06:38:00

Baza hybrydowa z proteinami, Protein Base Removable Indigo

Baza hybrydowa z proteinami, Protein Base Removable Indigo
Tym razem zapraszam Was na recenzję produktu, który otrzymał nagrodę Beauty Award w kategorii "Preparat do stylizacji paznokci"! Który jest przełomowym odkryciem w walce ze słabymi i zniszczonymi paznokciami! Który pomoże spełnić marzenia tysiąca kobiet o pięknych i zdrowych paznokciach! Wiecie już o jaki produkt chodzi? Odpowiedź może być tylko jedna- hybrydowa baza z proteinami od Indigo!
Protein Base Removable dostępna jest w dwóch pojemnościach: 5 ml oraz 10 ml. Na stronie Indigo większe opakowanie można kupić za 55,00 zł, a mniejsze za 29,00 zł. Ja obecnie mam mniejszą buteleczkę, którą kupiłam w niewielkiej drogerii za 35,00 zł, więc troszkę przepłaciłam, ale na przyszłość będę już mądrzejsza ;) I tak zamierzam kupować tylko większe, bo bardziej się opłacają. No i tym samym zdradziłam już, że recenzja będzie pozytywna, bo z bazy jestem mega zadowolona! 
Protein Base Removable jest nie tylko świetną bazą pod lakier hybrydowy, która niesamowicie wzmacnia i utwardza paznokcie, ale pozwala także na przedłużenie płytki paznokcia o kilka milimetrów oraz zbudowanie krzywej C. Przedłużanie paznokci to jeszcze dla mnie zbyt wysokie progi ;) A krzywej C, czyli łuku na paznokciu zaczynającego się przy skórce, a kończącego na wolnym brzegu paznokcia, nie muszę budować, bo nieskromnie przyznam, że mam ładny :D Wracając jeszcze to właściwości bazy, to jest ona gęsta, dobrze rozprowadza się po płytce, nie zalewając skórek. Wyposażona jest w niedługi, ale gęsty i wygodny w użyciu pędzelek. Troszkę opornie rozpuszcza się w acetonie, ale jest tak genialna, że wybaczam jej tą małą niedogodność.
Mój pierwszy raz z bazą nie wypadł tak dobrze jak przypuszczałam, że będzie po licznych, bardzo pozytywnych opiniach na jej temat, które zdążyłam przeczytać. Mimo iż nie zalałam skórek ( jupi!! ) pod manicure bardzo szybko dostało się powietrze, co poskutkowało tym, że cały zaczął odchodzić od płytki. Wina jednak leżała po mojej stronie, a nie produktu, bo znajoma manikiurzysta powiedziała mi, że stało się tak, bo albo nałożyłam zbyt cienką warstwę bazy albo zbyt krótką ją utwardzałam w lampie. Obie rady wzięłam sobie do serca i przy następnej próbie zaaplikowałam minimalnie grubszą warstwę i dłużej utwardzałam w lampie. Pomogło i baza pokazała, że ten cały szum wokół niej, nagrody i pochwały są jak najbardziej zasłużone. Efekty jej stosowania widocznie są gołym okiem już po pierwszym razie. Baza naprawdę wzmacnia i regeneruje płytkę paznokcia. Usztywnia miękkie paznokcie, sprawiając, że są twarde i wytrzymałe na urazy mechaniczne. Dodatkowo zaobserwowałam, że moje paznokcie rosną jak szalone, przestały się w ogóle łamać, a z płytki poznikały białe chmurki/plamki, co dla mnie oznacza, że paznokcie są także porządnie odżywione. 
Buteleczka z bazą zawsze za mocno mi się zakręca, stąd też ślady moich zębów na nakrętce :P Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć wszystkie produkty do stylizacji paznokci Indigo, które posiadam. Jak już wspomniałam, bazę kupiłam w małej drogerii, a lakiery przywiozłam z Meet Beauty w Nadarzynie- Miss Universe pokazywałam Wam już na Instagramie. Lakiery są bardzo dobre, ale też nie wyróżniają się jakoś szczególnie na tle hybryd innych marek. Za to baza jest rewelacyjna i jak pokończę inne bazy, to będę już używać tylko tej.

06:47:00

Recenzja: Konturówka do oczu i matowy cień do powiek, Diadem Cosmetics

Recenzja: Konturówka do oczu i matowy cień do powiek, Diadem Cosmetics
Obietnice producenta:
Matowy cień do powiek charakteryzuje się matową konsystencją i wysoko zmikonizowaną miką zapewniającą gładkość i znakomite przyleganie do skóry. Nowoczesna technologia zapobiega ścieraniu oraz zbieraniu się cienia w załamaniach. Intensywne napigmentowanie sprawia, że kolor idealnie odwzorowuje się na powiece. Cień nie osypuje się. 
Konturówka do oczu służy do wykonania precyzyjnej linii, która nadaje spojrzeniu niezwykłą głębie. Już jedno pociągnięcie pozwala osiągnąć nasyconą kolorem kreskę, która sprawi, że tęczówka oka stanie się bardziej wyrazista, a oczy zyskają zmysłowy blask. Intensywne pigmenty zawarte w rysiku dają efekt magnetycznego spojrzenia. 

Oba produkt dostępne są w internetowym sklepie Diadem od 10,00 zł do 20,00 zł. 
Moim zdaniem:
Niewiele u mnie na blogu kolorówki, dlatego Wam mam do pokazania aż dwa produkty do makijażu oczu. I wbrew pozorom nie będzie to tusz do rzęs czy kosmetyk do stylizacji brwi, których używam namiętnie. Dziś będzie o kredce do oczu i potrójnych, matowych cieniach do powiek marki Diadem Cosmetics. 
Cienie do powiek zamknięte zostały w czarnym, plastikowym, solidnie wykonanym puzdereczku z porządnym zamknięciem. Opakowanie, moim zdaniem, wygląda ładnie i nie zalatuje tandetą ;) Skrywa w sobie trzy kolory cieni: biały, szary z domieszką niebieskiego oraz odcień, który można by było nazwać grafitowym z przebijającymi się kolorami szarego i niebieskiego. Kredka do oczu wykonana została z cedrowego drewna, utrzymana jest z złoto- czarnej kolorystyce z detalami w głębokim morskim odcieniu, które nawiązują do samego koloru kredki- mam kredkę w kolorze nr 05, który producent nazwał właśnie kolorem morskim. Kredka jest cienka, swoim rozmiarem pasuje do standardowych temperówek. 
Przyznam, że częściej i chętniej sięgałam po cienie do powiek. Podoba mi się ich nasycona pigmentacja, matowy efekt, a także łatwość w aplikacji i ich trwałość. Łatwo się nie ścierają, nie zbierają w załamaniach powieki ani się nie ważą. Białego cienia używam najwięcej, głównie do rozświetlenia, nakładając jego niewielką ilość w wewnętrznych kącikach oczu oraz pod łukiem brwiowym. Drugim, najchętniej używanym przeze mnie kolorem jest ten a'la grafit, który nakładam bardzo cieniutkim pędzelkiem tusz przy linii rzęs, a następnie go rozcierając, tworząc efekt smokey eyes. W swoim makijażu oku bardzo mało używam ostatniego z koloru. Jest ładny, ale jakoś mi nie pasuje do mojego typu urody i oprawy oczu. Kredki do oczu też używam rzadko, ale to dlatego, że w swoim makijażu akceptuje tylko czarne, brązowe lub cieliste kredki. U innych kolorowe kreski bardzo mi się podobają, u mnie samej jednak już nie. Zdarza mi się jednak zaszaleć ;) i użyć jej w codziennym makijażu. Kredka jest odpowiednio miękka, dobrze się nią maluje, a w razie jakiś niedociągnięć daje się łatwo zmyć i poprawić. 
Myślę, że oba kosmetyki są warte uwagi, w szczególności cienie do powiek. Oba produkty są dobrej jakości, trwałe i dobrze napigmentowane, a dodatkowo ich cena jest przyjazna dla naszych portfeli ;)

06:40:00

"Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauna Niequist- recenzja książki

"Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauna Niequist- recenzja książki
Mimo iż naprawdę dużo czytam ( w porównaniu do statystycznego Polaka ;), a książki uwielbiam tak samo jak kosmetyki, to jednak mało ich recenzuje na blogu. Ostatni raz napisałam o książce rok? Dwa lata temu? Było to tak dawno, że już sama nie pamiętam kiedy. Pora nadrobić braki i w związku z tym zapraszam Was na recenzję książki "Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauny Niequist ( premiera na polskim rynku wydawniczym miała miejsce 5 lipca br. ), amerykańskiej pisarki, autorki czterech książek. "Piękne życie" to jej najnowsza propozycja i jednocześnie pierwsza książka spod jej pióra, którą miałam okazję przeczytać i która już została uznana za bestseller New York Timesa, Publishers Weekly i Amazona.
"Piękne życie", jak może sugerować podtytuł "Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój", nie jest poradnikiem. Jest to bardziej pamiętnik autorki, w którym spisała swoje wspomnienia i dygresje, opowiedziała o przemęczeniu, o ciągłym braku czasu i zapracowaniu, ale przede wszystkim o tym, jaka zmiana w niej zaszła, jak nauczyła się się asertywności, jak znalazła równowagę w życiu i zaczęła cieszyć się z małych, codziennych rzeczy. Zagłębiając się w książkę coraz bardziej, w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że w pewnym stopniu pozycja ta przypomina serię książek Reginy Brett ( "Bóg nigdy nie mruga", "Jesteś cudem" i "Bóg zawsze znajdzie Ci pracę" ). Jak one, tak i "Piękne życie" przedstawia prawdziwe historie, które skrywają w sobie głębokie przesłania i mądrości, które są urzekające i krzepiące, z których czytelnik wyciągnie naukę dla samego siebie. Autorka wiele w życiu przeszła ( między innymi utrata dziecka ), jak każdy z nas napotykała różne przeszkody i trudności, z którymi nauczyła się radzić. Swoje zmagania opisała w książce. Jej narracja jest szczera, mądra, zmuszająca do refleksji. Jej opowieści powodują, że człowiek chce się zatrzymać, głęboko odetchnąć, odpocząć i zastanowić się nad własnym życiem. Ze strony na stronę, czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie jest cyborgiem, że nie musi wszystkiego robić sam, nie musi gonić za nie wiadomo czym, nie musi być  doskonały i perfekcyjny, bo przecież nikt taki nie jest. Nie ma ludzi idealnych, stwarzają tylko takie pozory. Z każdą kolejną stroną zaczyna się też wierzyć, że tak jak autorka, jest się w stanie zmienić swoje życie, że nigdy nie jest na to za późno. 
Książkę Shauny Niequist przeczytałam jednym tchem, tak mi się spodobała. Moim jedynym zarzutem jest zbyt duże obnoszenie się wiarą i pokładanie w niej wszystkich aspektów życia, bo choć szanuję jej poglądy, to uważam, że nie wszystkim czytelnikom mogą przypaść do gustu.
Książka podzielona jest na sześć części ( Przemiana, Tunele, Spuścizna, Chodzenie po wodzie, Życie w porę, Rzucanie cukierków ), a te na kilka mniejszych rozdziałów. Całość liczy 230 stron, które pochłania się jedną za drugą. Uważam, że nie jest to tylko zasługa lekkiego, przyjemnego stylu pisania autorki i ciekawych historii, które ma do opowiedzenia czytelnikowi, ale też odpowiedniej wielkości czcionki, dzięki której oczy się nie męczą. Bo samo wydanie książki również zasługuje na uwagę. Spójrzcie tylko, jaka cudna jest okładka! Subtelna, urzekająca, kojąca, mająca w sobie też coś pozytywnego i radosnego. Doskonale odzwierciedla to, co pod sobą kryje. 
"Piękne życie" Shauny Niequist na polski rynek wprowadziło Wydawnictwo Znak, a kupić ją możecie zarówno księgarniach stacjonarnych i internetowych, np. w Empiku. Cena okładkowa wynosi 36,90 zł, ale w Empiku dostaniecie ją taniej, o pi razy drzwi, 10,00 zł ;) 

07:04:00

Hibiskusowy tonik do twarzy, Sylveco

Hibiskusowy tonik do twarzy, Sylveco
Być może pamiętacie, że w marcu byłam na Łódzkich Targach Pure Beauty ( wspominałam o tym w poście z nowościami marca ) i że przywiozłam z nich kilka kosmetyków, w tym dobrze znany w blogosferze hibiskusowy tonik do twarzy Sylveco. W internetowym sklepie marki kosztuje 17,65 zł za 150 ml, mnie udało się go kupić na targach za 15,00 zł. 
Producent o swoich produkcie pisze, że jest to "hypoalergiczny, delikatny tonik do twarzy, z ekstraktami hibiskusa i aloesu o działaniu ochronnym, rewitalizującym i wzmacniającym, przeznaczony do każdego rodzaju cery. Dzięki dużej zawartości składników nawilżających, skutecznie zabezpiecza skórę przed utratą wilgoci, zapewniając jej odpowiedni poziom nawodnienia. Tonik o lekkiej żelowej formule odświeża i zmiękcza, łagodzi podrażnienia"
W niezbyt długim składzie toniku znajdziemy: wodę, ekstrakt z hibiskusa, glicerynę, ksylitol, panthenol, ekstrakt z aloesu, glukozyd kokosowy, alkohol benzylowy, gumę ksantanową, kwas fitowy i kwas dehydrooctowy. Woda stanowi bazę kosmetyku, ekstrakt z hibiskusa działa łagodząco i zmiękczająco na skórę, gliceryna jest składnikiem o właściwościach nawilżających, ksylitol hamuje rozwój obcych szkodliwych mikoorganizmów, panthenol przyspiesza procesy regeneracji naskórka, ekstrakt z aloesu wykazuje działanie przeciwbakteryjne, glukozyd kokosowy jest delikatnym i łagodnym dla skóry oraz biodegradowalnym detergentem, alkohol benzylowy pełni rolę konserwantu, guma ksantanowa  zwiększa lepkość produktu, kwas fitowy jest składnikiem rozjaśniającym, a kwas dehydrooctowy jest konserwantem dopuszczonym do stosowania w kosmetykach naturalnych.
Tonik otrzymujemy w niewielkiej, obłej buteleczce wykonanej z ciemnobrązowego tworzywa z zamknięciem na zatrzask. Szata graficzna jest charakterystyczna dla Sylveco, na etykiecie otulającej buteleczce znajdziemy między innymi opis kosmetyku oraz informację, że należy go zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Ja używam toniku dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Przy takiej częstotliwości wystarczył mi na ponad miesiąc. Swoją lekko żelową konsystencją i wyglądem przypomina mi rozrzedzony kisiel o truskawkowym smaku :D Dobrze rozprowadza się po skórze, lekko po niej sunąc i nie pozostawiając lepkiej warstwy. Ma łagodny zapach, który raczej nie ma nic wspólnego z hibiskusem. Nie jest nachalny, więc myślę, że większości osobom może się spodobać. 
Tonik przede wszystkim nie podrażnia ani nie uczula. Jest naprawdę delikatny dla skóry, myślę, że sprawdzi się także u osób z wrażliwszą cerą niż moja. Po jego użyciu skóra jest wygładzona, miękka w dotyku oraz nawilżona- nie jest to jednak spektakularne nawilżenie, ale zawsze lepsze takie niż żadne. Mojej cerze na jakiś czas wystarcza, ale ja też sięgam po inne nawilżające kosmetyki. Tonik przywraca skórze jej naturalne ph i bardzo dobrze przygotowuje ją na dalsze etapy pielęgnacji. Ponadto świetnie łagodzi i koi podrażnienia, przynosząc skórze naprawdę dużą ulgę. Odkąd go stosuje zauważyłam, że moja skóra jest "uspokojona" i bardziej promienna. Gdy wracam z pracy i od razu zmywam makijaż, a nie dopiero pod wieczór, to lubię na koniec przetrzeć twarz tym właśnie tonikiem, bo przyjemnie odświeża. Tonik dobrze współpracuje z różnymi kremami i serami, co sprawdziłam dość dokładnie, stosując w między czasie różne kremy, o różnorodnych działaniach.
Podsumowując, szybko zostałam kolejną fanką hibiskusowego toniku Sylveco. Nie widzę w nim żadnych wad: jest polskim produktem, ma krótki i prosty skład, jest wydajny, jego cena jest adekwatna do jakości, ale co najważniejsze ma bardzo dobry wpływ na moją skórę. Na pewno jeszcze go kupię! Tylko najpierw zużyję te trzy czy cztery toniki, które mam w zapasie :P

07:04:00

Recenzja: Oczyszczające serum do skóry głowy Bionigree

Recenzja: Oczyszczające serum do skóry głowy Bionigree
Obietnice producenta:
Serum oczyszczające do skóry głowy to naturalny kosmetyk trychologiczny o polskim pochodzeniu, o działaniu złuszczającym, przeciwłupieżowym, antybakteryjnym i przeciwwirusowym. Przeznaczone jest do wszystkich rodzajów skóry. Po wykonaniu peelingu skóra intensywnie wchłania substancje odżywcze, włosy unoszą się u nasady, zwiększając swoją objętość i dając niepowtarzalne uczucie odświeżenia. 

100 ml kosztuje 96,00 zł w sklepie internetowym Bionigree
Moim zdaniem:
Złuszczanie martwego naskórka to stały element mojej pielęgnacji, zarówno twarzy, jak i całego ciała. Ale peeling skóry głowy? Uważałam, że nie jest mi potrzebny, bo przecież większych problemów ze skórą głowy nie mam. O tym, w jakim byłam błędzie dowiedziałam się dopiero po kilku tygodniach testowania oczyszczającego serum do skóry głowy Bionigree. 
Trychologicznego produktu, jakim jest serum, staram się używać co drugie mycie. Według producenta powinnam aplikować 1-2 pipety na skórę głowy i zostawić na przynajmniej 30 minut. Stosuję się tylko w połowie do jego zaleceń- zgodnie z sugestią nakładam serum na minimum pół godziny, często zostawiając je nieco dłużej, ale używam go w nieco większej ilości, przeważnie jest to 4-5 pipet ;) Aplikuje je najpierw na dłoń, a potem wcieram w skórę głowy. Po upływie określonego czasu myję włosy tak jak zawsze. 
Serum jest płynne, więc pipeta bardzo ułatwia dawkowanie produktu. Otrzymujemy je w szklanej buteleczce o pojemności 100 ml z ładną etykietką, utrzymaną w naturalnej stylistyce. Etykietka nie tylko zdobi buteleczkę, ale też jest źródłem najważniejszych informacji, takich jak: właściwości, sposób użycia, termin ważności- serum należy zużyć w ciągu 4 miesięcy od otwarcia. Może to być nieco trudne, ponieważ jest naprawdę wydajnym produktem. Kosmetyk ma wyraźny, intensywny, ziołowy zapach, który początkowo jest mocno wyczuwalny, ale po nałożeniu na skórę głowy łagodnieje, odchodząc w zapomnienie. Zapach jest specyficzny, ale nie męczy ani nie przyprawia o ból głowy.
Ze względu na swoją lekką konsystencję, serum fajnie rozprowadza się po skórze głowy, szybko się wchłania, nie obciążając skóry. Kilka chwil po aplikacji zaczynam czuć, jak serum wnika w głąb skóry, dając efekt orzeźwiającego ochłodzenia, które utrzymuje się paręnaście minut, a potem stopniowo łagodnieje. Zawsze wzbraniałam się przed nakładaniem kosmetyków bezpośrednio na skórę głowy z obawy, że przeciążą moje włosy, ale to serum działa kompletnie odwrotnie! Tak jak obiecał producent włosy są odbite od nasady, nabrały objętości i wizualnie wyglądają na gęstsze. Dodatkowo są sypkie, nie elektryzują się ani nie puszą. Mają ładny połysk, są miękkie, zyskują na sprężystości. Skóra głowy jest oczyszczona, odzyskuje dawną świeżość, a to znów sprawia, że włosy wolniej się przetłuszczają, dłużej są świeże, zwłaszcza u ich nasady, i już nie muszę ich myć co drugi dzień, bo dobrze wyglądają też trzeciego dnia. 
Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że serum jest kosmetykiem o naturalnym składzie, który nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego i nie był testowany na zwierzętach. Jest to trychologiczny produkt, który nie zawiera silikonów, parabenów, peg, sles, sls i sztucznych barwników. Zamiast nich mamy kluczowe składniki, takie jak masło kastylijskie, które jest łagodne dla skóry głowy, a działa oczyszczająco i regenerująco; kwasy AHA stymulujące cebulkę włosa i zamykające łuski włosów, dzięki czemu nie tracą na wilgotności i łatwiej się rozczesują; a także estry oleju z czarnej porzeczki, wiesiołka, lnu oraz ogórecznika, które przede wszystkim wykazują właściwości nawilżające. 
W czasie testowania serum Bionigree tylko raz odczułam mrowienie i delikatne pieczenie skóry głowy, przy pierwszym jego użyciu. To chyba oznacza, że mojej skórze głowy jednak potrzebny był peeling oraz że została porządnie oczyszczona i odświeżona ;) 

07:07:00

Znalezione w Shiny Box'ie: Modelujący żel do brwi, Bell

Znalezione w Shiny Box'ie: Modelujący żel do brwi, Bell
Dzisiaj zapraszam Was na kolejny wpis z serii "Znalezione w Shiny Box'ie". W ramach tych postów napisałam już recenzję kosmetyku pielęgnacyjnego, mianowicie regeneracyjnego kremu pod oczy L'orient ( klik ) z pudełka ""PartyTime"", błyszczyka Provoke ( klik ) z pudełka "Spełnij marzenia", a teraz przyjrzymy się z bliska produktowi do makijażu marki Bell, czyli modelującemu żelowi do brwi.
Modelujący żel do brwi Bell dostępny jest w trzech odcieniach: 01 jasny brąz, 02 ciemny brąz i 03 grafitowy. Do mnie trafił nr 02, który okazał się idealnie dopasowanym kolorem do moich brwi, tylko lekko ciemniejszym, podbijającym barwę moich naturalnych włosków. Maskarę otrzymujemy w niewielkim opakowaniu, charakterystycznym dla tuszy do rzęs. Utrzymane jest w czarno- srebrnej kolorystyce i zostało wykonane bardzo solidnie- kilka razy już mi upadło, a mimo to nie popękało, nic się też nie odkruszyło. Skrywa w sobie malutką szczoteczkę, którą możecie zobaczyć na zdjęciu niżej. Jej włosie układa się spiralnie, zwężając się ku końcowi. Szczoteczka ma jeden, spory mankament, albowiem zbiera za dużo produktu. Jego nadmiar trzeba wytrzeć o rant opakowania i dopiero nakładać kosmetyk na brwi, w przeciwnym razie maskara nie rozczesze brwi, tylko je sklei, a dodatkowo sprawi, że będą mokre, śliskie i "ciężkie", co- wierzcie mi na słowo- nie wygląda ładnie i jest to efekt, którego należy kategorycznie unikać. 
Kosmetyk do brwi Bell ma rzadką konsystencję, lekko żelową i mokrą. Jak napisałam już wcześniej, koniecznie trzeba wytrzeć jej nadmiar przed aplikacją na brwi. A skoro już przy tej czynności jesteśmy, to wiedzcie, że nakładanie żelu na brwi jest naprawdę proste. Malutka, króciutka szczoteczka pozwala wygodnie i dokładnie pomalować brwi, uwydatniając ich kształt i podkreślając ich kolor, a także wypełniając je. Żel, początkowo bardzo mokry, w miarę szybko zasycha, trzymając moje niesforne brwi w ryzach. Jest bardzo trwały, utrzymuje się cały dzień nie tracąc na swojej intensywności koloru ani nie rozmazując się. Po nałożeniu żelu na brwi są one lekko ciemniejsze, ładnie podkreślone i ujarzmione, ale efekt końcowy jest matowy i wygląda naturalnie. Wspomniałam już, że maskara jest bardzo trwała, ale wieczorem nie stawia najmniejszych oporów kosmetykom do demakijażu i oczyszczania. Jest to też bardzo wydajny kosmetyk, który wystarczy na wiele miesięcy.
Z kosmetykiem do modelowania brwi Bell bardzo się polubiłam. Swojego czasu był on dostępny w Biedronkach. Nie wiem czy jeszcze gdzieś go znajdziecie, np. w drogeriach internetowych, ale mam nadzieję, że tak! Jeśli Wam się uda, to bierzcie go śmiało, bo jest to bardzo dobry, a przy tym niedrogi ( niecałe 10,00 zł ) produkt naszej rodzinnej marki ( a przecież wspieramy to, co polskie :), który pozwoli Wam podkreślić brwi tak, aby wyglądały i naturalnie i ładnie. 

06:58:00

Duży czerwcowy projekt denko

Duży czerwcowy projekt denko
1. Szampon zwiększający objętość i gęstość włosów Treat NaturTech Densi Volume, Montibello- otrzymałam go bodajże na którymś z wrocławskich spotkań blogerek. Okazał się świetnym szamponem, który bardzo dobrze oczyszczał nie podrażniając skóry głowy, a dodatkowo przedłużał świeżość włosów oraz dodawał im objętości, zgodnie z tym co obiecywał producent. Włosy są po nim takie... fajne, no :D Chciałam kupić kolejną butelkę, ale jego cena ( ok. 40,00 zł ) na razie mnie nieco odstrasza... Poczekam aż będzie w promocji :P
2. Żel z olejkiem pod prysznic Mango&Jaśmin, Lirene- z trzech dostępnych wariantów zapachowych wybrałam ten, bo wydawał mi się najładniejszy. Jednak gdy zaczęłam go używać, coś w tym zapachu zaczęło mi przeszkadzać i gdybyście teraz mnie spytały o zdanie powiedziałabym Wam, że wybrałabym jednak inny zapach. Poza tym żel robił to, co miał robić, dodatkowo lekko nawilżając skórę i to za rozsądną cenę. 
3. Brązujący balsam do ciała pod prysznic, Lirene- zużyłam całą tubkę, ale nie zauważyłam, aby skóra stała się bardziej opalona. Gdyby tak było, byłabym skłonna kupić ten balsam ponownie, bo dodatkowo całkiem przyjemnie nawilżał skórę. 
4. Regeneracyjne serum do włosów, Regenerum- recenzja się pisze :)
5. Olejek po kąpieli Raspberry Love, Indigo- pisałam już o nim w tamtym roku, dokładnie w tym poście. Olejek polubiłam ze względu na zapach, nietłustą konsystencję i bardzo przyjemnie działanie: nawilżające, zmiękczające oraz odżywiające.
6. Regenerujący krem do stóp z lanoliną, GlySkinCare- przywiozłam go z tegorocznej Konferencji Meet Beauty i od razu zaczęłam go testować. Wiązałam z nim niemałe nadzieję, a okazał się nic nie wartym produktem do stóp. Mimo wykorzystania całej tubki nie zauważyłam żadnych efektów, wręcz wydawało mi się, że skóra na pięta jest nieco bardziej wysuszona...
7. Lekki krem eliminujący efekt elektryzowania się włosów AND Soft Cream 23, Kemon- nie pamiętam skąd mam ten kosmetyk, ale chętnie przygarnęłabym jeszcze jedno opakowanie! Krem świetnie wywiązywał się z obietnic producenta: eliminował elektryzowanie się włosów, ich puszenie, wygładzał oraz dodawał im miękkości. Szybko go polubiłam i niestety też szybko zużyłam... Na razie będę musiała wstrzymać się z jego ponownym zakupem, bo po pierwsze na obecną chwilę mam zbyt dużo kosmetyków do włosów, a po drugie nie jest to tani produkt- w Internecie kosztuje ponad 70,00 zł...
8. Mascara do rzęs Volume Million Lashes Fatale, L'Oreal- recenzja tuszu pojawiła się nie tak dawno, bo w maju, do której przeczytanie serdecznie zachęcam :) A dziś nadmienię tylko, że chwalę sobie tą maskarę i jak tylko uszczuplę zapasy, to na pewno jeszcze u mnie zagości i na pewno kupię ją w którejś z drogerii internetowych, gdzie jej cena jest połowę niższa niż w Rossmannie!
9. Tlenowy balsam Air Stream, Faberlic- otrzymałam go w Shiny Boxie "Spełnij Marzenia", zużyłam głównie w codziennej pielęgnacji skóry szyi i dekoltu. Zdarzało mi się też używać go na nogi po depilacji- świetnie łagodził podrażnienia i przyjemnie koił. 
10. Puder ryżowy, Ecocera- tandetne opakowanie, które otwiera się w najmniej spodziewanym momencie i z którego kosmetyk rozsypuje się po całej torebce, kryje w sobie bardzo dobry puder, który jest warto polecenia, bo naprawdę fajnie matuje i utrwala makijaż. 
11. Krem perfekcyjnie matujący, Isana Young- czyli zestaw korektorów, który u mnie słabo się sprawdził i którego raczej nie chciałabym Wam polecić. 
12. Pomadka do ust z masłem shea Juicy Color Lipstick, Wibo- miałam odcień nr 6, który opisałabym jako ciepły nudziak wpadający leciutko w delikatny brąz. Całkiem przyjemna pomadka, która dodatkowo pielęgnowała usta nawilżając je i zmiękczając. Niedroga, dostępna w każdym Rossmannie, dobrze napigmentowana, ale niezbyt trwała i mało wydajna. 
13. Błyszczyk do ust Lip Sensation, Wibo- od recenzji z 2014 roku zużyłam już bodajże trzy lub cztery te błyszczyki, więc muszą być dobre i warte polecenia ;)
14. Pomadka do ust Creamy Color, Wibo- miałam kolor nr 4, czyli róż, który bardzo mi odpowiadał i pasował do mojej urody. Ponadto pomadka nawilżała, wygładzała i zmiękczała usta. Nie była zbyt trwała, a przez to i wydajna, bo dość szybko się ścierała i co chwila musiałam nanosić poprawki. 
15. Cień do powiek w wysuwanej kredce, Faberlic- mogłam poznać dzięki styczniowemu Shiny Boxie "Party Time". Cienia używałam w codziennym makijażu, bardzo przypasował mi jego odcień nazwany "mokrym asfaltem", sposób nakładania oraz trwałość. 
16. Nawilżający żel do mycia ciała, Oillan- coś mi wadziło w tym żelu, ale nie wiem dokładnie co, bo tak naprawdę niczym się nie wyróżnia na tle innych kosmetyków pod prysznic. Dobrze, że miałam mniejsze opakowanie tego żelu, dzięki czemu szybciej się skończył i mogłam wymienić go na żel, który bardziej mi odpowiada. 
17. Ekspresowe serum do twarzy i szyi wygładzająco- ujędrniające, Ziaja- o serum pisałam już przy okazji recenzji Only You Boxa "Rozkwitnij Wiosną". Serum ma bardzo ładny zapach, fajną lekko żelową konsystencję, którą przyjemnie się rozprowadza i która natychmiastowo się wchłania w skórę. Zużyłam je w pielęgnacji skóry szyi i dekoltu. 
18. Błyszczyk do ust Candy, Bell- kupiony w Biedronce, okazał się bardzo, bardzo wydajnym balsamem do pielęgnacji ust. Ze względów higienicznych używałam go tylko w domu, nakładając grubszą warstwę na usta przed snem. Błyszczyk miał ładny zapach, pielęgnował usta, nawilżając je i zmiękczając. 
19. Matowe pomadki do ust Velvet Matte, Golden Rose- odcień nr 03 i 09, czyli dwa jaśniejsze odcienie, które świetnie wykańczały codzienny makijaż. O kolorze nr 03 pisałam osobny post na blogu ( klik ), a potem pokazałam wszystkie posiadane odcienie, o właśnie tutaj. Dla mnie wszystkie pomadki z serii Velvet Matte są takie same, różnią się tylko odcieniami i czasami pigmentacją koloru. 
20. Łagodzący balsam z kwasem szikimowym, Charmine Rose- kosmetyk z Shiny Boxa "So So Charming". Zużyłam go w pielęgnacji ciała, bardzo dobrze sprawdził się po depilacjach, łagodząc podrażnienia, kojąc i nawilżając skórę. 
21. Nawilżająca odżywka do skóry głowy i włosów, Bionigree- w maju napisałam recenzję tej odżywki, a lada dzień pojawi się recenzja kolejnego produktu Bionigree, tym razem serum oczyszczającego. 
22. Odżywka do włosów z olejkiem kokosowym Hello Nature, Cece of Sweden- o odżywce pisałam już w tym poście. Kosmetyk cudownie pachnie kokosem, ma kremową konsystencję, która jest jednocześnie bardzo lekka, ale nie spływająca z włosów. Odżywka świetnie wpływała na moje włosy, dyscyplinowała je, nawilżała, wygładzała i zmiękczałą. 
23. Arbuzowa peelingująca galaretka do ciała, Apis- to taki peelingujący żel pod prysznic o ładnym, aczkolwiek lekko chemicznym zapachu, który gdzieś tam przypomina arbuza. Nie był to mocny zdzierak, a w ogólnym rozrachunku to taki średniaczek- przyjemniaczek.
24. Odżywka do włosów Ultimate Resist, Gliss Kur- co ja się będę rozpisywać, średnio co drugie denko jedna z odżywek Gliss Kur pojawia się w zużyciach, więc wniosek może być tylko jeden: lubię je i koniec kropka :D 
25. Mleczko do demakijażu z wyciągiem z malwy czarnej, Charmine Rose- kolejny kosmetyk z Shiny Boxa "So So Charming". Mleczko polubiłam głównie ze względu na jego zapach, takiego połączenia gumy balonowej z jakimś słodko pachnącym kwiatem. Kosmetyk nie tłusty, szybko się wchłaniał w skórę, ale użyty w demakijażu oczu potrafił zostawiać uczucie mgły na oczach. 
26. Proteinowe serum modelujące biust Multi Modeling, Ziaja- to moja druga tubka tego serum. Kilka lat wcześniej poznałam i opisałam je na blogu, klik, gdzie napisałam między innymi, że "jeśli szukacie kosmetyku 'zapobiegawczego', który pozwoli Wam jak najdłużej cieszyć się młodym i pięknym biustem, to z czystym sercem polecam właśnie to serum."- i dalej się tego trzymam.  
27. Uszlachetniony olejek arganowy do oczyszczania i mycia twarzy, Bielenda- w czerwcu pojawiła się jego recenzja, dokładnie tutaj. Bardzo mi przypasował i chyba sprawdzę jeszcze dwie pozostałe jego wersje :D
28. Brzozowa pomadka ochronna z betuliną, Sylveco- o tej i jeszcze innej ochronnej pomadce Sylveco napisałam recenzję na początku lutego, klik. Obie pomadki bardzo polubiłam i obecnie, wraz z peelingującą, stanowią mój nr 1 w pielęgnacji ust. 
29. Pomadka do ust Ms Perfect, Bell- swego czasu dostępna w Biedronce. Podobały mi się odcienie nude tych pomadek, dlatego wybrałam jedną z nich, czyli nr 02. Niestety, wybór okazał się nietrafiony, kolor kompletnie nie przypasował do mojego typu urody. Nie znalazłam chętniej na jej przygarnięcie, dlatego zmuszona byłam ją wyrzucić... No trudno, bywa i tak. 
30. Pomadka do ust Glossy Temptation, Wibo- pomadka bardzo podobna do wymienionej już Creamy Color. Nawet odcień, nr 3, okazał się być łudząco podobnym różem :D Mogłabym napisać o niej dokładnie to samo, co o wspomnianej już pomadce Creamy Color. 
31. Pomadka do ust Hydra Renew, Rimmel- miałam ją bardzo, bardzo długo i tak ją lubiłam, że używałam jej tylko przy większych okazjach, mało kiedy na co dzień. Pisałam o niej cztery (!!) lata temu w porównawczej recenzji nawilżających szminek i w jej recenzji nic bym nie zmieniła.
32. Pomadka do ust Kate, Rimmel- odcień nr 33 kupiłam na jednej z rossmannowskich promocji -49% na kosmetyki do makijażu. W pomadce spodobała mi się jej kremowa konsystencja, która na ustach daje półmatowe wykończenie. Jest dość trwała i nie wysusza ust.
33. Pomadka do ust Soft Rouge Lipstick, Maanhattan- okazała się niewypałem, dlatego bez wyrzutów sumienia wyrzuciłam ją do kosza. Odcień nr 410 bardzo mi się spodobał w drogerii, ale na ustach nie wygląda już tak ładnie, bo pomadka jest bardzo słabo napigmentowana. Poza tym miałam wrażenie, że lekko wysusza mi usta, a dodatkowo okazała się być mało trwała i lubiła się rozmazywać.

Uff, sporo się tego nazbierało w tym czerwcu :D

07:01:00

Recenzja: Jednofazowy roztwór oczyszczający do skóry trądzikowej Aknicare od Synchroline

Recenzja: Jednofazowy roztwór oczyszczający do skóry trądzikowej Aknicare od Synchroline
 Obietnice producenta:
Aknicare Gentle Cleasing Gel, czyli jednofazowy roztwór oczyszczający do skóry trądzikowej, to leczniczy wyrób medyczny przeznaczony do skóry trądzikowej. Ma działanie przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i łagodzące podrażnienia skóry. 

200 ml kosztuje około 35,00 zł 
Moim zdaniem:
"Jednofazowy roztwór" brzmi dość poważnie i naukowo, ale pod tą nazwą skrywa się żel do mycia twarzy z problemami trądzikowymi, który można stosować na dwa sposoby: z użyciem lub bez użycia wody. Osoby ciekawe tego, jak ten kosmetyk sprawdził się na mojej problematycznej cerze zapraszam do przeczytania recenzji :)
Jednofazowy roztwór oczyszczający do skóry trądzikowej jest dermokosmetykiem Synchroline pochodzącym z linii Aknicare. Seria ta przeznaczona jest do skóry problematycznej, tłustej, trądzikowej, a w jej skład wchodzą jeszcze: roller na pojedyncze zmiany trądzikowe, podkład w kompakcie, krem z filtrami ochronnymi spf 30, płyn oczyszczający z gąbką, żel oczyszczający, krem do tłustej i trądzikowej skóry oraz nowość, czyli spray, który umożliwia samodzielną aplikację preparatu na plecy. Aknicare jest tylko jedną z kilku linii Synchroline. Pozostałe to między innymi Sunwards z kremami do twarzy i ciała z ochronnymi filtrami spf 30 i 50, Thiospot do cery z przebarwieniami ( z tej serii mam krem do twarzy, o którym też napiszę ) czy odżywcza linia Nutritime. A więc każda z Was powinna znaleźć coś dla siebie.
Produkt znajduje się w białej, prostej buteleczce, która zakręcana jest na nakrętkę z klapką, pod którą skrywa się niewielki otwór. Butelka ma pojemność 200 ml, jest długa i wąska, dzięki czemu dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się, a wspominany otwór nie pozwala, aby z jej wnętrza wypłynęło za dużo żelu. Etykietka, którą butelka została oklejona wykonana została z dobrej jakości papieru, bo nie odkleja się ani się nie strzępi pod wpływem wody. 
Kosmetyk do mycia ma postać bezbarwnego żelu. Jest lekki, lejący o aptecznym zapachu, który mnie osobiście nie przeszkadza, bo jest słabo wyczuwalny. W kontakcie z wodą nie pieni się, nie zawiera agresywnych substancji myjących, dzięki czemu może być stosowany również u osób z wrażliwszą cerą. Jak wspomniałam już we wstępie, jednofazowy roztwór może być stosowany zarówno z użyciem wody, jak i bez. Ja używałam go zawsze z wodą, jak każdy inny żel do mycia, ot tak z przyzwyczajenia ;)
Roztworu Aknicare używam od miesiąca, głównie rano, i zużyłam jedynie prawie połowę opakowania, więc wydajność to na pewno jedna z jego zalet. Żel przyjemnie odświeża i pobudza skórę po całej nocy. Jednocześnie sprawia, że z czasem staje się uspokojona, a wydzielanie sebum jest unormowane, więc w ciągu dnia mniej się też błyszczy. Odkąd go stosuję nie pojawiła się żadna dodatkowa niespodzianka, nieliczne się pochowały, a zaczerwienienia delikatnie się rozjaśniły. Żel nie powoduje uczucia ściągniętej skóry, nie nawilża jej, ale pozostawia ją w jej normalnym stanie. Wspomniałam, że produktu używam głównie rano, ale czasami sięgam też po niego wieczorami- dobrze radzi sobie ze zmywaniem makijażu, a jeśli dostanie się do oczu, to nie powoduje ich natychmiastowego szczypania czy łzawienia. 
Podsumowując, jednofazowy roztwór oczyszczający do skóry trądzikowej jest bardzo udanym kosmetykiem myjącym, który nie wysusza skóry, jest wydajny i ma fajną konsystencję. Z racji, iż jest to wyrób apteczny, szukać go należy w aptekach, gdzie kosztować będzie około 35,00 zł.

06:55:00

Nowości kosmetyczne w czerwcu

Nowości kosmetyczne w czerwcu
Po mega obfitym w nowości kosmetyczne maju przyszedł czas na skromniejszy czerwiec ;)
Standardowo, jak co miesiąc, głównym źródłem nowinek kosmetycznych jest Shiny Box. Z okazji 5 urodzin pudełka otrzymałam je w powiększonej wersji XXL, w którym było aż 13 produktów: balsam do ciała oraz tonik Kueshi, dwustopniowy program TeaTox Hello Slim, koncentrat do dłoni MincerPharma, upiększajacy krem pod oczy Evree, olejek do kąpieli Kneipp, odżywka do paznokci Trind, kredka do ust Smart Girls Get More, micelarna odżywka do mycia włosów Schwarzkopf, sól do kąpieli stóp She Foot, szampon i olejek pod prysznic Tutti Frutti, regenerująca kuracja do stóp Nivelazione oraz peeling- maska- krem myjący Efektima. 
W czerwcu Rossmann znów skusił mnie promocją 2+2 dla posiadaczy klubowej karty. Tym razem kupiłam dwa żele do golenia Satin Care, które bardzo lubię oraz maszynki Quattro, które też są jednymi z moich ulubionych. 
Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć moje niewielkie zamówienie z drogerii ekobieca.pl. Efekt syrenki Indigo był w sporej promocji, pędzelki kupiłam do akwarelowego zdobienia paznokci, gąbka do makijażu Top Choice zbierała pozytywne opinie, więc postanowiłam ją wypróbować w swoim makijażu ( chociaż ostatnio do łask wrócił pędzel Hakuro ;), a kredkę do oczu Revlon z gąbeczką kupiłam po prostu z ciekawości. 
Jednofazowy roztwór oczyszczający do skóry trądzikowej i krem przeciw przebarwieniom Synchroline oraz serum do skóry głowy Bionigree to nowości, które przyszły do mnie w ostatnim dniu maja, a o których zapomniałam wcześniej wspomnieć, dlatego pokazuję Wam je teraz. 
I to by były wszystkie nowinki kosmetyczne, które zawitały do mnie w czerwcu, Lipiec zapowiada się równie skromnie, może nawet jeszcze bardziej, bo w tym miesiącu na przykład nie zamierzam skorzystać z promocji 2+2 ( tym razem na produkty niezbędne na wakacjach ), nie planuję też żadnych zakupów w drogeriach internetowych ;)

07:05:00

Malinowy scrub do ciała, Organic Shop

Malinowy scrub do ciała, Organic Shop
Będąc kiedyś tam na zakupach w Tesco niechcący ( tja :P ) zawędrowałam z wózkiem między regały z kosmetykami. Nie zamierzałam nic kupować, bo patrząc na poszczególne półki cichy głosik w mojej głowie uparcie powtarzał "to masz, to też masz, tego też masz dużo"- to się chyba leczy, prawda :P? I tak było do momentu,  w którym za zakrętu wyłoniła się szafa wypełniona od góry do dołu kosmetykami Organic Shop i to jeszcze przecenionymi! Nigdy wcześniej nie miałam żadnego produktu tej rosyjskiej marki, więc z ciekawości wzięłam na wypróbowanie malinowy scrub do ciała ;) 
Plastikowy słoiczek skrywa w sobie 250 ml peelingu. Szata graficzna opakowania nie jest wyszukana, ale kojarzy się z tym, co znajduje się w środku, w tym przypadku z soczystymi malinkami. Opakowanie- słoik jest idealnie przemyślane, bo pozwala wydobyć kosmetyk do ostatniej drobinki. Naklejki zostały wydrukowane na dobrej jakości papierze, bo jeśli namokną to odklejają się w całości, nie rozrywają się i nie sypią. 
Konsystencja scrubu na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajna. Gęsta, treściwa, mocno zbita z mnóstwem kryształków cukru, ale gdy zanurzałam w niej palce mam wrażenie jakbym wkładała je w coś gumowego i ciągnącego się. Na początku taka dość nietypowa formuła peelingu zaskakuje, ale szybko się do niej przyzwyczaiłam. Konsystencja nie sprawia żadnych trudności w rozprowadzaniu po skórze, charakteryzuje się dobrą przyczepnością do skóry, tylko ma w sobie coś, co sprawia, że jest taka... plastyczna, to będzie dobre słowo :) W kontakcie z wodą staje się lekko kremowa. To, co w tym scrubie lubię chyba najbardziej to zdecydowanie jego zapach. Produkt od Organic Shop pachnie jak malinowa Mamba! Zapach jest po prostu obłędny, uzależniający wręcz i towarzyszy podczas wykonywania peelingu, bardzo umilając czas spędzony w łazience.
Jest to scrub z kategorii tych mocniejszych, ale z drugiej strony nie jest to zdzierak, po którym skóra jest czerwona i paląca- takie też lubię :D Dla bardziej intensywnych doznań używałam peelingu na sucho :D, a gdy miałam ochotę na coś delikatniejszego, to wykonywałam masaż ciała na zwilżonej skórze. Kryształki cukru są duże, odpowiednio ostre, nie od razu się rozpuszczają i jest ich naprawdę sporo. Dobrze złuszczają martwy naskórek, wygładzając i lekko napinając skórę. Po peelingu skóra jest miękka, miła w dotyku i nawilżona na tyle, że nie muszę już używać balsamu do ciała. 
Malinowy scrub jest jednym z wydajniejszych peelingów do ciała, jakie miałam. Skończył mi się jakiś czas temu, starczając na kilka bardzo przyjemnych zabiegów peelingowania. Obecnie używam scrubu o zapachu mango, ale zamierzam poznać ten inne wersje tego produktu Organic Shop. A także pozostałe kosmetyki tej marki, która w swojej ofercie ma jeszcze między innymi masła do ciała i maski do włosów. Mają krótkie i dość przyjemne składy, dostępne są między innymi w supermarketach Tesco, gdzie ich ceny oscylują w granicach 10,00-15,00 zł. Nic więcej już chyba nie potrzeba ;)

07:04:00

Płyn micelarny z olejkiem arganowym, Garnier

Płyn micelarny z olejkiem arganowym, Garnier
Jako ogromna fanka płynów micelarnych, w szczególności różowego Garniera dla skóry wrażliwej, który znalazł się w ulubieńcach roku 2016 w kategorii pielęgnacji twarzy, nie mogłam przejść obojętnie obok kolejnego płyny w rodzinie marki, czyli płynu micelarnego z dodatkiem olejku arganowego.
Produkt do demakijażu Garniera znajduje się w takiej samej butli, co pozostałe płyny micelarne. To duża, obła i plastikowa butla o pojemności 400 ml, która mimo swoich gabarytów jest wygodna i nie za ciężka. Dodatkowo jest przezroczysta, co bardzo lubię, bo wiem, ile produktu jeszcze mi zostało. Zamykana jest na klapkę, szczelnie chroniącą płyn przed wylaniem się oraz przed przedostaniem się do środka bakterii czy innych zanieczyszczeń. 
Płyn ma ładny, słodkawy zapach i dwufazową konsystencję. Produkt przed użyciem należy wstrząsnąć, tak aby warstwa płynu micelarnego wymieszała się z olejkiem arganowym. Dodatek olejku sprawia, że płyn ma nieco bardziej oleistą formułę niż tradycyjny płyn micelarny. Mimo to nie jest tłusty w swej konsystencji, a na skórze zostawia bardzo delikatną warstewkę, nietłustą, która w niczym nie przeszkadza i z czasem całkowicie wchłania się w skórę. 
Według producenta, jego dwufazowy płyn do demakijażu ma skutecznie usuwać makijaż oraz koić i nawilżać skórę. Moim zdaniem, fantastycznie rozpuszcza makijaż, nawet wodoodporny i bardzo trwały. Szybko rozpuszcza kolorowe kosmetyki- wydaje mi się, że nawet bardziej i skuteczniej niż różowy płyn micelarny Garniera. Ale i tak go lubię ;) Płyn micelarny z olejkiem arganowym to produkt do demakijażu, który dba jednocześnie o cerę. Po całym dniu przynosi skórze upragnione ukojenie, łagodzi podrażnienia, odżywia i bardzo dobrze nawilża. Mam cerę z tendencją do niedoskonałości, ale nie zaobserwowałam, aby produkt zapchał ją lub podrażnił, a przecież używałam go każdego dnia. Jest również delikatny dla oczu, nawet wrażliwych, nie zostawia mgły, nie powoduje szczypania ani łzawienia. 
Płyn micelarny z olejkiem agranowym Garnier dostępny jest w wielu drogeriach, zarówno w stacjonarnych, jak i internetowych. Przezroczysta butla ma pojemność 400 ml, a cena kosmetyku, w zależności od drogerii, waha się w granicach od 17,00 zł do 24,00 zł. Ja go uwielbiam! Za cenę, za pojemność, za wydajność, a przede wszystkim za działanie. Na stałe wpisał się w moją codzienną pielęgnacje, tak samo jak różowy płyn micelarny Garnier :)

06:59:00

Shiny Box "Celebration Time"- wersja XXL

Shiny Box "Celebration Time"- wersja XXL

"Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!" chciałoby się zaśpiewać ShinyBox, które w czerwcu obchodzi 5 urodziny! Z tej okazji ekipa przygotowała aż trzy rodzaje pudełek: standardowe, które pomieści 11 produktów, powiększone XXL z łącznie 13 produktami oraz VIPowskie, skrywające aż 15 produktów! Myślałam, że jako ambasadorka będę należeć do zacnego grona VIPów, ale okazało się, że jestem XXL- to też miło ;) 
Pudełko jest duże, ciężkie i naprawdę sporo się w nim zmieściło! Szata graficzna jest przyjemna dla oka, z dużą piątką symbolizującą jubileusz Shiny Box'a, ale jak dla mnie nie wygląda urodzinowo, jest za mało odświętna. 
Prezentację zawartości zacznę od dwóch kosmetyków marki Kueshi ( przepraszam Was za tragiczną jakość zdjęcia, ale mój aparat nie chciał coś współpracować z tymi opakowaniami... ), czyli kremowego balsamu do ciała i rąk ( 57,00 zł/ 500 ml ) oraz rewitalizującego toniku do twarzy ( 42,00 zł/ 200 ml ). Nie wiem jak u Was, ale u mnie ani jednego ani drugiego kosmetyku nie może nigdy zabraknąć ;) Balsam ma bardzo fajną, delikatną konsystencję i świetny, migdałowy zapach! Ma przede wszystkim nawilżać skórę, a dodatkowo sprawić, że będzie miękka i gładka. Jest to produkt naturalny, bez parabenów, który nie był testowany na zwierzętach. Myślę, że się polubimy, chociaż wolałabym, aby butelka była zakończona pompką. Wtedy korzystanie z tego balsamu byłoby nie tylko przyjemne, ale też wygodniejsze. Tonik ma subtelny, ładny zapach. Znajduje się w butelce o delikatnej, eterycznej szacie graficznej, która bardzo mi się spodobała. Przeznaczony jest do cery wrażliwej, ma nawilżać skórę oraz zapewniać jej uczucie świeżości i miękkości. Ma krótki skład, w którym znajdziemy nagietka, rumianek i aloes.
Dwustopniowy program Teatox Hello Slim ( 97,00 zł/ zestaw ) to detoks w najprostszej, a jednocześnie bardzo skutecznej postaci. Przynajmniej według opisu z ulotki ;) W każdej paczce znajduje się po 30 ziołowo- owocowych herbatek, na dzień dobry i na dobranoc, które regularnie stosowane mają przyspieszyć metabolizm, oczyścić organizm, zmniejszyć apetyt i tym samym pomóc w zrzuceniu zbędnych kilogramów. Jako osoba będąca na permanentnej diecie :P cieszę się z tego zestawu i na pewno się u mnie nie zmarnuje. Po otwarciu strunowej torebki z herbatkami na dobranoc czuć wyraźnie przebijający się zapach mięty. Zaś herbaty na dzień pachną trochę jabłkiem, troszkę cytryną i nieco hibiskusem. Mam nadzieję, że będą smakować tak samo dobrze, jak pachną. 
Koncentrat do rąk przeciw przebarwieniom MincerPharma ( 19,99 zł/ 30 ml ) to specjalistyczny kosmetyk przeznaczony do rozjaśniania przebarwień na dłoniach i poprawiający kondycję skóry. Przebarwień na dłoniach nie mam, ale kosmetyk już skrzętnie wykorzystuję :D Bardzo podoba mi się jego opakowanie. Szklana buteleczka z pompką air less wygląda naprawdę świetnie. Koncentrat ma kolor waniliowego budyniu oraz przyjemny zapach. Szybko się wchłania w skórę, pozostawiając ją ukojoną, nawilżoną i gładką. W jego składzie znajdziemy witaminę C, olej z rokitnika oraz omegę-plus. W boxie XXL znajduje się dodatkowy kosmetyk. Mnie trafił się upiększający krem pod oczy Evree ( 31,49 zł/ 15 ml ), ale mogły to też być: żel punktowy na niedoskonałości, krem korygujący CC, nawilżający lub woda z kwiatów róży. Pasuje mi wylosowany kosmetyk, bo pozostałe średnio mnie interesują, a poza tym kremy od oczy schodzą u mnie dość szybko. Ten od Evree zawiera ekstrakt z róży damasceńskiej i rozświetlające drobinki, dające efekt naturalnego "glow" ;) Czuć w nim lekko różaną nutę. Jego konsystencję określiłabym jako średnio gęstą, taką na pół treściwą. Przeznaczony jest do wszystkich typów skóry i nadaje się pod makijaż. Olejek do kąpieli Kneipp ( 5,99 zł/ 20 ml ) będzie musiał poczekać na swój debiut, ponieważ chwilowo jestem pozbawiona przyjemności posiadania wanny. Nie przeszkodziło mi to jednak otworzyć go i sprawdzić jak pachnie :P A jest to zapach niczego sobie, lekko orientalny, pobudzający, który idealnie sprawdzi się podczas zimowych kąpieli. Niewielka buteleczka ma wystarczyć na maksymalnie dwie kąpiele. Z odżywką do paznokci Trind ( 59,00 zł/ 9 ml ) nigdy wcześniej się nie spotkałam, jej nazwa nawet nie obiła mi się o uszy. Jest to upominek o pojemności 4 ml, który zapewne powędruje do mojej mamy, bo wszystkie "niehybrydowe" lakiery oddaję właśnie jej. W boxie znalazłam jeszcze miniaturkę micelarnej odżywki myjącej z profesjonalnej linii Schwarzkopf ( 85,00 zł/ 500 ml ) w wersji dla włosów mocno zniszczonych. Poszperałam trochę w internecie na jej temat, bo z taką formą kosmetyku do włosów jeszcze się nie spotkałam. Producent zaleca, aby jego odżywką myć włosy co drugie mycie. Kosmetyk ten ma oczyszczać i pielęgnować jednocześnie. Wersja, którą ja mam polecana jest do włosów plączących się i matowych. Nie powiem, jest to dość intrygujący produkt :) W każdym Shiny Boxie musi być coś z kolorówki. Tym razem jest to kredka do ust Smart Girls Get More ( 4,99 zł/ 1,4 g ), którą ja mam w kolorze nr 3, nude bronze. Jest to odcień mało oczywisty, wpadający w różowo- brązowo- fioletowe tony. Przetestowałam już kilka kosmetyków tej marki, większość spisała się u mnie dość dobrze ( znalazły się jednak też dwa buble ), więc mam nadzieję, że z kredką też się polubię. 
W czerwcowym boxie znalazłam również sól do kąpieli z minerałami z Morza Martwego She Foot ( 4,90 zł/ 65 g ) o przyjemnym, odświeżającym zapachu; owocowo- festiwalowe Tutti Frutii, czyli szampon do włosów z kolagenem i wiśnią oraz opalizujący olejek do kąpieli z wiśnią i porzeczką ( próbka bezpłatna ); peeling, maskę i krem myjący 3 w 1 Efektima ( 2,50 zł/ 7 ml ) z zielonym błotem, białą glinką i drobinkami z alg, dzięki którym skóra ma być oczyszczona, wygładzona i ujędrniona; oraz upominek w postaci intensywnie regenerującej kuracji sos dla stóp Nivelazione ( 10,00 zł/ 50 ml ), która ma skutecznie zlikwidować suchość i szorstkość skóry.

Jak same możecie zobaczyć, zawartość boxa jest mocno zróżnicowana. W pudełku znajdziemy kosmetyki, dzięki zadbamy o siebie od stóp do głów- i to dosłownie :D I jeszcze od środka, popijając herbatki Hello Slim, na przykład przy aplikowaniu balsamu Kueshi :D Mam nadzieję, że kolejne pudełko będzie równie dobrze przemyślane, bo tym Shiny Box podniosło sobie wysoko poprzeczkę. Z czerwcowego boxa jestem mega zadowolona, tylko troszkę mi szkoda, że nie otrzymałam pudełka VIP, z dodatkowymi produktami ( żelem pod prysznic i balsamem do ciała Dove oraz profesjonalnym produktem do mycia pędzli i akcesoriów do makijażu ), które też z chęcią bym przetestowała :D 

07:00:00

5 kosmetyków, których nie polubiłam, czyli buble kosmetyczne okiem MintElegance

5 kosmetyków, których nie polubiłam, czyli buble kosmetyczne okiem MintElegance
Zauważyłam, że posty o bublach kosmetycznych cieszą się dużym zainteresowaniem, dlatego dziś zapraszam Was na kolejną odsłonę pięciu kosmetyków, których nie polubiłam. Będzie krótko i zwięźle, bo aż szkoda mi na nie strzępić klawiatury... A gdybyście chciały, to wcześniejsze posty o niewypałach kosmetycznych znajdziecie tu i tu
Na pierwszy ogień idzie krystaliczny scrub do ciała z ekstraktami roślin z Japonii od BingoSpa, o którym pisałam już w jednym z majowych wpisów ( klik ). Dla mnie ten kosmetyk jest dużym nieporozumieniem, bo naprawdę bardzo daleko mu do nazwania go peelingiem. Duże kryształy soli nie są scalone żadną bazą, przez co kosmetyk zamiast trzymać się skóry, osypuje się do wanny. I nie pomogą eksperymenty z dodawaniem żelu pod prysznic, balsamu do ciała lub olejku. Jest to bardziej sól do kąpieli czy moczenia stóp. Mogłabym go tak wykorzystać, ale nie zamierzam tego zrobić. Po próbach zrobienia z niego peelingu, stałam się do niego uprzedzona i nawet nie chce mi się już na niego patrzeć. 
Baza pod makijaż PhotoReady Revlon miała być taka fajna, a jednak znalazła się w dzisiejszej piątce kosmetycznych bubli... Moja skóra bardzo się z nią nie polubiła, z dwóch konkretnych powodów. Pierwszym z nich jest to, że baza potrafił mocno zapchać, wywołując istną lawinę niedoskonałości. I nie mam tu na myśli używania jej dzień w dzień, tylko sporadycznie, od święta, kiedy chciałam, aby makijaż ładnie wyglądał przez dłuższy czas. Drugim powodem jest totalny brak współpracy z jakimikolwiek podkładami, nawet z ColorStay, który jest przecież od tego samego producenta... Baza nie przyczynia się do przedłużenia trwałości makijażu, za to sprawia, że podkłady mocno się ważą oraz łatwo się ścierają, w szczególności w okolicach skrzydełek nosa. Jedno i drugie nie wygląda ładnie...
Eyeliner Smart Girl Get More zapowiadał się na naprawdę fajny kosmetyk. Eyeliner ma bardzo ładny i głęboki odcień czerni oraz przyjemną, kremową konsystencję. Po nałożeniu na skórę jest mocno trwały i nie traci na swoim kolorze. Ale co z tego, skoro ma sztywny i ostry pędzelek, którym nie da się namalować ładnej, prostej kreski? To po pierwsze, po drugie ta przyjemna konsystencja bardzo szybko zaschła w opakowaniu na kamień, i to nie wiedzieć czemu, bo zawsze pilnuję, aby wszystkie moje kosmetyki były dobrze pozakręcane. Zasychała równie szybko podczas aplikacji, dlatego jeśli nie ma się pewnej ręki i kreski nie robi się szybko, to można się naprawdę umęczyć z tym eyelinerem. 
Z kuracją wzmacniającą do rzęs i brwi Foltene Pharma wiązałam spore nadzieje. Liczyłam na to, że odżywi i pobudzi do życia moje brwi, a przy okazji nieco je ujarzmi. Jak już możecie się domyślić, mimo kilkutygodniowego i systematycznego aplikowania serum nie zauważyłam żadnych efektów, ani pozytywnych ani negatywnych. Produkt nie zrobił nic a nic z moimi brwiami. Jak wyglądały przed rozpoczęciem kuracji, tak wyglądają nadal. I nadal są niesforne...
Punktowy preparat na niedoskonałości Normacne Therapy od Dermedic jest kolejnym tego typu kosmetykiem, który się u mnie nie sprawdził. Przeczuwałam to już przed jego zakupem, więc nie wiem czemu jednak go kupiłam... A już sobie przypomniałam, był dołączony w gratisie bodajże do kremu lub żelu z tej samej serii, który chciałam mieć. Preparat nie wyrządził niczego złego mojej skórze, ale nie zrobił dla niej też nic dobrego. Właściwie to nie zrobił kompletnie nic, więc jego zakup to tylko wyrzucenie pieniędzy w błoto. Poza tym jest mocno wodnisty, nałożony na pryszcza prędzej zdąży spłynąć niż na nim zaschnąć i coś z nim zdziałać. 

Tym kosmetykom mówię stanowcze "nie do zobaczenia"!

07:01:00

Uszlachetniony olejek arganowy do oczyszczania i mycia twarzy z kwasem hialuronowym, Bielenda

Uszlachetniony olejek arganowy do oczyszczania i mycia twarzy z kwasem hialuronowym, Bielenda
Ostatnio mam tyle kosmetyków do testowania, tyle recenzji do opublikowania, że momentami wręcz nie nadążam za tym wszystkim :P Czasami do tego stopnia, że zanim zdążę podzielić się z Wami swoją opinią na temat używanego kosmetyku, ten zostaje wycofany ze sprzedaży :P W obawie, że tak może być i tym razem, spieszę z recenzją uszlachetnionego olejku arganowego do oczyszczania i mycia twarzy z kwasem hialuronowym Bielendy.
O swoim kosmetyku producent pisze, że jest to "preparat w formie lekkiego hydrofilnego olejku do oczyszczania i mycia skóry twarzy ze skłonnością do utraty nawilżenia, naturalnej sprężystości, jędrności i elastyczności. Zawiera niezwykle efektywne połączenie szlachetnego olejku arganowego z pielęgnującymi i nawilżającymi właściwościami kwasu hialuronowego w postaci mikrosfer, co sprzyja znacznej poprawie jakości naskórka, jego regeneracji i odbudowie. Wyjątkowa lekka olejowa formuła zamieniająca się pod wpływem wody w delikatną piankę, skutecznie rozpuszcza wszelkie zanieczyszczenia podatne na działanie tłuszczu i wody:  zmywa makijaż,  upłynnia sebum,  oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i odświeża ją. Olejek daje efekt satynowej miękkości naskórka,  wygładzenia, nie obciąża skóry przy jednoczesnej natychmiastowej redukcji uczucia suchości i dyskomfortu".
Olejek został wlany do owalnej, przezroczystej buteleczki zakończonej zwykłą, plastikową pompką. Aplikator działa bez zarzutu, nie zacina się, nie "pluje" też kosmetykiem na wszystkie możliwe strony ;) Olejek ma piękny, złotawy kolor oraz śliską i lekką, bo mało tłustą konsystencję, która w kontakcie z wodą zmienia się w delikatną, niepieniącą się emulsję o białym kolorze. Kosmetyk Bielendy pachnie całkiem przyjemnie, zapach nie jest męczący, ale czuć w nim olejową nutę. 
Olejek nie jest najwydajniejszym kosmetykiem, ale nie szkodzi, bo i tak należy go zużyć w ciągu 2 miesięcy od otwarcia. Aby dokładnie umyć twarz, potrzebuję 2-3 pompek. Olejek jest drugim etapem w oczyszczaniu mojej skóry twarzy, przed nim sięgam jeszcze po płyn micelarny. Nie myję nim twarzy codziennie, używam go co drugi dzień, na zmianę z klasycznym żelem do mycia. Olejek dokładnie rozprowadzam na skórze, delikatnie masując, po czym zostawiam na minutę lub dwie i dopiero spłukuję. Olejek  dobrze oczyszcza, ale nie jest to takie oczyszczanie, po którym skóra aż skrzypi. Niemniej jednak, produkt ten świetnie nawilża, a przy tym jej nie uczula i nie podrażnia oczu. Sprawia, że skóra nie potrzebuje już kremu, jest miękka w dotyku, wygładzona, lekko napięta i elastyczna. Olejek do oczyszczania i mycia twarzy Bielendy może zapychać, bo w składzie przed olejkiem arganowym stoi parafina. Mnie osobiście mało ona obchodzi, bo jak kosmetyk mnie zaciekawi, to i tak go kupię- albo się sprawdzi albo nie :P Produkt ten sprawdza się nie tylko w pielęgnacji twarzy, ale poradzi sobie także z dokładnym umyciem pędzli i gąbeczek do makijażu. 
Olejek z kwasem hialuronowym przeznaczony jest do skóry twarzy ze skłonnością do utraty nawilżenia i jest jednym z trzech dostępnych w ofercie Bielendy. W drogeriach znajdziecie jeszcze dwie inne: z sebu control complex do cery mieszanej i tłustej, z niedoskonałościami oraz z pro- retinolem do skóry tracącej sprężystości, jędrności i elastyczności. Olejki mają pojemność 140 ml, kosztują około 15,00-20,00 zł i są szeroko dostępne w drogeriach stacjonarnych i internetowych. 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger