06:52:00

Multiwitaminowa esencja do pielęgnacji cery mieszanej Multi Essence 4w1, Bielenda

Multiwitaminowa esencja do pielęgnacji cery mieszanej Multi Essence 4w1, Bielenda
Być może zauważyłyście, że ostatnimi dniami mało mnie w blogosferze, w szczególności na Waszych blogach. Spowodowane jest to bardzo intensywnym okresem w moim życiu- te z Was, które śledzą mnie na Instagramie ( a te, które jeszcze tego nie robią proszone są o nadrobienie zaległości :P ) wiedzą, że niedawno odebraliśmy z mężem klucze od naszego mieszkania :) Jest ono w stanie deweloperskim, więc praktycznie każdy weekend spędzam albo "na budowie" z miarką w ręce rozplanowując, gdzie co będzie stało i zastanawiając się czy kuchnie przenosimy czy jednak zostaje na starym miejscu, albo w sklepach typu Castorama i Leroy Merlin. W pracy też mam kocioł, często zostaję po godzinach, ale jeszcze miesiąc, góra dwa i wszystko powinno już wrócić do normy, przynajmniej na polu zawodowym. Mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będziecie dla mnie wyrozumiałe i wybaczycie mi moją mniejszą obecność na Waszych blogach, ale staram się jak mogę, by móc w tym wszystkim znaleźć jeszcze czas na blogowanie. Dobrze, że zanim zaczął się ten chaos udało mi się napisać kilka recenzji na zapas, dlatego też dziś mogę Was zaprosić na wpis poświęcony multiwitaminowej esencji do pielęgnacji cery mieszanej od Bielendy. 
Marka swój produkt reklamuje jako kosmetyk 4w1, który ma: pielęgnować jak krem, regenerować jak maska, oczyszczać jak mleczko oraz tonizować jak... tonik ;) Przy wymyślaniu tych wszystkich obietnic kogoś za mocno poniosła wyobraźnia, to i tak uważam, że esencja do cery mieszanej ( są jeszcze dwie, o których wspominam niżej, ale których nie testowałam ) sprawdza się naprawdę bardzo dobrze. W mojej pielęgnacji esencja pełniła rolę toniku, nigdy nie próbowałam zmywać nią makijażu, więc nie wypowiem się na temat zapewnienia producenta, że oczyszcza jak mleczko. Jej działanie pielęgnacyjne oceniam pozytywnie: esencja stosowana jako tonik zapewnia fajne uczucie nawilżenia i wygładzenia, a gdy cera ma gorszy dzień, to dodatkowo zapewnia jej ochronę i przynosi cudowne ukojenie. Po esencje sięgałam nie tylko podczas wieczornej pielęgnacji, ale również rano, fundując skórze odświeżenie i lekkie zmatowienie. Esencja nadaje skórze lekki poślizg, dzięki czemu podkłady lub sera do twarzy rozprowadzają się tak gładko, że aż bajecznie :D Na mojej mieszanej cerze kosmetyk nie pozostawiał żadnej lepkiej warstewki, wręcz przeciwnie- skóra bardzo szybko wchłania produkt.  I co najważniejsze, o czym zawsze staram się pamiętać, aby wymienić w recenzowanych kosmetykach to to, że esencja jest delikatna dla skóry, nawet dla takiej jak moja, czyli problemowej, ale jednak wrażliwej. Produkt Bielendy nie podrażnia, nie uczula, nie jest też komedogenny. 
Multiwitaminowa esencja z Bielendy ma płynną postać. To taki tonik o subtelnym zapachu. Znajduje się w lekko płaskiej i przezroczystej butelce, zamykanej na klapkę. Butelka jest nie tylko ładna, ale też wygodna w używaniu i solidnie wykonana. Przez malutki otwór kosmetyk przelewa się bez problemu, ale rozwiązanie z pompką, a jeszcze lepiej z atomizerem rozpylającym delikatną mgiełkę, też byłoby fajne :) Esencja dostępna jest w trzech wersjach: zielona do cery mieszanej, różowa do suchej i wrażliwej oraz fioletowa do dojrzałej. W składzie każdej z nich na drugim miejscu znajdziemy filtrat drożdżowy, który bogaty jest w witaminy, aminokwasy i minerały. Wariant do cery mieszanej został wzbogacona w kwas glikolowy oraz witaminę B5. Esencje kosztują około 13,00 zł za 200 ml i z łatwością znajdziecie je zarówno w stacjonarnych, jak i internetowych drogeriach. 
Wprowadzenie do wpisu było długie, jak chyba nigdy wcześniej, to chociaż w podsumowaniu postaram się streścić ;) Tak się złożyło, że miałam dwie buteleczki tej esencji: jedną kupiłam sobie sama, drugą otrzymałam na Meet Beauty. Zużyłam tylko jedno opakowanie, drugim podzieliłam się z mamą, bo choć jest to bardzo fajny produkt, który naprawdę polecam przetestować, to jednak chciałam już zacząć używać czegoś innego- padło na tonik Kueshi, o którym też szykuję recenzję ;)

06:51:00

Recenzja: Szampon zwiększający objętość włosów, Mediterranean Cosmetics

Recenzja: Szampon zwiększający objętość włosów, Mediterranean Cosmetics
Obietnice producenta:
Szampon zwiększający objętość z kolagenem i kwasem hialurynowym. Ta zaawansowana kompozycja zwiększa elastyczność, objętość i odżywianie włosów. Idealny do cienkich i słabych włosów wymagających zwiększenia objętości korzenia włosów. 118% dodatkowego nawilżenia.

350 ml/ 39,00 zł w BiolenaPlus
Moim zdaniem:
Być może słyszałyście o marce Mediterranean Cosmetics, a jeśli nie to spieszę z wyjaśnieniami, że jest to marka kosmetyczna pochodząca z Grecji, która tworzy "certyfikowane kosmetyki najwyższej jakości, wybierając i łącząc najbardziej korzystne składniki znalezione w śródziemnomorskiej przyrodzie z nowatorskimi surowcami opartymi na najnowocześniejszej kosmetologii. (...) celem jest dalsze rozwijanie metod badawczych i produkcyjnych, tak aby wysoce skuteczne produkty kosmetyczne mogły być dostępne dla jak największej liczby kobiet". Od kilku tygodni poznaję kosmetyki tej marki, a dziś przygotowałam dla Was recenzję jednego z nich, czyli szamponu zwiększającego objętość włosów. 
Szampon znajduje się w okrągłej butelce o pojemności 350 ml. Szata graficzna jest z tych skromniejszych i utrzymana w biało- czarnej kolorystyce z dodatkiem niebieskiego. Butelka jest poręczna, nie wyślizguje się z dłoni, a przez otwór nigdy nie wylało mi się więcej szamponu, niżbym tego chciała. Konsystencja jest właściwa jak dla większości szamponów, odpowiednio gęsta i dobrze pieniąca się po nałożeniu na włosy. Jedyne co mi w produkcie przeszkadza, to zapach. Jest w nim coś, co po prostu drażni mój zmysł powonienia. Jednak sprawdza się na moich włosach, więc puszczam oko na tą małą niedogodność ;)
Szampon został wzbogacony kolagenem i kwasem hialuronowym. Zawartość kolagenu sprawia, że włosy są łatwe w rozczesywaniu, nie plączą się po umyciu i nabierają blasku. Zaś kwas hialuronowy wpływa na nawilżenie włosów, które stają się miękkie i delikatniejsze w dotyku. Szampon Mediterranean rozprowadza się łatwo i przyjemnie. Dobrze się pieni i oczyszcza włosy oraz skórę głowy, nie powodując podrażnienia ani łupieżu. Szampon nie robi z włosów siana, a jest to zasługa wspomnianego już kwasu hialuronowego, który dba o odpowiedni poziom nawilżenia. Dodatkowo są miękkie i lśniące, dłużej zachowują też swoją świeżość. Co do głównego zadania szamponu, czyli zwiększania objętości, to muszę przyznać, że szampon ładnie obija włosy od nasady, przez co wydaje się, że jest ich jakby więcej. 
Kosmetyki Mediterranean kupić możecie u allegrowicza BiolenaPlus, który w swojej ofercie ma ponad 40 produktów marki. Ja jeszcze mam peeling do twarzy, drugi do ciała oraz masło o zapachu wanilii i karmelu. Z szamponu jestem zadowolona i mam nadzieję, że z pozostałymi kosmetykami będzie tak samo :)

06:56:00

Odżywczo- wygładzający peeling do ciała,Vianek

Odżywczo- wygładzający peeling do ciała,Vianek
Obietnice producenta:
Odżywczo-wygładzający peeling do ciała z drobno zmielonymi pestkami moreli oraz cukrem, złuszcza martwy naskórek, wzmacnia i głęboko odżywia. Olej z pestek moreli i rokitnikowy dostarczają skórze dużej porcji witamin i przeciwutleniaczy, dzięki czemu zyskuje ona zdrowy koloryt i odpowiednią sprężystość. Apetyczny zapach sprawia, że masaż skóry staje się przyjemnością, a efekty widoczne są już po pierwszym użyciu.

Skład: Glycine Soja Oil, Sucrose, Glyceryl Stearate, Cocos Nucifera Oil, Cera Alba, Sambucus Nigra Extract, Glyceryl Laurate, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid, Linalool, Limonene, Ci 77007, Ci 77491.

250 ml/ 17,99 zł w sklepie internetowym Vianek
Moim zdaniem:
Jak tylko zobaczyłam stoisko Sylveco i Vianka na I Łódzkich Targach Beauty wiedziałam, że po prostu muszę coś kupić :P Jako osoba, która może się chyba nazwać uzależnioną od wszelkiej maści peelingów ;), wiedziałam, że wśród zakupów na pewno znajdzie jeden z nich. Mój wybór padł na odżywczo- wygładzający z mielonymi pestkami moreli, za który zapłaciłam 15,00 zł. Targi odbyły się w marcu, a ja po ten peeling sięgnęłam dopiero w wakacje, wcześniej używając innych, np. malinowego z Organic Shop.
Wszystkie opakowania Vianka charakteryzują się prostotą i delikatnymi kwiatowymi zdobieniami- każda z sześciu serii produktów wyróżnia się swoim kolorem. Peeling, który jest dzisiejszym bohaterem wpisu pochodzi z serii pomarańczowej, czyli odżywczej. Umieszczony został w okrągłym słoiku o pojemności 250 ml. Jego zawartość została dodatkowo zabezpieczona banderolą, dzięki czemu zyskujemy pewność, że nikt przed nami go nie otwierał. Jest to szczególnie ważne, ponieważ peeling powinno się zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia. 
Peeling wygląda na mocno zbity i gęsty, a po zanurzeniu w nim dłoni okazuje się, że jest jakiś taki... miękki, trochę jak nieco roztopione masło ;) Z łatwością się nakłada i rozprowadza po ciele. Sunąc gładko po skórze pozwala na precyzyjne wykonanie masażu. Aplikacji towarzyszy słodkawy zapach, trochę kwiatowy i lekko perfumowany, który utrzymuje się przez jakiś czas, zarówno na ciele, jak i unosząc się w powietrzu. Kryształki cukru oraz drobno zmielone pestki moreli są wyczuwalne, ale nie za ostre. Świetnie radzą sobie ze ścieraniem martwego naskórka, ale nie sprawiają, że skóra po wykonanym zabiegu jest zaczerwieniona. Peeling preferuję używać na sucho, daje mocniejszy efekt, przyjemnie drapiąc skórę ;) Osobom, które wolą delikatniejsze masaże polecam stosować go na zwilżone ciało. Wyraźnie czuć obecność olejków w składzie, albowiem po spłukaniu peelingu na skórze pozostawiają tłustawą warstewkę, która znika po wytarciu ręcznikiem. Po użyciu peelingu Vianek można darować sobie balsamowanie ciała, bo skóra jest bardzo dobrze nawilżona, odżywiona i wygładzona. 
Peeling marki Vianek to naturalny produkt z dobrze skomponowanym składem, w którym znajdziemy między innymi olej sojowy, z pestek moreli oraz z rokitnika zwyczajnego. Jeśli więc szukacie właśnie takiego kosmetyku do pielęgnacji ciała, to polecam Wam zapoznać się właśnie z tym peelingiem. Bo jest to produkt naprawdę dobrze przemyślany, którym marka po raz kolejny podbiła moje serce ;)

06:46:00

5 serialowych propozycji na długie, jesienne wieczory

5 serialowych propozycji na długie, jesienne wieczory
Wiecie za co najbardziej lubię jesień? Za długie wieczory, które mogę spędzać pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty, czytając książkę lub oglądając seriale :) Z blogosfery lub Instagrama wiem, że Wy też tak lubicie spędzać czas, dlatego z myślą o Was przygotowałam 5 serialowych propozycji, które, moim skromnym zdaniem ;), warto obejrzeć.
O tym serialu chciałam Wam napisać już dawno temu, ale jakoś nie było ku temu okazji. Richard Castle to popularny autor powieści kryminalnych, na podstawie których ktoś popełnia prawdziwe morderstwa. Zostaje poproszony przez nowojorską policję o pomoc w rozwiązaniu zagadki. Praca detektywa tak mu się podoba, że dzięki koneksjom u burmistrza uzyskuje zgodę na udział w śledztwach prowadzonych przez Kate Beckett, której, delikatnie mówiąc, nie jest to w smak. 
Serial łączy w sobie kryminalne zagadki z szczyptą humoru i dobrą grą aktorską. Jest mega wciągający! Doczekał się ośmiu sezonów, a jeden odcinek trwa około 45 minut.
O serialu "Confess" wspominałam już kilka tygodni temu na Instagramie. Poleciła mi go autorka bloga Okiem Marzycielki. Jest to krótki serial, składający się z siedmiu dwudziestokilkuminutowych odcinków- jest to jego jedyną wadą, obejrzałam go w jedno sobotnie przedpołudnie! Serial opowiada przepiękną historię miłosną Auburn i Owena. Ona próbuje uporządkować swoje życie. On jest artystą z problemami. Poznają się przypadkiem, oboje mają swoje tajemnice, ale ewidentnie czują, że coś między nimi iskrzy. Jak to jednak w życiu bywa, nic nie jest takie proste, jakby mogło się wydawać, a na horyzoncie jest ktoś trzeci, a nawet czwarty...
Serial powstał na podstawie książki pod tym samym tytułem autorstwa Colleen Hoover. Wcześniej nie miałam do czynienia z twórczością pisarki, po serialu wiem, że muszę koniecznie to nadrobić! 
Jeśli oglądałyście "Gotowe na wszystko", to pokochacie "Pokojówki z Beverly Hills"! Serial opowiada o perypetiach pięciu latynoskich pokojówek, które zbliżają się do siebie po tragicznej śmierci jednej z koleżanek i które na co dzień muszą zmagać się ze swoimi nierzadko dość specyficznymi pracodawcami. Jest to komediowo- dramatyczny serial, który łączy w sobie nierozwiązane tajemnice, mocno skrywane sekrety, pogoń za marzeniami, perypetie miłosne, seks, humor, intrygi i morderstwo...
Serial składa się z czterech sezonów. W pierwszych trzech mamy po 13 odcinków, w ostatnim jest ich dziesięć. Pierwsze sześć odcinków obejrzałam w jeden wieczór ;)

"The sinner" to najbardziej mroczny i najbardziej klimatyczny serial z wszystkich przedstawionych. Opowiada historię młodej kobiety, która dopuszcza się okrutnego morderstwa. Nie potrafi wytłumaczyć dlaczego to zrobiła, a detektyw prowadzący śledztwo uważa, że za tym czynem musi stać coś większego. I mimo, iż wina bohaterki jest ewidentna, ten nie odpuszcza i docieka prawdy, odkrywając jej głęboko skrywane tajemnice i trudne dzieciństwo w domu matki, religijnej fanatyczki. 
Z tego co wyczytałam, serial będzie miał tylko jeden sezon, składający się z ośmiu odcinków. Moim zdaniem, serial ten jest inteligentny, mocny, skupiający się na tym, co jest w nas ludziach, w naszej psychice. To propozycja dla koneserów, lubiących niestandardowe, kameralne seriale.
Na koniec zostawiłam polską produkcję, w której, moim zdaniem, już po pierwszym odcinku czuć potencjał. "Diagnoza" to najnowszy serial stacji TVN, którego akcja rozgrywa się w Rybniku. Główną bohaterką jest Anna, która wróciła do Polski po kilku latach nieobecności, aby zemścić się na człowieku, który zniszczył jej życie. Niestety, w wyniku poważnego wypadku traci pamięć
Nie jestem fanką seriali rozgrywających się w szpitalach i na salach operacyjnych, ale ten obejrzę chociażby ze względu na samą obsadę: fenomenalną Maję Ostaszewską, przystojnego Maćka Zakościelnego czy genialnego Adama Woronowicza. 




To moje wszystkie propozycje seriali- mam nadzieję, że wśród nich znalazłyście coś dla siebie :) A może znacie jeszcze jakiś fajny serial, który mogłabym obejrzeć?

06:52:00

Znalezione w Shiny Box'ie: Kremowy balsam do ciała i tąk, Kueshi

Znalezione w Shiny Box'ie: Kremowy balsam do ciała i tąk, Kueshi
KUESHI to to hiszpański producent kosmetyków pielęgnacyjnych, które nie są testowane na zwierzętach. Jest to marka, którą dopiero poznaję, a to dzięki Shiny Box. Dokładniej dzięki urodzinowemu "Celebration Time", w którym znalazłam aż dwa kosmetyki Kueshi, czyli kremowy balsam do ciała i rąk oraz rewitalizujący tonik do twarzy. Dziś zapraszam Was na recenzję balsamu, a za jakiś czas napiszę o toniku :)
O swoim balsamie producent pisze tak: "nawilżający balsam do ciała, który jest szybko wchłaniany przez skórę i zapewnia trwały kremowy zapach. Pozostawia skórę miękką, gładką i cudownie pachnące. Połączenie aloesu i naturalnych olejów działa w głębokich warstwach skóry i utrzymuje nawilżenie przez cały dzień".
Balsam znajduje się w prostej, owalnej butli o pojemności 500 ml, która zakończona jest nakrętką z niewielkim otworkiem. Balsam ma postać delikatnego mleczka, więc bez problemu przepływa przez małe oczko, ale moim zdaniem bardziej sprawdziłaby się pompka. Jego skład jest nie jest długi ( tu go macie ), a znajdziemy w nim między innymi olej ze słodkich migdałów, którymi balsam pachnie, oraz sok z aloesu i glicerynę. 
Jak już napisałam wyżej, balsam ma konsystencje łagodnego mleczka. Przyjemnie i lekko rozprowadza się po skórze, szybko wchłania, otulając skórę delikatną ochronną warstewką i subtelnym zapachem słodkich migdałów. Uwielbiam go używać zaraz po depilacji, bo przynosi skórze niesamowite ukojenie, a dodatkowo łagodzi wszelkie podrażnienia. Mimo lekkiej konsystencji, balsam bardzo dobrze radzi sobie z nawilżaniem i odżywianiem skóry, przy czym muszę nadmienić, że nie mam większych problemów z jej suchością i wiele balsamów utrzymuje ją w dobrej kondycji. Nie wiem więc, czy sprostałby wymaganiom wysuszonej skóry lub czy poradziłby sobie z strategicznymi partiami ciała, jakimi są łokcie czy kolana. Mleczko do ciała Kueshi, już po pierwszym użyciu sprawia, że skóra jest dokładnie taka, jak obiecuje producent, czyli miękka, gładka i pachnąca.  
Balsam jest bardzo wydajny. Kosztuje 57,00 zł, a szukać go należy w sklepach internetowych. 

06:58:00

Sierpniowy projekt denko

Sierpniowy projekt denko
1. Mineralny podkład, Lily Lolo- w ostatnich tygodniach używałam go namiętnie, ale nie do końca zgodnie z jego przyznaczeniem, bo traktowałam go jako puder utrwalający makijaż wykonany drogeryjnymi kosmetykami. W swojej nowej roli spisał się bardzo dobrze, nawet w bardzo upalne dni. Pisałam już o nim dawno temu, w tym poście
2. Fluid kryjący MakeUp Academie, Bielenda- jestem mega zaskoczona podkładami marki- są fantastyczne! Najjaśniejszy odcień podkładu Cover jest wprost stworzony do kolorytu mojej cery. Gładko się rozprowadza, nie tworzy efektu maski, nie waży się ani nie ciemnieje, za co u mnie ma największy plus. Zapewnia wystarczające krycie, które można stopniować, nie ma negatywnego wpływu na skórę i trzyma się na twarzy praktycznie przez cały czas. Kosztuje grosze ( ok. 10,00 zł wzwyż ), a jakością nie odbiega od tych dużo droższych. 
3. Rokitnikowa pomadka ochronna o zapachu cynamonu, Sylveco- przetestowałam wszystkie pomadki marki i wszystkie są tak samo dobre, więc nie potrafiłabym wybrać z nich tej najlepszej. U mnie spisały się świetnie i moim zdaniem w 100% wywiązują się z obietnic producenta. W tym wpisie pisałam nie tylko o rokitnikowej, ale też o brzozowej.
4. Maskara do rzęs Envy Eyes, Lovely- bardzo lubię tusze Lovely, więc gdy zobaczyłam nowość marki musiałam ją od razu mieć. Maskara ładnie wydłuża i rozdziela rzęsy, ma fajny odcień czerni, ale nie tak bardzo ultra, jak to obiecuje producent. Jest bardzo trwała, nie osypuje się ani nie rozmazuje, nie podrażnia też oczu. Kosztuje niewiele i za te pieniądze jest warta polecenia. 
5. Maskara do rzęs Studio Lash 3d Volumythic, Miss Sporty- wyglądem, szczoteczką, a przede wszystkim efektem, jaki zapewnia nie różni się niczym od maskary Curling Pump Up od Lovely. Jest tylko ciut droższa, ale tak samo fajna i warta przetestowania. 
6. Odżywczy krem do twarzy, Naobay- produkt premium jednego z Shiny Box'ów, który doczekał się swojej recenzji ( klik ). Z kremem się polubiłam, ale nie na tyle, aby uważać, że jest wart swojej ceny- ponad 200,00 zł. Bo ja napisałam w recenzji, naprawdę nie wiem, co krem musiałby zrobić z moją twarzą, abym chciała wydać na niego dwie stówy ;)
7. Antycellulitowa mezoterapia, Lirene- remodelator i reduktor w jednym- cokolwiek producent miał na myśli ;) Zużyłam całe opakowanie i zauważyłam, że skóra na udach zrobiła się jędrniejsza i bardziej napięta, ale po odstawieniu kosmetyku wróciła do stanu przed używaniem balsamu. 
8. Jednofazowy roztwór oczyszczający do skóry trądzikowej Aknicare, Synchroline- doczekał się swojej recenzji na początku lipca, klik. Jest to kosmetyk, który znajdziecie w aptekach. Na mojej cerze z tendencją do niedoskonałości spisał się dobrze i polubiłam go, chociaż się nie pieni. Bo ja lubię, jak się pieni :P 
9. Płyn micelarny do demakijażu, NovaClear- przywiozłam z tegorocznego Meet Beauty i od razu zaczęłam go używać :D Ma średnio ładną szatę graficzną, ale przecież liczy się środek. Płyn micelarny jest bezzapachowy, mało wydajny, ale skuteczny. Radzi sobie także ze zmywaniem nieco mocniejszych makijaży. 
10. Balsam do ciała, Indigo- nie wiedziałam, że marka ma tak cudownie pachnące kosmetyki do pielęgnacji! Naprawdę jestem pod dużym wrażeniem, nie tylko zapachu, ale też leciutkiej konsystencji balsamu oraz poziomu nawilżenia i odżywienia, jakie zapewnia skórze. 
11. Nawilżający tonik- mgiełka do twarzy, Vianek- bardzo dobry tonik, który przyjemnie nawilża, odświeża, uspokaja i koi skórę. Przeznaczony do suchej i wrażliwej cery, na mieszanej i problematycznej też się świetnie spisuje. 
12. Maska do włosów Expert Hari Mask, New Ana Cosmetics- rewelacyjna maska o zniewalającym zapachu! Świetnie nawilża, wygładza, odżywia i dyscyplinuje włosy. O innych jej zaletach przeczytacie w recenzji. PS. Sprawdza się super jako alternatywa pianki do depilacji.
13. Krem przeciw rozstępom, Mama's- raczej nie polubiłam się z tym kremem. Nie przypasowała mi ani jego konsystencja ani zapach, a przede wszystkim działanie, które mogłabym określić jednym słowem jako nikłe. 
14. Multifunkcyjne serum do włosów, Floslek- otrzymałam w Only You Box, o którego zawartości pisałam w tym poście. Serum jest bardzo wydajne, stosowałam je i stosowałam myśląc, że końca nie będzie :P Używałam go na końcówki włosów po ich ułożeniu. Serum dobrze je chroni, zapobiega ich rozdwajaniu się, ujarzmia włosy oraz dodaje im miękkości.
15. Nawilżający szampon aloesowy, Equilibra- zacytuję fragment recenzji, która pojawiła się na blogu jakiś czas temu: "nawilżający szampon aloesowy, tak samo jak inne kosmetyki marki, to porządny kosmetyk za nieduże pieniądze. Skład, wydajność, działanie- wszystko przemawia na jego korzyść." :)
16. Mgiełka upiększająca do włosów z drogocennymi olejkami, Timotei- kupiłam z ciekawości, ale więcej już tego nie zrobię. Nie jest to zły kosmetyk, po prostu nie spełnił moich oczekiwań, bo daleko mu do moich ukochanych odżywek w sprayu Gliss Kur. Poza tym ma w swoim zapachu coś, co mnie drażni, a mężowi przypomina perfumy, których używał jako nastolatek :P
17. Olejek w kremie do włosów 7 efektów, Marion- tak jak wymienione już serum, kosmetyk znalazłam w Only You Box ( kilk ). Jest to produkt, który trzeba aplikować z głową:  gdy nałożymy go za dużo obciąża włosy i sprawia, że wyglądają nieświeżo; gdy zastosujemy odpowiednią ilość, to ładnie wygładzi, zmiękczy i nawilży włosy.
18. Żel pod prysznic Kwiat Neroli i Pomarańcza, Balea- to już chyba ostatni żel pod prysznic marki, który miałam w swoich zapasach kosmetycznych. Jest to jedna z kilku wersji zapachowych, która mocno mi się spodobała i którą polecam Wam na wypróbowanie.
19. Antyperspirant Invisible, Garnier Mineral- kosmetyk, który systematycznie pojawia się w moich denkach, co oznaczać może tylko jedno: bardzo lubię i serdecznie polecam. 

09:06:00

Recenzja: Lakiery do włosów, Powered By London od Ronney

Recenzja: Lakiery do włosów, Powered By London od Ronney
Lakiery do włosów to właściwie jedyne produkty do stylizacji, których używam, a wszelkie pianki, żele, gumy, itp. są mi obce. Kilka razy w tygodniu związuję włosy w koczka, którego muszę utrwalić, bo inaczej długo on się na mojej głowie nie utrzyma ;) Dlatego lakier do włosów musi być u mnie zawsze na podorędziu, a dzięki Hurtowni Kosmetyków Profesjonalnych DLM ich zapas mam chyba do końca życia- hurtownia jest dystrybutorem marki Ronney, której lakiery testowałam przez ostatnich kilka tygodni. 
Na początek kilka słów o samej marce. Ronney pochodzi z Wielkiej Brytanii i specjalizuje się w profesjonalnych kosmetykach do stylizacji włosów, ale w swojej ofercie ma także akcesoria do salonów fryzjerskich i kosmetycznych. Lakiery do włosów Ronney występują aż w 8 wariantach, a każdy z nich charakteryzuje się zawartością odżywczych ekstraktów oraz swoim indywidualnym zapachem. W przeciwieństwie do ogólnodostępnych lakierów innych marek, w produktach Ronney nie jest wyczuwalny charakterystyczny chemiczny zapach. Jak już wspomniałam, różnią się swoimi zapachami, każdy z nich jest przyjemny, a w wersji Multi Fruit naprawdę czuć banany, zaś lakier witaminowy ( różowy ) pachnie jabłkiem w opinii jednego z testerów ;). Opakowania lakierów są do siebie bardzo podobne, różnią się tylko kolorem czcionki. Wszystkie są extra strong, mają pojemność aż 750 ml i kosztują około 15,00 zł za sztukę, a dostępne są chociażby w Hebe. 
Wszystkie lakiery, w tym przede wszystkim klasyczna wersja Classic, zapewniają długotrwałe utrwalenie, nie sklejają, nie wysuszają ani nie obciążają włosów, szybko schną, nie pylą oraz chronią przed czynnikami atmosferycznymi, czyli deszczem, wiatrem i wszystkim tym, co naszej fryzurze może zaszkodzić. Dodatkowo:
- Keratina Rebuilding, czyli wersja odbudowująca z dodatkiem keratyny pomaga odbudować zniszczone włosy;
- Against Hair Loos L-Arginina jest lakierem wzmacniającym przeciw wypadaniu włosów; 
- Energizinng Babassu Oil to energetyzujący lakier, który w swoim składzie ma olejek z Baobasu i przeznaczony jest do wrażliwych włosów, a wzmacnia te słabe i zniszczone;
- Vitamin Complex Revitalizing, czyli rewitalizujący lakier, wzbogacony jest witaminami i przeznaczony jest do włosów pozbawionych blasku;
- Hialuronic Acid Moisturizing to nawilżający lakier z zawartością kwasu hialuronowego;
- Macadamia Oil Restorative ma dodatek olejku z orzechów macadamia, jest lakierem wzmacniającym, który ma za zadanie regenerować włosy;
- Multi Fruit Regenerating jest lakierem z dodatkiem kwasów owocowych o właściwościach regenerujących włosy, który pachnie bananami :D
Dla mnie głównym zadaniem lakierów do włosów ma być ich mocne utrwalenie przy jednoczesnym zachowaniu elastyczności. Dobrze jednak używać kosmetyków do stylizacji, które chociażby w małym stopniu zadbają o kondycję włosów, dlatego brawa dla marki za dodatkowe składniki, np. kwas hialuronowy, olej macadamia czy  biotynę. Jeśli chodzi o utrwalenie fryzury, to lakiery Ronney sprawdzają się w tym bardzo dobrze. I robią to bez sklejania i bez obciążania włosów. Lakiery podczas aplikacji nie pylą, nie są też duszące. Zauważyłam, że chociaż używam ich na zmianę praktycznie co drugi dzień, nie wysuszają włosów, co niektórym lakierom się nierzadko zdarza. 
Ja sama takiej ilości lakierów do włosów chyba bym nigdy nie zużyła, dlatego też niektóre z nich, po wstępnym ich sprawdzeniu i wywąchaniu :D, powędrowały do kilku osób, które były chętne je przetestować. Lakiery Ronney sprawdziły się na moich długich włosach, na cienkich kosmykach koleżanki z pracy, na bujnej czuprynie szwagra, a także na króciutkiej fryzurze mojej mamy. A więc jednogłośnie, w cztery osoby, uważamy, że warto je Wam polecić :) 

06:44:00

Mateusz lepiej gotuje oraz Queen od everything Angelika, czyli spersonalizowane rzeczy najlepsze są!

Mateusz lepiej gotuje oraz Queen od everything Angelika, czyli spersonalizowane rzeczy najlepsze są!
Na początku stycznia w poście o 10 rzeczach, które zamierzam zrobić w tym roku pisałam między innymi o tym, że przede wszystkim przeprowadzimy się z mężem do naszego pierwszego mieszkania. Niestety, nie wiem czy nam się to uda, bo jak to często bywa, są obsunięcia na budowie i to dość spore, niestety... ;) Edit: dostaliśmy smsa, że w następnym tygodniu możemy zgłosić się po odbiór kluczy :D Czekamy więc jeszcze cierpliwe, a ja w międzyczasie powoli kompletuję nam "wyprawkę" :D Stąd też dzisiejszy wpis, bo koniecznie chciałam Wam pokazać moje dwa najświeższe nabytki do kuchni, które zamówiłam na stronie MyGiftDna, która specjalizuje się w spersonalizowanych prezentach.
Jako kubkomaniaczka nie mogłam odpuścić i musiałam zamówić sobie kubek "Queen of Everything Angelika" :D Jest porcelanowy, ma pojemność aż 500 ml ( dostępne są jeszcze mniejsze kubki, standardowe o pojemności 330 ml oraz duże mające 415 ml ), a napis nadrukowany został po obu jego stronach. Został naprawdę świetnie wykonany! Póki co, towarzyszy mi głównie w weekendy, kiedy mam czas na powolne zjedzenie śniadania i długie delektowanie się kawą lub ulubioną herbatą :)
Kolejna rzecz to deska do krojenia, którą zamówiłam głównie z myślą o mężu :) O sobie trochę też, bo okazała się fajnym tłem dla kosmetycznych zdjęć :P Jest to bambusowa deska marki Ambition ( z jej produktów korzystali uczestnicy polskiej edycji programu Hell's Kitchen ;) o wymiarach 25cm x 32,5cm. Metodą laserową został na niej wygrawerowany napis na specjalne moje życzenie, który brzmi "Wszystko lepiej smakuje, gdy Mateusz ugotuje"- co będę Was czarować, taka prawda :P Mężowi bardzo się ten prezent spodobał i wręcz nie może się doczekać, kiedy będzie z niego mógł korzystać ;) 
MyGiftDna ma bardzo szeroką ofertę prezentów z wielu kategorii, dla wszystkich, na przeróżne okazje. Stworzenie spersonalizowanego upominku dla siebie lub kogoś nam bliskiego jest banalnie proste i zajmuje tylko chwile, a wysyłka jest wręcz ekspresowa. Fajne jest to, że przed złożeniem zamówienia można sobie podejrzeć, jak nasz tekst będzie wyglądał, np. na tacy śniadaniowej. Dodatkowo sklep ma opcję spakowania zakupionych rzeczy na prezent, co jest idealnym rozwiązaniem dla osób, które nie lubią lub nie umieją robić tego samodzielnie :)

06:42:00

Nowości kosmetyczne w sierpniu

Nowości kosmetyczne w sierpniu
Jak to już w życiu bywa, po kilku "chudych" miesiącach przyszedł czas na pełny i tłuściutki, bogaty w sporo nowości sierpień :D Ostatni wakacyjny miesiąc obfitował w kosmetyczne prezenty, zakupy i współprace. W sierpniu zużyłam 20 produktów, a ponad drugie tyle przybyło mi nowych! No ale przecież równowaga w przyrodzie musi być zachowana, prawda :P?
Na samym początku pokażę Wam moje zamówienie z Ezebra.pl. Uzupełniłam sobie zapas podkładów, kupując osławiony już w blogosferze HD Liquid Coverage ( kilka miesięcy wcześniej kupiłam pierwszą buteleczkę, ale odcień okazał się za ciemny, więc posłałam go dalej w świat ) oraz FitMe! Maybelline, o którym sporo Was też już pisało :) Reszta zamówienia to produkty stricte włosowe: szczotka Wet Brush-Pro, która zbiera bardzo pozytywne opinie ( używam jej już kilka dni i w pełni rozumiem zachwyty nad nią ) oraz kosmetyki Marion do włosów, czyli spray stylizujący oraz prostujące mleczko i płyn. Jeśli któryś produkt Was mocniej zaciekawił, piszcie, a pomyślimy nad recenzją :)
W ostatni weekend lipca pojechałam na spotkanie z marką Lisap Milano w jednym z łódzkich salonów fryzjerskich. Ze spotkania nie wróciłam z pustymi rękoma, ale z kolejnymi produktami do włosów ( nie zdążyłam pokazać Wam ich w lipcu, dlatego nadrabiam to teraz ): lakierem oraz sprayem do prostowania włosów, który dodatkowo chroni je przed działaniem wysokiej temperatury. Jeszcze nich nie testowałam, ale jestem bardzo ciekawa czy się u mnie sprawdzą, bo przyznam szczerze, przed spotkaniem o nich nie słyszałam. 
W sierpniu w moje ręce wpadło również pięknie zapakowane srebrne pudełko, wypełnione po brzegi produktami marki Aube z linii Synthesis: kremem na dzień wzmacniającym strukturę skóry, odżywczym koncentratem, serum na noc oraz dermarollerem do samodzielnej terapii mikroigłowej.  Wypatrujcie recenzji, bo pojawi się już we wrześniu. 
Ogromna paka od hurtowni profesjonalnych kosmetyków DLM była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się aż 8 lakierów do włosów! W dodatku każdy ma pojemność aż 750 ml- naprawdę nie wiem kiedy ja je wszystkie zużyję :P To znaczy, nie wszystkie, bo kilka z nich sprezentowałam paru osobom :) Jednak nadal mam ich tyle, że wystarczą mi chyba do końca życia :P Po niedzieli na blogu pojawi się ich recenzja. 
Internetową drogerię Kontigo na pewno zna większość z Was, bo jest dość popularna wśród blogerek. Jakiś czas temu na swoim fanpage'u drogeria ogłosiła akcję, w której poszukiwali testerek tuszy Mystik Warsaw- wysłałam swoje zgłoszenie i się udało! Oprócz wymienionych tuszy ( których recenzja powinna pojawić się we wrześniu ) w przesyłce od Kontigo znalazłam też kolorowe pigmenty, które pokazałam Wam już na blogu, dokładnie w tym poście.
Zdjęcie powyżej przedstawia moje małe, nieplanowane zakupy podczas szybkiego wypadu do supermarketu w godzinach pracy :P Oczywiście, w sklepie byłam służbowo, a to że zrobiłam zakupy kosmetyczne to już inna historia :P Do mojego koszyczka wpadła pianka do higieny intymnej Ziaja oraz dwa produkty do ciała Organic Shop: peeling z olejkiem z trawy cytrynowej oraz pienista pasta cukrowa do ciała z cukrem trzcinowym i olejkiem migdałowym.
Miałam sobie darować promocję -49% z Kartą Klubu Rossmann, ale byłam odebrać wyniki egzaminu ( zdałam!!! ) i pomyślałam, że zasłużyłam na nagrodę :D Przypomnijmy, że w sierpniu promocja obejmowała produkty do pielęgnacji ciała, ust, odżywki do włosów i paznokci oraz maseczki do twarzy. Ja skusiłam się na kokosowe masło do ciała oraz kokosową odżywkę do włosów <3, dwie odżywki w sprayu, olejek z czarną porzeczką oraz peeling do ust i waniliową pomadkę ochronną. W promocji były też moje ulubione podkłady Bielendy, więc wzięłam obydwa, a dodatkowo jeszcze pędzelek do ust- idzie jesień, a więc moje kochane matowe szminki wracają do łask po kilku tygodniach stosowania głównie błyszczyków i lekkich pomadek nawilżających :)
Kolejne nowości pochodzą oczywiście z Shiny Box'a, w którym otrzymałam balsam do ciała, emulsję do mycia, farbę do włosów, cień do powiek, pędzelek, emulsję do twarzy, spa do stóp, chusteczkę samoopalającą, próbkę kremu do twarzy i voucher oraz serum do skóry głowy do przetestowania jako ambasadorka. W paru słowach przedstawiłam Wam dokładniej zawartość boxa "The Beauty Jungle" w tym poście.
I na koniec zostawiłam kosmetyki Mediterranean, które przysłał mi sklep BiolenaPlus. Spośród 40 produktów tejże marki wybrałam sobie cztery do przetestowania: szampon do włosów, peeling do twarzy, masło oraz peeling do ciała. 

To wszystko, sporo tego wyszło, co ;)?
A jak się mają Wasze sierpniowe nowości :)?

06:22:00

Recenzja: silikonowa baza pod makijaż, prasowany puder i korektor do twarzy, Revers Cosmetics Beauty&Care

Recenzja: silikonowa baza pod makijaż, prasowany puder i korektor do twarzy, Revers Cosmetics Beauty&Care
Obietnice producenta:
Silikonowa baza pod makijaż skutecznie przedłuża trwałość makijażu, cera staje się idealnie wygładzona, aksamitnie miękka i matowa. Lekka, pielęgnacyjna formuła zawierająca olejki silikonowe przygotowuje skórę do nałożenia fluidu lub pudru, zapewniając ich równomierne rozprowadzenie bez uwydatniania zmarszczek. Chroni przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych, nie obciąża skóry.
Prasowany puder dostępny jest zarówno w wersji matowej idealnej do konturowania twarzy jak i w wersji z rozświetlającymi drobinkami, zapewniającymi świeży, promienny wygląd makijażu. Mikroskopijne pigmenty odbijające światło idealnie stapiają się ze skórą. Poziom krycia pudru jest regulowany, od lekkiego do pełnego w zależności od aplikowanej ilości produktu. Puder delikatnie podkreśla naturalną rzeźbę twarzy. Dzięki wyselekcjonowanym składnikom pielęgnuje i chroni skórę przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi.
Korektor do twarzy to wielozadaniowy korektor w płynie, optymalnie i bez efektu obciążenia koryguje  wszelkie niedoskonałości cery oraz cienie pod oczami. Sprawia że spojrzenie jest świeże i wypoczęte. Dzięki kremowej konsystencji i wysokiemu poziomowi krycia doskonale wyrównuje koloryt cery. Korektor tuszuje drobne zmarszczki, redukuje także widoczność zaczerwienień, nie rozmazuje się i nie przesuwa. Praktyczny aplikator z aksamitną końcówką pozwala na precyzyjną aplikację.
Moim zdaniem:
Domyślam się, że większość z Was może nie kojarzyć marki Revers Cosmetics, dlatego dzisiejszy wpis zacznę od kilku słów przedstawienia. Jest to marka kosmetyczna mająca swoją siedzibę w Raszynie. Za cel postawiła sobie tworzenie produktów najwyższej jakości, ale w przystępnych cenach. Specjalizuje się w kosmetykach do makijażu, ale w swojej ofercie ma również lakiery do paznokci, a także kremy i masła do ciała, np. o zapachu granatu z olejem z oliwek. W ramach współpracy z Revers Cosmetics otrzymałam aż sześć kosmetyków: bazę pod makijaż, korektor w płynie, sypki puder, matową pomadkę w płynie oraz dwa cienie do powiek. Trzy pierwsze zaprezentuję Wam dzisiaj, o reszcie opowiem w kolejnym wpisie :)
Na początku weźmiemy pod lupę silikonową bazę pod makijaż. Prosta tubka utrzymana jest w czarno- białej tonacji i skrywa w sobie 30 ml produktu. Szata graficzna tubki bardzo mi się podoba, mimo iż minimalistyczna i na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniająca, to jednak ma w sobie to coś. Tworzywo, z którego opakowanie zostało wykonane jest dobrej jakości. Sama tubka jest giętka, nie odkształca się, a napisy się nie ścierają. Na tyle tubki znajdziemy najważniejsze informacje o bazie oraz o tym, że należy ją zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia, a także sposób użycia i jej skład. 
Baza ma postać delikatnego, białego kremu. Jest bezzapachowa, lekko się rozprowadza i szybko wchłania w skórę, pozostawiając na niej niewyczuwalną warstewkę. Po nałożeniu bazy skóra jest miękka i przyjemna w dotyku. Delikatnie matuje i wygładza nierówności skóry, nie wysusza jej, ale przede wszystkim przedłuża trwałość makijażu, a takie jest jej główne zadanie. Bazy używam praktycznie każdego dnia i nie zauważyłam, aby negatywnie wpłynęła na moją cerę. Nakładam ją bardzo cienką warstwą, a następnie czekam około minuty i dopiero nakładam podkład. Bazę przetestowałam głównie z podkładami Cover i Matt od Bielendy ( na marginesie, ostatnio są one moimi ulubionymi ) oraz z kultowym ColorStay Revlon. Z każdym z tych podkładów baza bardzo fajnie współpracowała. Podkłady na niej nie ciemnieją, nie ważą się ani nie rolują.
Kolejny produkt, który mam Wam do zaprezentowania to sypki puder, który posiadam w odcieniu nr 05. Dostępny jest w sześciu odcieniach, przy czym dwa pierwsze to wersje rozświetlające, pozostałe- brązujące. Kolor, który ja mam nie jest dla bladolicych, ale polubią go osoby, które poszukują kosmetyków do makijażu wpadających w ciepłe tony. Lekko wpada w pomarańczowe nuty, ale jeśli puder nałożony jest w racjonalnej ilości, nie odznacza się na skórze. Jestem teraz nieco opalona, więc odcień pudru mi pasuje, zimą jednak będzie musiał pójść w odstawkę i znów poczekać do lata. 
Puzdereczko z pudrem wykonane jest z mocnego plastiku, utrzymane jest w czarno- złotej kolorystyce. Do pudru dołączony jest puszek z wygrawerowaną nazwą producenta, który ja wyrzuciłam, albowiem pudry, czy to sypkie czy prasowane, zdecydowanie lepiej nakłada mi się pędzlem. Puder jest drobno zmielony i ma w sobie coś satynowego. Trzeba go aplikować w naprawdę małych ilościach, gdy jest go zbyt dużo lubi się odznaczać i zbierać, np. w mimicznych zmarszczkach wokół oczu lub ust. Pudru Silk Touch używam do wykończenia makijażu, dzięki czemu jest utrwalony, a skóra jest dłużej matowa. 
I na koniec zostawiłam korektor do twarzy w płynie, którego opakowanie do złudzenia przypomina mi to, w którym znajduje się dobrze znany w blogsferze kamuflaż Catrice ;) To smukła, przezroczysta buteleczka o pojemności 10 ml, która zakończona jest zakrętką z aplikatorem w postaci ukośnie ściętej, mięciutkiej gąbeczki, którą często można spotkać w tego typu kosmetykach oraz w błyszczykach do ust. Dostępny jest w trzech odcieniach, ja testuję kolor nr 103, Natural. Bezpośrednio po nałożeniu na skórę wygląda na bardzo jasny, z czasem jednak zaczyna ciemniej i to dość szybko. Daje się jednak ładnie zakryć podkładem, jeśli dobrze go rozprowadzimy, to korektor nie będzie się przebijał. 
Według producenta, jego korektor przeznaczony jest do tuszowania niedoskonałości cery oraz cieni pod oczami. Ja używam go tylko do ukrywania zaczerwień i przebarwień potrądzikowych. Niestety, korektor nie ze wszystkimi sobie radzi. Zauważyłam, że jest dobry w maskowaniu drobnych niedoskonałości, z większymi jednak nie daje sobie rady. Dlatego też poleciłabym go osobom, które mają niewiele do zakamuflowania. Osoby z problematyczną cerą raczej się z nim nie polubią, po prostu może on nie spełnić ich oczekiwań. 
Podsumowując, z tej trójki kosmetyków Revers Cosmetics najbardziej polubiłam się z bazą. Na drugim miejscu postawiłabym puder, a ostatnie miejsce zajmuje korektor. Umieściłabym go przed pudrem, gdyby miał nieco lepsze krycie ;) Nie są to drogie kosmetyki, ich ceny oscylują w granicach 10,00 zł. Stacjonarnie ich nie spotkałam, ale widziane są w CH Tagrówek, a już na pewno znajdziecie je w niektórych hurtowniach lub drogeriach internetowych. 

06:42:00

Shiny Box "The Beauty Jungle"

Shiny Box "The Beauty Jungle"
Mamy już koniec miesiąca, pora więc na prezentację najnowszego Shiny Box'a! W każdym miesiącu moja ciekawość tego, co będzie skrywało pudełko jest naprawdę duża, ale w sierpniu była jeszcze większa, bo minimalna wartość boxa miała wynosić aż 400,00 zł! I to za 49,00 zł, bo tyle kosztuje Shiny Box. Brzmi fajnie, ale jak jest w rzeczywistości?
Szata graficzna pudełka "The Beauty Jungle" mocno mi się spodobała i już ona sama jest zachęcająca do kupna boxa. Tak bardzo grafika przypadła mi do gustu, że póki co jest ono jedynym, które sobie zostawiłam z myślą o późniejszym wykorzystaniu :) W moim boxie znalazłam 6 pełnowymiarowych produktów, dwa produkty- niespodzianki, miniaturkę oraz dodatkowy kosmetyk dla ambasadorek. Te z Was, które wcześniej wykupiły subskrypcję lub pakiet Shiny Box otrzymały dodatkowy produkt, czyli maskę do twarzy Unani.
Mazideł do ciała nigdy dość, dlatego uradowałam się na widok intensywnie regenerującego balsamu Cztery Pory Roku z wodą termalną oraz olejkiem z avocado ( ale mógł też się trafić krem do rąk ). Bardzo podoba mi się szata graficzna tubki, srebro z różem jest zawsze udanym połączeniem :) Z tego co wyczytałam na opakowaniu balsam ma długotrwale nawilżać, likwidować suchość i szorstkość skóry, przyspieszać procesy regeneracyjne naskórka oraz zapewniać ochronę przez działaniem czynników zewnętrznych. Od siebie mogę dodać, że całkiem fajnie pachnie, dobrze się rozprowadza po skórze, zostawiając na niej delikatny ochronny film. 
Kolejny kosmetyk to kremowa emulsja do mycia AA i jest to produkt wymienny z regenerującym balsamem do ciała. Dobrze, że otrzymałam żel do mycia, bo dwa produkty do balsamowania w jednym pudełku to chyba o jeden za dużo ;) W składzie balsamu mamy masło tucuma, olejek z awokado, masło shea oraz witaminę A i E. Emulsja ma ładny,taki otulający zapach, w którym wyczuwam coś "ciepłego" oraz leciutko kokosowego :D Na pewno zużyję z przyjemnością! 
Czas na produkt, którego widok zupełnie mnie nie ucieszył. Jest to Cameleo, czyli trwale koloryzująca farba do włosów od Delii w odcieniu ciemnego brązu. Nie chodzi o sam kolor, ale o fakt, że ja wcale nie farbuję włosów. Moim zdaniem, farba do włosów w boxie jest mało trafionym pomysłem z kilku prostych powodów: można nie trafić z kolorem, nie każdy farbuje włosy ( jak ja ) lub też jak moja mama, robi się to wyłącznie w salonie fryzjerskim albo korzysta się tylko z farb jednego producenta. Nie mam w swoim bliskim otoczeniu osoby, która byłaby zainteresowana przygarnięciem farby, więc jeśli którejś z Was podoba się odcień i chciałaby ją ode mnie dostać, proszę o kontakt :)
Pędzelek Donegal oraz cień do powiek Constance Carroll to wspomiane produkty- niespodzianki ;) Pędzelek jest naprawdę śliczny, pięknie cieniowany i naprawdę bardzo mi się podoba. Na pewno wykorzystam go do malowania brwi, bo nie wyobrażam sobie swojego codziennego makijażu bez tego elementu. Cień posiadam w kolorze nr 15 ( Saturn ) i jest to odcień brązowo- szary z połyskująca poświatą. Marki nie znam, kolor mi się podoba, więc od czasu do czasu na pewno zagości u mnie na powiekach.  
Pełnowymiarowe opakowanie regenerującej emulsji do twarzy Kueshi ma pojemność 50 ml, w Shiny Box'ie znajdziemy mniejszą tubkę o pojemności 30 ml. Trzecie pudełko, czwarty kosmetyk tejże marki, więc powoli zaczyna wiać nudą ;) Emulsja przede wszystkim ma zapobiegać przedwczesnemu starzeniu się skóry. Ładnie pachnie, tak kremowo, bardzo odpowiada mi też jej lekka, a zarazem nieco gęstsza konsystencja. W swoim składzie emulsja ma ekstrakt ze śluzu ślimaka oraz olejek różany. 
Pokazałam Wam już prawie całą zawartość boxa, a Wy jeszcze zastanawiacie się gdzie podziało się obiecane 400,00 zł? Ano jest w postaci vouchera do 3- miesięcznego dostępu do planu zdrowotno- medycznego drBarbara.pl, którego wartość to aż 369,00 zł! Cóż mogę Wam powiedzieć, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia ;) Są osoby, które nie ucieszą się z takiego bonu i albo wyrzucą go do kosza albo puszczą dalej w świat, znajdą się też takie, które chętnie z niego skorzystają. Ja osobiście bardziej ucieszyłabym się z vouchera na zabieg kosmetyczny lub fryzjerski w jakieś sieci salonów ( aby nie musieć jechać do Warszawy, ale móc też się udać do bliższych mi Łodzi czy Częstochowy ;) Co jednak ja zamierzam zrobić z kuponem? Sprawdzę go, co mi szkodzi? A nóż widelec znajdę jakiś fajny przepis albo zyskam nową motywację do zgubienia kilograma lub dwóch ;) 
Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć też kosmetyki w saszetkach, które jak już możecie się domyślić trafią w ręce mojej mamy ;) Chusteczka samoopalająca do twarzy i ciała Efektima oraz domowe spa do stóp SheFoot to produkty pełnowymiarowe, a przeciwzmarszczkowy krem MincerPharma to próbka.
Jako ambasadorka otrzymałam dodatkowy produkt, czyli serum do skóry głowy VisPlantis. Jest to kosmetyk z dziegciem brzozowym, więc śmierdzi niemiłosiernie :P Serum ma rozwiązać problemy z łuszczycą, łupieżem oraz z łojotokowym zapaleniem skóry głowy. 
Tak prezentuje się cała zawartość sierpniowego boxa "The Beauty Jungle". Najbardziej zadowolona jestem z pędzelka, emulsji do mycia oraz balsamu do ciała. Najmniej- z farby do włosów. Pudełko okazało się dość nietypowe, z racji, że tym razem to nie kosmetyk jest produktem premium. Czy mi się podoba? Ciężko mi to jednoznacznie stwierdzić- i tak, i nie, mam jednak nadzieje, że wrześniowe będzie lepiej przemyślane ;) A co Wy o nim sądzicie?
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger