Recenzja: Antybakteryjny żel do mycia twarzy Clarina, Himalaya Herbals

poniedziałek, 22 maja 2017 25 komentarzy
Obietnice producenta:
Żel usuwa zanieczyszczenia i łagodzi stany zapalne skóry. Żel jest wzbogacony ekstraktami z ziół o działaniu przeciwbakteryjnym, przeciwzapalnym, złuszczającym i zapobiegającym tworzeniu się nowych punktów zapalnych. Preparat obniża aktywność gruczołów łojowych - jednej z głównych przyczyn powstania trądziku.

60ml/13,50 zł w sklepie internetowym Magiczne Indie
Moim zdaniem:
Himalaya Herbals to jedna z najbardziej znanych marek kosmetycznych, tworzonych z naturalnych kosmetyków, których bazą są wyciągi z ziół, pochodzących z najczystszych ekologicznie terenów świata, czyli Himalajów. W szerokiej gamie ich kosmetyków znajdziemy produkty do pielęgnacji włosów, skóry twarzy i całego ciała. Mnie przez jakiś czas w codziennej pielęgnacji twarzy towarzyszył antybakteryjny żel do mycia twarzy z serii Clarina.
Biała, elastyczna tubka z zielonymi akcentami ma pojemność 60 ml. Kryje w sobie gęstą konsystencję, przezroczystą o bursztynowym zabarwieniu. W kontakcie z wodą żel wytwarza bardzo dużo delikatnej, myjącej piany. Nie trzeba go dużo, wystarczy ilość widoczna na zdjęciu poniżej ( a nawet mniej ), aby porządnie oczyścić skórę twarzy z nagromadzonych w ciągu dnia zabrudzeń. Opakowanie, konsystencja, wydajność- wszystko to mi odpowiada, jest jednak jedna rzecz, która w stosowaniu tego żelu strasznie mi przeszkadzała. Jest nim zapach produktu, który jest bardzo mydlany, a tym samym męczący i mocno uciążliwy. Zapach jest tak mocny, że podczas mycia twarzy z zamkniętymi oczami zawsze łapię się na myśli czy przypadkiem nie myję twarzy mydłem w kostce, zamiast żelem...
Najważniejsze składniki tego żelu to miodła indyjska, czyli neem, która jest szczególnie zalecana do leczenia zaburzeń skóry, właśnie takich jak trądzik; aloes barbadoski o silnych właściwościach antybakteryjnych, antyseptycznych i przeciwgrzybicznych oraz kojących i łagodzących suchość skóry; oraz kurkuma, która znana jest ze swoich właściwości przeciwzapalnych i wyrównujących koloryt skóry. 
Żel stosowałam czasami raz dziennie, a czasami dwa razy w ciągu dnia, rano i wieczorem. Przez cały okres testowania nie podrażnił mojej skóry ani nie wywołał żadnych zmian alergicznych. Gdy przypadkiem dostanie się do oczu, nie szczypie ani nie powoduje zaczerwienienia gałki ocznej, o ile szybko się go wypłucze dużą ilością wody. Żel działa trochę wysuszająco na skórę, sprawiając, że jest ona delikatnie ściągnięta, ale porcja kremu do twarzy przywraca jej komfort, a nieprzyjemne uczucie ściągnięcia mija. Jak na dobry produkty myjący przystało, kosmetyk od Himalaya Herbals dogłębnie oczyszcza skórę z pozostałości po makijażu i całego brudu i kurzu, które nagromadziły się przez cały dzień. Po spłukaniu żelu, skóra jest czysta, odświeżona i matowa. Systematycznie stosowany sprawia, że skóra mniej się błyszczy, bo wydzielanie sebum jest unormowane, a jej niedoskonałości szybciej się goją i znikają. 
Podsumowując, oprócz męczącego, mydlanego zapachu nie mam nic do zarzucenia temu żelowi. Nie jest drogi, wystarcza na dłuższy czas, ma wygodne opakowanie i dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Z dostępnością też nie ma problemu, znajdziecie go albo w aptekach albo w sklepach internetowych, np. w Magicznych Indiach
Czytaj więcej »

Czas pędzi jak szalony, czyli MintElegance obchodzi 6.urodziny!

piątek, 19 maja 2017 78 komentarzy
Pisanie tego postu zaczęłam już kilka tygodni temu, wracając do niego co jakiś czas, modyfikując go na różne sposoby, bo kompletnie nie miałam na niego pomysłu. Do tej pory nie wiem, czy wpis, którym chciałabym uczcić kolejne, już szóste urodziny MintElegance, w pełni mnie usatysfakcjonuje i odda wszystko to, co chciałabym Wam przekazać. Po dłuższym namyśle stwierdziłam, że nie będę lała wody, tylko napiszę krótki i zwięzły wpis. 
Chciałabym zacząć od faktów, czyli statystyki. Przez te sześć lat odwiedziłyście mnie prawie 700 tysięcy razy, zostawiłyście ponad 42 tysiące komentarzy pod postami, których napisałam blisko 1000 !! Około 2 tysięcy Was postanowiło zostać ze mną na dłużej i zaobserwować mojego bloga. Nie zliczę, ile czasu spędziłam na robieniu zdjęć i pisaniu postów- takimi żebyście chciały jeszcze to oglądać i czytać, ale wiem, że było warto. Jesteście moją motywacją, inspiracją, źródłem wiedzy, weny i dobrych pomysłów. Gdyby nie Wy, nie wiem czy chciałoby mi się tworzyć to miejsce, rozwijać, sprawiać, aby coraz bardziej Wam się tutaj podobało. Być może już to kiedyś pisałam, ale mało obchodzą mnie liczby, nie one są dla mnie wyznacznikiem sukcesu bloga, tylko Wy, Wasze komentarze, wiadomości, wszystkie miłe słowa i konstruktywne krytyki. To dla Was piszę i mam nadzieję, że ta przyjemność będzie trwała jeszcze bardzo, bardzo długo. Dziękuję Wam, że jesteście :* I proszę, żebyście jeszcze ze mną zostały :)
źródło to oczywiście niezawodny Wujek Google


PS. Do zobaczenia już jutro na Meet Beauty Conference :D 
Czytaj więcej »

Odżywczy płyn micelarny- tonik 2w1, Vianek

środa, 17 maja 2017 28 komentarzy
Obietnice producenta:
Delikatny preparat łączy w sobie funkcje płynu micelarnego, skutecznie usuwającego makijaż oraz toniku o działaniu nawilżającym o kojącym. Przeznaczony do każdego rodzaju skóry. Dzięki zawartości oleju rokitnikowegooleju z pestek moreli i lecytyny sojowej, odżywia i pozostawia ochronną warstwę, która zapobiega przesuszeniu skóry. Ekstrakt z nagietka i panthenol łagodzą podrażnienia i przywracają komfort skórze po demakijażu.

200 ml/16,99 zł w sklepie internetowym Vianek
Moim zdaniem:
Vianek to polska marka kosmetyków, którą na pewno znają wszystkie maniaczki naturalnej pielęgnacji. Cenię sobie naturalną pielęgnację, ale jakąś jej wielką zwolenniczką też nie jestem, jednakże lubię nasze rodzime marki kosmetyczne- dlatego tak mocno chciałam poznać produkty Vianka :) W nowościach stycznia ( dla przypomnienia: klik ) pokazałam Wam trzy kosmetyki z odżywczej serii marki Vianek, które kupiłam w zestawie za 35,00 zł: peeling- maskę, odżywczy krem na noc, o którym pisałam w tym poście oraz płyn micelarny- tonik, który jest bohaterem dzisiejszej recenzji.
Produkty Vianka da się poznać z daleka, ponieważ mają charakterystyczną szatę graficzną. Skromną, kwiatową, ale przejrzystą i przyjemną dla oka. Każda seria ma swój kolor- do serii odżywczej został przypisany pomarańczowy kolor. Oprócz tej wersji mamy jeszcze pięć innych: różową łagodzącą, zieloną orzeźwiającą, niebieską nawilżającą, fioletową kojącą oraz czerwoną ujędrniającą. Płyn micelarny- tonik z odżywczej serii Vianka przeznaczony jest do pielęgnacji każdego rodzaju skóry. Jest przezroczysty i ma przepiękny, kwiatowy zapach okraszony nutką słodyczy, który baaardzo mi się podoba. W jego składzie znajduje się między innymi ekstrakt z nagietka lekarskiego o działaniu przeciwzapalnym i regenerującym, zmiękczający olej z pestek moreli i poprawiający koloryt skóry olej z rokitnika oraz rozjaśniający kwas cytrynowy i fitowy, który pełni rolę konserwującą, a także rozjaśnia i lekko złuszcza. 
Produktu używam głównie jako toniku, raz lub dwa potraktowałam go jako płyn do demakijażu. Bardzo dobrze poradził sobie ze zmyciem makijażu, ładnie rozpuścił wszystkie kosmetyki oraz nie podrażnił oczu. Jednak jak już wspomniałam na początku akapitu, częściej pełni u mnie rolę toniku, którym nasączam wacik, a następnie przemywam twarz po umyciu jej żelem, a przed nałożeniem kremu, olejku bądź serum. Tonik świetnie nawilża i odżywia skórę, a także łagodzi wszelkie podrażnienia. Bardzo dobrze dba o skórę, pozostawia ją bardzo miękką i przygotowuje ją na dalsze etapy pielęgnacji. Płyn nie podrażnia, nie uczula, nie ma też negatywnego wpływu na niedoskonałości cery. Jest bardzo delikatny dla skóry, więc myślę, że świetnie sprawdzi się u osób z wrażliwą cerą. 
Jest to kosmetyk, który należy zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia. Nie miałam z tym problemu, bo tonik do najbardziej wydajnych produktów nie należy. Jest jednak bardzo fajnym, naturalnym i polskim ( !! ) kosmetykiem do pielęgnacji skóry twarzy, który z przyjemnością Wam polecam.
Czytaj więcej »

Ratunek dla paznokci, czyli japoński manicure

poniedziałek, 15 maja 2017 34 komentarze
Po naprawdę długim czasie noszenia hybryd postanowiłam zrobić sobie dłuższą przerwę. Moje paznokcie tego wymagały, bo nagle zrobiły się cienkie i kruche, a na dodatek łamały się jeden za drugim. Do tej pory przerwy pomiędzy kolejnymi manikiurami hybrydowymi trwały u mnie krótko, bo dzień lub dwa, rzadko kiedy kilka dni, a tym bardziej tygodni. Tym razem zrobiłam sobie ponad półtoramiesięczną przerwę od hybryd, co było moim rekordem. W tym czasie byłam na dwóch zabiegach japońskiego manicure, który miał za zadanie odżywić, wzmocnić i zregenerować moje paznokcie. Jest to zabieg składający się z dwóch prostych kroków. Za pomocą specjalnych polerek w płytkę paznokcia wciera się najpierw pastę z witaminami i minerałami, a następnie specjalny puder, którego właściwości pozwalają zatrzymać naturalne składniki pasty. Ponadto zabieg ten pięknie nabłyszcza paznokcie. 
Na japoński manicure wybrałam się do znajomej kosmetyczki. W ciągu godziny, bo tyle trwał zabieg wraz z przygotowaniem paznokci ( dezynfekcja, nadanie im kształtu, wycięcie skórek ), moje paznokcie przeszły totalną metamorfozę! Z cienkich i łamliwych stały się mocne, twarde i pięknie błyszczące. Paznokcie zrobiły się idealnie gładkie, wszystkie nierówności i bruzdy zniknęły. Ale co ważniejsze, przestały się rozdwajać i zadzierać. Paznokcie zostały wypielęgnowane i przez kilkanaście dni lśniły tak, jakby zostały dopiero co pomalowane bezbarwną odżywką. 
Obecnie z japońskiego manicure jestem bardzo zadowolona, jednak kilka dni po pierwszym zabiegu poczułam rozczarowanie, ponieważ trzy paznokcie złamały się, czego w ogóle się nie spodziewałam. Gdy wybrałam się na kolejny zabieg ( 1,5 tygodnia po pierwszym ), kosmetyczka stwierdziła, że nie jest tak zdziwiona jak ja, bo moja płytka była naprawdę w kiepskim stanie i jeden zabieg diametralnie tego nie naprawił... Ich słaba kondycja to już na szczęście przeszłość, bo kolejny zabieg jeszcze mocniej je odżywił i utwardził i teraz już żaden paznokieć nie odważył mi się złamać. I tak jest do dzisiejszego dnia, a od ostatniego zabiegu minęły już prawie 3 miesiące. 
U mnie w miasteczku japoński manicure u kosmetyczki kosztuje 35,00 zł. Podpatrzyłam, że jest bardzo prosty w wykonaniu  i zastanawiam się czy nie kupić sobie takiego samego zestawu do domowego użytku. Na Allegro zestaw p.shine, którego używają też kosmetyczki, kosztuje nieco ponad 100,00 zł. Wiem, że były by to bardzo dobrze wydane pieniądze, bo japoński manicure jest mega wydajny, a poza tym działa lepiej niż najlepsza odżywka do paznokci!
Czytaj więcej »

Recenzja: Eliksir do kąpieli i krystaliczny scrub do ciała od BingoSpa

piątek, 12 maja 2017 39 komentarzy
Obietnice producenta:
Eliksir  do kąpieli o brzoskwiniowym aromacie przeniesie Cię na słoneczne plaże Majorki i otuli zapachem kwitnących sadów brzoskwiniowych. Wzbogacony masłem Shea, znanym ze swych właściwości nawilżających, przywróci naturalne piękno Twojej skóry.

Krystaliczny scrub do ciała z ekstraktami z ekstraktami roślin z Japonii - Camelia Sinensis, Ginkgo Biloba, Panax Ginseng usuwa martwy naskórek, oczyszcza i relaksuje zmęczoną skórę. Przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju skóry, dla kobiet w każdym wieku. Usuwając martwy naskórek, likwiduje szorstkość lub nadmierne łuszczenie, utrzymuje skórę w dobrej kondycji, skutecznie ją regeneruje i odżywia, pozostawia ją gładką, miękką i zrelaksowaną.
Moim zdaniem:
Kilka tygodni temu zakwalifikowałam się do kolejnej edycji testowania kosmetyków BingoSpa. Tym razem wybrałam sobie dwa produkty do pielęgnacji ciała. Pierwszym z nich jest eliksir do kąpieli, a drugim krystaliczny scrub do ciała. Oba te kosmetyki zaprezentuję Wam w dzisiejszej recenzji :)
Zaczniemy od eliksiru do kąpieli, który wlany został do prostej, plastikowej butli o pojemność aż 1000 ml. Butelka zakręcana jest na aluminiową nakrętkę, chociaż osobiście preferowałabym pompkę lub zamknięcie z zatyczką. Chwilowo obywam się bez wanny, więc eliksiru używam pod prysznicem i dlatego ucieszyłabym się, gdyby otwór był mniejszy, niż jak widzicie na zdjęciu wyżej, bo łatwo możecie się domyślić, że nieraz wylałam na gąbkę więcej produktu niż chciałam. Sama butla jest ciężka i średnio wygodna w używaniu, zwłaszcza pod prysznicem. Chociaż może nie powinnam się tego czepiać, ponieważ kosmetyk docelowo przeznaczony jest do kąpieli? Ale skoro już to napisałam, to niech tak zostanie ;)
Eliksir BingoSpa ma świetną, kremową i odpowiednio gęstą konsystencję w energetycznie pomarańczowym kolorze, która w kontakcie z wodą wytwarza naprawdę cały ogrom puszystej, miękkiej piany. A dodatkowo pachnie wprost zniewalająco! W zapachu wyraźnie czuć brzoskwiniową nutę, której słodycz jest idealnie wyważona. 
Litrowa butla płynu do kąpieli wystarczyła mi na około 1,5 miesiąca systematycznego używania, dzień w dzień. Eliksir spełnia swoje podstawowe zadanie, czyli myje, oczyszcza i odświeża, pozostawiając przy tym skórę delikatnie nawilżoną, gładką i miękką w dotyku. Po wyjściu spod prysznica skóra nie jest ściągnięta, nigdy też nie odczułam innego rodzaju dyskomfortu, dlatego eliksiru BingoSpa używałam z dużą przyjemnością. 
No to teraz kosmetyk, którego używałam mniej chętnie, czyli scrub do ciała z zieloną herbatą, ginko biloba oraz żeń-szeniem, który zamknięty został w wygodnym opakowaniu, jakim jest szeroki słoik, dający swobodny dostęp do jego wnętrza. Pachnie dość specyficznie, jak sól do kąpieli, ale jest to zapach ulotny, wyczuwalny tylko w opakowaniu. 
Scrub ma postać dużych kryształków soli, które są po prostu suche i luźne, bo w kosmetyku nie wykorzystano żadnej "scalającej" bazy, która sprawiłaby, że wspomniane kryształki trzymałyby się skóry. Uwierzcie mi, próbowałam wykonać masaż ciała tym kosmetykiem na suchą skórę, na wilgotną, w połączeniu z żelem pod prysznic, a także z balsamem do ciała- w żadnym przypadku się nie sprawdził, za każdym razem kryształki po prostu nie "przyklejały się" do skóry, tylko od razu osypywały się do brodzika. Czytałam na blogach, że inne blogerki wykorzystały go jako sól do kąpieli lub do stóp, ja jednak tego nie robię z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że obecnie nie mam wanny, aby móc sobie fundować relaks z solami, a po drugie- jeśli coś jest nazwane scrubem, to chciałabym używać tego zgodnie z jego przeznaczeniem, a nie szukać dla niego innego sposobu wykorzystania. 
Podsumowując, mimo iż eliksir do kąpieli nie wyróżnia się jakoś niczym szczególnym na tle innych kosmetyków myjących ( może poza swoimi gabarytami ) to uważam, że może znaleźć wielu zwolenników ze względu na swój przyjemny, egzotycznie owocowy zapach, fajną konsystencję oraz naprawdę dobre działanie. I dlatego śmiało mogę go Wam polecić. Odradzam jednak kupno scrubu do ciała, bo jest to produkt, moim zdaniem, nieprzemyślany, któremu bliżej do soli do kąpieli niż do peelingu. 
Czytaj więcej »

Kwietniowe denko

środa, 10 maja 2017 42 komentarze
1. Szampon odnowa nawilżenia do włosów suchych i zniszczonych, Pantene Pro-V- polubiłam go za zapach, kremową konsystencję, delikatną piane, która wytwarza w naprawdę dużych ilościach, a przede wszystkim za działanie. Szampon ten dobrze nawilża, zmiękcza i ujarzmia moje skłonne do puszenia się włosy. 
2.Odżywczy oleo- krem do włosów z olejami indyjskimi Caviar, Biovax- te oleje to moringa i tamanu, które odpowiadają za wygładzenie, zmiękczenie, nawilżenie i ujarzmienie suchych włosów. Oleo- krem moim włosom bardzo przypasował ( sprawdził się też w kryzysowej sytuacji do depilacji nóg, gdy nagle zabrakło żelu :P ), dlatego chętnie poznam pozostałe jego wersje. O tym, jakie to są wersje oraz o samym kosmetyku poczytacie w tej recenzji
3. Spajający spray-regeneracja w olejku Fiber Therapy, Gliss Kur- znalazłam go w Shiny Box "Party Time". Ma tylko 100 ml pojemności, okazał się mało wydajny, bo nawet nie wiem kiedy została mi po nim tylko pusta buteleczka... Tak jak innych produktów Gliss Kur w sprayu i tego olejku używałam głównie przed prostowaniem włosów. 
4. Intensywnie nawilżający krem do twarzy na pierwsze zmarszczki, Aqua Pi Cosmetics- bardzo drogi krem ( 50 ml/159,00 zł ), który niczym nie odbiega od wielu tańszych drogeryjnych kremów. Dobrze nawilża i zmiękcza skórę, ale i tak nie jest wart swojej ceny. Pełną recenzję znajdziecie tutaj
5. Regeneracyjny krem pod oczy, L'Orient- to kolejny kosmetyk z Shiny Boxa ;) Jego recenzje znajdziecie kilka postów wcześniej. Ci, którym nie chce się szukać, niech klikną w ten link :D
6. Olejek do opalania i masażu Neroli Essence, Song of India- oddziaływanie olejku na skórę jest naprawdę dobre, ale jego zapach jest nie do wytrzymania i dlatego cieszę się, że udało mi się go zużyć w krótkim czasie. Pod tym linkiem znajdziecie jego recenzje. Jest drogi ( 15 ml/64,00 zł ), ale bardzo wydajny, a poza tym ma naturalny skład ( a za naturę się płaci ;) i naprawdę świetnie działanie.
7. Szampon z naftą kosmetyczną, New Anna Cosmetics- oraz z olejkiem rycynowym i arganowym. Przywiozłam go z Spotkania Łódzkich Blogerek, a jego dokładna recenzja już się pisze.
8. Zmywacz lakieru hybrydowego, BeBeauty- ma także usuwać manicure akrylowy i brokatowy. Przetestowałam na kilku różnych lakierach hybrydowych i nie przy każdym się sprawdził. Jeśli jesteście ciekawe lakierów jakich marek dobrze nie rozpuścił, zapraszam do tego posta
9. Regeneracyjne serum do twarzy, Regenerum- nie tak dawno mogłyście przeczytać jego recenzje: klik. Napisałam w niej między innymi czym różni się serum od kremu. Co do zużytego kosmetyku, to serum nieźle się u mnie sprawdziło. Używałam go nie tylko w pielęgnacji twarzy, ale również szyi i dekoltu, dlatego dość szybko mi się skończyło. 
10. Płyn micelarny z olejkiem arganowym, Garnier- recenzja tego kosmetyku do demakijażu czeka na opublikowanie. Myślę, że w maju pojawi się wpis z moimi odczuciami, co do tego produktu Garniera. 
11. Nawilżający tonik do twarzy Daily Care, Mincer Pharma- przeznaczony do cery normalnej i suchej, ale na mojej mieszanej spisał się bardzo dobrze i dlatego z przyjemnością go używałam. W swoim składzie ma między innymi kwas hialuronowy i skrzyp. Dobrze tonizuje i nawilża, działa kojąco oraz przygotowuje skórę na dalsze etapy pielęgnacji. Otrzymałam go w jednym z Shiny Box'ów. 
12. Intensywnie odżywczy krem do twarzy na noc, Vianek- pisałam o nim recenzję na początku marca: klik. Cudownie pachnie i zaskakuje swym pomarańczowym kolorem. Ma nietłustą konsystencje, która ładnie rozprowadza się po skórze i szybko się wchłania, pozostawiając ją nawilżoną, ukojoną i miękką w dotyku.
13. Pomadka do ust ColorTrend, Avon- w odcieniu Passion, czyli malinowej czerwieni wpadającej w różowe tony. Pomadka znalazła się we wpisie o kosmetycznych zaskoczeniach. Jest dobrze napigmentowana, ma fajną, kremową konsystencje i nawet dobrze trzyma się na ustach, delikatnie je nawilżając. 
14. Korektor w sztyfie Cover Stick, Manhattan- jestem z niego zadowolona. Mimo, że jest "ciężki", to nie ma tendencji do zapychania skóry. Dobrze współpracuje w przeróżnymi podkładami, ładnie się stapia ze skórą, kryjąc jej niedoskonałości. Póki co mam zapas innych korektorów, ale myślę, że jeszcze kiedyś go kupię. 
15. Żel oczyszczający z kwasem salicynowym i cynkiem Czysta Skóra, Garnier- kiedyś seria Czysta Skóra była moją ulubioną, dalej mam do niej coś w rodzaju sentymentu, ale teraz sięgam po kosmetyki z tej serii znacznie rzadziej, bo w pielęgnacji skóry stawiam głównie na nawilżenie, a ta seria jest, niestety, mocno wysuszająca. Dlatego tym żelem myłam twarz nie częściej niż raz w tygodniu. Przyjemnie odświeża, momentami aż chłodzi skórę, ale czasami lubi ją za bardzo ściągnąć. 
16. Rozświetlający podkład Smooth&Light, Joko- to niestety wyrzutek :( Zdecydowałam się go nie zużyć do końca, ponieważ zaczął się rozwarstwiać. Dobrze się rozprowadza, ładnie dopasowuje się do koloru skóry, delikatnie ją rozświetlając. Krycie ma słabe, ale nie jest to przecież podkład kryjący, a poza tym kilka jego warstw umiejętnie zaaplikowanych na zaczerwienienia daje radę je zatuszować. Bardzo go polubiłam i pewnie jeszcze kiedyś u mnie zagości. 
17. Upiększający, wygładzający balsam do ust Beautifying Lip Smoother , Catrice- niestety, nie napiszę Wam jaki miałam odcień, ponieważ wszystkie napisy z tubki pościerały się. Jest to całkiem fajny, nawilżający błyszczyk do ust, który jest wyciskany i aplikuje się go za pomocą sporej, ale mięciutkiej gąbeczki. Nie mam pojęcia czy jest jeszcze dostępny, bo kupiłam go naprawdę dawno temu. 
18. Udoskonalająca baza matująca pod makijaż Stay Matte Primier, Rimmel- kupiłam zachęcona pozytywnymi opiniami na blogach. I faktycznie, baza jest bardzo dobra, ale używana codziennie w za długim okresie może nieźle zapchać. Ma postać białego kremu, troszeczkę tępego w rozprowadzaniu na skórze. Dobrze matuje, wygładza i przedłuża trwałość makijażu. 
19. Podkład do cery tłustej i mieszanej Color Sta, Revlon- jeden z moich ulubionych podkładów, na który zawsze mogę liczyć i wiem, że mnie nie zawiedzie. Kupuję go tylko w drogeriach internetowych, gdzie potrafi kosztować nawet połowę mniej niż w Rossmannie! Obecnie mam jego nową wersję, w buteleczce w pompką, której jeszcze nie testowałam. Używam albo odcienia Buff albo widocznego na zdjęciu Sand Beige. W tamtym roku napisałam recenzje, w której raczej niczego bym nie zmieniła.  
20. ???- przez kompletnie starte napisy nie mam bladego pojęcia, jaki to jest błyszczyk... Kojarzy mi się, że może to być Bell, ale ręki też sobie nie dam uciąć. Niemniej jednak wiem, że go polubiłam, ma fajny aplikator, bardzo przyjemny kolorek i świetnie nawilża oraz zmiękcza usta. Ma bardzo gęstą, kremową konsystencję i podczas zakręcania lubił wypływać spod nakrętki. 
21. Hypoalergiczny błyszczyk do ust, Bell- tu jakość napisów jest znacznie lepsza, bo jak możecie zauważyć żadna literka się nie starła. Mam słabość do błyszczyków Bell, które lubię głównie za konsystencję oraz uczucie nawilżenia, wygładzenia i zmiękczenia warg. 
Czytaj więcej »

Only You Box- Rozkwitnij Wiosną

poniedziałek, 8 maja 2017 41 komentarzy
Kwiecień obfitował u mnie w kosmetyczne boxy. Standardowo, jak co miesiąc, otrzymałam Shiny Boxa, a poza nim jeszcze Syoss Box oraz Only You Box "Rozkwitnij wiosną", który był najbardziej wypełnionym pudełkiem, jaki widziałam ostatnio na oczy :D W kolorowym pudełku, tym razem przewiązanym zieloną wstążeczką ( wcześniej otrzymałam edycję "Dookoła włosów" z niebieską wstążką ), znalazłam wiele produktów, które dbają o mnie kompleksowo od stóp po czubek głowy. Pełną jego zawartość pokazałam Wam na Instagramie oraz w nowościach kosmetycznych kwietnia. Pisałam też o lakierach Bell, które znalazłam w boxie, a dziś chciałabym Wam pokazać pozostałych dziewięć kosmetyków, które mają sprawić, że zakwitnę wiosną niczym kwiat :D Zaczniemy od czubka głowy, czyli czegoś, co zadba o włosy, a następnie będziemy stopniowo przechodzić w dół, przez pielęgnacje twarzy, otulający ciało zapach, coś do skórek,  na kosmetyku do stóp kończąc :D
Odbudowujący balsam do włosów i intensywnie regenerująca maska z najnowszej serii Opuntia Oil&Mango od Biovax pachną cudownie! W dodatku tak intensywnie, że całe pudełko przesiąknęło ich zapachem :D A mój mąż stwierdził, że mogłabym mieć tak pięknie pachnący balsam ;) Oba produkty pozbawione są silikonów, parabenów, parafiny oraz SLS i SLES. W ich składzie znajdziemy za to kompleks naturalnych substancji lipidowych, czyli olej z opuncji, który sprawia, że włosy są gładkie i lśniące, wygładzające i dyscyplinujące masło mango oraz ceramidy, których zadaniem jest odbudowa włosów. Z kosmetykami Biovax miałam już nie jeden raz do czynienia i są to produkty, które moje włosy wprost uwielbiają! Tak samo jest z tymi z serii Opuntia Oil&Mango, których, tak na marginesie, nie sposób przeoczyć, bo zapakowane zostały w opakowania o cudownym truskawkowo- malinowym kolorze :D
Nawilżająca maska na tkaninie Bioteq zawiera sporo aktywnych składników: intensywnie i długotrwale nawilżające masło shea, kojący i łagodzący ekstrakt z aloesu, zapewniający elastyczność i właściwą gęstość skóry ekstrakt z drzewa herbacianego oraz neutralizujący toksyny i kojący ekstrakt z ogórka. Kartonowe opakowanie skrywa w sobie srebrną saszetkę, do której schowana została nasączona tkanina, pełniąca rolę maseczki. Tkanina nie jest jakaś cieniutka, przy jej rozkładaniu na twarz nie rozrywa się.  Ma też odpowiedniej wielkości otwory na oczy, nos i usta. Maska dobrze trzyma się twarzy, można sobie spokojnie w niej spacerować po mieszkaniu :) Po 15-20 minutach wystarczy tkaninę zdjąć, wyrzucić do kosza, a pozostałości maseczki wklepać w skórę. Maseczka bardzo fajnie nawilża, łagodzi podrażnienia i przyjemnie koi. Skóra robi się miękka w dotyku, delikatnie napięta i wygląda na wypoczętą oraz zapewnia jej odrobinę tak potrzebnego relaksu. 
Odżywczo- regenerujący krem redukujący suchość skóry oraz ekspresowe serum wygładzająco- ujedrniające Antyoksydacja Jaogdy Acai Ziaja to jedna z najnowszych serii kosmetyków marki. Krem znajduje się w granatowej tubce o pojemności 50 ml, a serum zamknięte zostało w białej buteleczce, również mającej 50 ml, zakończonej pompką typu air- less. Kremem podzieliłam się z mamą, serum przetestowałam sama ;) Oba kosmetyki mają bardzo podobne, ładne, subtelnie jagodowe zapachy, ale różnią się swoimi konsystencjami. Krem jest biały, bardziej zbity, serum ma lekko żelową konsystencje, ale oba tak samo dobrze się wchłaniają. Moja mama jest zadowolona z kremu. Twierdzi, że łatwo się rozprowadza, przyjemnie nawilża skórę, redukując jej suchość. Nie zauważyła, by jakoś specjalnie wygładził zmarszczki, ale nie przeszkadza jej to. Kremu używa także w pielęgnacji skóry szyi. Co do serum, to bardzo odpowiada mi jego konsystencja oraz to, że dobrze współpracuje w innymi kremami czy olejkami, które aplikuje w dalszej pielęgnacji, a także z kosmetykami do makijażu, bo nieraz sięgam po niego właśnie rano. Zapomniałam jeszcze dodać, że krem oraz serum mają działać przeciwko efektowi tech neck. Wiecie co to jest? To "technologiczna szyja", czyli zmarszczki na szyi powstałe w wyniku pochylania głowy podczas korzystania z telefonów komórkowych i innych mobilnych urządzeń ;) 
Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami Bandi chciałam wypróbować już dawno i aż zapiszczałam z radości widząc go w Only You Box'ie :D Jest to krem nawilżający, ale o złuszczającym działaniu. Ma usuwać martwe komórki, oczyszczać, zwężać rozszerzone pory, ograniczać błyszczenie się skóry, no i oczywiście nawilżać ;) Piękna jesień tegorocznej wiosny pozwala mi go stosować, mimo to pamiętam, aby chronić swoją skórę przed przebarwieniami wklepując dodatkowo krem przeciwsłoneczny. Na stronie producenta wyczytałam, że najlepsze efekty uzyskuje się po trzech miesiącach systematycznego stosowania, najlepiej dwa razy w roku. Kremu z kwasami Bandi używam dopiero kilkanaście dni, więc jeszcze nie za wiele mogę o nim napisać, ale pierwszymi, subtelnie zauważalnymi efektami mogę się podzielić. Po pierwsze, krem faktycznie dba o to, aby skóra twarzy trzymała odpowiedni poziom nawilżenia. A po drugie, widoczne jest też delikatne złuszczenie skóry, ale nie na tyle mocne, by schodziła płatami. Czuć jednak, że jej faktura jest już subtelnie wyrównana. Mam nadzieję, że z tygodnia na tydzień efekty będą jeszcze lepsze. 
Regenerujący różany olejek do skórek i paznokci Cutilce&Nails, Mollon Pro polubiłam od pierwszego użycia. Najpierw moje serce skradł słodko- różany zapach oliwki, potem jest leciutko żelowa konsystencja ( olejek Semilac jest bardziej płynny ), w której zatopione są pokruszone płatki róż, a na końcu to, jak dobrze wpływa na stan i wygląd moich skórek. Olejek bardzo fajnie nawilża skórki oraz je zmiękcza. Podobno, wcierany w macierz paznokcia, ma odżywiać łamliwe i kruche paznokcie, ale mam go zbyt krótko, aby móc się wypowiedzieć w tej kwestii. Używam go codziennie, dzięki czemu moje skórki zawsze wyglądają nienagannie :) Mollon Pro w swojej ofercie ma jeszcze dwie wersje oliwki do skórek i paznokci: wrzosową i nagietkową. 
Woda perfumowana Secret Blanc Nou to jedyny kosmetyk z całego Only You Box'a, który kompletnie nie przypadł mi do gustu, za to bardzo spodobał się mojemu mężowi ;) Jest to zapach, który przyprawia mnie o ból głowy. Dla mnie jest zbyt intensywny, za bardzo kwiatowy i mocno nachalny. W nucie głowy ma schłodzoną cytrynę, białą herbatę, ananas i rabarbar, w nucie serca jaśmin, peonie i żurawinę, a w bazie paczulę, piżmo i bób tonka. Dla mnie taka mieszanka jest za ostra. 
Maska złuszczająca do stóp w postaci nasączonych skarpetek LC+ zawiera wiele substancji aktywnych, takich jak mocznik, allantoina, olejek z trawy cytrynowej, ekstrakty z nagietka lekarskiego, aloesu oraz kwasy: glikolowy, cytrynowy i salicylowy. Skarpetki nałożyłam na stopy na nieco dłużej niż godzinę, jak to zlecił producent ( dodatkowo zakładając jeszcze skarpetki ), ale tak jak zapewnił, pierwsze efekty złuszczania pojawiły się po około tygodniu. W trakcie zabiegu nie odczuwałam żadnego dyskomfortu, czułam tylko, że stopy są mocne mokre ;) Skóra jeszcze gdzieniegdzie schodzi ze stóp, ale są już gładziutkie, mięciutkie i aż chciałoby się je zaprezentować w sandałkach :D 
Podsumowując, zróżnicowana zawartość Only You Box'a bardzo mi się spodobała, chociaż nie obyło się bez kosmetyku, którego nie polubiłam i z którym za bardzo nie wiem, co zrobić ( woda perfumowana Nou ). Trafiło się za to sporo perełek, których używam z ogromną przyjemnością ( oliwka do skórek Mollon Pro, krem z kwasami Bandi, balsam do włosów Biovax ) i które serdecznie Wam polecam! 
Czytaj więcej »

Recenzja: Naturalny pomarańczowy dwufazowy płyn do demakijażu oczu i twarzy, Beaute Marrakech

piątek, 5 maja 2017 35 komentarzy
Obietnice producenta:
Płyn zawiera dwa 100% naturalne składniki bioaktywne: olej arganowy oraz wodę pomarańczową. Dokładnie i szybko usuwa nawet intensywny i wodoodporny makijaż. Nawilża wrażliwe okolice oczu, powiek i ust, oraz wzmacnia rzęsy. Płyn dwufazowy posiada przyjemny, bardzo delikatny, pomarańczowy zapach i może być stosowany do oczyszczania skóry wrażliwej. Zawarty w nim olej arganowy wzmacnia skórę oraz zapewnia długotrwałą ochronę, a woda pomarańczowa odżywia, wzmacnia naczynia włosowate i koi skórę.

125 ml kosztuje 19,93 zł w Maroko Sklep
Moim zdaniem:
Płyny dwufazowe, zaraz po płynach micelarnych, to moje ulubione produkty do demakijażu. Swego czasu używałam jednego z nich, który wyróżnia się najkrótszym składem kosmetyku do zmywania makijażu, jaki kiedykolwiek widziałam! Bo naturalny, pomarańczowy, dwufazowy płyn do demakijażu oczu i twarzy Beaute Marrakech zawiera tylko dwa, w 100% naturalne, składniki bioaktywne, jakimi są woda z gorzkiej pomarańczy oraz olej arganowy. 
W przypadku tego płynu sprawdza się powiedzenie, że im mniej, tym lepiej. Tylko dwa składniki, a dają naprawdę niesamowite działanie. Na co dzień nie maluję się mocno, bo tylko korektor, podkład, żel do brwi, tusz do rzęs i szminka lub błyszczyk do ust, ale ten płyn świetnie poradził sobie również z mocniejszym makijażem, który wykonała mi wizażystka. Bez problemu rozpuścił też kępki rzęs, pozwalając mi na ich łatwe zdjęcie. Dwufazówka jest lekko oleista, więc na skórze zostawia delikatnie tłustawą warstewkę, która po kilku chwilach wchłania się w skórę, cudownie ją nawilżając, wygładzając, zmiękczając i odżywiając. Zawarte w produkcie składniki dobroczynnie wpływają na moją cerę. Woda pomarańczowa odżywia ją oraz tonizuje. Polecana jest szczególnie w pielęgnacji cery tłustej i mieszanej, której jestem posiadaczką, ze względu na swoje właściwości oczyszczające i antybakteryjne. Zaś olej arganowy zapewnia mojej skórze ochronę, regeneruje ją, wzmacnia i łagodzi. Płyn do demakijażu świetnie oczyszcza skórę, nie przetłuszcza jej, a przywraca jej elastyczność, uspokaja ją i normuje wydzielanie się sebum, dzięki czemu moja cera nie błyszczy się już tak mocno. Płyn nie jest komedogenny, nie podrażnia ani oczu ani skóry. 
Dwufazowy płyn do demakijażu wlany został do niedużej, przezroczystej buteleczki. Zamknięta jest na białą, plastikową nakrętkę, którą należy nacisnąć z jednej strony, by z drugiej odchyliło się wieczko z otworem, przez który płyn łatwo się przelewa. Buteleczka z płynem jest plastikowa, ale jest to plastik dobrej jakości, twardy i mało giętki. 
Produkt do demakijażu Beaute Marrakech ma słodko- gorzki zapach z łagodną cytrusową nutą. Jest dość wyrazisty i intensywny, czuć go w całej łazience, ale da się go lubić. Woda z gorzkiej pomarańczy jest nieco mętna. Wygląda tak, jakby do czystej wody wyciśnięto sok z cytryny. Olejek arganowy ma złote zabarwienie. Po wstrząśnięciu, obie warstwy mieszają się w zmącony płyn. Produkt szybko wraca do swojej dwufazowej postaci, co trochę mnie irytuje. Dlaczego? Dlatego, że chcąc zmoczyć płynem kolejny wacik, muszę go zatykać, ponownie wstrząsać i wlewać na tyle szybko, aby nie zdążył wrócić do swojej stałej formuły. Do mojego demakijażu potrzebuję średnio 4 wacików ( po jednym na oczy i dwa na twarz ), więc trochę muszę się namachać ;) 
Pomarańczowy płyn do demakijażu jest jednym z trzech dwufazówek od Beaute Marrakech, które możecie znaleźć w Maroko Sklep. One również mają tak krótkie składy, których podstawą jest olej arganowy, a które różnią się tylko dodatkiem w postaci wody kwiatowej, która może być różana lub lawendowa, w zależności od Waszych upodobań. 
Czytaj więcej »

Nowości kosmetyczne w kwietniu

środa, 3 maja 2017 47 komentarzy
Jak ten czas szybko leci! Pamiętam jak nie tak dawno pisałam o nowościach kosmetycznych marca ( gdyby ktoś nie widział, zapraszam tutaj ), a już po raz kolejny mam przyjemność zaprosić Was na przegląd tego, co nowego wpadło do mojej kosmetyczki w kwietniu :)
Ostatniego marca obchodziłam urodziny. 18-naste jakby ktoś pytał :D Na pytanie męża, co chciałabym dostać bez wahania odpowiedziałam, że efekt lustra na paznokcie oraz jakiś ładny, letni kolorek lakieru hybrydowego. Najpierw musiałam mu wytłumaczyć, co to jest efekt lustra, a następnie pokierować do odpowiedniego sklepu :P Chłopak podołał zadaniu, jakie przed nim postawiłam, bo otrzymałam upragniony pyłek Metal Manix Indigo oraz top no wipe Semilac :) Lakieru nie kupił, bo nie mógł wybrać koloru :P 
Dawno nie byłam w Rossmannie i nawet nie wiedziałam, że pojawiły się dwa nowe tusze Lovely. Od razu wzięłam z szafy oba :D Pierwszy z nich to Vampire Lashes, który ma zwiększyć objętość rzęs, a drugi to Envy Eyes, który ma podkreślić drapieżność mojego oka, cokolwiek to znaczy :P Maskary Lovely nie są drogie, każda z nich kosztowała około 9,00 zł. W kwietniu kupiłam również sławną w blogosferze proteinową odżywkę Indigo. Na początek kupiłam mniejszą wersję o pojemności 5 ml, za którą zapłaciłam 35,00 zł. Jeśli się sprawdzi, to następnym razem kupię większe opakowanie o pojemności 10 ml, bo bardziej się opłaca. W niewielkiej drogerii kupiłam pomadkę LongStay Golden Rose w promocyjnej cenie 15,00 zł. Mam już odcień nr 04, tym razem wybrałam kolorek nr 17. A w Biedronce skusiłam się na najnowszy błyszczyk Shiny Liquid Lips Bell za około 10,00 zł. 
W marcu otrzymałam OnlyYou Box "Rozkwitnij Wiosną", którego zawartość totalnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się aż tylu kosmetyków! W pudełku było aż 15 kosmetyków, w tym 6 lakierów do paznokci z limitowanej edycji Bell, które z bliska pokazałam Wam kilka wpisów temu, dokładniej w tym. Poza lakierami w pudełku były jeszcze: krem Bandi z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami ( miałam w planach jego zakup, bo czytałam o nim wiele pozytywnych opinii ), maska nawilżająca w płachcie Bioteq, odbudowujący balsam do włosów i maska intensywnie regenerująca Biovax, maska złuszczająca do stóp LC+, regenerujący różany olejek do paznokci i skórek Mollon Pro, owocowo- kwiatowa woda perfumowana Nou, a także krem i serum do twarzy i szyi Ziaja z serii Jagody Acai. Niedługo pojawi się post, w którym napiszę kilka słów o każdym z tych kosmetyków. 
Pod koniec miesiąca dostałam kolejne pudełko wypełnione po same brzegi, tym razem Shiny Box'a "Spełnij marzenia", w którym znalazły się same pełnowymiarowe kosmetyki oraz upominek w postaci saszetki z regenerującym szamponem Lab One. Wśród pełnowymiarowych produktów znalazły się: żel do mycia twarzy z luffą -417, błyszczyk do ust w odcieniu nr 3 Romantic Cream Provoke dr Irena Eris, balsam tlenowy Air Streat Faberlic, rozświetlający krem pod oczy Krynickie Spa oraz spiekany róż do policzków Joko. Krótkie opisy wszystkich kosmetyków z boxa "Spełnij marzenia" znajdziecie tutaj :)
Jeśli chciałybyście otrzymać taki zestaw kosmetyków do pielęgnacji włosów Syoss, a dodatkowo jeszcze prostownicę i suszarkę do włosów, to zapraszam na stronę www.regeneracjaprzyszlosci.pl. Tam wypełnicie krótki test, dzięki któremu możecie wygrać takiego Syoss Boxa :) Lakier do włosów, piankę, farbę, szampon oraz serum, a także wspomnianą już suszarkę i prostownicę otrzymałam jako ambasadorka. 
Wbrew pozorom nie są to łupy z rossmannowskiej promocji -49% :P Powyższe kosmetyki kupiłam przed promocją, bo i tak nie były drogie, a w dniach kiedy promocja obowiązywała nie miałam możliwości pojechania do drogerii, by zrobić zakupy ( przynajmniej tak myślałam... ). Podkłady Bielendy kupiłam po 12,00 zł za sztukę. Wersję matująca już miałam i bardzo polubiłam. Mam nadzieję, że tak samo będzie z fluidem kryjącym. Zaszalałam i za jednym zamachem zaopatrzyłam się w trzy różne produkty do stylizacji brwi. Jednym z nich jest nowość marki Wibo, czyli pomada do brwi za około 24,00 zł. Kupiłam tez dwa zestawy cieni, jeden z Miss Sporty za około 16,00 zł, oraz drugi z Wibo za bodajże 14,00 zł. Zobaczymy, który z tych produktów spisze się najlepiej :)
To zdjęcie już przedstawia moje łupy z promocji -49% w Rossmannie :P plus krem  Effaclar Duo+ La Roche- Posay, który poleciła mi znajoma kosmetyczka, która tez borykała się z takimi samymi niedoskonałościami twarzy jak ja. Jej bardzo pomógł i mam nadzieję, że mi tez pomoże, bo dałam za niego aż 50,00 zł. Co do zakupów w Rossmannie, to oprócz maskary 2000 Calorie Max Factor, reszta kosmetyków jest mi nieznana. Big&Beautiful Style Muse to bodajże mój pierwszy tusz z Astora, w matowej pomadce Bell spodobał mi się kolor, a maskary Eveline zawsze lubiłam. 
Polubiłam nakładanie podkładów za pomocą gąbeczek. Obecnie używam pomarańczowej Real Techniques, ale nie byłabym sobą gdybym nie chciała wypróbować propozycji innych producentów. Na początku zdecydowałam się na niebieściutką gąbeczkę Neess za około 13,00 zł. Jest śliczna, ale dużo twardsza niż Real Techniques. Kupiłam też jeden z moich ulubionych podkładów, kultowy ColorStay od Revlona za niecałe 30,00 zł. 
W ramach kontynuacji współpracy otrzymałam kolejne kosmetyki z serii Regenerum, tym razem serum do rzęs i brwi oraz do włosów. Kosmetyk do włosów już miałam, a serum do rzęs jestem mega ciekawa!

Nawet nie miałam pojęcia, że tyle się tego uzbierało! W maju trzeba będzie pójść na odwyk :P
Czytaj więcej »

Maska do włosów Regeneracja- Nawilżenie- Objętość, Expert Hair Mask, New Anna Cosmetics

poniedziałek, 1 maja 2017 31 komentarzy
Obietnice producenta:
Maska intensywnie nawilża i pielęgnuje włosy. Odżywia i wzmacnia je od cebulek, aż po same końce. Włosy stają się miękkie, lśniące i przyjemne w dotyku. Maska ułatwia rozczesywanie włosów i ich codzienną stylizację. Zawiera naturalne ekstrakty - olej makadamia, olej lniany, prowitaminę B5 i glicerynę.
Moim zdaniem:
Z Łódzkiego Spotkania Blogerek, na którym byłam w lutym, przywiozłam pełno toreb z upominkami od sponsorów. Jednym z nich był polski producent kosmetyczny New Anna Cosmetics, od którego otrzymałam między innymi maskę do włosów Regeneracja- Nawilżenie- Objętość, Expert Hair Mask. Maska ta jest u mnie w użyciu od kilku tygodni, nadeszła więc pora, żebym dłużej już nie zwlekała z jej recenzją ;)
Maska została zamknięta w plastikowym, biało- niebieskim słoiczku, który dodatkowo wyposażony jest w pompkę. Moim zdaniem jest to nie do końca dobre rozwiązanie, bo pod koniec maski i tak trzeba będzie odkręcać wieczko i paluszkami wybierać resztki kosmetyku. Maska jest mocno kremowa, swoją konsystencją przypomina śmietankowy budyń. Jest odpowiednio gęsta, więc nie spływa z włosów, za to wnika w ich głąb. Jest wystarczająco wydajna, a poza tym cudownie pachnie! Jej zapach określiłabym jako mleczny z dodatkiem słodyczy. 
Maski używam przynajmniej raz w tygodniu, nakładając ją od połowy włosów ku końcówkom na minimum 10 minut. W moich oczach maska New Anna Cosmetics ma same plusy. Maska mocno nawilża włosy oraz sprawia, że są niesamowicie gładkie już po pierwszym użyciu. Bardzo ułatwia rozczesywanie i modelowanie włosów, które są sypkie, elastyczne i miękkie w dotyku. Nie można jednak przesadzić z jej ilością, bo może obciążyć włosy, ale nałożona w racjonalnej ilości dodaje włosom blasku i sprawia, że zdrowo wyglądają. Maska niweluje puszenie się włosów oraz ich elektryzowanie, a także mocno je odżywia. Moje włosy lubią być systematycznie nawilżane i ta maska potrafiła sprostać ich wymaganiom, więc używam jej z przyjemnością i nie chcę, aby się skończyła! 
Maska Expert Hair Mask dostępna jest w sklepie internetowym New Anna Cosmetics w dwóch pojemnościach: 300 ml w cenie 14,90 zł oraz 500 ml za 19,90 zł. Ta polska marka w swojej ofercie ma nie tylko kosmetyki, ale też akcesoria, takie jak wałki czy szczotki do włosów. W asortymencie kosmetycznym znajdują się produkty do pielęgnacji włosów oraz ciała, a także naturalne kosmetyki, na przykład olejowe eliksiry do rąk czy masła do ciała. Jest więc z czego wybierać i myślę, że każda z Was odnajdzie coś dla siebie.
Czytaj więcej »

Shiny Box "Spełnij marzenia"

sobota, 29 kwietnia 2017 35 komentarzy
Jak co miesiąc, z ogromną ciekawością oczekiwałam kwietniowego Shiny Boxa "Spełnij marzenia". Ekipa Shiny dodatkowo podsycała moją niecierpliwość systematycznie uchylając rąbka tego, co w pudełku może się skrywać. Muszę przyznać, że Zespół Shiny opanował te sztuczkę do perfekcji :D Zaczęło się od szaty graficznej pudełka, które wyjątkowo mocno mi się spodobało- jest skromne, minimalistyczne, ale ma w sobie to coś. Po kilku dniach wiadomo też było, że w boxie znajdą się aż dwa produkty premium, czyli błyszczyk Provoke dr Irena Eris oraz pieniący się żel do mycia twarzy z luffą -417. Od tej chwili wiedziałam już, że to pudełko może kryć w sobie potencjał! 
Kosmetyki premium zostawimy sobie na później, a prezentacje zawartości boxa zaczniemy od tlenowego balsamu z serii Air Stream od Faberlic. Balsam znajduje się w niebieściutkiej tubce o pojemności 50 ml i kosztuje 39,90 zł. Jest to kosmetyk do każdego typu cery. Dzięki wysokiemu stężeniu kompleksu tlenu ma poprawiać krążenie krwi, odżywiać i przyspieszać proces regeneracji skóry. Polecany jest także do pielęgnacji skóry po depilacji, poparzeniach słonecznych i zabiegach kosmetycznych. Balsam ma postać żelu o delikatnie niebieskim zabarwieniu, ładnie pachnie i szybko się wchłania. Dalej mamy rozświetlający krem pod oczy Krynickie Spa, który ma pojemność 30 ml i kosztuje 16,00 zł. Nie kojarzę, żebym wcześniej testowała jakikolwiek kosmetyk marki, ale nazwa obiła mi się już o uszy. Krem wzbogacony jest o naturalną wodę mineralną oraz kompleks ekstraktów z yerba mate, arniki, oczaru, skrzypu polnego, kasztanowca i miłorzębu japońskiego. Regularnie stosowany ma wygładzać, zmniejszać widoczność zmarszczek, rozjaśniać, redukować opuchliznę i worki pod oczami. Nie mam naczynkowej cery, ale kosmetyk mnie kusi, więc go przetestuje i sprawdzę, jak obietnice producenta mają się do rzeczywistości ;)
Pora na pierwszy kosmetyk premium :) Jest nim błyszczyk do ust Provoke dr Irena Eris, który według ceny podanej przez producenta kosztuje aż 55,00 zł. Z mixu kolorów do mnie trafił odcień nr 3 Romantic Cream, który określiłabym jako nudziakowe złotko z subtelnymi drobinkami. Cieszę się, że dostałam akurat ten kolor, bo bardzo mi się podoba :) Mam pomadkę Provoke, którą bardzo lubię ( i której recenzję muszę w końcu napisać! ) i nie raz myślałam sobie, że chciałabym przetestować błyszczyk. No i proszę, marzenia się spełniają :D Tym błyszczykiem ekipa Shiny złapała ode mnie dużego plusa :) Skoro jesteśmy już przy kolorówce to od razu pokaże Wam jeszcze jeden kosmetyk do makijażu, który otrzymałam w kwietniowym boxie. Jest nim mineralny, spiekany róż Joko w odcieniu nr 9. Róż ma bardzo podobny odcień, co błyszczyk, jest jednak ciemniejszy i mocniej wpada w cieplejsze tony. Pięknie wygląda na skórze i cudownie rozświetla! Używam go nie tylko do rozświetlenia twarzy, ale też oczu używając go albo jako cień do powiek albo jako rozświetlacz, który nakładam pod łukiem brwiowym lub w wewnętrznym kąciku oka. Róż można dostać zamiennie z eyelinerem w kałamarzu Joko. Cieszę się, że mam róż, bo eyelinerów nie używam wcale i musiałabym szukać mu nowego właściciela. Kosmetyk kosztuje 24,50 zł. 
Drugim kosmetykiem premium, obok wspomnianego już błyszczyka Provoke, jest pieniący się żel do mycia twarzy z luffą -417. Tubka w kolorze zielonego złota (??) ma pojemność 200 ml i sugerowaną cenę 116,00 zł. Nie znam tej marki kosmetycznej, a tym bardziej nie mam pojęcia, czym jest ta cała luffa :P Żel może być używany przez osoby z każdym typem skóry. Ma on usuwać zanieczyszczenia i zrogowaciałe komórki naskórka, a poza tym nawilżać i odżywiać. W jego składzie znajduje się wiele witamin ( A, B, E i F ), ekstraktów roślinnych oraz olejków: z winogron i awokado. Przyznam, że jestem go niesamowicie ciekawa i mam nadzieję, że pozytywnie mnie zaskoczy. Dodatkowo w boxie znalazła się jeszcze próbka szamponu regenerującego Lab One, którego pełnowymiarowe opakowanie ma aż 400 ml i kosztuje 189,00 zł, oraz voucher w wysokości 30,00 zł do wykorzystania na stronie Katalog Marzeń.  
Powoli uzależniam się od Shiny Boxów, albowiem każde zawsze mnie zaskakuje i pozwala poznać marki, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Pudełko "Spełnij marzenia" nie jest wyjątkiem i dlatego też oceniam je bardzo pozytywnie. Każdy kosmetyk znajdzie u mnie zastosowanie, żadnego nikomu nie oddam :P, bo wszystkich jestem mocno ciekawa i na własnej skórze chcę się przekonać jak się spisują. W szczególności intrygują mnie kosmetyki premium, czyli żel -417 i błyszczyk Provoke. Recenzji tych dwóch produktów spodziewajcie się na pewno!
Czytaj więcej »

Lotus Mild Cleansing Foam skin79, czyli łagodna pianka oczyszczająca

czwartek, 27 kwietnia 2017 32 komentarze
Boom na azjatycką pielęgnację nie przemija- ten szał dopadł i mnie :D Swoją przygodę z azjatyckimi kosmetykami zaczęłam niedawno, ale właściwie to już przepadłam, bo naprawdę służą one mojej cerze. W przygotowaniu mam recenzję różanej maski wygładzającej z kwasami AHA, ale najpierw zapraszam Was na wpis o łagodnej piance oczyszczającej Lotus Mild Cleansing Foam. 
Pianka zamknięta jest w elastycznej tubce, o bardzo ładnej, minimalistycznej szacie graficznej. Tworzywo, z którego tubka została wykonana jest dobrej jakości, bo nic się z niej nie ściera, nie odkształca się i pozwala na bezproblemowe wydobycie kosmetyku do samego końca. Tubka jest stabilna, można postawić ją "do góry nogami", a zamykana jest na klik. Zamykanie dobrze się trzyma, ale jednocześnie też łatwo się otwiera.
Pianka ma bardzo subtelny zapach i postać białego, perłowego, gęstego kremu. Producent zaleca, aby niewielką ilość kosmetyku rozetrzeć najpierw w dłoniach, wytwarzając pianę, a następnie okrężnymi ruchami masować twarz, po czym spłukać letnią wodą. Zaleceń producenta trzymam się jak nigdy, używając pianki do wieczornej pielęgnacji twarzy w ilości jeszcze mniejszej niż na zdjęciu poniżej. Taka ilość w zupełności wystarczy na dogłębne oczyszczenie skóry twarzy i szyi. Pianka jest naprawdę mocno wydajna i wystarczy na bardzo, bardzo wiele miesięcy.  
Pianka Lotus Mild Cleansing Foam spełnia każde z zapewnień producenta. Z łatwością usuwa resztki makijażu i zanieczyszczenia nagromadzone w ciągu dnia, pozostawiając skórę świeżą i aż skrzypiącą od czystości :) Skóra może na nowo oddychać. Jest matowa, a jednocześnie pianka zapewnia jej odpowiedni poziom nawilżenia, nie ma więc mowy o uczuciu ściągnięcia. Pianka dobrze przygotowuje skórę na dalszą pielęgnację. I naprawdę mocno i głęboko oczyszcza- obecnie wszystkie ukryte niedoskonałości wychodzą na wierzch, ale jak już się schowają, to na ich miejscu nie pojawiają się kolejne. Pianka jest bardzo delikatna, nie zrobi krzywdy nawet bardzo wrażliwej cerze, nie podrażnia i nie uczula. Oprócz tego zawiera składniki przeciwzmarszczkowe i ma delikatne właściwości rozjaśniające.
Swoją piankę kupiłam na stronie polskiego dystrybutora  Skin79 w promocyjnej cenie, bodajże 39,00 zł za 200 ml, bez promocji kosztowała około 60,00 zł. Tej wersji pianki już nie znajdziecie, albowiem została wycofana z produkcji, ale na stronie Skin79 dostępne są nadal dwie inne jej wersje: Snail i Aloe. Myślę, że będą tak samo fajne jak Lotus :) Spieszcie się jednak, bo ich lada dzień też może zabraknąć! Dostępne będą za to inne pianki, jak na przykład: French Clay Foam Cleanser z węglem, naturalna Swanicoco Fermentation CERA Deep Cleansing Foam czy Phyto-hyaluron Foam Cleanser z hialuronem. Ja na pewno skuszę się na tą z węglem, bo nasze europejskie kosmetyki do oczyszczania twarzy mogą się schować przy azjatyckich! 
Dzięki piance i jeszcze kilku innym kosmetykom, o których również napiszę w swoim czasie, przekonałam się, że azjatycka pielęgnacja służy mojej cerze i bardzo chcę poznać inne produkty, które widziałam na stronie Skin79. Tak na zakończenie dodam, że polecam robić zakupy właśnie na stronie tego dystrybutora, ponieważ macie pewność, że kupujecie oryginalne kosmetyki, a poza tym często są bardzo fajne promocje, od 99,00 zł wysyłka jest darmowa, zamówienie dostaniecie bardzo szybko, a kontakt ze sklepem jest bardzo sympatyczny :)
Czytaj więcej »

5 kosmetyków, których nie polubiłam, czyli buble kosmetyczne okiem MintElegance

wtorek, 25 kwietnia 2017 51 komentarzy
W pierwszych miesiącach roku pisałam o moich ulubionych kosmetykach w 2016 roku. Mogłyście poznać moich idoli w pielęgnacji włosów, twarzy, ciała, makijażu, napisałam też o moich niekosmetycznych faworytach. Tym razem przygotowałam odmienny wpis. Dokładniej o pięciu produktach kosmetycznych, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy srogo mnie zawiodły. 
Recenzja Fixer Mist, czyli mgiełki do utrwalania makijażu Bielenda pojawiła się u mnie na blogu w lipcu tamtego roku ( klik ). Produktu nie polubiłam z prostego powodu: nie spełnia swojego podstawowego zadania, jakim jest utrwalenie makijażu. Producent obiecuje również utrzymanie matu, ale to także można wsadzić między bajki. Cieszę się, że nie był to pierwszy utrwalacz makijażu, jaki przetestowałam, bo zraziłby mnie do wypróbowania innych,  jemu podobnych. 
Mix korektorów High Definition Camouflage Hean miał być rozwiązaniem na wiele niedoskonałości mojej cery. Biały miał rozświetlać, różowy korygować cienie pod oczami, a fioletowy zakrywać przebarwienia. Nie muszę chyba pisać, że żaden kolor nie sprostał obietnicom producenta. Biały jeszcze jako tako dawał radę, ale nawet nałożony w niewielkiej ilości nie potrafił współpracować z używanymi przeze mnie podkładami, pod którymi mocno lubił się ważyć. Pozostałe dwa odcienie korektorów są kompletnie bezużyteczne. 
O odżywce- utwardzaczu do paznokci Herome napisałam na blogu kilka miesięcy temu, dokładnie w tym wpisie. Specjalnie dla tej odżywki na trzy tygodnie zrezygnowałam z malowania paznokci lakierami hybrydowymi, ale nie było warto. To znaczy, z jednej strony przerwa nie wyszła mi na złe, bo moje paznokcie troszkę "odpoczęły" od hybryd. Jednak sam produkt Herome niczym się nie popisał. Mimo postępowania zgodnie z zaleceniami producenta, kondycja moich paznokci nie uległa poprawie. Cieszę się, że nie kupiłam tej odżywki ( jest droga, bez promocji kosztuje około 60,00 zł ), tylko otrzymałam ją w ramach współpracy, bo nie musiałam pluć sobie w brodę za pieniądze wyrzucone w błoto. 
Wiem, że lakier do ust Lip Lacquer Rock With Me Wibo zbiera sporo pozytywnych recenzji, ale zupełnie nie wiem czemu. Nie pamiętam jaki odcień kupiłam, ale pigmentacja tego błyszczyka mocno mnie rozczarowała. Nie wiem czy trafił mi się jakiś felerny egzemplarz, ale jedna warstwa ledwo, ledwo pokrywa usta kolorem, poza tym robi to bardzo nierównomiernie. Aby uzyskać satysfakcjonujący efekt trzeba się napracować, nałożyć kilka warstw i jeszcze zrobić to bardzo dokładnie, aby nie było widać nieestetycznych prześwitów. Dodatkowo, produkt jest wyjątkowo nietrwały, szybko i nierównomiernie schodzi z ust, a ponadto mocno wysusza wargi i jeszcze do tego wszystkiego podkreśla suche skórki. Podsumowując krótko, to totalny niewypał. 
Z szminką w kredce Colour Rush Rimmel też się bardzo nie polubiłam. Tak samo, jak w przypadku lakieru do ust Wibo, w kredkowej szmince przeszkadza mi brak jej trwałości i słaba pigmentacja, a także jest zbyt śliska formuła. Kolor, który mam okazał się mało trafiony do mojego typu urody. Mogłabym to jeszcze przeboleć, gdyby nie to, że oprócz wymienionych już wcześniej jego wad, jeszcze nierównomiernie schodzi i lubi wysuszać usta. Ponadto, opakowanie jest naprawdę tandetne, wykonane byle jak, pękające przy najmniejszym upadku, a napisy bardzo szybko się ścierają. 

Jak możecie się domyślić kosmetyki te, bez wyrzutów sumienia, wyrzuciłam do kosza. 
Czytaj więcej »

Znalezione w Shiny Box'ie: Regeneracyjny krem pod oczy L'Orient

sobota, 22 kwietnia 2017 53 komentarze
Dzisiejszym wpisem chciałabym zapoczątkować nową serię na blogu zatytułowaną "Znalezione w Shiny Box'ie". Jako Ambasadroka co miesiąc dostaję pudełka wypełnione po brzegi kosmetykami. Wśród nich są takie, które bardzo polubiłam, których używam z przyjemnością i dlatego chciałabym poświęcić im osobne posty. Pierwszą taką perełką jest regeneracyjny krem pod oczy L'Orient, który znalazł się w styczniowym pudełku "Party Time". 
O regeneracyjnym kremie pod oczy producent pisze, że "zawiera unikalną kombinację minerałów z Morza Martwego, witamin, protein i naturalnych ekstraktów roślinnych wspomagająca ochronne konturów okolicy oczu. Pozwala utrzymać naturalny poziom nawilżenia i elastyczność. Stosowany regularnie spłyca zmarszczki, usuwa opuchliznę i cienie pod oczami. Pozostawia okolice oczu promienne, pełne naturalnego blasku. Idealny do codziennej pielęgnacji na noc i na dzień dla każdego rodzaju cery". 
Krem pod oczy otrzymujemy w jasnej buteleczce zakończonej pompką air less, która sprawnie działa, nie zacina się i dozuje taką ilość produktu, jaką na daną chwilę potrzebujemy. Ja używam pół pompki, taka porcja wystarcza mi na wklepanie kremu w skórę pod oczami, w zewnętrznych kącikach, a czasami nawet odrobinę zaaplikuję na powieki. Szata graficzna opakowania jest minimalistyczna, elegancka w swojej prostocie i chociaż nie wyróżnia się niczym szczególnym, to naprawdę mi się podoba. Początkowo zaskoczona byłam, że w tak dużym opakowaniu znajduje się tylko 15 ml kremu i myślałam, że to miniaturka kosmetyku. Jest to jednak pełnowymiarowy produkt, a buteleczka jest tak duża, bo prawie połowę jej wysokości zajmuje pompka wypychająca kosmetyk ku górze. 
Krem pod oczy L'Orient ma subtelny, kremowy zapach oraz konsystencję leciutką niczym śmietanka. Szybko się wchłania, nie obciążając delikatnej skóry pod oczami. Kremu używam głównie w wieczornej pielęgnacji, ale czasami zdarza mi się użyć go ponownie rano. Dobrze współgra z kosmetykami do makijażu, ani korektor ani podkład nie ważą się na nim ani się nie rolują. Po pierwszym użyciu kremu czuć duże ukojenie oraz nawilżenie skóry pod oczami. Regularne wklepywanie kremu L'Orient przyczynia się do znacznego wzmocnienia skóry, poprawy jej elastyczności i napięcia. Skóra pod oczami jest rozjaśniona oraz bardziej promienna. Dłuższe stosowanie kremu sprawia, że drobne zmarszczki są delikatnie spłycone, zmniejszają się cienie pod oczami, a o opuchliźnie zapomniałam kompletnie. Jak dla mnie, jest to najlepszy krem pod oczy, jaki miałam okazję poznać w ostatnich miesiącach. 
Dermokosmetyki marki L'Orient dostępne są głównie w Mydlarniach u Franciszka. Krem pod oczy ma pojemność 15 ml i kosztuje 64,00 zł. Może się wydawać dużo, ale oprócz samego oddziaływania na delikatną skórę pod oczami, należy wziąć pod uwagę jego naturalny skład i naprawdę świetną wydajność.
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.