09:08:00

Recenzja: Pomadka do ust w płynie Vivat Mat od Revers Cosmetics

Recenzja: Pomadka do ust w płynie Vivat Mat od Revers Cosmetics
Obietnice producenta:
Pomadka w płynie pozwalająca uzyskać spektakularny efekt wyraziście matowych ust. Dzięki kremowej konsystencji pomadkę nakłada się gładko jak błyszczyk, zapewniając ultramatowy, kryjący efekt. Vivat Mat delikatnie spulchnia usta dzięki czemu stają się one pełniejsze, a ich matowy kolor pozostaje na długi czas intensywny i nasycony.

5 ml kosztuje około 10,00 zł
Moim zdaniem:
Dawno już nie było na blogu recenzji szminki, dlatego w ten sobotni poranek zapraszam Was na wpis, w którym zaprezentuję pomadkę do ust  w płynie Vivat Mat od Revers Cosmetics. 
W niewielkim opakowaniu skrywa się pomadka o kremowej, aksamitnej konsystencji. Opakowanie wykonane zostało z plastiku, który nie jest najgorszej jakości, ale zawsze mogło być lepiej. Do pomadki został dobrany ukośnie ścięty pędzelek, który jest mięciutki i ogólnie rzecz biorąc dobrze maluje się nim usta. Nabiera jednak zbyt dużo produktu, więc przed nałożeniem pomadki muszę pamiętać o tym, aby wytrzeć jej nadmiar. 
Pomadka do ust Vivat Mat dostępna jest w kilkunastu odcieniach, do mnie trafił kolor nr 08- przynajmniej tak myślę, bo napisy z nalepki starły się, a wcześniej nie zdążyłam sprawdzić... Nie mniej jednak jest to chłodny, przygaszony róż, lekko wpadający w ciemny fiolet. Kolor iście jesienny, ale właśnie w takich odcieniach czuję się dobrze :) Pomadka nie jest jakoś super napigmentowana, więc tym samym trzeba troszkę się napracować, aby pokryła usta jednolitą warstwą koloru. Kosztuje przysłowiowe grosze, bo około 10,00 zł, a naprawdę pozytywnie zaskakuje. Jak za tak niską cenę, to nie mam jej nic większego do zarzucenia. Kolor szybko zasycha na ustach i nie tworzy na wargach skorupy. Wygląda ładnie i naturalnie, a efekt jaki pozostawia na ustach jest taki półmatowy. Pomadka cechuje się taką sobie trwałością, bo nawet po godzinie od nałożenia potrafi zostawić ślady, np. na szklance. Nie obejdzie się więc bez poprawek w ciągu dnia, zwłaszcza jeśli coś jem lub piję. Można je jednak nanosić bez obawy, że dołożone warstwy będą się odznaczać. Pomadka nie podkreśla suchych skórek, nie ma też tendencji do wylewania się poza kontur warg. Po całym dniu noszenia jej na ustach nie odczuwam, aby w jakimkolwiek stopniu je wysuszała lub ściągała. 
Podsumowując, pomadka Vivat Mat ma swoje plusy i minusy, jednak ze względu na niską cenę można przymknąć oko na jej pewne mankamenty. Ja chyba pokuszę się o sprawienie sobie jeszcze jednego kolorku ;) 

07:19:00

Peeling do ust o zapachu poziomki, Evree

Peeling do ust o zapachu poziomki, Evree
Markę Evree znam od dawna i cieszę się, że stale poszerza swój asortyment, bo robi to naprawdę dobrze. Moim ostatnim zakupem marki jest cukrowy peeling do ust o zapachu poziomki. Rzadko kupuję takie produkty do pielęgnacji ust, ale tym razem coś mnie podkusiło- najprawdopodobniej jakaś promocja :P I uwaga, będzie spoiler, był to bardzo dobry zakup. 
Peeling do ust otrzymujemy w małym, szklanym słoiczku o pojemności 10 g. Ma szeroki otwór przez który łatwo wydobyć produkt, ale zawsze nabieram go na palec zbyt dużo, więc siłą rzeczy co nieco się zmarnuje. Przydałoby się trochę inne rozwiązanie, ale gdybyście mnie zapytały jakie, to bym nie wiedziała :P Chociaż po chwili zastanowienia wydaję mi się, że lepszym pomysłem byłby sztyft, tak jak w przypadku peelingującej pomadki do ust Sylveco. Sam produkt jest różowego koloru i w jego konsystencji widać wiele kryształków cukru. Mam zastrzeżenia do zapachu, albowiem nie jest to aromat słodkiej, soczystej poziomki, tylko takiej sztucznej i chemicznej. Nie drażni jednak nosa, nie przyprawia o ból głowy, więc przymykam nieco oko na tą niedoskonałość. 
Peeling Evree jest mieszaniną składników aktywnych, takich jak: cukier, roślinna wazelina, olej rycynowy, masło mango oraz olej avocado. Kryształków cukru jest naprawdę dużo, więc peeling można uznać za jeden z mocniejszych, dlatego jeśli Wasze usta są wrażliwe i podrażnione, zwracajcie uwagę na to, aby wykonywać naprawdę delikatny ich masaż. Peeling nakładam na usta palcem, dokładnie rozsmarowuję i zostawiam na chwilę, aby zawarte w nim olejki wchłonęły się mocniej w usta. Na koniec pocieram wargą o wargę, wykonując ponowny masaż ust, a pozostałości wycieram chusteczka higieniczną. Po takiej kuracji ust są bardzo dobrze odżywione i nawilżone, niesamowicie gładkie i mięciutkie, a suche skórki odchodzą w zapomnienie. Są lepiej ukrwione, a więc optycznie wyglądają na wydatniejsze, a ich kolor na intensywniejszy. Peeling ust wykonuję raz- dwa razy w tygodniu, dzięki czemu moje usta są zawsze zadbane i przygotowane na nałożenie kolorowej pomadki.  
Peeling kupiłam w Rossmannie, bodajże za około plus minus 14,00 zł. Tak jak w wielu innych produktach marki i w tym peelingu nie znajdziemy parabenów, sls ani olejów mineralnych. Peeling występuje jeszcze w wersji pomarańczowej. Widziałam też, że są także balsamy do ust o tych dwóch zapachach, które prędzej czy później też pewnie wypróbuję ;)

08:10:00

Efekt maksymalnej objętości i maksymalnego wydłużenia rzęs, czyli recenzja tuszy Mystik Warsaw z wymiennymi szczoteczkami

Efekt maksymalnej objętości i maksymalnego wydłużenia rzęs, czyli recenzja tuszy Mystik Warsaw z wymiennymi szczoteczkami
Kilkanaście tygodni temu udało mi się zostać jedną z testerek tuszy do rzęs Mystik Warsaw, które kupić można w internetowej drogerii Kontigo. Przyznam Wam, że zawartość przesyłki nieco mnie zaskoczyła. Nie tym, że dodatkowo otrzymałam piękne pigmenty do oczu, które już Wam zdążyłam pokazać ( klik ), ale przede wszystkim tym, że tusze i szczoteczki zostały spakowane osobno! Serio, z takim mykiem jeszcze nigdy się nie spotkałam. 
W zestawie do testowania były dwa tusze do rzęs, zapewniające dwa różne efekty: maksymalnej objętości i maksymalnego wydłużenia, oraz aż trzy szczoteczki: pogrubiająca z włosia i dwie silikonowe: jedna wydłużająca, a druga rozdzielająca. Początkowo dość sceptycznie podeszłam do takiego pomysłu, stukając się po głowie i myśląc sobie "po kiego czorta?", ale po przetestowaniu szczoteczek i tuszy we wszystkich możliwych kombinacjach okazało się, że ten manewr nie jest wcale taki głupi. Dzięki temu możemy wybrać spiralkę taką, jaką lubimy, jaką maluje nam się rzęsy najwygodniej, bez potrzeby skreślania na straty całego tuszu. Ja lubię malować rzęsy silikonowymi szczoteczkami i tej z włosiem używam właściwie najrzadziej. Z tych silikonowych zaś bardziej odpowiada mi pierwsza z lewej, chociaż ta środkowa też jest całkiem niezła. Obie ładnie rozdzielają i rozczesują rzęsy, nie są ostre i "nie drapią" rzęs. 
Jeśli chodzi o same tusze, to jestem z nich zadowolona. Zbytnio nie różnią się od siebie konsystencją, nie są ani za mokre ani za suche. Są dobrze napigmentowane, fajnie aplikują się na rzęsy i są bardzo trwałe. Ich niewątpliwą zaletą jest to, że się nie rozmazują ani nie osypują w ciągu dnia. Maskara Voluminate pogrubia rzęsy, ale nie jest to efekt maksymalny, jak obiecuje producent. Jest to tusz do stosowania na co dzień, który ładnie podkreśli oko. Za to wersja Longevity tak cudownie wydłuża i jeszcze dodatkowo podkręca rzęsy, że z tych dwóch maskar właśnie ona została moim zdecydowanym ulubieńcem. Dzięki niej mam prawdziwą firankę rzęs, jak u modelek z kobiecych magazynów :D Plusem obu tuszy jest to, że nie podrażniają oczu i łatwo poddają się wieczornemu demakijażowi. 
Kosmetyki Mystik Warsaw dostępne są tylko w drogerii Kontigo. Jest to jedna z marek własnych drogerii, pozostałe to Moia, Moov oraz Biolove. W ofercie Mystik Warsaw jest więcej rodzajów tuszy do rzęs niż te dwa przedstawione przeze mnie. Można je kupić z dobraną już szczoteczką lub bez, wybierając taką, którą najbardziej lubimy. Sam tusz kosztuje 20,00 zł, a wybrana szczoteczka 3,99 zł. W sumie tyle, ile standardowy, dobry tusz do rzęs. 

06:42:00

Zużyte czy nie pozbywam się, czyli październikowy projekt denko

Zużyte czy nie pozbywam się, czyli październikowy projekt denko
Z racji moich ostatnich porządków w kosmetykach w dzisiejszym projekcie denko pokaże niemało wyrzutków, stąd też inny tytuł posta niż zwykle ;) Pozwoliłam go sobie zaczerpnąć od Mamy z Różową Torebką, która na swoim blogu prowadzi serię postów pod takim samym tytułem już długi, długi czas. Na zdjęciach kosmetyki zdenkowane są wymieszane z wyrzutkami, których pozbyłam się z różnych powodów. 
No to zaczynajmy, po kolei. O maśle do ciała Mediterranean ( 1 ) nie będę się rozpisywać, bo w listopadzie ( najpóźniej w grudniu ) pojawi się jego recenzja, z której wszystkiego się dowiecie. Pienista cukrowa pasta do ciała Organic Shop ( 2 ) to mój trzeci scrub do ciała marki. Kosmetyk fajny, ale zapachowo wypada średnio. O rewitalizującym toniku Kueshi ( 3 ) miałam napisać recenzję, ale w połowie buteleczki doszłam do wniosku, że właściwie nie ma o czym pisać... O kremach z serii Curatio Colyfine ( 4 i 10 ) pisałam na blogu na początku ubiegłego miesiąca, więc zainteresowanych zapraszam tutaj. Recenzja kuracji do dłoni Regenerum ( 5 ) też pojawiła się już na blogu i to nie tak dawno, bo raptem kilka dni temu. Skrócając ją do jednego zdania- kuracja w widoczny sposób poprawia kondycję skóry, dlatego warto ją zrobić chociażby przed imprezą ;) Odżywcza maska dodająca blasku Skin79 ( 6 ) to niestety wyrzutek, który ponad pół roku temu stracił termin ważności... Regenerująca emulsja Kueshi ( 7 ) okazała się być fajnym kremem nawilżającym, o właściwościach kojących i łagodzących, która z powodzeniem może zastąpić balsam po depilacji. Silikonową bazę pod makijaż Revers Cosmetics ( 8 ) musiałam wyrzucić, ponieważ pękła mi tubka, a zawartość zalała pół kosmetyczki... Wiecie już teraz skąd te porządki ;) O bazie, a także kilku innych kosmetykach marki pisałam w tym poście. Produkty Evree bardzo lubię i sobie chwalę i tak samo jest z upiększającym kremem pod oczy ( 9 ), który bliżej opisałam Wam we wrześniu, o tutajKolejną bazę, tym razem Smooth Your Face od Yoko ( 11 ) też musiałam wyrzucić z powodu wadliwego opakowania, z felerną pompką, która nie chciała dozować produktu... A zapowiadał się taki fajny kosmetyk. Błyszczyk do ust Vipera ( 12 ) zużyłam nawet nie wiem kiedy, co może świadczyć o tym, że jest wart polecenia. 
Lakier do włosów got2be ( 13 ) urzeka nie tylko swoim różowo-żółtym opakowaniem, ale też samym działaniem. Jest to lakier, który warto mieć w swojej łazience, bo potrafi porządnie utrwalić fryzurę bez sklejania włosów i czynienia z nich kasku. Szampon zwiększający objętość włosów Mediterranean ( 14 ) doczekał się swojej recenzji na blogu. Orzeźwiający żel pod prysznic Organic Shop ( 15 ) o mandarynkowym zapachu miał być fajnym produktem do mycia, a okazał się przeciętny. Przezroczysty, bez wyraźnego zapachu, z taką sobie pompką nie spełnił moich oczekiwań. O kremie na noc Aube ( 16 ) szykuję recenzję, proszę tylko o jeszcze chwilę cierpliwości. Dalej mamy jeden z moich najukochańszych podkładów, czyli Healthy Mix Bourjois ( 17 ), którego zużyłam już chyba z cztery buteleczki. Pojawił się też w moich makijażowych ulubieńcach minionego roku. Do tej pory nie wiem jak to się stało, że jego recenzja jeszcze nie pojawiła się na blogu? Muszę to szybko nadrobić, bo zasługuje na własny wpis :) W intensywnie regenerującym szamponie Biovax ( 18 ) podoba mi się jego opakowanie w postaci tubki stojącej do góry nogami. Samo działanie też nie jest złe, ale po tym szamponie włosy dość szybko się przetłuszczają, nie ma on tendencji do utrzymania ich świeżości na dłużej. Maska do włosów Beaute Marrakech ( 19 ) zawiera wiele drogocennych składników, które są błogosławieństwem dla włosów. Maska świetnie odżywia i nawilża włosy, dodaje im blasku oraz znacząco ułatwia ich rozczesywanie. Pieniący się żel do mycia twarzy z luffą -417 ( 20 ) znalazłam w jednym z ostatnich Shiny Boxów. Oprócz bardzo wysokiej ceny, nie ma w nim niczego szczególnego. 
Nie mam pojęcia skąd się u mnie wzięła pomadka Hean ( 21 ), ale jakoś nie przypadła mi ona do gustu. Ma ładne opakowanie, nie zalatujące tandetą, ale ona sama jest ciężka na ustach, a poza tym ma brzydki, chemiczny zapach, który długo się utrzymuje i po prostu drażni. Dlatego w końcu ją wyrzuciłam, tak samo jak szminkę Golden Rose ( 22 ), którą chyba od kogoś dostałam, a wylądowała do kosza, bo jej kolor nie był jednak moim kolorem. Normalizujący peeling do twarzy Vianek ( 23 ) zużyłam z przyjemnością i już żałuję, że się skończył. Spełnił wszystkie obietnice producenta, a poza tym ma fajną kremową konsystencję, mnóstwo drobinek korundu, który dobrze ściera martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką, nawilżoną i miękką w dotyku. Serum na noc Aube ( 24 ) niedługo doczeka się swojej recenzji. Tusz do rzęs  BigVolume od Eveline ( 25 ) jest całkiem fajną maskarą, ale ma bardzo dużą szczoteczkę, z którą trzeba nauczyć się pracować. Z żelem do brwi Bell ( 26 ) trzeba uważać, bo jest bardzo mokry i jeśli jego nadmiaru nie wytrzemy o rant opakowania, to efekt który uzyskamy nie będzie nam się podobał. Dokładniej opisałam ten produkt w tej oto recenzji. Maskara pogrubiająca i stymulująca wzrost rzęs od Wibo ( 27 ) jest bardzo dobrze znana w blogosferze, a przy tym jest jedną z moich ulubionych. Używam jej już kilka lat i naprawdę mogę ją polecić. Błyszczyk do ust Freedom ( 28 ) kupiłam za grosze w Pepco. Jest świetny! Ma cudowny waniliowy zapach, nie klejącą konsystencję, a efekt jaki daje na ustach jest bardzo kuszący :D Żałuję, że nie kupiłam więcej jego sztuk :P Pomadka do ust w kredce Lovely ( 29 ) to kosmetyczka porażka w tandetnym opakowaniu. Kompletnie się u mnie nie sprawdziła i bez żalu ją wyrzuciłam. Błyszczyk do ust Bell ( 30 ) bardzo polubiłam, chociaż jest bardzo gęsty i czasami lubi się kleić. Matowa pomadka do ust w płynie HD Matte Inglot ( 31 ) towarzyszyła mi w dniu ślubu i mam do niej swego rodzaju sentyment ;) Niestety, musiałam ją wyrzucić, ponieważ mocno rozwarstwia się i straciła na swoich właściwościach. Tak samo stało się w przypadku pomadki Rouge Edition Aqua Laque od Bourjois ( 32 ), która też została wyrzutkiem. Miałam ją w kolorze nr 08, czyli Babe Idole, który bardzo mi przypasował. O korektorze- kamuflażu Revers Cosmetics ( 33 ) pisałam już recenzję, zainteresowanych odsyłam do tego postu. Jego opakowanie do złudzenia przypomina to, w którym dostajemy kamuflaż Catrice. Dwie pomadki Velvet Matte od Golden Rose ( 34 ) to ostatnie moje produkty z dzisiejszego denka. Z kilku posiadanych odcieni udało mi się zużyć dwa: 05 oraz 31. 

Uff, dużo tego się nazbierało w tak krótkim miesiącu :P

06:43:00

Gadżeciara, czyli mam dwa nowe etui na telefon ;)

Gadżeciara, czyli mam dwa nowe etui na telefon ;)
Są rzeczy, do których długo się przekonuje, ale gdy już to się stanie, to potrafię się w tym zatracić bez opamiętania. Przykłady mogę mnożyć: wiele czasu zabrało mi wprowadzenie olejków do pielęgnacji mojej cery, a teraz nie wyobrażam sobie, aby ich nie wykorzystywać, np. w demakijażu. Tygodniami zastanawiałam się nad założeniem Instagrama, a dziś można powiedzieć, że jestem od niego uzależniona ;) Długo też uważałam, że etui na telefon nie jest mi potrzebne, a teraz zmieniam je jak rękawiczki :P Najnowsze "wdzianka" na mojego Samsunga przyszły do mnie przed weekendem i są tak ładne, że muszę się nimi pochwalić :D
Nowe case na telefon zamówiłam na stronie Etuo.pl, która oferuje szeroki wybór etui, szkieł i folii na wszystkie możliwe telefony. Oczywiście długo zastanawiałam się, które wybrać, bo spodobała mi się znaczna większość :D A sklep oferuje dodatkowo usługę samodzielnego zaprojektowania etui. Po godzinie udało mi się w końcu zdecydować na marmurkowe etui z elementami złota i różu, które pochodzi z kolekcji Chic Design oraz na drugie z wizerunkiem kobiecych drobiazgów z kolekcji Fashion. Na InstaStories mogłyście zobaczyć, jak ładnie zostały zapakowane: owinięte w celofan, przewiązany wstążeczkami ze spersonalizowaną wizytówką. Taka drobnostka, a jak cieszy i pozytywnie wpływa na wizerunek sprzedawcy :) Obudowy są silikonowe i giętkie. Idealnie dopasowują się do telefonu i są banalnie łatwe w założeniu. Niewątpliwą ich zaletą są również odpowiedniej wielkości wycięcia na słuchawki czy ładowarkę, dzięki czemu nie trzeba ściągać etui z telefonu, aby go naładować.  
Oba etui nie dość, że chronią mój telefon przed uszkodzeniami i cieszą moje oko, bo naprawdę przepięknie wyglądają, to jeszcze są bardzo fotogeniczne, więc pewnie nieraz zagoszczą na moich zdjęciach :D 

Na koniec mam dla Was dobrą wiadomość: na hasło "blogznizka" otrzymacie bezterminowy kod rabatowy -10% na zakup etui, szkieł i folii w sklepie Etuo  :)

08:45:00

Nowości kosmetyczne w październiku

Nowości kosmetyczne w październiku
Nie chcę mi się wierzyć, że już jest listopad, a do Świąt pozostało tylko kilka tygodni! Z drugiej jednak strony bardzo mnie to cieszy, bo im bliżej końca roku, tym bliżej do naszej wyprowadzki do naszego mieszkanka :D, którą planujemy na pierwsze miesiące nowego roku. Tylko czy ja w tych naszych trzech pokojach pomieszczę się z tymi moimi wszystkimi kosmetykami, których z miesiąca na miesiąc bardziej przybywa niż ubywa? :P 
Pierwsze z październikowych nowości mogłyście już obejrzeć u mnie na blogu. Recenzja monohybrydowego lakieru do paznokci ( klik ) ukazała się raptem kilkanaście dni temu. Lampa-mostek była w zestawie. To moja druga lampa o takim kształcie- jak pisałam w recenzji, pierwsza wytrzymała rok, mam nadzieję, że ta wytrwa trochę dłużej.
O kuracji do dłoni oraz serum do ust Regenerum też już zdążyłam napisać na blogu parę dni temu ( klik ). Oba produkty dobrze się u mnie sprawdziły i tym osobom, którym nie chce się czytać recenzji ( chociaż mam nadzieję, że nikt taki się nie znajdzie :P ), mogę powiedzieć, że warto je wypróbować na własnej skórze, zwłaszcza kurację do dłoni. 
Nie wiem czemu, ale jeden z moich ulubionych płynów micelarnych, ten z Green Pharmacy, zaczął podrażniać mi oczy, więc na szybko musiałam kupić coś innego do wieczornego demakijażu. Zdecydowałam się na dwufazowy płyn z Mixy, którego recenzja w niedługim czasie pojawi się na blogu. Dodatkowo, podczas zakupów internetowych, wrzuciłam jeszcze do wirtualnego koszyczka dwie pomadki w kredce Smart Lips Golden Rose oraz matową szminkę w płynie Delia. W końcu mazideł do ust nigdy dość ;)
Moja silna wola jest jednak dość słaba, a już na pewno nie jest odporna na rossmannowskie promocje, co widać na załączonym zdjęciu :P Mimo niekończących się zapasów kosmetyków do makijażu, zdecydowałam się kupić kolejne i to wcale nie tak mało, jak zakładam, że kupię... Oprócz podkładów z Bielendy wszystkie pozostałe produkty, czyli: baza pod pomadkę Eveline, fixer Lirene, tusz, puder oraz korektor AA WingsOfColor i pomadka Max Factor, to dla mnie zupełne nowości. Na razie wypróbowałam tylko bazę pod pomadkę Eveline i mogę Wam zdradzić, że jest świetna!
Zawartości październikowego ShinyBoxa pokazałam w ostatnim poście. Jest dużo lepiej niż we wrześniu i mam nadzieję, że poziom październikowego boxa utrzyma się w listopadzie, grudniu, styczniu, itd. ;) 
Co prawda wiesiołek, malinowa herbatka oraz kubek w sweterku nie są kosmetykami, ale mimo to chciałam Wam pokazać, że taki miły upominek otrzymałam do Oleofarm.

Więcej nowości nie pamiętam i za żadne nie żałuję :D

09:33:00

Shiny Box "Think Pink"

Shiny Box "Think Pink"
Od lat październik jest miesiącem walki z rakiem piersi, której międzynarodowym symbolem jest różowa wstążka. Taką samą różową wstążeczkę znajdziemy na najnowszym Shiny Box'ie, który patronuje tej idei i którego hasłem przewodnim jest "Think Pink". Shiny zadbało o to, aby poszerzyć wiedzę swoich klientek wartościowymi artykułami w ShinyMag, które poruszają tematykę szeroko pojętej pielęgnacji i zdrowia kobiecych piersi. W gazetce przeczytamy o tym jak piersi są zbudowane i jak możemy poprawić ich wygląd, jak prawidłowo dobrać biustonosz, jak wykonać samokontrolne badanie piersi oraz poznamy też historię różowej wstążki. 
Może jeszcze pamiętacie, że zawartość wrześniowego pudełka, delikatnie mówiąc, rozczarowała mnie. W tym miesiącu jestem ogromnie zadowolona z tego, co znalazłam w swoim boxie i choćbym chciała, to naprawdę nie mam się do czego przyczepić, bo każda rzecz z pudełka bardzo mi się podoba i na pewno ją wykorzystam! Październikowy Shiny Box skrywa w sobie aż siedem pełnowymiarowych produktów plus tylko jedną próbkę oraz katalog Avon, który przejrzałam od pierwszej do ostatniej strony i nawet zrobiłam wstępną listę zakupów :P Shiny Box zadbało o to, aby w pudełku znalazły się nie tylko kosmetyki, ale też fajny gadżet, umilający jesienne wieczory oraz pyszna przekąska.
Prezentację pudełka zaczniemy od jedynej próbki i jedynego kosmetyku w saszetce oraz od czegoś słodkiego. Próbka kremu na rozszerzone naczynka krwionośne od Charmine Rose posłużyła u mnie jako krem do rąk, ponieważ problemu z naczynkami nie mam. Produktem wymiennym od 7thHeaven okazały się być oczyszczające plastry na nos w ilości sztuk trzech. Zawarty w nich naturalny węgiel ma wchłaniać nadmiar sebum, wyciągać zanieczyszczenia oraz oczyszczać martwe komórki skórne. Brzmi obiecująco, ale i tak sprawdzę na własnym nosie jak zapewnienia producenta mają się do rzeczywistości ;) W swoich boxach mogłyście trafić jeszcze albo na oczyszczającą maskę węglową lub na owocowy peel off. Z plastrów jestem bardzo zadowolona, bo już od dłuższego czasu chciałam je wypróbować. Wspomnianą słodką przekąską jest batonik owocowy baton z orzechami o smaku jabłka z cynamonem od samej Ani Lewandowskiej! Batony Food By Ann widziałam już wcześniej w kilku sklepach, ale jakoś nigdy mnie do nich nie ciągnęło. Nie wiem czemu, bo ten, który był w moim Shiny Box'ie jest przepyszny i mam ochotę na inne jego wersje smakowe, których jest aż jedenaście, w tym tak nietypowe połączenia smaków jak truskawka i burak ;) Na uwagę zasługuje skład batona, w którym mamy tylko daktyle, suszone jabłko, orzechy nerkowca, orzechy brazylijski i cynamon, który mimo iż plasuje się na ostatniej pozycji w składzie, jest naprawdę mocno wyczuwalny w smaku.  
Jedynym niekosmetycznym produktem z pudełka jest świeca zapachowa w szkle Bispol. O tej porze roku uwielbiam świece zapachowe, za ich ciepło i klimat, jaki potrafią stworzyć. Bardzo się cieszę, że znalazła się w Shiny Box'ie, bo na pewno wypalę ją do samego końca. Tym bardziej, że podoba mi się jej zapach Diamond Chic, który jest taki otulający i kojący. Jestem ciekawa czy pozostałe zapachy tej świecy, które były w innych boxach, też tak ładnie pachną? Dalej mamy nawilżający krem do ciała skandynawskiej marki Barnangen, której kosmetyki dostępne są w Rossmannie. Nie wiem jak ja patrzyłam po drogeryjnych półkach, że nigdy go nie widziałam :P Krem na neutralny zapach, ale bardzo przyjemny i delikatny. Jego konsystencja jest bardzo gęsta i treściwa, mimo to łatwo rozprowadza się po skórze. Póki co kremu użyłam raz, więc za wiele o nim się wypowiedzieć nie mogę, ale pierwsze wrażenie zrobił na mnie bardzo dobre. 
Szminkę do ust, zwłaszcza matową, przyjmę zawsze z otwartymi ramionami :D Jestem nimi nienasycona, dlatego ogromnie ucieszyła mnie pomadka w płynie Mark, która jest nowością w ofercie Avon. Jeszcze nie pomalowałam nią ust, ale z tego co o niej przeczytałam powinna być bardzo dobrze napigmentowana, trzymać się na ustach przez wiele godzin nie wysuszając ich oraz podkreślać je bez rozmazywania się. W moje ręce trafił odcień Irresistible, który jest przepięknym odcieniem przygaszonej czerwieni. Szminka ma płynną postać, występuje w wersji matowej i błyszczącej, a każda z nich w aż dziesięciu odcieniach. W katalogu, który został dołączony do boxa obejrzałam sobie wszystkie kolory i no cóż, kilka jeszcze wpadło mi w oko :P Dalej mamy odżywkę- wcierkę do włosów z wyciągiem z bursztynu Jantar, której zadaniem jest między innymi wzmocnić i zregenerować włosy oraz przywrócić im witalność. Produkty marki znam tylko z blogów, sama nigdy żadnego nie kupiłam. W składzie odżywki- wcierki mamy bursztyn, biotynę, argininę, witaminy A, E i F oraz niacynamid i d-pantenol. Z informacji z tyłu opakowania wynika, że powinno się ją stosować codziennie przez minimum cztery tygodnie, a potem profilaktycznie dwa razy w tygodniu. Buteleczka o pojemności 100 ml zakończona jest atomizerem, który rozpyla gęstą mgiełkę, więc z aplikowaniem odżywki na włosy i skórę głowy nie powinno być problemów. I ostatnim już kosmetykiem jest hydrożelowa maska na twarz Efektima, która jest wymienna z produktami DermoFuture: maską-kremem wybielającym, przeciwzmarszczkowym kremem naprawczym ze śluzem ślimaka lub perfekcyjnym kremem na noc z witaminą C. Należy ją nałożyć na twarz na min. 30 minut, a ona w tym czasie wizualnie odmłodzi skórę, intensywnie nawilży, uelastyczni oraz poprawi wygląd i napięcie skóry ;)
W październiku ekipa Shiny Box powinna dostać ogromne brawa i to jeszcze na stojąco, bo stworzyła naprawdę fantastyczne pudełko, na wysokim poziomie. Z każdego produktu cieszę się tak samo mocno, chociaż zdecydowanymi perełkami tego boxa są dla mnie pomadka w płynie oraz krem do ciała. Oby tak dalej Shiny! 

08:30:00

Recenzja: Kuracja do dłoni oraz serum do ust Regenerum

Recenzja: Kuracja do dłoni oraz serum do ust Regenerum
Z dzisiejszego wpisu dowiecie się jak sprawdziły się u mnie kolejne dwa produkty Regenerum, czyli serum do ust oraz kuracja do dłoni w postaci rękawiczek. Wcześniej mogłyście poczytać moje opinie na temat serum do paznokcido piętdo twarzydo włosów oraz brwi i rzęs.
Recenzję zaczniemy może od regeneracyjnego serum do ust. Balsam ten ma postać klasycznego sztyftu, wysuwanego z plastikowego opakowania z przezroczystą nasadką. Całość jest trochę chybotliwa i rozlatana ;), ale nie zdarzyło mi się jeszcze, aby produkt sam się otworzył. Niemniej jednak uważam, że producent mógłby popracować nad jakością opakowania. Od nowości sztyft jest zalakowany do kartonika, na którym wypisane są wszystkie istotne informacje na temat produktu. Jak możecie zobaczyć na zdjęciach, szata graficzna serum do ust, a także kuracji do dłoni, jest bardzo skromna. Konsystencja balsamu wydaje się być twarda, ale gładko i miękko sunie po ustach pokrywając je ochronną warstewką. Balsam ma waniliowy kolor oraz bardzo ładny i słodki, aczkolwiek subtelny zapach. 
W składzie serum do ust mamy wiele cennych składników, których połączenie pozwala na kompleksową pielęgnację ust. Obecność oleju z rokitnika regeneruje spierzchniętą skórę ust, przynosząc jej niemałą ulgę. Masło shea znakomicie nawilża i odżywia, tak samo jak ekstrakty z mango i awokado, które dodatkowo jeszcze ujędrniają i uelastyczniają wargi. Prowitamina B5 oraz witaminy A i E zapobiegają ponownemu przesuszeniu się ust. Ochronnej pomadki Regenerum używam już jakiś czas i zgadzam się z tym wszystkim, co wymieniłam wcześniej. Serum do ust nakładam grubszą warstwą na noc, sięgam po nią również w ciągu dnia. Dzięki niemu moje usta są nawilżone, miękkie i zawsze przygotowane na pomalowanie ich matową pomadką. Balsam dodatkowo przyjemnie je zmiękcza oraz chroni przed zimnem i wiatrem. 
Skoro opowiedziałam już co nieco o balsamie, pora teraz napisać coś o kuracji do dłoni w postaci pary rękawiczek, które zapakowane zostały w dużą saszetkę, a ta zaś w kartonowe pudełeczko, na który standardowo wypisane zostały wszystkie informacje. Na saszetce znajdziemy tylko info o dacie ważności produktu. Rękawiczki mają uniwersalny rozmiar, zmieszczą się w nie i mniejsze i większe dłonie. Klej przy paskach jest trochę słaby, dlatego decydując się na kurację Regenerum trzeba się nastawić bardziej na odpoczynek i bezczynne oglądanie telewizji niż na robienie jakichkolwiek innych rzeczy, np. wybijcie sobie z głowy przewracanie kartek w czytanej książce :P Serum, którym nasączone są rękawiczki ma nienachalny, jednak średnio przyjemny zapach. Na szczęście nie czuć go zbyt mocno, a po zdjęciu rękawiczek i wsmarowaniu resztek kosmetyku w dłonie, dość szybko się ulatnia. Rękawiczki zostały nasączone serum, w składzie którego znajdziemy kwas hialuronowy, który dba o poziom nawilżenia skóry; witaminę E, która ma przeciwdziałać oznakom starzenia; olej z róży, który redukuje przebarwienia i ma właściwości regenerujące; oraz masło shea, które zmiękcza i wygładza skórę. 
Rękawiczki należy nałożyć na czystą i wysuszoną skórę dłoni, na przynajmniej pół godziny. Ja trzymałam je ponad 40 minut, bo tyle standardowo trwają odcinki amerykańskich seriali ;) Po ich zdjęciu na dłoniach pozostało jeszcze sporo produktu, a i w środku rękawiczek niemało jeszcze się uchowało. Myślę, że spokojnie wystarczyłoby na dodatkową kurację. Ogólnie nie mam problemów z skórą dłoni, mimo to zauważyłam, że po zdjęciu rękawiczek i wsmarowaniu pozostałości serum stan ich kondycji znacznie się poprawił. Dłonie były niesamowicie nawilżone, a tym samym sporo gładsze i bardziej miękkie niż na co dzień. "Dostało się" także skórkom wokół paznokci, które zmiękczone prezentowały się jeszcze lepiej. 
Podsumowując, oba produkty Regenerum bardzo dobrze się u mnie sprawiły. Serum do ust pozwala mi cieszyć się wypielęgnowanymi ustami i chroni je przed czynnikami zewnętrznymi, jakie niesie ze sobą obecna jesienna aura. Kuracja widocznie poprawiła kondycję skóry dłoni. Uważam, że warto zafundować swoim dłoniom takie małe spa, zwłaszcza przed imprezą. 
Regenerum stale poszerza swoją ofertę, w której obecnie ma 11 produktów. Wszystkie możecie zobaczyć tutaj. Kosmetyki marki można spotkać głównie w aptekach, zarówno internetowych, jak i oczywiście stacjonarnie. W zależności od apteki cena serum do ust będzie wynosić około 12,00-13,00 zł, a koszt kuracji do dłoni będzie wahał się w granicach 10,00-15,00 zł. 

06:40:00

Wszystkie moje kolory lakierów hybrydowych Claresa

Wszystkie moje kolory lakierów hybrydowych Claresa
Z ręką na sercu przyznaję, że mam sporo lakierów hybrydowych. Najwięcej mam buteleczek z Semilaca, ale zaraz po nim najwięcej lakierów mam od marki Claresa. Poza tymi dwoma markami mam jeszcze wiele pojedynczych sztuk kilku innych, mniej lub bardziej znanych w blogosferze. Kiedyś pokaże je wszystkie, ale dziś skupmy się na Claresie. Moja kolekcja hybryd tej konkretnej marki znacznie się powiększyła, gdy na fanpage'u została ogłoszona promocję "3 lakiery za 30zł", z której oczywiście skorzystałam, zamawiając nie jeden, ale aż dwa zestawy :D W międzyczasie nawiązałam współpracę z marką, która dosłała mi jeszcze dwa lakiery i łącznie z tymi, które kupiłam jakiś czas wcześniej, mam aż jedenaście kolorów. 
003- pierwszy z lewej na wzorniku i jedyny odcień zieleni, jaki mam wśród swoich wszystkich hybryd. Otrzymałam go w ramach współpracy i po moich początkowych obawach, że gdzie ja będę chodzić z zielonymi paznokciami i to jeszcze w moim wieku :P znalazłam na niego sposób, traktując go jako kolorystyczny akcent tylko na jednym paznokciu. Jest to kolor zielonego jabłuszka, taki wiosenny i pozytywny, który ożywi każdy manicure.  
007- czyli odcień ciepłej, soczystej brzoskwinki. Kolor ten mocno mnie zaskoczył, albowiem strona producenta i sama nalepka na buteleczce sugerują, że powinien to być delikatny nudziak, lekko wpadający w różowe tony. Taki kolor był właśnie przeze mnie pożądany, ale w ostateczności ta nieco neonowa brzoskwinka też może być ;) 
100- zwykły szary kolor, ale z tych ładniejszych, bo nie wszystkie szarości są fajne. Myślę, że idealnie sprawdzi się w jesienno- zimowych stylizacjach paznokci. 
200- świetny nudziak, z beżowo- brązowymi nutami. Niestety, coś jest z tym lakierem nie tak, ponieważ mimo odpowiedniego przygotowania płytki paznokci, starannego wykonania manicure oraz przetestowania na kilku różnych bazach i z kilkoma różnymi topami, za nic nie chce trzymać się swojego miejsca i odchodzi całymi płatami już po dwóch-trzech dniach... W dodatku utwardzany pod lampą nieestetycznie kurczy się... A szkoda, bo naprawdę jest to jeden z ładniejszych nudziaków, który w dodatku ma bardzo dobre krycie. 
405- to taka ciemna czerwień, wpadająca już prawie w bordo z zatopionymi subtelnymi, rozświetlającymi drobinkami. Kolor elegancki, gustowny, mający w sobie też coś świątecznego.
508- czyli neonowy róż z domieszką pomarańczowego, o perłowym wykończeniu, które nie wszystkim przypadnie do gustu. W zależności od kąta spojrzenia, raz jest różowy, raz pomarańczowy. Jednym słowem, kolor szalony i wystrzałowy :D
510- kolor bardzo podobny do odcienia Szeherezada od Semilaca, tylko spokojniejszy i bardziej stonowany. Pięknie wygląda jako akcent w manicure, przyciągając uwagę innych. 
605- odcień trudny do określenia. Na pewno jest takim typowym jesiennym kolorem. To mocno ciemny fiolet, ale taki przygaszony, nieoczywisty, intrygujący.
700- śliczny, pastelowy odcień niebieskiego, wpadający ni to w szarość ni to w kolor liliowy. Bardzo mi się podoba i chętnie wykorzystuję go w swoich manicurach. 
704- ciemnoniebieski kolor z mnóstwem delikatnych drobinek. Nie do końca mi się podoba i póki co użyłam go tylko na wzorniku. Tak to już niestety bywa, gdy robi się zakupy w ciemno, czyli przez internet. Ale i tak pewnie znajdę na niego sposób ;) 
705- odcień granatowy, bardzo ładny i głęboki. Jeden z moich ulubionych kolorów od Claresy, mimo iż do pełnego pokrycia płytki paznokcia potrzebuję nałożyć aż trzy warstwy tego lakieru.
Lakiery między sobą różnią się konsystencjami: te o nowej formule są bardziej gęste i trochę takie ciągnące się. Lakiery ze starą formułą są znacznie rzadsze, więc malując nimi paznokcie trzeba zwracać uwagę, aby przypadkiem nie zalać skórek. Poziomem krycia też się różnią, ale to akurat nie jest uzależnione zmianą formuły, tylko raczej odcieniem lakieru, bo przykładowo lakier w kolorze nr 700 ma już nową formułę, a i tak do pełnego pokrycia paznokcia bez prześwitów potrzebuję trzech warstw. Pędzelki są standardowe, ale zauważyłam, że w lakierach z nową formułą są troszkę krótsze niż w tych o starej formule. Niemniej jednak, i jednymi i drugimi dobrze maluje się paznokcie. 
W swojej hybrydowej kolekcji posiadam także bazę oraz top Claresa, które tak jak lakiery kolorowe mają pojemność 7 ml i kosztują po 19,99 zł. Niektóre z kolorów przetestowałam z innymi bazami i topami, więc mogę Wam napisać, że potrafią współpracować także z produktami innych producentów. Oprócz nieszczęsnego koloru nr 200, który nie potrafi się z niczym dogadać... Mam też płyny remover i cleaner, których zabrakło na zdjęciach, ale nie zabraknie ich w sklepie producenta :D kPłyny mają pojemność 100 ml i kosztują odpowiednio 8,99 zł i 7,99 zł. Płyn do usuwania hybryd śmierdzi niemiłosiernie, ale zapach płynu do odtłuszczania paznokci jest już całkiem całkiem :P
Nie wiem czy wiecie, ale Claresa jest naszą polską marką i to w dodatku młodziutką, bo na rynku kosmetycznym pojawiła się latem 2016 r., ale szturmem zdobyła szerokie grono klientek. W swojej ofercie ma ponad 160 kolorów, więc jest w czym wybierać :D Przykładowy manicure wykonany tymi lakierami pokazałam Wam jakiś czas temu na Instagramie: klik. Lakiery Claresa mają pojemność 7 ml i na stronie producenta kosztują 19,99 zł. Często jednak marka kusi swoich klientów atrakcyjnymi promocjami, więc strzeżcie się :P

06:45:00

Rose Waterfull Mask SKIN79, czyli nawilżająca maseczka z kwasami AHA na noc

Rose Waterfull Mask SKIN79, czyli nawilżająca maseczka z kwasami AHA na noc
Szał na azjatycką pielęgnację już praktycznie minął. Przynajmniej tak mi się wydaje patrząc w ostatnim czasie na ilość recenzji azjatyckich kosmetyków pojawiających się na blogach, których jest jakby coraz mniej. Mnie też nie ominął ten boom, ale w mojej pielęgnacji pojawiły się tylko dwa azjatyckie produkty: łagodna pianka oczyszczająca, o której pisałam w tym poście oraz różana maseczka na noc, której recenzję przygotowałam dla Was dzisiaj. 
Maseczka znajduje się w szklanym słoiczku, do którego dołączona jest plastikowa szpatułka. Powiem Wam szczerze, że szpatułkę praktycznie od razu wyrzuciłam do kosza, mimo iż jest bardziej higieniczna niż moje palce macane w maseczce ;) Ale palcami lepiej mi się nią aplikuję na twarz, po prostu. Poza tym, z maseczki korzystam tylko ja, więc ewentualnie nakładam "swój" brud na skórę ;) Ona sama ma żelową konsystencję, swoim wyglądem przypomina trochę galaretkę, i różowy kolor. Wiecie, że nie przepadam za różanymi zapachami, ale aromat tej maseczki jakoś wyjątkowo przypadł mi do gustu. Jej skład jest pełen kwasów AHA, wśród nich mamy kwas glikolowy, cytrynowy oraz mlekowy. Oprócz nich w składzie występują także: glikol butylenowy, gliceryna i witamina PP. Na składach się nie znam, ale podobno jest to dobra kombinacja dla skóry problematycznej, z przebarwieniami czy stanami zapalnymi. 
Maseczkę nakładam na wcześniej oczyszczoną skórę twarzy cienką warstwą, na dwie noce w tygodniu. W dotyku wydaje się być trochę wodna. Szybko się wchłania, jeszcze nigdy nie oblepiła mi poduszki, ale też nigdy nie nałożyłam jej więcej niż potrzeba. Maseczka nie pozostawia wyczuwalnej warstwy na skórze, zaraz po wchłonięciu ma się wrażenie, że tak naprawdę to nic się nie nałożyło na twarz. Na mojej mieszanej cerze maseczka dobrze się sprawdza, ale z drugiej strony mogłabym też powiedzieć, że jej działanie jest delikatne. Łagodnie złuszcza martwy naskórek, subtelnie rozświetlając i wygładzając, nie czyniąc skórze najmniejszej krzywdy. Po całej nocy z maseczką, skóra jest przyjemna i miękka w dotyku. Nie pojawiają się żadne niedoskonałości, a te które już były oraz przebarwienia i blizny z każdym użyciem są coraz mniejsze. Maseczka poprawia i ujednolica koloryt skóry, działa na nią kojąco oraz kontroluje wydzielanie sebum. Dodatkowo, pozwala utrzymać skórze optymalny poziom nawilżenia, nie powoduje też uczucia ściągnięcia ani żadnego innego dyskomfortu. 
Oryginalną maskę można kupić na stronie Skin79, ale też w drogeriach internetowych Cocolita oraz eKobieca. Normalnie kosztuje 70 zł za 75 ml, ja kupiłam ją w promocji za 49,00 zł. Obecnie jej cena też jest niższa, w wymienionych wyżej drogeriach widziałam ją za 59,00 zł. Wiecie, że nie lubię płacić wysokich cen za kosmetyki, ale w tym przypadku uważam, że warto było. Maska oprócz bardzo dobrego działania cechuje się też niemałą wydajnością, dlatego polecam Wam ją z całego serca!

09:04:00

Recenzja: Cienie do brwi NowBrow

Recenzja: Cienie do brwi NowBrow
NowBrow to punkt na mapie Łodzi, które każda łodzianka ( i nie tylko! ) powinna znać :) Professional Eye Studio to miejsce, w którym wykwalifikowany personel zadba i wystylizuje Wasze brwi. O rzęsach też nie zapomną ;) Salon w swojej ofercie ma nitkowanie brwi, przedłużanie oraz lifting rzęs, a także Now HD Brow, czyli unikalną metodę perfekcyjnej stylizacji brwi. W Łodzi są dwa Brow Bary: w Manufakturze ( na piętrze, na przeciwko Apartu ) oraz w Galerii Łódzkiej ( vis a vis Cukierni Sowa ). Z usług salonu jeszcze nie korzystałam, za to sumiennie testuję cienie do brwi NowBrow, które dostępne są aż w pięciu odcieniach. 
Cienie do brwi NowBrow są delikatne dla skóry i nie podrażniają jej, albowiem do ich wytworzenia wykorzystane zostały składniki mineralnego pochodzenia, takie jak talc, mica czy kaolin. Dodatkowo zawierają wiele mikroelementów: krzem, glin, żelazo, magnez, cynk i wapń; oraz sole mineralne, dzięki którym wykazują właściwości pielęgnacyjne. Widać, że producent zwrócił uwagę nie tylko na jakość samego produktu, ale też na jego opakowanie. Każdy kolor schowany został do malutkiego, czarnego puzdereczka, którego jedyną ozdobą jest biały napis na przezroczystym wieczku. Tworzywo, z którego opakowania z cieniami zostały wykonane, jest bardzo dobrej jakości, dzięki czemu całość jest trwała i solidna, a także odporna na (nie)przypadkowe upadki ;) Wszystko jest bardzo dobrze ze sobą połączone, nic nie dynda ani nie dygocze. Poza tym, wieczko jest bardzo szczelne, więc nie ma najmniejszych obaw, że niespodziewanie otworzy się w kosmetyczce. 
Jak już wspomniałam na wstępie, cienie występują w pięciu odcieniach, które na zdjęciach pokazuję w odpowiedniej kolejności: BP01- to kolor najjaśniejszy, który może pasować wielu blondynkom. Ma w sobie zarówno ciepłe, jak i zimniejsze tony. Odcień ten można stopniować, w zależności od porządnego efektu, ale na pewno nie da się nim przedobrzyć; BP02- to delikatny brąz, mający w sobie coś z szarości. W rzeczywistości jest cieplejszy i nieco ciemniejszy niż na zdjęciu. Jeżeli danego dnia zależy mi na subtelniejszym makijażu brwi, to sięgam właśnie po ten kolor; BP03- to najciemniejszy kolor z całej piątki. Mocno brązowy, intensywny, najbardziej napigentowany i na pewno taki,  z którym trzeba uważać, aby nie uzyskać zbyt dramatycznego efektu. Kolor najmniej przeze mnie używany; BP04- jest jedynym szarym odcieniem wśród wszystkich cieni NowBrow; BP05- ten odcień jest moim ulubionym i po niego sięgam właściwie najczęściej :) Wiem, że na zdjęciu wyszedł jakby wpadał w wojskową zieleń ( przynajmniej u mnie na monitorze :P ), ale w realu jest ładnym, ciepłym brązem. 
Cienie są bardzo fajne w aplikacji. Świetnie się rozprowadzają, nie pylą ani się nie rozmazują. Większość z nich jest mocno napigmentowana, dlatego też z nakładaną ich ilością nie ma co przesadzać, aby nie uzyskać zbyt teatralnego efektu. No chyba, że ktoś taki wygląd brwi preferuje ;) Zawsze zaznaczam, że w kwestiach makijażowych jestem laikiem, dlatego warto podkreślić, że z cieniami NowBrow pracuje się bardzo fajnie i polubią się z nim dziewczyny, które dopiero zaczynają swoją przygodę z makijażem. Cienie te gwarantują ładny, naturalny, taki pół matowy, a pół nabłyszczający efekt końcowy. 
Pojedynczy cień do brwi NowBrow kosztuje 39,00 zł, ale do końca października kupicie go taniej aż o 20%!

06:45:00

Lakier monohybrydowy 1-Lak Peggy Sage oraz lampa UV Ronney

Lakier monohybrydowy 1-Lak Peggy Sage oraz lampa UV Ronney
Jakiś czas temu na Instagramie pokazywałam Wam piękny, klasyczny czerwony manicure, który wykonałam monohybyrdowym lakierem do paznokci francuskiej marki ( chociaż inne źródła twierdzą, że pochodzi z Ameryki ) Peggy Sage. Marka jest bardzo popularna na świecie, a jej polską ambasadorką jest Agnieszka Kaczorowska. W swojej ofercie posiada produkty do pielęgnacji, makijażu i manicure, w tym lakiery monohybrydowe, które są połączeniem bazy, koloru i topu w jedno. 1-Lak to mój pierwszy taki lakier. Jeśli jesteście ciekawe, jak się u mnie sprawdził, to zapraszam na recenzję.
Po przygotowaniu paznokci do wykonania monohydyrowego manicure potrzebujemy już tylko dwóch rzeczy, czyli lakieru oraz lampy. Tak się złożyło, że od kilku tygodni posiadam dwie lampy, jedną dużą oraz widoczny na zdjęciach, tzw. mosteczek lub słuchawka- jak kto woli ;) Moją pierwszą lampą był właśnie taki mostek, który wytrzymał ze mną rok. Mam nadzieję, że ta okaże się nieco trwalsza ;) Nina, bo takie wdzięczne imię nadał swojej lampie producent, czyli marka Ronney, jest lekka i malutka, zajmuje niewiele miejsca, więc w razie konieczności można zabierać ją na wyjazdy. Ma moc 9W i timer ustawiony na 60 sekund.
Lakier monohybrydowy Peggy Sage ma pojemność 10 ml i w jednym z internetowych sklepów widziałam go za około 30,00 zł. Kolor buteleczki oddaje odcień, jaki ujrzycie po odkręceniu posrebrzanej nakrętki, pod którą skrywa się krótki pędzelek o gęstym włosiu. Pędzelkiem tym dobrze maluje się paznokcie, a konsystencja lakieru nie jest ani za gęsta ani za rzadka. Naprawdę trzeba się postarać, aby tym lakierem zalać sobie skórki :P 
Manicure monohybrydowy łączy w sobie cechy klasycznego i hybrydowego. Klasycznego, ponieważ wystarczy jeden produkt, a nie aż trzy. Hybrydowego, bo do jego wykonania niezbędna jest lampa UV. Po odtłuszczeniu paznokci nałożyłam pierwszą, cienką warstwę lakieru i utwardzałam w lampie przez jedną minutę. Kolejną dwie warstwy utwardzałam już po dwie minuty, dla własnej pewności, że lakier jest naprawdę dobrze utwardzony. Pomalowałam paznokcie aż trzema warstwami, ponieważ nakładałam bardzo cienie warstwy i dwie nie pokryły w całości płytki paznokci. Dopiero trzecia idealnie przykryła wszystkie prześwity, a ja byłam zadowolona z efektu końcowego :) Po ostatnim utwardzeniu lakieru przemyłam paznokcie cleanerem i już mogłam cieszyć się pięknym manicurem, bo nie musiałam czekać aż lakier wyschnie! Przez siedem dni manicure był nieskazitelny. Do lakieru nie przylepiały się żadne paproszki, nic się w nim nie odbiło, a kolor nie stracił ani na intensywności ani na blasku. Ósmego dnia zauważyłam niewielki odprysk na małym palcu, potem dwa kolejne na innych, ale takie do przeżycia ;) Niestety, lakier ma jedną, dość istotną wadę, mianowicie jest okropny w ściąganiu go z paznokci. Bardzo słabo i bardzo długo rozpuszcza się w acetonie ( innej metody jego zdjęcia nie próbowałam ). Zwykły hybrydowy lakier nasączam acetonem przez około 15-20 minut, monohybrydowy musiałam trzymać pod wacikiem z folią ponad 30 minut, a i tak w niektórych miejscach tak mocno przywarł do płytki paznokcia, że musiałam go spiłowywać.
Manicure monohybrydowy okazał się troszkę mniej trwały od klasycznych hybryd, które na moich paznokciach bez żadnego uszczerbku wytrzymują przynajmniej 10 dni. Jest jednak szybszy w wykonaniu, bo nie musimy dodatkowo utwardzać bazy i topu. Mnie pasuje bardzo i chętnie poznałabym inne monohybrydowe lakiery do paznokci :) A jeśli zainteresował Was ten od Peggy Sage, to musicie poszukać go w internetowych drogeriach lub hurtowniach. 

08:05:00

Recenzja książki "Consolation" Corinne Michaels

Recenzja książki "Consolation" Corinne Michaels
11 października swoją premierę miała książka "Consolation" Corinne Michaels, która na polskim rynku książkowym pojawiła się za sprawą nowego wydawnictwa, jakim jest Szósty Zmysł. Wydawnictwo to powstało z myślą o kobietach, dla których będzie wydawać powieści pełne uczuć i emocji, o czym świadczy już bardzo sensualne i uwodzicielskie hasło przewodnie wydawnictwa, które brzmi "dla kobiet, które czytają wszystkimi zmysłami..." :) "Cosnolation" jest pierwszą wydaną książką przez Szósty Zmysł, a ja miałam przyjemność przeczytać ją jeszcze przed premierą. 
Główną bohaterką powieści jest Natalie, która wiedzie udane życie u boku męża, Aarona. Tworzą zgrane małżeństwo oraz oczekują narodzin pierwszej córeczki. Można by rzec, że bohaterka jest w najszczęśliwszym momencie swojego życia. Wszystko jednak zmienia się w ciągu jednego feralnego dnia, w którym ginie jej mąż, żołnierz SEAL. Jej świat lega w gruzach, a ona sama nie potrafi pogodzić się ze stratą ukochanej osoby ani z tym, że jej córeczka nigdy nie pozna swojego ojca. Wie jednak, że musi starać się powrócić do normalnego życia, właśnie dla niej. W tej trudnej sytuacji, u jej boku pojawia się Liam, przyjaciel zmarłego męża, również komandos, który staje się jej podporą i przywraca uśmiech na jej twarz. Żadne z nich nie spodziewa się, że z czasem zacznie się między nimi rodzić uczucie. 
"Consolation" to dobrze napisana książka, w której nie ma miejsca na nudę, która chwyta za serce i wciąga. Ma w sobie to coś, ale z drugiej strony to też historia jakich wiele, z raczej przewidywalnym zakończeniem. Autorka świetnie gra na emocjach, fundując czytelnikowi całą ich gamę: od radości i nadziei, przez niepewność, na złości kończąc. W swojej książce porusza trudny temat, jakim jest śmierć, ale robi to taktownie, przez co całość nie jest patetyczna. W swoim piórze Corinne Michaels ma niebywałą lekkość, dzięki czemu czytelnik potrafi poczuć klimat powieści i zatracić się w nim. Dodatkowo wykreowała realistyczne postacie, z przysłowiowej z krwi i kości, choć obraz Liama jest według mnie nieco wyidealizowany ;) 
Podsumowując, tak jak napisałam kilka dni temu na Instagramie, jeśli lubicie powieści Colleen Hoover czy Nicholasa Sparksa, to pokochacie Corinne Michaels! To powieść obok której żadna kobieta nie może przejść obojętnie. Historią "Consolation" wydawnictwo Szósty Zmysł weszło na rynek czytelniczy z wielką gracją i jak dalej będą wydawać takie książki, to na pewno będę ich wierną czytelniczką. A póki co z niecierpliwością czekam na kontynuację "Consolation" :)

06:54:00

Klamry do włosów Linziclip

Klamry do włosów Linziclip
Jeszcze dwa- trzy tygodnie temu miałam włosy do połowy ramion. Potem coś mnie tchnęło, poszłam za impulsem do fryzjerki i dziś ledwo sięgają mi ramion :P Mimo iż są sporo krótsze nie zrezygnowałam ze stosowania gumek czy klamer do włosów, bo chociaż na co dzień chodzę w rozpuszczonych, to nadal lubię je spinać, tworząc mniej lub bardziej fantazyjne upięcia. W ostatnim czasie moimi ulubionymi klamrami są te od Linziclip, które znane są na całym świecie- o czym nie miałam pojęcia!, a kupić je można w Rossmannie za mniej więcej 13,00-14,00 zł, tylko trzeba ich dobrze wypatrywać ;)
Linziclip to klamry o wyjątkowej, opatentowanej, a przede wszystkim trwałej i solidnej konstrukcji. Występują w różnych rozmiarach: ja posiadam jedną większą, kremowo- przezroczystą oraz trzy mniejsze w czarnym kolorze. Wszystkie mają neutralne kolory i klasyczny wygląd, więc pasują do wielu stylizacji. Tych małych używam częściej: trzymają w ryzach moją niesforną grzywkę, dodając fryzurze dziewczęcego i trochę kokieteryjnego charakteru. Poza tym codziennie mogę upiąć ją inaczej! Dużej używam głównie w domu, spinając nią włosy w artystyczny nieład na głowie lub w krótciutką kitkę, dzięki czemu plątające się kosmyki nie przeszkadzają mi w codziennych zajęciach..
Klamry Linziclip są eleganckie, wygodne, praktyczne i bardzo trwałe. Używam ich od tygodni, a jeszcze w żadnej nie ułamał mi się ani jeden ząbek, nie wysunęły się też mocujące sprężynki, co zdarzało mi się już wcześniej i to nie ważne, czy klamra kosztowała 3,00 zł czy 33,00 zł. Klamry te nie zsuwają się z włosów, raz wpięte trzymają się mocno swojego miejsca :D Dodatkowo nie wplątują się we włosy, nie wyrywają ich i łatwo dają się zdjąć. 
Moje włosy, mimo iż krótsze, to nadal są gęste, dosyć grube i momentami nieokiełznane ;) Gdy kapryszą i nie chcą się układać tak jak ja bym sobie tego życzyła, klamry Linziclip nierzadko mi pomagają i pozwalają je zdyscyplinować, w dodatku bez konieczności ciągłego poprawiania fryzury. Są to jedne z lepszych akcesoriów do włosów, jakie kiedykolwiek miałam, a naprawdę sporo takich gadżetów przetestowałam w tym swoim prawie już trzydziestoletnim życiu ;) Dlatego serdecznie je Wam polecam, bo klamry te to gwarancja jakości oraz naszego zadowolenia za nieduże pieniądze. 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger