06:49:00

Sok z czarnej porzeczki oraz rokintnikowy, czyli Soki Świata od Oleofarm

Sok z czarnej porzeczki oraz rokintnikowy, czyli Soki Świata od Oleofarm
Uwielbiam wypróbowywać nowe rzeczy. Tak na logikę, gdyby tak nie było, tego bloga też by nie było ;) Lubię testować nie tylko kosmetyki, ale też poznawać nowe smaki. Niedawno po raz pierwszy jadłam lody o smaku solonego karmelu, wypatruję czarnych :D, póki co delektując się 100% Sokami Świata o smaku rokitnika oraz czarnej porzeczki.
Soki Oleofarm są w 100% naturalne, nie ma w nich żadnych ulepszaczy, dodatków czy barwników. Oba soki rozcieńczam z wodą mineralną, według własnej proporcji wynoszącej "soku na oko na pół litra wody" :P Mimo iż nie przepadam za czarną porzeczki, to jednak ten sok posmakował mi bardziej. Nie jest cierpki ani nie za słodki, za to bardzo orzeźwiający. Czarna porzeczka ma w sobie dużo witaminy C, a więc wspomaga układ odpornościowy, a dodatkowo spowalnia proces starzenia się skóry. Bogata jest między innymi w flawonoidy, które działają oczyszczająco, oraz w kwarcetynę o właściwościach przeciwalergicznych. Sok z rokitnika ( zwanego też ananasem syberyjskim ) pachnie jak miód, a w połączeniu z wodą smakuje jak... woda z miodem ;) Na początku nie polubiłam się z tym smakiem, ale im dłużej piłam ten sok, tym bardziej mi podchodził. Ma jednak w swoim zapachu coś, co drażni mój zmysł węchu, dlatego pijąc go wstrzymuję oddech i wszystko jest cacy :P Rokitnik również jest bogaty w witaminę C, a poza tym w kwas tłuszczony omega 7, który odpowiada między innymi za ładny wygląd skóry. Powinny go spożywać osoby, które borykają się z problemem podwyższonego cholesterolu oraz z nadciśnieniem tętniczym. Co ciekawe, w soku z rokitnikna znajdziemy serotoniny, wykazujące działanie antydepresyjne oraz usprawniające pracę mózgu. 
Plusem i minusem jednocześnie jest krótki termin spożycia soków po otwarciu. Jest to plus, bo świadczy o braku konserwantów oraz przekonuje o jakości soków. Minus, bo ja sama ( nikt poza mną w domu nie lubi taki soków ) nie jestem w stanie wypić 490 ml soku z rokitnika rozcieńczonego jeszcze w wodzie tylko w siedem dni ;) Sok z czarnej porzeczki powinno się wypić w ciągu 3 tygodni od otwarcia. Jeden i drugi sok powinny też być przechowywane w lodówce, czego ja nie przestrzegałam, a i tak nic się z nimi nie stało. U mnie w miasteczku widziałam je tylko w jednym supermarkecie, gdzie oba soki miały podobną do siebie cenę wahającą się w granicach 20,00 zł. 

06:48:00

5 kosmetyków, których nie polubiłam, czyli buble kosmetyczne okiem MintElegance

5 kosmetyków, których nie polubiłam, czyli buble kosmetyczne okiem MintElegance
Róż do policzków Smart Girls Get More to pierwszy z dzisiejszych bubli, przed którym chciałabym Was ostrzec. Kosmetyk jest naprawdę słabo napigmentowany i nie wiem, ile warstw musiałam go nałożyć, aby zobaczyć efekt na skórze. Jednak jego subtelny odcień chłodnego i lekko przygaszonego różu bardzo mi się spodobał, więc pomyślałam, że zastąpię nim cień do powiek, ale i w tej roli się nie sprawdził. Kosmetyk jest dodatkowo wyjątkowo nietrwały, schodzi praktycznie już po godzinie od nałożenia, a robi to jeszcze bardzo nieestetycznie, ścierając się nierównomiernie i pozostawiając po sobie plamy.
Fluid No Mask Lirene to następny kosmetyk, który mnie rozczarował. Przywiozłam go w tamtym roku z Meet Beauty, ale rozpakowałam dopiero niedawno- co jest istotne dla mojej opinii na jego temat, ważny jest do lutego 2019 r. Podkład jest bardzo rzadki i trzeba mocno uważać, aby przy wylewaniu nie przesadzić z jego ilością. Niestety, buteleczka mimo swojego uroku jest niewypałem z racji braku pompki, która przy tak lejącej konsystencji aż się prosi, aby była. Posiadam odcień nr 1, który wygląda ładnie, ale po pierwsze bardzo szybko ciemnieje, mocno odcinając się tym samym od reszty ciała, a po drugie wpada w różowe tony, a ja potrzebuję podkładów z żółtymi. Na domiar złego jego krycie jest znikome, a mojej cerze niestety niezbędne jest odpowiednie krycie. Te wszystkie elementy sprawiły, że nie polubiłam się z tym podkładem ani trochę i puściłam go dalej w świat. 
Pomadka w kredce Color Boost Bourjois jest według mnie kolejnym kosmetycznym bublem. Co z tego, że posiadany przeze mnie odcień nr 02 Fuchsia Libre jest prześlicznym, ciemnym, nieprzesłodzonym różem? Co z tego, że świetnie nawilża usta i dodaje im pięknego blasku? Co z tego, skoro pomadka jest słabo napigmentowana i trzeba nałożyć sporo warstw, aby kolor chciał w ogóle pokryć usta. A poza tym jest bardzo nietrwała i schodzi w taki brzydki sposób, że aż szkoda o tym wspominać. Więcej nie kupię, bo nawet na promocji -49% w Rossmannie, na której to ją kupiłam, nie jest warta swojej ceny.
Pomadkę Rouge Edition Velvet Bourjois w odcieniu nr 07 mam już długo i uwielbiam ją, dlatego kilka tygodni temu kupiłam kolejny kolor, tym razem nr 16. Jest to ładny brzoskwiniowy odcień z nutką różu, który bardzo mi się podoba. Niestety, moja radość trwała do pierwszego pomalowania ust. Już przy aplikowaniu na wargi zauważyłam, że kolor bardzo słabo pokrywa wargi i w dodatku pozostawia prześwity. Aby uzyskać jednolite pokrycie musiałam nałożyć aż trzy warstwy, a i tak widziałam delikatne prześwity. Wydaje mi się, że tych kilka warstw sprawiło, iż pomadka po wyschnięciu zrobiła się jak popękana skorupa. Gdy po jakimś czasie od nałożenia jej na ustach spojrzałam w lusterko, to po prostu się przeraziłam.  Pomadka się zważyła i prawdę powiedziawszy mogłam ściągać ją z ust płatami. Powinnam jeszcze dodać, że przez cały czas noszenia jej na ustach ciążyła mi i jakby jeszcze było mało wysuszyła mi wargi. Następnym razem pomalowałam usta jedną warstwą pomadki ( testowałam ją już w domu ), ale efekt okazał się tak samo tragiczny, a dodatkowo te prześwity wyglądają naprawdę brzydko. 
Na konturowaniu znam się jak na fizyce kwantowej, dlatego z przetestowaniem paletki do konturowania Pierre Rene udałam się do znajomej kosmetyczki, która wykonała mi makijaż przy jej użyciu. Początkowo aplikowała kolory i próbowała je rozetrzeć gąbeczką, ale szybko stwierdziła, że słabo ze sobą współpracują. Następnie spróbowała pędzlem, ale efekt był taki sam: kolory nie chciały się rozcierać i stapiać ze skórą, tworzyły mało estetyczne plamy na skórze. Makijażystka musiała się sporo napracować, aby efekt był zadowalający, po czym stwierdziła, że ona nie chciałaby pracować na takim produkcie i że dawno nie miała tak trudnej palety do modelowania konturu twarzy. W ciągu dnia kilkakrotnie sprawdzałam jak kolory zachowują się na skórze i powiem Wam, że to co widziałam wcale a wcale mi się nie podobało. Jasny kolor, nałożony w okolicach oczu, zbierał się w zakamarkach i powchodził w zmarszczki, mocno się odznaczając. Ciemny kolor, którym miałam pociągnięte miejsca pod kościami policzkowymi poschodził, nie wiadomo nawet kiedy, pozostawiając po sobie okropne plamy. Oba kolory się też zważyły, a dodatkowo partiami przesuszyły skórę, co tylko spotęgowało moją niechęć do tego produktu. I nie jest to wina mojej kosmetyczki, bo maluję się u niej od lat i zawsze jestem bardzo zadowolona z jakości i trwałości makijażu. Paletkę otrzymałam w prezencie na Meet Beauty wraz z eyelinerem i pomadką do ust w płynie. Z tego tria została mi tylko pomadka, bo eyeliner podarowałam koleżance z pracy, a paletkę wyrzuciłam do śmieci...

Nie zamierzałam, że post będzie dotyczył tylko kosmetyków do makijażu, tak jakoś wyszło samo z siebie. Jestem nimi bardzo zawiedziona, w szczególności pomadkami Bourjois, po których obiecywałam sobie naprawdę wiele. Niestety, tak już bywa, że wśród tylu kosmetyków muszą trafiać się jakieś buble. Nie pozostaje mi teraz nic innego, jak tylko się z nimi pożegnać. Definitywnie, raz na zawsze.

PS. Czy u Was też większość bubli kosmetycznych to produkty do makijażu?

06:56:00

Odżywcza maseczka- peeling do twarzy z mielonym lnem, Vianek

Odżywcza maseczka- peeling do twarzy z mielonym lnem, Vianek
Obietnice producenta:
Wyjątkowe połączenie delikatnego peelingu w postaci drobno zmielonego siemienia lnianego i maseczki. Dzięki niezwykle delikatnej formule może być stosowana w przypadku każdego rodzaju cery, nawet bardzo cienkiej i wrażliwej. Bogactwo składników odżywczych wspaniale odżywia, wygładza, nawilża i uelastycznia skórę. Po zastosowaniu pozostawia skórę aksamitnie gładką, promienną i pełną blasku.

Moim zdaniem:
Sylveco i Vianek zdecydowanie podbiły moje serce. Swego czasu w mojej pielęgnacji twarzy dominowały kosmetyki tylko tych dwóch marek. Jednym z ostatnio używanych przeze mnie produktów Vianka jest odżywcza maseczka- peeling do twarzy, która niestety powoli już mi się kończy. Zdążyłam poznać ją dość solidnie, dlatego dziś zapraszam Was na jej recenzję :) Wcześniej mogłyście poczytać już o toniku- płynie micelarnym ( klik ) oraz o kremie do twarzy na noc ( klik ). Wszystkie trzy kupiłam na początku roku, w zestawie promocyjnym za 35,00 zł.
Maseczka- peeling zamknięta została w elastycznej tubce o pojemności 75 ml, którą można postawić "do góry nogami" na czarnej, prostej nakrętce. Jej szata graficzna jest identyczna, jak w przypadku pozostałych kosmetyków z serii odżywczej. Jest skromna, kwiatowa, przyjemna dla oka. Tubka jest bardzo dobrej jakości, nie odkształca się, nic się z niej też nie ściera. 
Kosmetyk Vianka ma postać gęstego kremu z mniejszymi i większymi drobinkami, których zadaniem jest ścieranie martwego naskórka, połączonego z olejną warstwą w pomarańczowym kolorze, która najpierw wypływa z tubki, a dopiero po niej reszta produktu. Drobinki zmielonego lnu są odpowiednio duże i ostre, ale nie podrażniają skóry. Produkt ma delikatnie brązowy z ciemniejszymi drobinkami. Jak pozostałe kosmetyki z tej serii, maseczka- peeling przyjemnie pachnie, chociaż chyba najgorzej z tych, które zdążyłam poznać. 
Maseczkę- peeling warto zostawić na chwilę na skórze, niż zmyć ją zaraz po wykonaniu peelingu. Nie wiem od czego jest to uzależnione, ale zauważyłam, że gdy zmywam produkt zaraz po wykonaniu peelingu, to schodzi dość opornie. Pod wpływem wody usuwają się tylko drobinki ścierające martwy naskórek, a na skórze dalej pozostaje gruba, olejna warstwa, której po prostu nie da się zmyć. Nie schodzi nawet po wytarciu ręcznikiem, musi się sama wchłonąć w skórę, co jest plusem w całej tej sytuacji, bo skóra jest porządnie nawilżona i nie potrzebuje już kremu. Kiedy jednak wykonam peeling i zostawię produkt na skórze na kilka minut, to potem bez najmniejszego problemu mogę umyć twarz. Na skórze nie zostaje żadna warstewka, jest dobrze nawilżona, ale jest to już mniejsze uczucie niż to opisane wcześniej. 
Kosmetyk bardzo łatwo rozprowadza się, a po zmyciu skóra jest gładka, miękka i bardzo przyjemna w dotyku. Ponadto ma wyrównany koloryt, wygląda zdrowo i promiennie. Maseczka- peeling bogata jest w oleje ( rokitnikowy, sojowy, z pestek moreli ), dzięki którym skóra jest także odżywiona i nawilżona; masła ( shea, kakaowe, avocado ), które uelastyczniają skórę, regenerują i łagodzą podrażnienia; oraz w miód. Wszystkie te składniki mogą się wydawać ciężkie dla cery, ale mojej problematycznej skóry ten kosmetyk nie zapchał.
Kosmetyku Vianka używam przynajmniej raz w tygodniu. Moja skóra bardzo się z nim polubiła, dlatego też serdecznie polecam go Wam wypróbować :) 

06:49:00

Pomadka matująca Real Matt Lipstick, Provoke, Dr Irena Eris

Pomadka matująca Real Matt Lipstick, Provoke, Dr Irena Eris
Jest! Udało  się! Tyle czasu Wam obiecywałam recenzję matującej pomadki Provoke Dr Irena Eris i w końcu nadszedł ten dzień, w którym mogę zaprosić Was na wpis jej poświęcony :D 
W sklepie internetowym producenta ( klik ) pomadka występuje w pięciu odcieniach, których podglądowe kolory kompletnie nie odwzorowują tego, jakie są w rzeczywistości. Przynajmniej tego, który ja mam, czyli nr 606, Vintage Pink. Na podglądzie wygląda na jakiś taki ciemny brąz, kiedy tak naprawdę jest to piękny, delikatny różowy nudziak, idealnie sprawdzający się w codziennym makijażu. Chyba, że gdzieś wkradł się błąd ( albo na nalepce na pomadce albo na stronie producenta ), bo odcień mojej pomadki bardziej pasuje do wariantu kolorystycznego nr 602, Pink Princess ;) Kolor wybierałam w ciemno i był to dobry wybór, bo nieskromnie pisząc, pasuje mi idealnie :D Napiszę jeszcze raz, że jest naprawdę śliczny! Niby róż, ale taki stonowany i mający w sobie coś ciepłego. Uwielbiam takie kolory!
Pomadka ma zwartą konsystencję, ale jednocześnie jest kremowa i miękka, dzięki czemu leciutko sunie po wargach pokrywając je idealnie warstewką koloru, bo jest naprawdę bardzo dobrze napigmentowana. Pomadka nie jest stricte matująca, nie ma takiego efektu jak, np. przy pomalowaniu ust szminką Velvet Matte od Golden Rose. Moim zdaniem, pomadka daje bardziej satynowo- matowe wykończenie z takim bardzo subtelnym, leciutkim połyskiem. Nie wygląda sucho na ustach i też ich nie wysusza, dzięki dużej zawartości składników odżywczych i nawilżających. Przez cały czas jej noszenia pielęgnuje usta, co odczuwalne jest jeszcze długo po jej zmyciu- usta pozostają miękkie, gładkie, odżywione i zadbane. Trwałość pomadki określiłabym jako bardzo dobra. Jest odporna na ścieranie i rozmazywanie się, chociaż zostawia lekkie ślady na szklance, to jednak zjada się równomiernie i powoli. Jeśli nic nie jem i nie piję, potrafi utrzymać się na ustach obiecane przez producenta 5 godzin bez najmniejszego uszczerbku. Gdy jem i piję jej trwałość jest mniejsza, ale nadal na plus. 
Na uwagę zasługuje również otoczka pomadki, czyli jej opakowanie, które jest naprawdę piękne. W srebrnym kartoniku znajduje się posrebrzane opakowanie, które zostało bardzo solidnie wykonane. Posiada magnetyczne zamknięcie, więc mamy pewność, że nie otworzy nam się w torebce, oraz skromną, minimalistyczną szatę graficzną. Całość jest elegancka, wytworna i daje poczucie posiadania kosmetyku z wyższej półki. Bo tak właściwie jest patrząc na cenę kosmetyków Provoke ;) Warto jednak pamiętać, że jest to nasza rodzima marka, a warto wspierać to, co polskie. 
Pomadka Real Matt Lipstick jest drugim produktem Provoke, który miałam okazję poznać. W swoich zasobach makijażowym mam jeszcze błyszczyk, o którym pisałam kilka miesięcy temu ( klik ). O ile błyszczyk mnie nie zachwycił, bo na tle innych ( i tańszych ) niczym szczególnie się nie wyróżnia, tak pomadka jest naprawdę super! Kolejną, tym razem może w innym odcieniu, kupię dopiero na promocji -49% w Rossmannie, bo mimo iż jest fantastyczna, to jej cena ( 65,00 zł ) jest jednak... lekko prowokująca ;)

06:54:00

Recenzja: Nawilżający szampon aloesowy, Equilibra

Recenzja: Nawilżający szampon aloesowy, Equilibra
Obietnice producenta:
Nawilżający szampon aloesowy łagodnie oczyszcza włosy i skórę głowy oraz przywraca jej równowagę. Nie podrażnia i nie wysusza. Odpowiednio wyselekcjonowane ekstrakty roślinne nawilżają, wzmacniają i chronią włosy, które stają się lśniące, miękkie i odżywione. Szampon odznacza się wysoką zawartością aloesu (20%). Produkt doskonały do stosowania przez całą rodzinę. Nadaje się do każdego rodzaju włosów.

250 ml/19,99 zł w sklepie internetowym Equilibra
Moim zdaniem:
Kosmetyki pielęgnacyjne Equilibra znam już długo, ładnych parę lat, i naprawdę bardzo lubię. Nowość marki, czyli nawilżający szampon aloesowy, nie jest oczywiście wyjątkiem :)
Szampon znajduje się w standardowej butelce o pojemności 250 ml o szacie graficznej charakterystycznej dla marki: białe tło, zielone napisy i malunek aloesu. Butelka dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się, a nalepki nie strzępią się ani nie odklejają pod wpływem wody. Szampon jest delikatnie perfumowany. Ładnie pachnie, subtelnie, tak kosmetycznie aloesowo. Jak widzicie na zdjęciu wyżej, jest bezbarwny, a poza tym odpowiednio gęsty. Pod wpływem wody tworzy dużo łagodnej, oczyszczającej piany. 
W składzie szamponu ( 98% jego składników jest pochodzenia roślinnego, a dokładny skład znajdziecie tutaj ) mamy 20% aloesu, proteiny pszeniczne, wyciąg z liści pokrzywy, ekstrakt z siemienia lnianego, glicerynę roślinną oraz surfaktanty pochodzenia roślinnego, czyli substancje, których widocznym efektem działania jest tworzenie się piany. Nie mamy za to żadnych parabenów, silikonów, wazeliny, alkoholu, barwników, soli ani alergenów. 
Szampon jest bardzo delikatny, nie podrażnia skóry głowy, a dzięki temu, że nie zawiera sles i sls nie plącze włosów. Po umyciu włosy są nawilżone, miękkie w dotyku i gładkie. Łatwiej się rozczesują i układają. Są też delikatnie odbite od nasady, więc wizualnie zyskują na objętości. Szampon jednocześnie myje i pielęgnuje włosy. Nie obciąża włosów, świetnie domywa kosmetyki do stylizacji. Systematycznie stosowany sprawia, że włosy są odżywione, wyglądają zdrowo, są w lepszej kondycji i pięknie lśnią. 
Pisać o tak dobrych kosmetykach to sama przyjemność :) Nawilżający szampon aloesowy, tak samo jak inne kosmetyki marki, to porządny kosmetyk za nieduże pieniądze. Skład, wydajność, działanie- wszystko przemawia na jego korzyść. Kupujcie go, kupujcie! :D

06:52:00

Fotoprezenty od Foto4u

Fotoprezenty od Foto4u
Nie wiem jak Wy, chociaż coś mi się wydaje, że podzielicie moje zdanie ;), ale osobiście uwielbiam spersonalizowane rzeczy- zarówno otrzymywać, jak i wręczać komuś w prezencie. A jeśli dodatkowo są praktyczne, to już nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Dziś chciałabym pokazać Wam właśnie taką rzecz, która może być świetnym pomysłem na prezent dla bliskiej Wam osoby. Mam na myśli magnesy na lodówkę od Foto4u, na których może być Wasze zdjęcie! Dodatkowo, w zależności od Waszego widzimisię, te magnesy mogą  mieć kształt serca ( o wymiarach 6cm x 6,3cm ) lub kwadratu ( 9,5 cm x 9,5 cm ). Oczywiście, nie mogłam zdecydować się na jeden format, więc mam dwa :P Jednak największy problem stanowił dla mnie wybór zdjęć, które na tych magnesach miały być. Koniec końców zdecydowałam się na zdjęcia ślubne, coby mieć jeszcze jedną pamiątkę z tego wyjątkowego dnia :) Magnesy zostały wykonane po prostu super! Zdjęcia są wyraźne, nie widać na nich żadnych rys czy innych skaz. Magnes w kształcie serca jest grubszy i nie wygina się, a kwadratowy jest "chudszy" i bardzo giętki. Oba świetnie wyglądają na lodówce, stanowiąc jej ozdobę, a jednocześnie pilnują tych wszystkich karteczek, które zawsze przypinam na drzwiczkach od lodówki :D
Stworzenie takiego foto-gadżetu jest dziecinie proste i zajmuje dosłownie chwilę. Firma w swojej ofercie ma nie tylko magnesy, ale również koszulki, kubki, kalendarze, poduszki, puzzle oraz fotoobrazy na płótnie, a poza tym zajmuje się także wywoływaniem zdjęć przez internet. Wszystko to w przystępnych cenach, naprawdę dobrze wykonane i z ekspresową przesyłką :)

06:49:00

Znalezione w Shiny Box'ie: Odżywczy krem do twarzy, Naobay

Znalezione w Shiny Box'ie: Odżywczy krem do twarzy, Naobay
Produktem premium Shiny Box'a "Happy.Pretty.You" był niewątpliwie odżywczy krem do twarzy Naobay, którego cena to aż 210,00 zł za tubkę o pojemności 50 ml. Testuję go od ponad miesiąca, więc mogę Wam odpowiedzieć na pytanie czy jest wart swojej wysokiej ceny.
Krem na pewno wyróżnia się swoim opakowaniem. Jest to niby niepozorna, biała tubka z czarnymi napisami, o bardzo minimalistycznej szacie graficznej, ale tym czym się odznacza jest drewniana nakrętka. Jest ona charakterystyczna dla marki, jak popatrzycie na inne kosmetyki Naobay to zobaczycie, że jest wykorzystana w każdym rodzaju opakowania. Mnie ta nakrętka po prostu urzekła, mega mi się podoba i bezsprzecznie sprawia, że całość opakowania jest ozdobą toaletki. 
Według mojego nosa odżywczy krem do twarzy pachnie specyficznie, ziołowo i jego zapach nie wszystkim może się spodobać, chociaż nie jest intensywny, ani tym bardziej męczący. Trzeba się po prostu do niego przyzwyczaić. Odżywcze kremy kojarzą mi się z treściwą konsystencją, dlatego lekka, na wpół wodnista formuła kremu troszkę mnie zaskoczyła. Zaletą konsystencji jest łatwość aplikacji, bo krem aż sam sunie po skórze, a poza tym ekspresowe wchłanianie oraz brak jakiejkolwiek odczuwalnej warstewki.
Producent zachwala swój krem tym, że aż 98,85% zawartych w nim składników jest pochodzenia naturalnego, a 20% wszystkich składników pochodzi z ekologicznych upraw. Patrząc na skład da się stwierdzić, że jest przyjemny, bo znajdziemy w nim między innymi masło shea, sok aloesowy, olej z awokado czy też oliwę z oliwek. 
Kremu Naobay używam głównie w pielęgnacji skóry szyi i dekoltu, a także dłoni :P Nie często wklepuję go w skórę twarzy, ponieważ na noc stosuję krem Epiduo, a rano sięgam po inny krem, bo ten nie za bardzo chce współpracować z podkładami. Fluidy nałożone na Naobay mocniej ciemnieją, a poza tym wpadają w jakieś takie szarawe tony. Sprawdziłam to na dwóch podkładach, których używam najczęściej i to już od dłuższego czasu, czyli z Revlona oraz z Bielendy, i za każdym razem działo się tak samo, dlatego sobie odpuściłam. Poza tym, krem ten bardzo fajnie spisuje się w pielęgnacji szyi i dekoltu. Codziennie wieczorem wsmarowuję niemałą jego porcję, zaczynając od dekoltu, przesuwając się po szyi w stronę brody. Podobno taki sposób aplikacji ma sprawić, że skóra mojej szyi i dekoltu dłużej będzie w dobrej kondycji ;) Póki co krem świetnie o nią dba mocno ją nawilżając, dodając jej elastyczności i przynosząc jej ukojenie. Skóra jest przyjemnie odżywiona, miękka i delikatna w dotyku. Krem sprawdza się także w pielęgnacji dłoni, więc mogę chyba powiedzieć, że jest wielozadaniowy :D
Podsumowując, z odżywczym kremem do twarzy Naobay polubiłam się, mimo iż nie potrafi współpracować z podkładami, ale też nie na tyle, aby uważać, że jest wart swojej ceny. Jest wiele kremów, które kosztują dużo, dużo mniej, a mają porównywalne działanie. Na korzyść tego kremu na pewno przemawia jego skład, wydajność, urocze opakowanie oraz to, że naprawdę ma dobry wpływ na moją skórę szyi i dekoltu. Jest to jednak moje pierwsze i zarazem ostatnie spotkanie z tym kremem, ponieważ jest po prostu za drogi. Bo naprawdę nie wiem co krem musiałby zrobić, abym chciała wydać na niego ponad 200,00 zł ;) 

06:53:00

Lipcowy projekt denko

Lipcowy projekt denko
1. Łagodna pianka do mycia twarzy Lotus Mild Cleansing Foam, Skin79- pisałam już o niej w tej recenzji. Pianka jest bardzo łagodna dla skóry, ale bardzo dobrze oczyszcza i zostawia ją przyjemną w dotyku, a przy tym jest meeega wydajna. Spełnia każdą obietnice producenta, dlatego też uważam, że jest warta swojej niemałej ceny, czyli około 60,00 zł. 
2. Płyn micelarny 3w1, Garnier- recenzja pojawiła się ponad 3 lata temu, a ja nie umiałabym zliczyć, ile od tego czasu zużyłam butli tego płynu micelarnego :) To na pewno jeden z najlepszych płynów micelarnych, które znajdziemy w rozsądnej cenie w drogeriach. Duża pojemność płynu również przemawia na jego korzyść.
3. Profesjonalny utrwalacz makijażu, TheaTric Professional- pisałam o nim z dwa lata temu ( klik ). Spełnia obietnice producenta, dzięki czemu jestem z niego na tyle zadowolona, że zużyłam kolejne opakowanie, a następne mam w zakupowych planach. W składzie ma alkohol, więc zbyt często stosowany może zacząć wysuszać skórę. Dostępny jest w Rossmannie za cenę około 20,00-25,00 zł. 
4. Odżywcza maseczka- peeling do twarzy z mielonym lnem, Vianek- muszę Wam powiedzieć, że seria odżywcza z Vianka bardzo przypasowała mojej cerze. Pisałam już o kremie na noc oraz o płynie micelarnym- toniku, o maseczce- peelingu też pojawi się recenzja.
5. Roll-on z olejem jojoba, BioOleo- używałam go w zastępstwie kremu pod oczy. Fajnie nawilżał i odżywiał skórę wokół oczu oraz przynosił jej ukojenie i wygładzał. Przy okazji delikatnie ją masował, wpływając pozytywnie na krążenie w okolicach skóry pod oczami. 
6. Lakier do włosów Got2b Volumania Big Volume- to jeden z włosowych ulubieńców 2016 r. ( klik :) Lubię w nim wszystko: cudne różowe opakowanie, świetny lekko słodkawy zapach, to że nie obciąża włosów, nie robi z nich hełmu, daje się łatwo wyczesać, ale najważniejsze to, że utrwala fryzurę bez wysuszania włosów.
7. Szampon do włosów z olejkiem arganowym, Arhan Smooth, Creightons- mam go z Shiny Box'a "Pretty.Happy.You.". Ślicznie pachnie, fajnie się pieni, jest delikatny dla skóry głowy, ale bardzo dobrze oczyszcza włosy, pozostawiając je nawilżone, miękkie i gładkie w dotyku. W planach mam kupno jeszcze innych produktów do pielęgnacji włosów Creightons, bo czuję, że jest w nich potencjał. 
8. Żel pod prysznic Oliwki i Mleko ryżowe, Green Pharmacy- pojawił się już na blogu, dokładniej w tym poście. Ma pojemność aż 500 ml i kosztuje tylko około 10,00 zł. Charakteryzuje się kremową konsystencją oraz tym, że dobrze się pieni i nie wysusza skóry. 
9. Odbudowujący balsam do włosów Olejek z opuncji i mango, Biovax- jak ten balsam cudownie pachnie! Ojejku, uzależnić się idzie :D Pozbawiony jest silikonów, parabenów i parafiny. Fajnie się sprawdził na moich włosach, więc chętnie poznam pozostałe produkty z tej serii. Więcej o balsamie poczytacie w tym poście.
10. Krem do pielęgnacji biustu, Mama's- moje drugie opakowanie, tym razem przywiezione z Meet Beauty. Całkiem fajny kosmetyk do pielęgnacji biustu, chociaż chyba jednak wolę serum w różowej tubce z Eveline ;) 
11. Peeling do ciała Mango z Kenii, Organic Shop- uwielbiam ten peeling! Głównie za działanie, ale za zapach również. Tak samo mocno lubię jego wersję malinową, o której pisałam już na blogu ( klik ),  jak też miodowo-cynamonową, którą niedawno kupiłam :D 

06:52:00

Nowości kosmetyczne w lipcu

Nowości kosmetyczne w lipcu
Jak co miesiąc zapraszam na kosmetyczne nowości :) Tym razem będzie bardzo krótko! 
Dwa żele pod prysznic i peeling do ciała Organic Shop to moje zakupy kosmetyczne poczynione na początku lipca. W jednym z supermarketów w moim miasteczku postawili całą szafę z kosmetykami Organic Shop- teraz to chyba będzie mój ulubiony sklep, tym bardziej, że widzę go z okna w pracy :P
Płyn micelarny z L'Oreal kupiłam na promocji w Rossmannie, a na Allegro zamówiłam dwa opakowania mgiełki do prostowania włosów Tresemme. Poleca je sama Fashionelka ;) 
W lipcu nawiązałam współpracę z marką Revers, w ramach której otrzymałam do przetestowania bazę pod makijaż, puder, matującą pomadkę w płynie, kamuflaż oraz cienie do powiek. Jedne z nich używam jako cień do brwi :P 
Jak co miesiąc, i w lipcu wśród nowości kosmetycznych pojawił się Shiny Box, który pokazałam Wam już w tym wpisie. W pudełku było aż 8 pełnowymiarowych kosmetyków: szampon, żel aloesowy, antybakteryjny żel do rąk, baza pod makijaż, błyszczyk do ust, cień do powiek, lakier do paznokci oraz maska-peeling do stóp. Otrzymałam jeszcze dodatkowy box, w którym była micelarna oczyszczająca odżywka do włosów. 

I to wszystkie nowości, który przywitały do mnie w lipcu. A nie mówiłam, że będzie krótko ;)?
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger