twarzy oraz szyi i dekoltu, dlatego dość szybko zaczął mi się kończyć. Mam go od około miesiąca i zostały mi jeszcze jakieś resztki. Zaczynając testy nieco obawiałam się czy nie zapcha mojej cery, ale na szczęście tak się nie stało. Serum też nie uczuliło ani nie podrażniło skóry. Producent zapewnia, że jego kosmetyk nadaje się także jako baza pod makijaż, ja jednak przyzwyczaiłam się już do stosowania go na noc. 
W pielęgnacji twarzy używałam serum w duecie z kremem, ale na skórę szyi i dekoltu aplikowałam je już samodzielnie. Nowość Regenerum sprawia, że skóra jest odpowiednio nawilżona, uelastyczniona i przyjemna w dotyku. W połączeniu z kremami, maseczkami i innymi kosmetykami, których używam, sprawia, że skóra jest również miękka i gładka. Po kilku tygodniach dało się zauważyć, że cera nabiera zdrowszego wyglądu, a koloryt jest bardziej wyrównany.
Podsumowując, jestem zadowolona z z serum i uważam, że jest to dobry kosmetyk, którego cena jest adekwatna do działania i wydajności. Serum do twarzy nie jest moim pierwszym kosmetykiem Regenerum, ale śmiało mogę powiedzieć, że obok regeneracyjnego serum do włosów, jest na pewno jednym z ulubionych.  
Czytaj więcej »

Lakiery do paznokci z limitowanej edycji Secret Garden, Bell

poniedziałek, 17 kwietnia 2017 37 komentarzy
Secret Garden to najnowsza limitowana kolekcja kosmetyków Bell, które przez kilka najbliższych tygodni będą dostępne w sklepach Biedronkach. W tej wiosennej edycji znajdziecie kolorowe konturówki do oczu w płynie, błyszczyki do ust, serum powiększające usta, wielokolorowy puder korygująco- upiększający oraz lakiery do paznokci, które otrzymałam w Boxie Only You "Rozkwitnij wiosną" i które dzisiaj Wam pokaże.
Secret Garden to kolekcja przepięknych, wiosennych lakierów w 6 inspirujących, kwiatowych odcieniach:
06 Rose to klasyczna, głęboka czerwień,
04 Orchid jest ciemną fuksją z subtelnie mieniącymi się różowymi drobinkami,
05 Tulip to energetyzująca pomarańcza,
03 Secret Flower jest morskim odcieniem niebieskości,
02 Forget Me Not to delikatny, pastelowy niebieski z opalizującymi drobinkami,
01 Magnolia jest pięknym odcieniem nude wpadającym w róż.
Tak, wiem, wiem- numeracja nie jest do końca po kolei, ale najpierw pomalowałam wzornik, a potem spojrzałam na kolory i przypisane im numerki :P
Lakiery mają dwa typy pędzelków: grubszy, szerszy ku końcowi i równo ścięty jest w odcieniach nr 03, 02, 04, 06, w pozostałych dwóch kolorach pędzelek też jest równo ścięty, ale cieńszy i prosty- różnice między nimi możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej. Nie wiem czy taki podział pędzelków jest we wszystkich lakierach z tej edycji, ale mnie się akurat tak trafiły i pomyślałam, że warto o tym wspomnieć. Oba pędzelkami bardzo dobrze i wygodnie maluje się paznokcie, bo oba ładnie rozprowadzają lakier po płytce paznokcia. Lakiery, oprócz poręcznych pędzelków, mają też kremową konsystencję, są odpowiednio gęste i nie rozlewają się przy skórkach, dzięki czemu malowanie nimi paznokci to naprawdę czysta przyjemność.
Lakiery są bardzo dobrze napigmentowane. Nawet dwa najjaśniejsze odcienie już przy dwóch warstwach idealnie pokrywają płytkę paznokcia równomierną, półmatową a półbłyszczącą powłoką koloru bez żadnych smug. Lakiery Bell szybko wysychają, nie odpryskują na drugi dzień, ale na trzeci mogą się delikatnie ścierać na końcówkach. Przynajmniej czerwony, którym paznokcie ma pomalowane moja mama i ciemniejszy niebieski, którym pomalowałam paznokcie koleżance. Ja obecnie używam hybryd, ale lakiery Bell na pewno wykorzystam w zdobieniu paznokci metodą stemplowania- po raz pierwszy już w piątek :D
Lakiery do paznokci serii Secret Garden dostępne są w Biedronce w cenie 6,99 zł za 8 ml. Przypominam, że jest to edycja limitowana, więc jeśli któryś z kolorów Was zachwycił, to radzę pospieszyć się z zakupami :D
Czytaj więcej »

Lustereczko i czyścik, czyli moje nowe akcesoria do telefonu

piątek, 14 kwietnia 2017 35 komentarzy
Phone Mirrors Design to producent ręcznie robionych lusterek i innych akcesoriów do telefonu. Flagowym produktem marki jest Peemer, czyli stylowe, nietłukące się ( wierzę na słowo, bo nie zamierzam sprawdzać ;) lustereczko, które można przykleić do telefonu, ale też do innych mobilnych urządzeń. Firma ma w swojej ofercie kilka takich lusterek, a jedno z nich chciałabym Wam dzisiaj pokazać.
Lusterka Peemer mają różne kształty, mogą mieć kolorową ramkę i być ozdobione kryształkami Swavorskiego. Z kilku dostępnych modeli wybrałam dla siebie lustereczko Silver Kameleon Love. Ma ono kształt serduszka, otoczonego metalową ramką, w którą wtopione zostały malutkie kryształki. Całość prezentuje się kobieco, słodko i uroczo. Lustereczko ma wymiary 55mm na 55mm i mocowane jest za pomocą bardzo cieniutkiego rzepu, który nie niszczy obudowy telefonu, a po odklejeniu nie pozostawia żadnych śladów. Gadżet na telefon został do mnie bardzo ładnie zapakowany, w srebrne pudełeczko przewiązane wstążeczką, które pokazywałam już na Instagramie. Samo lusterko było owinięte w różową bibułkę, a puzdereczko wypełnione zostało styropianowymi kuleczkami, które dodatkowo amortyzowały lustereczko, aby dotarło do mnie bez najmniejszej skazy. 
Do lustereczka został dołączony niewielki czyścik do ekranu, który został wykonany z mikrofibry. W sklepie internetowym znajdziecie wiele wzorów, od słodko różowych, jak na zdjęciu wyżej, przez panterkowe czy z motywem sów, po typowo męskie, np. footballowe. Jeden taki czyścik kosztuje 7,90 zł i jest wielokrotnego użytku, a także nadaje się do prania. Peemer Cleaner może być stosowany nie tylko do czyszczenia telefonu, ale też okularów czy samego lustereczka. Ma postać cieniutkiej naklejki o wymiarach 30mm na 35 mm, a warstwa czyszcząca została wykonana z mikrofibry, dzięki czemu łatwo i szybko usuwa zabrudzenia ( odciski palców, kurz, brud ), nie rysując powierzchni. Czyścik Peemer można mieć zawsze pod ręką, przyklejając je na tył telefonu.
Wracając jeszcze do lusterka, to, które otrzymałam jest z serii Premium i kosztuje 86,00 zł. Lustereczka z Joy&Fun są wykonane z tworzywa sztucznego i sporo tańsze, albowiem kosztują 29,00 zł. Moim zdaniem Peemer to ładne i estetycznie wykonane akcesorium do telefonu. Myślę, że taki gadżet znajdzie uznanie nie tylko wśród zwolenniczek selfie. Uważam, że doceni go wiele kobiet, bo która z nas nie ma czasami potrzeby sprawdzenia czy dany odcień czerwonej pomadki pasuje do nas i warto go kupić, czy między zębami nie zostały resztki z obiadu lub czy testowany tusz do rzęs nie rozmazuje się pod okiem? Dzięki Phone Mirrors Design nie musimy rozglądać się za lusterkiem lub szukać go w czeluściach naszych torebek, w których dobrze wiemy znajduje się wszystko to, co naj(nie)potrzebniejsze:D, bo od dziś lusterko mamy zawsze pod ręką, w jednym i tym samym miejscu.
Czytaj więcej »

Recenzja: Olejek kokosowy do włosów Vatika, Dabur

wtorek, 11 kwietnia 2017 54 komentarze
Obietnice producenta:
Kokosowy olejek Vatika firmy Dabur wspaniale pielęgnuje włosy, zapobiega ich wypadaniu, stymuluje ich porost oraz sprawia, że są nawilżone, odżywione i pełne promiennego blasku, a końcówki nie rozdwajają się. Pielęgnuje włosy, zapobiega ich wypadaniu, stymuluje ich porost, nawilża, odżywia i sprawia, że końcówki nie rozdwajają się. Kosmetyk pomaga również w zwalczaniu łupieżu oraz poprawia ukrwienie skóry głowy. Relaksujący masaż z użyciem olejku pomaga pozbyć się stresu i uwalnia od napięć związanych z codziennymi problemami.

Moim zdaniem:
Pamiętacie, że uwielbiam, kocham wręcz wszystko, co kokosowe? Dlatego wybierając kosmetyki do testowania z szerokiej gamy produktów oferowanych w sklepie Magiczne Indie wiedziałam, że wśród nich musi znaleźć się coś, co będzie pachniało tym egzotycznym owocem. I tak mój wybór padł na kokosowy olejek do włosów od Vatiki :)
Obła butla utrzymana jest w miętowo- zielonej kolorystyce i ma pojemność 300 ml. Butelka jest ciężka i mało poręczna, a przez szeroki otwór często wypływa zbyt dużo produktu. Myślę, że lepszym opakowaniem dla oleju kokosowego okazałby się słoik z szerokim otworem. Butla skrywa w sobie konsystencję, która w temperaturze pokojowej ma stałą formułę, którą ciężko wycisnąć z opakowania. Aby tego dokonać, trzeba się nieco wysilić. Po lekkim podgrzaniu ( np. w dłoniach ) olejek staje się bardziej płynny i już z łatwością wypływa przez szeroki otwór w butelce. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jak olejek wygląda w swojej stałej oraz płynnej formie. Jako olejek jest całkowicie bezbarwny, jako krem ma biały kolor. Jego zapach jest fenomenalny, bo olejek pachnie jak słodkie, kruche ciasteczka z wiórkami kokosowymi :) Jakby tego było mało, to aromat olejku okraszony jest jeszcze subtelną cytrynową nutą- dla mnie obłęd!
Produkt do włosów z Vatiki został nazwany olejem kokosowym chyba tylko ze względu na to, że jest on wymieniony jako pierwszy w składzie ;) Poza nim mamy jeszcze ekstrakt z henny, ekstrakt z cytryny oraz ekstrakt z agrestu indyjskiego. Wszystkie te składniki są jak najbardziej bezpieczne dla włosów, więc ich obecność jest mile widziana. Tytułowy olej kokosowy ma odpowiadać za to, aby włosy były miękkie, gładkie i lśniące. Henna znana jest ze swoich właściwości przyciemniających odcień włosów. Amla, czyli indyjski agrest ma odżywiać skórę głowy oraz wzmacniać włosy, a cytrynowy ekstrakt ma działać odświeżająco na skórę głowy oraz hamować łojotok. 
Olejek kokosowy można stosować na kilka sposobów: jako odżywkę bez spłukiwania, wcierając jego malutką ilość w końcówki wilgotnych lub wysuszonych włosów, a także jako maskę, którą można zostawić na włosach na 15 minut, godzinę, a nawet na całą noc. Używa się go naprawdę w minimalnych ilościach- zbyt dużo olejku na włosach może sprawić, że będą wyglądać na nieświeże, szybciej będą się przetłuszczać i będą za bardzo obciążone- co sprawia, że kosmetyk jest naprawdę mocno wydajny. Czytając o olejku kokosowym Vatika spotkałam się z opiniami, że po dłuższym stosowaniu może on wysuszyć włosy. Używam go od ponad miesiąca, raz- dwa razy w tygodniu jako odżywki, wcierając go w końcówki włosów i na razie nie zaobserwowałam, aby włosy były przesuszone. Póki co, olej kokosowy sprawia, że się nie puszą, nie elektryzują, są gładsze, miękkie i nawilżone, a także lśniące i pięknie pachnące!
Olejek posłużył mi nie tylko do pielęgnacji włosów, ale również ciała. W ciągu tych kilku tygodni, nieraz potraktowałam go jak klasyczny balsam do ciała, dzięki któremu moja skóra pachniała jak aromatyczne kruche ciasteczko :D Olejek ( w małych ilościach! ) łatwo rozprowadza się do skórze, otulając ją kuszącym zapachem i nietłustą, ochronną warstewką, która potrzebuje kilku chwil na całkowite wchłonięcie. Wystarczy użyć olejku raz, aby poczuć, jak skóra została porządnie nawilżona i odżywiona. Jak jest ukojona i elastyczna. Olejek wykorzystałam również w pielęgnacji skórek wokół paznokci. Wystarczy wetrzeć odrobinę olejku w skórki, aby porządnie je nawilżyć i odżywić. Mam też pomysł wykorzystania go jako bazy do peelingu. Myślę, że w połączeniu z kryształkami cukru może świetnie złuszczyć martwy naskórek, wygładzić i natłuścić skórę.
Jak same przeczytałyście, olejek kokosowy jest wielofunkcyjny, ma szerokie spektrum działania i za to go właśnie lubię. Bo jeśli u Was nie sprawdzi się w pielęgnacji włosów, to na pewno odpowiednio zadba o Waszą skórę. 
Czytaj więcej »

Marcowe denko

niedziela, 9 kwietnia 2017 46 komentarzy
1. Ciasteczkowy mus do ciała, Bioamare- cudownie pachnący balsam do ciała, który pod wpływem ciepła zmienia się z puszystej pianki w oleistą emulsję. Genialnie odżywia, zmiękcza i nawilża skórę. Więcej przeczytacie w recenzji
2. Perfumy damskie nr 172, Perfumik- odpowiednik Black Opium. Zapach charakterny, zadziorny i zmysłowy. Po perfumetce, swoją drogą bardzo trwałej i mocno wydajnej, nabrałam ochoty na oryginał. O tym i jeszcze innym zapachu od Perfumika przeczytacie w tej recenzji
3. Krem do stóp kojący przeciw pęknięciom, Green Pharmacy- krem znaleziony w jednym z ShinyBox. Nie wiem czy poradziłby sobie z pielęgnacją mocno wysuszonej skóry stóp, ale ogólnie daje rade i pozwala odpowiednio zadbać o stopy. O tym i innych kosmetykach Elfa Pharm pisałam w tym poście
4. Balsam do ciała Wyszczuplanie i Ujędrnianie, Body Diet 24, Soraya- balsam, niestety, nie wyszczuplił tego i owego :P, ale całkiem przyjemnie wygładził i ujędrnił skórę na udach, które to sumiennie traktowałam tym balsamem. Jednak po odstawieniu go, efekt napiętej i wygładzonej skóry po prostu znika...
5. Antycellulitowe serum liftingujące, Slim Extreme 4D, Eveline- lubię wszelkie sera (?!) z serii Slim Extreme. Ja wiem, że one działają tylko wtedy, gdy się ich używa, a po odstawieniu efekt znika, ale i tak je kupuję i z przyjemnością ich używam. Sera Eveline mają fajną konsystencję, która na skórze pozostawia taką delikatną, satynową, troszkę śliską warstewkę. 
6. Emulsja do opalania, Bioamare- kosmetyk otrzymałam na kilka tygodni przed ślubem, kiedy chodziłam na solarium. Używałam go przed każdą sesją opalania, a gdy zaprzestałam, dalej stosowałam go w pielęgnacji ciała. Jeśli Was zainteresowała emulsja Bioamare, zapraszam do zapoznania się z jej recenzją.
7. Antyperspirant Invisible, Garnier Mineral- po kilku latach stosowania Garnier Mineral nabrałam ochoty na coś nowego, dlatego długo nie zobaczycie ich w moich denkach, tak myślę ;) Obecnie używam kulki Ziaja. 
8. Emulsja do higieny intymnej, AA- po latach stosowania żeli Intima Ziaja sama zdecydowałam się wypróbować coś innego i mój wybór padł na AA. Emulsja kosztuje mniej więcej tyle samo, co żele Intima, ale ma mniejszą pojemność, a w działaniu jest tak samo dobra i myślę, że częściej będzie gościć w mojej łazience. 
9. Odżywczy peeling do ciała z filtratem ze śluzu ślimaka, Helix Vital Care, Vis Plantis- nie jest to mocny zdzierak, więc jeśli w przeciwieństwie do mnie, nie lubicie ostrych peelingów, to śmiało wypróbujcie właśnie ten. Jest delikatny, ale jednocześnie dobrze radzi sobie z usuwaniem martwego naskórka i wygładzaniem. W poście z przeglądem kosmetyków Elfa Pharm poczytacie więcej o tym peelingu. 
10. Żel pod prysznic KeepCool, Isana- zapach tego żelu jednoznacznie kojarzy się ze słodkością gumy Mamba! Cudownie pachnie, cukierkowo i słodko, a w dodatku ma jeszcze świetny landrynkowy kolor. Jeśli jeszcze kiedyś będzie w Rossmannie, wykupię cały zapas :D
11. Odżywka do włosów matowych i bez połysku, Million Gloss, Gliss Kur- powiecie, że jestem nudna, ale moje włosy naprawdę lubią wszystkie odżywki Gliss Kur. Używam ich w celu ujarzmienia, dociążenia moich skłonnych do puszenia się włosów. Ta ma fajny niebieski kolorek, ale taki sobie zapach. Jest bardzo gęsta i kremowa i lepiej nie przesadzić z jej ilością, bo szybko przetłuści włosy. 
12. Aloesowy szampon do włosów, Equilibra- jestem wielką fanką kosmetyków do pielęgnacji włosów Equilibra i swoją miłością do marki udało mi się zarazić mamę :) Szampon jest delikatny dla skóry głowy, świetnie oczyszcza włosy i pozostawia je miękkie w dotyku. 
13. Oczyszczający płyn micelarny, Charmine Rose- kosmetyk otrzymałam w jednym z Shiny Box'ów. Dobrze radzi sobie ze zmywaniem makijażu i odświeżaniem skóry, ale nie mogłam go stosować w demakijażu oczu, bo powodował u mnie lekkie pieczenie i łzawienie.  
14. Płyn micelarny, Selfie Project- bardzo dobry płyn micelarny, który z powodzeniem może być stosowany również przez osoby, które nastoletni okres mają już za sobą ;) Kosmetyk za jednym pociągnięciem rozprawia się z kolorowymi kosmetykami oraz brudem i kurzem, które gromadzą się w ciągu dnia.  W recenzji przeczytacie nie tylko o płynie micelarnym, ale również o matującym pudrze antybaktryjnym. 
15. Peeling oczyszczający do twarzy, Neem, DermoViva Vatika- peeling miał dobry wpływ na moją skórę. Nie jest to typowy, mocny zdzierak, ale mimo to dawał radę ze złuszczaniem martwego naskórka. W lutym pojawiła się jego recenzja.
16. Oczyszczający żel do mycia przeciw niedoskonałościom, Mixa- żel ten znalazł się w moich kosmetycznych ulubieńcach roku 2016 w kategorii pielęgnacji twarzy ( klik ). W tym kosmetyku odpowiada mi wszystko: wygodne opakowanie z pompką i z ładną szatą graficzną; fajna konsystencja, która z wodą tworzy dużo delikatnie myjącej piany; oraz to uczucie świeżości, czystości i odświeżenia, jakie pozostawia. Obecnie używam innego żelu, ale do tego z Mixy wrócę jeszcze nie raz. 
17. Odżywczy płyn micelarny- tonik z ekstraktem z nagietka, Vianek- niedługo pojawi się recenzja ;)
18. Płyn do czyszczenia pędzli, Pro Cleanse, MUR- kupiłam z ciekawości, ale czy pojawi się u mnie ponownie to jeszcze nie wiem. Chciałabym chyba wypróbować teraz coś nowego. Spryskiwałam nim pędzle po każdym ich umyciu oraz zawsze po wykonaniu makijażu, czyli codziennie. Przelałam go do buteleczki z pompką, bo tak wygodniej mi się go używało. Jest bardzo wydajny, a jego cena to około 20,00 zł w drogeriach internetowych.
19. Naturalny pomarańczowy dwufazowy płyn do demakijażu, Beaute Marrakech, Maroko Sklep- recenzja pojawi się w niedługim czasie, cierpliwości :)
20. Odmładzające serum z filtratem ze śluzu ślimaka, Helix Vital Care, Vis Plantis- tutaj też odsyłam Was do postu z przeglądem kosmetyków Elfa Pharm, gdzie znajdziecie jego krótką recenzje. 
21. Serum energetyzujące pomidor z ogórkiem, Ava- kosmetyk otrzymałam w boxie Inspired By U.R.O.K. Pomidorowo- ogórkowe serum, które mnie pachnie surowym kalafiorem :P Używałam go głównie w pielęgnacji skóry szyi i dekoltu. 
22. Bezbarwny żel utrwalający kształt brwi, EyeBrown Fixer, Wibo- kupiłam na rossmannowskiej promocji -49% na kolorówkę, więc zapłaciłam za żel może 5,00 zł. Jest to kosmetyk, który ni ziębi ni parzy. Fajnie go mieć, ale gdy go zabraknie, to nic się nie stanie. Ja jednak drugi raz go chyba już nie kupię, wolę przetestować coś innego do stylizacji brwi. 
23. Podkład ColorStay, Revlon- jeden z moich ulubionych podkładów. Powoli wykańczam kolejną buteleczkę, a następna już czeka w kolejce. O tym dlaczego tak lubię ten podkład przeczytacie w recenzji.
24. Serum do rzęs, Bodetko Lash- kilkanaście tygodni systematycznego stosowania serum dało widoczne efekty, którymi zachwycają się koleżanki i które możecie podziwiać w niedawnej recenzji :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Lakier do paznokci, Eliksir 7 w 1 oraz Efekt żelowych paznokci bez lampy UV od Diadem Cosmetics

czwartek, 6 kwietnia 2017 43 komentarze
Zauważyłyście jakie życie blogerki urodowej jest ciężkie i jak wielu wymaga poświęceń...? Taka blogerka, na przykład, po roku używania hybryd musi pomalować paznokcie klasycznym lakierem, aby móc zrecenzować dla swoich czytelniczek paznokciowy tercet od Diadem Cosmetics :P
Pierwszym produktem jest Eliksir 7 w 1, który kosztuje 20,00 zł, a w swoim składzie ma hexanal, czyli składnik o udowodnionym klinicznie działaniu utwardzającym paznokcie, a także olejek z baobabu i arganowy oraz ekstrakt z fiołka. Wolny jest za to od szkodliwych składników, czyli toluenu, ftalanów oraz formaldehydu. Jak każdy produkt do paznokci Diadem Cosmetics, eliksir znajduje się w kwadratowej, eleganckiej w swej prostocie buteleczce o pojemności 11 ml- wyjątkiem jest lakier kolorowy, który ma pojemność 10 ml. Pod matową nakrętką kryje się szeroki, prosto ścięty pędzelek, którym wygodnie maluje się paznokcie. Odżywka, bo chyba tak mogę napisać o tym eliksirze ;), jest mlecznobiała, przy czym paznokcie pokrywa przezroczystą, nabłyszczającą warstewką. Produkt ten, według zapewnień producenta, ma zapewnić 7 wspaniałych efektów, czyli: ma odżywiać i wzmacniać paznokcie, stymulować ich wzrost, chronić przed łamaniem i rozdwajaniem się, wygładzać płytkę, nawilżyć oraz nabłyszczyć. Podczas testów używałam go jako bazy pod kolor. Tym samym warstwa eliksiru zapewniała moim paznokciom powłoczkę chroniącą je przed przebarwieniami. Co do obietnic producenta, to na pewno mogę przyznać mu rację w tym, że wzmacnia paznokcie, niwelując ich pękanie, łamanie i rozdwajanie się. 
Kolejny produkt to Top Coat zwiększający objętość paznokci, który ma zapewnić im żelowy efekt bez lampy UV. Tak samo jak eliksir kosztuje 20,00 zł za 11 ml i w jego składzie nie ma toluenu, ftalanów oraz formaldehydu. Są za to filtry UV, które zapobiegają przebarwieniom, cząstki stałe nadające efekt objętości płytce paznokcia i nitroceluloza, zapewniająca olśniewający połysk. Preparat jest bezbarwny, gęsty, o żelowej konsystencji. Nie jestem do końca przekonana co do zwiększania objętości paznokci, ale produkt na pewno nadaje efekt żelowego manicure o wspaniałym połysku oraz przedłuża trwałość lakieru, ale też bez szału, bo raptem o jeden dzień ;) Aby uzyskać taki efekt, należy nałożyć jedną warstwę topu na wyschnięte już paznokcie. 
W paznokciowym zestawie znalazłam jeszcze hipoalergiczny lakier do paznokci w kolorze nr 81, czyli w odcieniu pięknej, głębokiej czerwieni. Jest to lakier, który w swoim składzie również nie ma szkodliwego toluenu i żywicy formaldehydowej, a ponadto brak w nim jeszcze dbp oraz kamfory. Ma najrzadszą konsystencję z wszystkich zaprezentowanych produktów. Jest jednak dobrze napigmentowany i do pełnego pokrycia płytki kolorem, bez prześwitów i smug, wystarczą dwie warstwy. W buteleczce, takiej samej jak w przypadku eliksiru i topu, znajduje się 10 ml lakieru, czego w ogóle po buteleczkach nie widać. Lakier kosztuje 13,90 zł, ale często jest w promocji. 
Lakier na całkowite wyschnięcie potrzebuje około 15-20 minut. Bez wsparcia ze strony top coatu wytrzymuje bez uszczerbku na paznokciach trzy dni, z topem dzień dłużej. Później da się zauważyć delikatne odpryski, ale na pojedynczych paznokciach. Z każdym dniem jest ich coraz więcej, więc lakier wypada już zmyć. Łatwo się zmywa tradycyjnym zmywaczem do paznokci, a także czystym acetonem, jeśli tego pierwszego nie macie akurat pod ręką. 
Cudną czerwień lakieru Diadem Cosmetics połączyłam z delikatną szarością z serii Rich Color Golden Rose, a zdobienie wykonałam przy pomocy płytki i stempla B.LovesPlates, które otrymałam podczas II Spotkania Łódzkich Blogerek :)
Czytaj więcej »

Nowości kosmetyczne w marcu

wtorek, 4 kwietnia 2017 63 komentarze
Zanim pokażę Wam kosmetyczne nowości marca, chciałabym się wytłumaczyć dlaczego taki wpis nie pojawił się w lutym. A właściwie to pochwalić, bo w lutym nie kupiłam ani jednego kosmetyku! I jestem z siebie piekielnie dumna :D W lutym nie nawiązałam też żadnej współpracy, a jedynymi nowościami były upominki z II Spotkania Blogerek Łódzkich, które pokazywałam tutaj oraz trzy ShinyBoxy, które szczegółowo opisałam w dwóch postach: tu i tu. Doszłam do wniosku, że nie ma co wrzucać tych trzech wpisów do jednego i się powtarzać, dlatego w lutym nie było notki o nowościach. W marcu jednak znów przybyło mi trochę kosmetyków, które pędzę Wam pokazać :D
W ramach kontynuacji współpracy z marka BingoSpa wybrałam sobie do testowania dwa produkty do pielęgnacji ciała. Pierwszym z nich jest krystaliczny peeling z ekstraktami japońskich roślin, takich jak zielona herbata, ginseng ( potocznie zwany żeń szeniem ) oraz ginkgo biloba. Drugi to wielka butla brzoskwiniowej kąpieli w ładnym, pomarańczowym kolorze i o cudownie egzotycznym zapachu!
W moje ręce wpadł malinowy peeling- krem z Organic Shop, który kupiłam w Tesco za 10,99 zł. Do wyboru były jeszcze inne wersje zapachowe, ale to malinowa skradła moje serce jako pierwsza. W marcu otrzymałam również nowość Regenerum, czyli regeneracyjne serum do twarzy, które ma silnie odbudować i odżywić skórę oraz widocznie ją wygładzić. Myślę, że jego recenzja pojawi się jeszcze w tym miesiącu. 
Od Pani Sylwii z Equilibry otrzymałam nowy nawilżający, aloesowy duet do włosów: szampon oraz odżywkę. W składzie obu kosmetyków znajdziemy wyciąg z liści pokrzywy, ekstrakt z siemienia lnianego oraz roślinną glicerynę. Dołączona była też miniaturka odżywki zwiększająca objętość włosów oraz kilka próbek, które szybko znalazły nowego właściciela, , dlatego zabrakło ich na zdjęciu. 
W marcu napisał do mnie Pan Marcin z Bionigree z propozycją przetestowania nawilżającej odżywki do skóry głowy i włosów, która w swoim składzie ma między innymi ekstrakt z czarnej porzeczki. Powoli wypatrujcie jej recenzji!
W marcu nie mogło oczywiście zabraknąć kolejnego Shiny Boxa :) Marcowe pudełko zatytułowane zostało "Pani Wiosna" i rozeszło się bardzo szybko, głównie dlatego, że jednym z kosmetyków, jakie można było otrzymać, było serum do rzęs Lash Volution. Pozostałe kosmetyki to mini rękawiczka Glov do poprawy makijażu, kremowy róż Bell, krem do stóp Delia, szampon Shauma, maseczka Bielenda, papka do cery trądzikowej Jadwiga oraz miniaturka suchego szampony Got2b. O boxie pisałam już tutaj
18 marca wybrałam się na Łódzkie Targi Pure Beauty połączone ze spotkaniem blogerek, które rozpoczęło się od prezentacji marki Souvre, od której każda z nas otrzymała drobny upominek. Ja dostałam mleczko do demakijażu, które podarowałam mamie, bo ona bardziej lubi takie kosmetyki. Na stoisku marki Apis kupiłam sobie galaretkę do ciała o rewelacyjnym arbuzowym zapachu za 12,00 zł. Nieco bardziej zaszalałam u Sylveco, ale też bez przesady ;) Kupiłam słynny olejek hibiskusowy tonik, a z Vianka odżywczy peeling do ciała oraz łagodzący olejek do demakijażu i za wszystko zapłaciłam 45,00 zł, bo nawilżający tonik- mgiełkę do twarzy dostałam gratis :D Z targów przywiozłam też mnóstwo próbek- wszystkie, co do jednej oddałam mamie ;)

Więcej nowości nie pamiętam, ze wszystkich bardzo się cieszę i ochoczo je testuję :D
Czytaj więcej »

Pani Wiosna, Shiny Box

sobota, 1 kwietnia 2017 42 komentarze
Na najnowszego Shiny Box'a musiałam się sporo naczekać. W poniedziałek dostałam SMS-a z informacją o nadaniu przesyłki, jednak ona sama doszła do mnie dopiero w piątek. Myślę jednak, że warto było poczekać tych kilka dni ;)
Grafika pudełka bardzo mi się podoba. Mimo iż cała utrzymana jest w różowym kolorze, to nie jest przesłodzona. Jest pastelowa, subtelna, wyważona, "lekka", bardzo wiosenna :) Tym razem w boxie znalazło się siedem pełnowymiarowych kosmetyków oraz jedna miniaturka. Wartość wszystkich kosmetyków wynosi około 165,00 zł. 
Prezentację zawartości ShinyBox'a zacznę od miniaturki suchego szamponu Got2b ( 200ml/18,99zł ), która ma pojemność 100 ml. Suchego szamponu Schwarzkopf jeszcze nie miałam, jestem bardzo ciekawa jak sobie poradzi z odświeżaniem włosów, ale jego testowanie zostawię sobie na później- jest na tyle nieduży i poręczny, że zamierzam go zabrać ze sobą na wakacje :) Zajmie mało miejsca w kosmetyczce, a zawsze może się przydać. 
Szamponem z linii Nature Moments Shauma ( 400ml/10,99zł ) to ja się długo nie nacieszę, bo mój mąż stwierdził, że on go sobie weźmie :D I dobrze, bo ja mam ich wystarczający zapas, co nie oznacza jednak, że od czasu do czasu mu go nie podkradnę :P Z czterech dostępnych wersji do mnie trafił szampon wzmacniający z ekstraktem z miodu i olejem z opuncji figowej. Pozostałe trzy to lawenda i zioła prowansalskie, malina i olej ze słonecznika oraz oliwa z oliwek i aloes. Szampon do włosów słabych i delikatnych ma piękny miodowy kolor, jest bardzo gęsty i cudownie słodko pachnie. 
Polską papkę do cery trądzikowej Jadwiga ( 30ml/30,00zł ) miałam już okazję poznać kilka lat temu. Cieszę się, że znalazła się w boxie, bo aktualnie moja cera ma gorsze dni i liczę na to, że wspomoże moją walkę z niedoskonałościami. Producent obiecuje, że zmiany skórne, rozszerzone pory i przebarwienia odejdą w zapomnienie, a naturalny skład pozwoli na szybkie rozwiązanie problemów skórnych, bez podrażnienia cery. Brzmi cudownie, prawda?
Do pielęgnacji twarzy mamy jeszcze hydrożelową maseczkę ultra nawilżającą i z efektem mezoterapii Bielenda ( 2x5g/2,60zł ). U Was może to być trójfazowy zabieg wygładzający z mikrodermabrazją. Jest to produkt w saszetce, więc do jego przetestowania zostanie oddelegowana moja mama, która zabiera mi wszystkie tego typu kosmetyki. Hydrożelowa maseczka przeznaczona jest do każdego rodzaju cery, również wrażliwej. Producent obiecuje, że po jej użyciu cera będzie nawilżona, gładka, wypoczęta i promienna, a to wszystko dzięki bio kwasowi hialuronowemu oraz witaminom A, C, E oraz B3 i B5. 
Z kremu do stóp- regulatora potliwości z linii Good Foot od Delii ( 100ml/6,70zł ) jestem najmniej zadowolona, ponieważ w lutowym Shiny Box'ie znalazłam z tej samej serii musujące kulki do kąpieli stóp. Same więc rozumiecie, że tym razem oczekiwałam czegoś innego z Delii, która w swojej ofercie ma przecież tyle innych kosmetyków, w tym również do makijażu, jak te piękne matowe pomadki w płynie, których ostatnio dużo było na blogach. Ale tak na marginesie, ten zielony odcień tubki jest naprawdę ładny i bardzo wiosenny, co nie? :D
Przy jednej z ankiet, zespół Shiny spytał czy w boxie ma się znaleźć produkt Glov. Musiały przeważać odpowiedzi na "tak", bo do pudełek trafiła mini rękawiczka do poprawy makijażu ( szt/14,90zł ). Z kilku kolorów, ja musiałam oczywiście otrzymać różową :P Rękawiczka mieści się na jeden palec, jest bardzo mięciutka w dotyku, a ja jestem strasznie ciekawa jej działania, dlatego szybko zabieram się za pierwsze testy :)
Mój pierwszy róż w kremie, czyli High Definition Photo od Bell ( szt/12,99zł ). Mam odcień 02 i jest to stonowany, ale wpadający w zimne tony róż- w takim samym kolorze niedawno kupiłam sobie spodnie :D Kosmetyk jest jednak zbyt różowy dla mojej karnacji, ale zastanawiam się czy nie mogłabym go wypróbować jako pomadki do ust, bo mimo wszystko bardzo mi się podoba jego kolor :P
Na koniec zostawiłam najlepsze, czyli serum pobudzające wzrost rzęs Lash Volution ( 3ml/ 79,00zł ). Jest to produkt, z którego cieszę się najbardziej. I wiem też, że wiele z Was czekało właśnie na to serum. Zdążyłam przeczytać o nim mnóstwo pozytywnych opinii i od dawna miałam ochotę je przetestować. Jestem ciekawa czy pierwsze efekty zauważę już po 14 dniach, jak obiecuje to producent, bo liczę też na to, że moje rzęsy będą wyglądały tak samo jak u modelki z opakowania :D  Samo serum przewyższa cenę całego pudełka i dla niego samego warto było kupić to pudełko. 
Podsumowując, marcową edycję Shiny Box oceniam pozytywnie. Większość produktów wpisuje się w moje gusta. Oczywiście, najmocniejszym elementem pudełka jest serum LashVolution. Pozostałe kosmetyki nie są ani wyszukane ani ciężko dostępne, ale sama ich bym nie kupiła ( np. kremu do stóp czy różu Bell ), a tak będę miała okazję poznać je bliżej i przekonać się jak się spisują. A nóż widelec, znajdę wśród nich jakąś perełkę ;)
Czytaj więcej »

Serum do rzęs Bodetko Lash: recenzja i efekt po czteromiesięcznej kuracji

środa, 29 marca 2017 44 komentarze
Moje rzęsy, odkąd pamiętam, nigdy nie grzeszyły długością ani gęstością, poza tym były proste jak drut. A ja przecież całe życie marzyłam o długich, gęstych i z natury podkręconych rzęsach... Marzyłam, marzyłam i teraz je mam! Moje "nowe" rzęsy są zasługą czteromiesięcznej kuracji serum Bodetko Lash, którą rozpoczęłam dokładnie 8 listopada 2016 roku, a zakończyłam 24 marca roku bieżącego, więc post pisany jest na świeżo ;) Od pierwszego dnia, sumiennie dzień w dzień, stosowałam serum po wieczornym demakijażu- nie opuściłam nawet jednego dnia, brawo ja! Serum pojechało ze mną nawet w podróż poślubną :D 
Serum otrzymałam w eleganckim, utrzymanym w złoto- czarnej kolorystyce, kartoniku. Buteleczka z kosmetykiem ma taką samą kolorystykę- już przy okazji innego produktu wspomniałam Wam, że połączenie złota i czerni zawsze mi się podoba i uważam je za ponadczasowe. Opakowanie z serum przypomina te, w których kupujemy eyelinery w płynie. Złotka nakrętka nie jest przyklejona do pędzelka, łatwo się zsuwa, co bywa irytujące, a ponadto tworzywo, z którego została wykonana jest słabej jakości, bo jak możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej, popękało mi i to już przy pierwszym upadku... Cieniutki, prosty pędzelek pozwala łatwo, szybko i wygodnie, ale przede wszystkim precyzyjne zaaplikować serum na rzęsy. Sam kosmetyk jest bezzapachowy, a jego konsystencja jest płynna i bezbarwna. 
Do serum podeszłam z dużym zaufaniem, nawet przez myśl mi nie przeszło, że może mnie uczulić bądź podrażnić. I tak właśnie było: przez te kilkanaście tygodni stosowania Bodetko Lash nie odczułam żadnego dyskomfortu, najmniejszego łzawienia, swędzenia czy pieczenia, nie pojawiła się też jakakolwiek reakcja alergiczna, a muszę Wam przypomnieć, że moje oczy są dość wrażliwe. Stosowanie serum bardzo szybko weszło mi w krew, bo jak już wspomniałam wcześniej, aplikacja jest bardzo prosta i szybka. Serum należy zaaplikować jak najbliżej górnej linii rzęs, najlepiej przed snem. Długo nie zauważałam efektów działania odżywki, ale byłam na to przygotowana. Dopiero gdzieś grubo po ponad 2 miesiącach bliżej im się przyjrzałam i zauważyłam, że są nieco dłuższe, a w zewnętrznych kącikach lekko podwijają się ku górze. Przez ostatnie tygodnie wydłużyły się jeszcze mocniej. I to tak, że pomalowane tuszem zahaczają mi teraz o linię brwi, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Rzęsy zrobiły się też bardziej gęste i podkręcone. Wydaje mi się, że są również sporo ciemniejsze. Efekt jest duży, bo moje nowe rzęsy robią niemałe wrażenie na koleżankach z pracy, które wręcz zachwycają się moją nową firanką rzęs :D
Serum Bodetko Lash kosztuje 149,00 zł za 3 ml. Obecnie trwa promocja, dzięki której można zaoszczędzić od 30,00 zł do prawie 70,00 zł. Ponadto producent oferuje darmową wysyłkę kurierem lub Pocztą Polską. Cena serum nie jest niska, ale należy wziąć pod uwagę, że produkt jest naprawdę bardzo wydajny i wystarcza na wiele miesięcy. Podczas kuracji nie skąpiłam sobie tego serum i starczyło mi ono na całe 4 miesiące, czyli na tyle, ile kuracja powinna trwać. Zostały mi jeszcze jakieś resztki, które skrupulatnie wybieram ;) Co do ceny produktu, to na własnych rzęsach przekonałam się, że nie są to pieniądze wyrzucone w błoto, na dowód czego zostawiam Was na koniec ze zdjęciami moich rzęs przed i po rozpoczęciu kuracji. Wybaczcie mi jakość zdjęć, ale ciężko zrobić zdjęcia "na ślepo" i jedną ręką, bo drugą trzyma się karteczkę pod okiem ;) Starałam się jednak bardzo i mam nadzieję, że mimo wszystko dobrze widać efekty przed i po. 
Tak wyglądały moje rzęsy w dniu rozpoczęcia kuracji, czyli 8 listopada 2016 roku. 
Ich obecny stan, po 4 miesiącach kuracji, prezentuje na zdjęciu powyżej, które zrobiłam 24 marca 2017 roku.
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.