10 rzeczy, które zamierzam zrobić w 2017 roku

poniedziałek, 30 stycznia 2017 137 komentarzy
1. Zdać egzamin państwowy z kwalifikacji a.65, czyli rozliczanie wynagrodzeń i danin publicznych. 
To już w czerwcu. Powinnam zacząć się powoli przygotowywać...
2. Przeczytać minimum 52 książki, czyli jedną tygodniowo.
Jednym słowem, po raz kolejny podejmuję wyzwanie czytelnicze "52 książki w 52 tygodnie". 
3. Zrzucić 5 kg, najmniej :D
Jak się uda więcej, to też nie będę płakać :P
4. Pojechać na Targi Kosmetyczne.
Jak nie w marcu w Łodzi, to w maju w Nadarzynie.
5. Przeprowadzić się z mężem do naszego pierwszego mieszkania.
Już za kilka tygodni powinniśmy dostać klucze do naszego mieszkania. I wtedy się dopiero zacznie! :D Poniżej możecie zobaczyć rzut naszego m4 :) Początkowo rozkład pomieszczeń wyglądał troszkę inaczej: pomieszczenie 1.04 miało być dość dużym aneksem kuchennym bez ściany rozdzielającej od salonu. Jednak podczas spotkania z deweloperką powiedziałam, że my wprowadzimy kilka zmian: tu postawimy ścianę, tam wydzielimy pokoik dziecięcy, a aneks przeniesiemy do salonu. Gdy na kolejne spotkanie udał się mój mąż okazało się, że wszystkie moje pomysły zostały wprowadzone w życie. I to nie tylko w naszym mieszkanku, ale we wszystkich o tym właśnie rozkładzie. 
W bloku nie będzie ani piwnic ani strychu. Na każdym piętrze będą komórki, przydzielone po jednej do każdego mieszkania. Nasza komórka ( 1.08 ) znajduje się tuż obok, ściana w ścianę, i przez krótką chwilę rozważaliśmy zaadaptowanie jej na kolejny pokój lub garderobę, ale szybko odeszliśmy od tego pomysłu. Doszliśmy do wniosku, że taka a'la piwnica jednak bardziej nam się przyda. A mini garderobę może wydzielimy w sypialni ( 1.06 ), spełniając tym samym moje małe wnętrzarskie marzenie. W niewielkiej łazience ( 1.07 ) nie zrezygnujemy z wanny, zaś aneks kuchenny w salonie ( 1.05 ) przeniesiemy na prawo od wejścia. A w korytarzu ( 1.03 ) zawiśnie ogromne lustro w piękniej, ozdobnej ramie :)
6. Pojechać na spotkanie blogerskie. 
Ten cel uda mi się zrealizować już w lutym!
7. Pojechać na konferencję blogerską Meet Beauty.
Mam nadzieję, że i w tym roku się uda, bo jest to niesamowite przeżycie.
8. Rozwinąć instagramowe znajomości.
Wśród obserwatorów mojego instagramowego konta są osoby z okolic mojego miasteczka, więc nie widzę nic przeciwko, aby nie umówić się z nimi na kawę i ploteczki :)
9. Więcej jeździć samochodem. 
Mój mąż się śmieje, że rocznie więcej wydaję na ubezpieczenie swojego samochodu niż na paliwo... 
10. Pojechać nad morze.
Okres wakacyjny spędzimy raczej na urządzaniu mieszkania, ale zamierzam wygospodarować kilka dni wolnego, abyśmy mogli pojechać nad morze, odpocząć, zresetować się. W tym roku obstawiamy najprawdopodobniej Karwię. 


A co Wy chcecie zrobić w Nowym Roku :)?
Czytaj więcej »

Shiny Box "Party Time"

piątek, 27 stycznia 2017 55 komentarzy
Ledwo nacieszyłam się boxem "So So Charming"- w ramach przypomnienia zawartości zapraszam tutaj, a tu już otrzymałam kolejne! I ekscytacja trwa od nowa :D Styczniowy Shiny Box "Party Time" kosztuje 49,00 zł i kryje w sobie aż 10 kosmetyków, w tym 8 pełnowymiarowych! Zaraz pokażę Wam je wszystkie po kolei.
W pudełku znalazłam sztuczne rzęsy oraz klej do ich przyklejania Neicha. Jest to marka produktów do przedłużania rzęs prężnie działająca w Stanach Zjednoczonych i Japonii. Rzęsy pochodzą z Korei, są ręcznie wykonane i nadają się do wielokrotnego użytku. Klej jest wodoodporny i ma bardzo precyzyjny aplikator. Jest biały, ale po wyschnięciu staje się przezroczysty. Mimo, iż mam już swoje lata, jeszcze nigdy nie miałam sztucznych rzęs. Dlatego mam nadzieję, że poradzę sobie z ich przyklejaniem :D  Rzęsy kosztują 16,90 zł, a klej 14,90 zł za 5g. 
Kolejnym kosmetykiem, który wyciągnęłam z boxa była emulsja rozświetlająca Glow Primer od Joko o pojemność 25 ml i cenie 9,90 zł. Dostępna jest w trzech odcieniach. Mnie trafił się kolor nr 201, Love Yourself. Rozświetlacz ma kremową konsystencję, wpadającą w różowe tony. Ma w sobie malutkie rozświetlające drobinki, które bardzo ładnie odbijają światło i subtelnie rozświetlają skórę. Emulsję można nakładać pod podkład lub go z nią wymieszać. Można też, tak jak ja to robię, rozświetlać nią wybrane partie twarzy, np. rozprowadzając cienką warstwę pod łukiem brwiowym, aby dodać spojrzeniu blasku. 
Dalej mamy miniaturową wersję wybielającej pasty do zębów Anty- osad od Blanx Med o pojemność 15 ml- pełnowymiarowy produkt kosztuje około 22,00 zł za tubkę o pojemności 75 ml. Ma mocno mentolowy smak, na długo pozostawia uczucie świeżego oddechu oraz fajnie się pieni, za co ma u mnie dodatkowy plus. Z tego co wyczytałam ma usuwać przebarwienia po kawie, coli, papierosach i czerwonym winie. 
W boxie "Party Time" znajdziemy także kosmetyczną niespodziankę, jaką jest lakier do paznokci lub malutka tubka z masłem do ciała Miód i Mleko od Cuccio Naturale, którą mam ja. Masełko ma wspaniały zapach, prawdziwe połączenie mleka i słodkiego miodu. Ma leciutką konsystencję, którą świetnie rozprowadza się po skórze. Kosmetyk bardzo dobrze nawilża, odżywia i koi podrażnienia. Używam go głównie do pielęgnacji dłoni- masełko leży koło laptopa, więc mam je cały czas pod ręką :) Taka tubeczka o pojemności 9,24 ml kosztuje tylko 5,00 zł. 
Kolejne dwa produkty z pudełka przeznaczone są do makijażu oczu. Pierwszym z nich jest modelujący żel do brwi Bell o pojemności 9g i cenie 9,99 zł. Jest to maskara, której zadaniem jest wypełnienie rzęs, podkreślenie ich i nadanie im bardziej wyraźnego wyglądu. Żel do brwi ma malutką, króciutką szczoteczkę, której włoski układają się spiralnie. Mam odcień nr 02 i jest to brązowy kolor wpadający w szarość. 
Znamy się już tyle lat, więc wiecie, że raczej nie maluję się cieniami. Dlatego początkowo nie za bardzo ucieszył mnie widok cienia do powiek w wysuwanej kredce Faberlic. Jednak wystarczyło jedno użycie, abym całkowicie zmieniła swoje nastawienie. Posiadam odcień nr 5527, który nazwany został "Mokrym asfaltem". Moim zdaniem ta nazwa idealnie oddaje kolor kredki. Cień jest mocno grafitowy, trochę taki mroczny. No podoba mi się strasznie! Używam go jako eyelinera, rozprowadzając go tuż przy linii rzęs, a następnie delikatnie rozcierając, uzyskując tym samym efekt smoky eyes. Ma genialną, kremową, "śliską" formułę, jest dobrze napigmentowany. Nie rozmazuje się w ciągu dnia, ale z godziny na godzinę kolor traci swoją intensywność. Cień Faberlic kosztuje 22,50 zł za 2,5 g. 
W boxie nie mogło zabraknąć produkty włosowego. Jest nim nowość na kosmetycznym rynku, czyli eliksir w olejku Fiber Therapy Gliss Kur. Zamknięty on został w wyprofilowanej buteleczce o pojemności 100 ml, którego cena waha się w okolicach 19,00 zł. Spray ten ma spajać i ochraniać włosy oraz nadawać im połysku i miękkości. Moje włosy bardzo lubią produkty Gliss Kur, więc na pewno zużyję go z przyjemnością. 
W boxie znalazł się jeden z tak zwanych produktów wymiennych, czyli zimowy krem do twarzy -20 protect Farmona. Wam może trafić się krem do rąk z tej samej linii lub ryżowa maska od Bandi. Krem do twarzy ma pojemność 75 ml i kosztuje 11,50 zł. W poręcznej tubce skrywa się leciutka konsystencja, którą lepiej wklepać w skórę niż wsmarować. Ma subtelny zapach, a na skórze nie pozostawia tłustej warstewki. Przeznaczony jest do normalnej i naczynkowej cery, ale na mojej mieszanej na razie też dobrze się sprawuje. 
No i doszliśmy do ostatniego kosmetyku z styczniowego boxa, a jest nim krem pod oczy L'orient. Prosta buteleczka zakończona jest pompką typu air less i kryje w sobie 15 ml aksamitnej konsystencji o subtelnym, kremowym zapachu. Regularnie stosowany ma spłycać zmarszczki, redukować opuchliznę i cienie pod oczami. Jest bardzo leciutki i szybko się wchłania, łagodnie nawilżając skórę wokół oczu. Znajdziecie go w wielu internetowych sklepach za cenę 64,00 zł. 
Podsumowując: styczniowy Shiny Box bardzo mi się podoba. Jego zawartość jest różnorodna, zarówno pod względem produktów, jak i marek kosmetycznych. Cena boxa jest bardzo atrakcyjna- sam krem pod oczy L'Orient kosztuje więcej niż całe to pudełko. Moim zdaniem, box "Party Time" wart jest zakupu :)
Czytaj więcej »

Niekosmetyczni ulubieńcy roku 2016

środa, 25 stycznia 2017 67 komentarzy
Poznałyście już moich faworytów 2016 roku w kategorii pielęgnacji twarzy oraz ciała. W niedługim czasie dowiecie się, jakie kosmetyki zostały moimi ulubieńcami w makijażu i pielęgnacji włosów. Żeby Was jednak nie zanudzić samymi kosmetykami, dziś zapraszam Was na post o ulubieńcach nie mających z kosmetykami nic wspólnego :)
Pierwszym moim niekosmetycznym ulubieńcem jest kubek z Biedronki, który kupił mi mąż. Właściwie to wtedy jeszcze narzeczony ;) Podoba mi się jego faktura, odcień zieleni ( a jest to kolor, który niezbyt mi się podoba ) oraz to, że ma większą pojemność. Towarzyszy mi każdego dnia i piję z niego wszystko: kawę, wodę, napoje. Nawet teraz, pisząc posta, popijam z niego czekoladowo- pomarańczową herbatkę :D 
Kolejnym niekosmetycznym ulubieńcem minionego roku jest torebka Sinsay. Potrzebowałam niedużej torebki w czarnym kolorze, bo moja poprzednia była już za bardzo zniszczona, i mój wybór padł właśnie na nią. Ma klasyczny fason, dzięki czemu pasuje do każdej stylizacji. Jest mała, ale pojemna- na tyle, aby bez problemu zmieścić mój duży portfel :P Mam ją już kilka miesięcy, nosze praktycznie codziennie, a nadal wygląda tak dobrze, jak w dniu jej zakupu. Chętnie kupiłabym drugą taką samą, ale w jaśniejszym kolorze, np. beżowym. 
Do grona moich ulubieńców trafił też zegarek w kolorze różowego złota. Wymieniłam go za naklejki, które zbierałam za zakupy w supermarkecie :P Tarcza otoczona jest malutkimi cyrkoniami, jednak moim zdaniem wcale nie wygląda to tandetnie. Zegarek sprawia wrażenie ciężkiego, ale wcale taki nie jest. Noszę go praktycznie codziennie. Ładnie się błyszczy i dobrze wygląda zarówno solo, jak i w połączeniu z bransoletkami. Początkowo był za duży, ale mój zdolny mąż skrócił mi pasek i teraz leży jak ulał :D
Ostatnim niekosmetycznym ulubieńcem 2016 roku jest etui na telefon od Etuo.pl, o którym pisałam już na blogu: klik. Zdjęcie nie oddaje całego uroku pokrowca, na żywo jest jeszcze ładniejszy. Posiada klapkę chroniącą ekran, odpowiedniej wielkości wycięcia na kabelki od ładowarki i słuchawek, a także ładny motyw akwarelowych kwiatów. To moje pierwsze etui z klapką na ekran. Wcześniej wydawało mi się, że takie futerały są mało praktyczne, jednak okazało się, że żyłam w błędzie ;) 

Chętnie teraz poznam Waszych niekosmetycznych ulubieńców :)
Czytaj więcej »

"Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji" Charlotte Cho

niedziela, 22 stycznia 2017 88 komentarzy
Jestem chyba ostatnią blogerką, która przeczytała "Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji" Charlotte Cho, po czym zabrała się za napisanie jej recenzji. Długo zwlekałam z jej lekturą, bo nie jestem szczególną entuzjastką poradników, ale zdarza mi się sięgnąć po głośniejsze tytuły. A o "Sekretach..." swego czasu było naprawdę głośno! 
Autorką książki jest Charlotte Cho- wykwalifikowana kosmetyczka, ekspertka koreańskiej pielęgnacji i właścicielka sklepu Soko Glam. To dziewczyna urodzona w Kalifornii z koreańskimi korzeniami. W wieku dwudziestu kilku lat otrzymała propozycję pracy w Samsungu z siedzibą w Seulu, gdzie zachwyciła się nie tylko koreańską kulturą, ale przede wszystkim wypielęgnowanymi cerami Koreanek. 
Książka jest "słodka", nieco infantylna przez wszędobylski róż i malunki, które mogłyby wyjść spod ręki zdolniejszego ucznia podstawówki, jak na przykład ślimak wychylający się ze zdjęcia poniżej. Ale tak właśnie kojarzy mi się koreańska natura- musi być różowo, słodko i szczebiotliwie. Nie mniej jednak, czyta się ją jednym tchem, bo styl pisania autorki jest bardzo prosty i przystępny w odbiorze, a sama książka przepełniona jest żarcikami i anegdotkami z życia Charlotte Cho. Autorka potrafi przykuć uwagę czytelnika, nie zanudza zbędnymi opisami czy szczegółami, potrafi przekazać swoją wiedzę w interesujący sposób. 
W porównaniu z Koreankami, my Europejki, dbamy o cerę powierzchownie. Koreańskie kobiety, a nawet mężczyźni, mają zupełnie inne podejście do pielęgnacji, traktują ją bardziej ceremonialnie. Odnoszę wrażenie, że w Korei pielęgnacja traktowana jest mocno hedonistycznie, jako radość i przyjemność, a z drugiej strony jest to dziedzina życia traktowana zbyt poważnie- prowadzenie auta w rękawiczkach czy chodzenie z parasolem w słoneczne dni jest dla mnie zbyt przesadne, trochę dziwaczne i nieco zakrawające na obsesję. Rozumiem, że trzeba chronić skórę przed słońcem, ale nie popadajmy w skrajności. 
Z książki dowiedziałam się, że sekret nieskazitelnych cer Koreanek tkwi w dziesięciu prostych krokach, wśród których najważniejsze jest dwuetapowe oczyszczanie skóry. Jest to pierwszy i drugi krok w koreańskim rytuale pielęgnacyjnym. Chodzi o to, aby najpierw oczyścić twarz olejkiem myjącym, a następnie kosmetykiem na bazie wody, np. żelem do mycia twarzy. Trzeci krok to regularne złuszczanie martwego naskórka, a czwartym krokiem jest bezalkoholowy tonik, dzięki któremu skóra lepiej wchłonie kosmetyki, które będziemy na nią aplikować. Piąty krok, czyli esencję, autorka nazwała sercem koreańskiego rytuału pielęgnacyjnego! Jest to produkt silnie nawilżający i wspomagający procesy komórkowe zachodzące w skórze, który można stosować także na włosy. Szósty krok to nawilżanie, nawilżanie i jeszcze raz nawilżanie. Jednak zwykły krem to za mało, ważniejsze są emulsje, ampułki i koncentraty, oczywiście dostosowane do potrzeb cery. Maseczki w płachtach są siódmym krokiem w koreańskim rytuale pielęgnacji- muszę zaopatrzyć się w kilka z nich ;) Ósmy krok to delikatne wklepanie kremu pod oczy. Dziewiątym krokiem jest krem nawilżający, raz w tygodniu zastąpiony całonocną maseczką. I ostatnim, dziesiątym krokiem jest emulsja z filtrem przeciwsłonecznym. 
Gdybym miała porównać swoją codzienną pielęgnację z koreańską, to nie jest z nią tak źle. Wieczorną toaletę zaczynam od demakijażu płynem micelarnym z olejkiem arganowym, a następnie myję twarz oczyszczającym żelem. Raz- dwa razy w tygodniu używam sonicznej szczoteczki lub peelingu, usuwając tym samym martwy naskórek i wygładzając skórę. Następnie spryskuję twarz tonikiem, wklepuję krem pod oczy oraz krem nawilżający na skórę twarzy, szyi i dekoltu. Jak same widzicie, w mojej pielęgnacji nie ma tylko lub aż esencji, ampułek, maseczek w płachcie oraz kosmetyku z filtrem przeciwsłonecznym. Jednak po lekturze książki zamierzam wprowadzić do swojej pielęgnacji te brakujące elementy ;) 
Książka to nie tylko kompendium wiedzy na temat koreańskiej pielęgnacji, ale też przewodnik po miejscach wartych odwiedzenia w Seulu, regionalnych potrawach, których po prostu trzeba spróbować, a także zbiór ciekawostek o koreańskich zwyczajach. "Sekrety urody Koreanek" pochłonęłam w jeden dzień i naprawdę wiele się nauczyłam. Z przyjemnością zapoznałam się z koreańskimi rytuałami pielęgnacyjni, a niektóre z nich na pewno wprowadzę do swojego codziennego ceremoniału dbania o cerę :)
Czytaj więcej »

Shiny Box "So So Charming"

czwartek, 19 stycznia 2017 51 komentarzy
Na początku roku dostałam propozycję zostania Ambasadorką Shiny Box. Takich propozycji się nie odrzuca i dlatego dziś mogę przedstawić Wam zawartość pierwszego pudełko Shiny, jakie trafiło w moje ręce, czyli jasnoróżowego box'a "So So Charming". W pudełku kryje się 6 kosmetyków ( pięć do pielęgnacji skóry twarzy i jeden do ciała ) marki Charmine Rose w cenie 39,00 zł. Jest to marka kosmetyczna, która na europejskim rynku istnieje od 1989 roku, czyli w tym roku kończy 28 lat, tak jak ja :D
Pierwszym z kosmetyków, jaki znajdziecie w najnowszym Shiny Box'ie jest krem wypełniająco- modelujący o pojemności 15 ml ( 50 ml/80,00 zł ) przeznaczony dla skóry dojrzałej. Planowałam oddać go mamie, jednak po pierwszym użyciu postanowiłam, że jednak zostanie on u mnie. Bardzo odpowiada mi jego kremowo- żelowa konsystencja, subtelny zapach i to jaką fajną jest bazą pod makijaż. Ładnie wygładza nierówności twarzy i dobrze współpracuje z kolorowymi kosmetykami. W jego składzie znajduje się wiele aktywnych składników, np. kwas hialuronowy czy też olej z pestek brzoskwiń, które zapewniają skórze optymalną dawkę nawilżenia. 
W takiej samie tubce znajduje się krem z kwasem migdałowym ( 5% ) i salicylowym ( 2%), tym razem do skóry z niedoskonałościami i przebarwieniami ( 50 ml/ 60,80 zł ). Też ma ładny zapach oraz kremowo- żelową konsystencję, która łatwo się rozprowadza i szybko się wchłania. Bardzo, bardzo delikatnie złuszcza naskórek, a poza tym wygładza skórę i ją zmiękcza. Jest dosyć wydajny. Dopełnia moją wieczorną pielęgnację twarzy. 
Kolejne dwa kosmetyki, które są w Shiny Box'ie to CC balsam do ciała oraz łagodzący balsam z kwasem szikimowym. Oba znajdują się w poręcznych i higienicznych buteleczkach o pojemności 50 ml, utrzymanych w takiej samej szacie graficznej i zakończonych pompką air less. W sklepie producenta krem CC kupicie w opakowaniu o pojemności 200 ml i w cenie 96,00 zł, a balsam z kwasem w mega butli o pojemności aż 550 ml i w cenie 141,00 zł. 
Balsam CC jest bezzapachowy i łączy w sobie balsam pielęgnujący oraz krem korygujący koloryt skóry. Ma w sobie subtelne, rozświetlające drobinki, które dają piękny efekt skóry muśniętej słońcem. Kremowa konsystencja przypomina kolorem czekoladowy mus. Po wyciśnięciu balsam wydaje się dość ciemny, ale po rozprowadzeniu ładnie stapia się ze skórą i nie tworzy smug. Świetnie ujednolica koloryt skóry, niwelując widoczność drobniutkich niedoskonałości, jak na przykład pojedynczych przebarwień. Ponadto delikatnie nawilża skórę. 
Kwas szikimowy, który znajdziemy w kolejnym produkcie z boxa "So So Charming", ma przede wszystkim silne działanie antybakteryjne i przeciwtrądzikowe. Ten łagodzący balsam z kwasem szikimowym można stosować w domowym zaciszu po opalaniu, a także po wielu zabiegach kosmetycznych, na przykład mikrodermabrazji, z użyciem lasera lub kwasów. Na razie użyłam go tylko kilka razy, ale udało mi się zaobserwować delikatne wygładzenie.  Krem ten ma lekką konsystencję w delikatnym odcieniu błękitu oraz troszkę przy kwaskowaty, cytrusowy zapach. W swoim składzie ma również alantoinę, witaminę C i E, masło shea oraz wyciąg z opuncji. 
Ostatnie dwa produkty przeznaczone są do demakijażu. Jednym z nich jest oczyszczający płyn micelarny, którego regularna pojemność to 200 ml, a cena- 45,00 zł. Drugi to mleczko z wyciągiem z czarnej malwy, który również dostępny jest w 200 ml opakowaniu, a jego cena wynosi 41,60 zł. W Shiny Box'ie oba te produkty dostępne są w jednakowych butelkach z pompką o pojemności 100 ml. Mają taką samą, ładną i elegancką szatę graficzną.
Oczyszczający płyn micelarny ma kolor słabiutkiej zielonej herbaty i jest lekko perfumowany. Bardzo dobrze oczyszcza makijaż i zanieczyszczenia ze skóry. Świetnie rozpuszcza kolorowe kosmetyki. Po użyciu skóra jest miękka i nawilżona. Równie dobrze sprawdza się w demakijażu oczu, co przetestowałam razem z mamą, jednak u mnie powoduje lekkie pieczenie i łzawienie, dlatego zrezygnowałam z używania go w okolicach oczu. 
Mleczko z wyciągiem z czarnej malwy ma kremowo- żelową konsystencję w lekko różowym kolorze, bez problemu przeciska się przez wąską pompkę. Bardzo ładnie pachnie, przepięknie wręcz, tak kwiatowo i słodko jednocześnie, a trochę jak guma balonowa. Moim zdaniem mleczko ma najładniejszy zapach z wszystkich kosmetyków z pudełka "So So Charming" :) Przeznaczone jest dla każdego typu cery. Nie jest tłuste ani nie zostawia "mgły" na oczach. Świetnie łagodzi wszelakie podrażnienia, nawilża i zmiękcza skórę. W przeciwieństwie do płynu micelarnego nie podrażnia oczu. 
Jest to moje pierwsze kosmetyczne pudełko i muszę przyznać, że jestem zadowolona z zawartości, jaką w sobie kryje. Mimo iż są to mniejsze wersje pełnowymiarowych kosmetyków dostępnych w sklepie producenta, to ich pojemność pozwala na poznanie działania poszczególnych produktów. Wyjątkiem mogą być kremy w tubce o pojemności 15 ml, ale i one mogą skutecznie pobudzić naszą ciekawość i chęć ich dokładniejszego poznania :)
Czytaj więcej »

25 rzeczy, które zrobiłam w 2016 roku

poniedziałek, 16 stycznia 2017 108 komentarzy

1. Wyszłam za mąż :)
2. Założyłam drugiego bloga ( www.tosiepopisalam.pl ).
3. Dwa razy pojechałam w góry, najpierw do Zakopanego, kilka miesięcy później do Karpacza.
4. Pierwszy raz w życiu jadłam takie rarytasy jak ślimaki, ośmiorniczki, przegrzebki, mule i mięso z rekina :D 
5. Pojechałam do Warszawy na konferencję Meet Beauty- w tym roku mam nadzieję pojechać znowu :) 
6. Kupiłam nową lampę do hybryd :D
7. Obchodziłam pierwszy rok istnienia na Instagramie i pięć lat blogowania. 
8. Skoro już przy Instagramie jesteśmy, to muszę się pochwalić, że przez ostatni rok zebrałam prawie 50 tysięcy like'ów pod swoimi zdjęciami ;)
9. Z mężem kupiliśmy mieszkanie! 
10. Zostałam ciocią Dorotki :D
11. Zaczęłam drugi rok nauki na kierunku technik rachunkowości.
12. Obejrzałam wszystkie sezony "Gotowych na wszystko".
13. Pierwszy raz w życiu korzystałam z solarium. 
14. Nawiązałam wiele ciekawych współprac, np. z Wydawnictwem Kobiecym czy Lirene. 
15. Znalazłam się w Rankingu Najpopularniejszych Polskich Blogów Kosmetycznych, który rok rocznie tworzy Marta z bloga lusterko.net- zdobyłam srebro! 
16. Zaczęłam chodzić w spódniczkach. Dla mnie to naprawdę wyczyn ;)
17. Byłam na Bożonarodzeniowym Jarmarku we Wrocławiu. 
18. Byłam na cudownym, relaksacyjnym zabiegu w spa.
19. Kupiłam pierwsze, prawdziwie azjatyckie kosmetyki. 
20. Dzielnie oglądałam mecze piłki nożnej podczas Euro 2016! 
21. Zmieniłam szablon bloga i prężniej zajęłam się jego promocją w social mediach. 
22. Spróbowałam wódki z syropem malinowym i tabasco, czyli tak zwanego Wściekłego Psa :P
23. Przeczytałam blisko 50 książek. 
24. Napisałam post, który został wyświetlony prawie 8 tysięcy razy ( klik ) !!!
25. Opublikowałam dwie wishlisty, z których udało mi się zrealizować pięć punktów: kupiłam deskę do prasowania, nowe etui na telefon, książkę Nicholasa Sparksa "Spójrz na mnie" i zegarek, a także przeczytałam "Sekrety urody Koreanek" Charlotte Cho, których recenzja pojawi się na dniach.

A co Wy zrobiłyście w minionym roku :)?
Czytaj więcej »

Recenzja: Podkład Matte&Moisture, Smart Girls Get More

sobota, 14 stycznia 2017 47 komentarzy
Obietnice producenta:
Matujący podkład z kwasem hialuronowym, który nawilża i matuje oraz nadaje świeży i promienny wygląd.

30 ml/ około 10,00 zł
Moim zdaniem:
W ostatnim czasie dane mi było poznać kilka kosmetyków do makijażu polskiej marki Smart Girls Get More. W ramach przypomnienia, w ciągu kilku miesięcy na blogu napisałam już o błyszczyku do ust, szmince, kredce do brwi, a także o tuszu do rzęs. Tym razem chcę Wam przedstawić podkład matująco- nawilżający.
Fludi został umieszczony w niewielkiej tubce zakończonej wąskim aplikatorem. Opakowanie zostało wykonane z w miarę elastycznego, giętkiego tworzywa, dzięki czemu podkład można wycisnąć do ostatniej kropelki. Prosta nakrętka po pierwsze szczelnie chroni kosmetyk przed wylaniem, a po drugie umożliwia stabilne postawienie tubki na toaletce. Jedynym mankamentem opakowania jest brak przezroczystych ścianek, przez które można by było kontrolować poziom zużycia kosmetyku. 
Podkład dostępny jest w pięciu odcieniach. Ja posiadam drugi z kolei, czyli 02 Light Beige. Jest to ładny odcień beżu, lekko wpadający w żółte tony. Jest to jasny, ciepły odcień, idealny wtapiający się w moją skórę i nie odcinający się od reszty ciała. Produkt Smart Girls Get More nie utlenia się, a ponadto jest bezzapachowy i ma genialną, kremową, a zarazem lekką i aksamitną konsystencję, którą bardzo dobrze rozprowadza się po skórze.
Podkład zawsze nakładam pędzlem Hakuro H50- tak zaaplikowany daje najlepszy efekt. Przede wszystkim, ładnie dopasowuje się do koloru skóry, tym samym nie tworzy efektu maski, a makijaż wygląda świeżo i naturalnie. Podkład matuje na około 2-3 godziny, później moja skóra potrzebuje przypudrowania. Za to efekt nawilżenia jest odczuwalny przez cały czas. Po demakijażu skóra nie jest spięta ani sucha, podkład nie pozostawia po sobie niemiłego wspomnienia. Dobrze rozprowadzony, w nie za dużej ilości ( bo dobrze wiemy, że im mniej, tym lepiej ) nie wchodzi w zmarszczki, nie waży się, nie smuży ani też nie podkreśla suchych skórek. Zaaplikowany pędzlem, świetnie ukryje zaczerwienienia i inne niedoskonałości cery. Do tego wszystkiego jest jeszcze lekki, pozwala skórze oddychać, a co ważniejsze: nie jest komedogenny, co oznacza, że nie zapycha porów skóry. Tym samym świetnie sprawdza się w codziennym makijażu. 
Nie spodziewałam się, że podkład, którego cena nie przekracza 10,00 zł okaże się tak dobrym kosmetykiem. Jestem nim szczerze zdumiona, bo niczym nie odstaje od droższych, drogeryjnych fluidów. Spotkać go możecie w Drogeriach Natura. Zachęcam, aby wrzucić go do koszyczka i wypróbować na własnej skórze. Coś czuję, że będziecie zadowolone :) 
Czytaj więcej »

Małżeństwo jest fajne.

czwartek, 12 stycznia 2017 106 komentarzy
Do napisania dzisiejszego posta zainspirowała mnie Agata swoim wpisem o małżeństwie. Zainteresowanych odsyłam pod ten link, a Tobie Kochana rachunek za reklamę wyślę pocztą :P
Mężatką jestem od kilku miesięcy, więc niewiele jeszcze wiem, ale tym bardziej się wypowiem :P Moim zdaniem, małżeństwo jest bardzo fajne. Zapytacie "co konkretnie jest takiego fajnego w małżeństwie?". No to Wam powiem:
Fajne jest to, że w weekendy wstaje razem z Tobą o świcie i gdy Ty szykujesz się do szkoły, on skrobie szyby w Twoim samochodzie.
Fajne jest to, że gdy on ogląda kolejny odcinek programu motoryzacyjnego, Ty na łóżku obok czytasz książkę. 
Fajne jest to, że o 22:00 je kolację i nadal jest szczupły, czego mu zazdrościsz, bo Ty na samą myśl o zjedzeniu czegokolwiek o tej godzinie już czujesz zbliżające się kilogramy. 
Fajne jest to, gdy potrząsasz mu przed oczami włosami, on od razu reaguje "Kochanie, byłaś u fryzjera!", a Ty naprawdę byłaś.
Fajne jest to, że gdy budzicie się w nocy sprawdzacie czy Wasza druga połowa jest na pewno przykryta i nie marznie. 
Fajne jest to, że on wraca z zakupów z czekoladową kokosową, której jeszcze nie jadłaś, bo wie jak bardzo lubisz wszystko, co kokosowe. 
Fajne jest to, że czekasz aż on wróci po ośmiu godzinach pracy. 
Fajne jest to, że wracasz do domu ze świadomością, że on tam jest i czeka na Ciebie. 
Fajne jest to, kiedy zaspana dostajesz od niego buziaka, zanim rano wyjdzie do pracy.
Fajne jest to, jak kręci oczami widząc ile kosmetyków nakładasz na swoje ciało przed snem :D
Fajne są wieczorne sprzeczki o to, co dziś oglądacie w telewizji.
Fajne jest to, gdy wieszasz pranie, a on zachodzi Cię od tyłu i znienacka przytula.
Fajne jest to jak cieszy się Twoimi sukcesami.
Fajne jest nawet to, że po ślubie jakoś tak głośniej przełyka, gdy pije :P
Fajne jest wspólne gotowanie.
Fajne jest to, jak mówi, że będzie lepiej.
Fajne jest to, że ledwo wejdzie z Tobą do sklepu odzieżowego, a już pyta "wychodzimy?".
Fajne jest to, że niepytany zrobi Ci kubek Twojej ulubionej herbaty.
Fajne jest też to, że "grzebie się" dłużej przed wyjściem od Ciebie.
Fajne jest to, że Ty zdążysz przejść pół marketu, podczas gdy on zatrzymał się na dziale motoryzacyjnym. 
Fajne jest nawet to, że gdy Ty oglądasz w sklepie torebkę/buty/nową sukienkę, mówi "zostaw to!masz już podobną" :P
Fajne jest to, że gdy go wkurzasz/drażnisz/wariujesz, on mówi "Boże, i tak całe życie".
Fajne są słowa "uważaj na siebie", gdy wybierasz się w dalszą podróż bez niego.
Fajne są też jego kapcie zostawione na środku pokoju, o które się potykasz.
Fajne jest to, że gdy pytasz co chce dostać na urodziny, on Ci odpowiada, że wiertarkę. I masz babo placek...
Czytaj więcej »

Fantastyczna piątka, czyli kosmetyczni ulubieńcy roku 2016: pielęgnacja ciała

poniedziałek, 9 stycznia 2017 74 komentarze
Kilka dni temu mogłyście poczytać o moich ulubieńcach roku 2016 w kategorii pielęgnacji twarzy. To był dopiero pierwszy wpis z tej serii, przygotowałam jeszcze cztery :D Dziś zapraszam na kolejny post o moich kosmetycznych faworytach w 2016 roku, tym razem w kategorii pielęgnacji ciała. Nie są to kosmetyki, które poznałam w minionym roku, ale te, których zdecydowanie używałam najczęściej.
Antyperspirat Garnier Mineral według mnie jest najlepszym drogeryjnym antyperspirantem. Świetnie chroni przed potem, jednocześnie pozwalając skórze oddychać. Podoba mi się jego zapach, to jak szybko się wchłania, a przede wszystkim to, że nie odbarwia ubrań ani nie pozostawia na nich nieestetycznych plam. Nie potrafiłabym już chyba zliczyć ile jego opakowań już zużyłam. 
Kremowy płyn do higieny intymnej Intima Ziaja ma same zalety: niską cenę, dużą pojemność, sporą wydajność, wygodne opakowanie z pompką oraz aksamitną, kremową konsystencje. Poza tym spełnia wszystkie obietnice producenta: delikatnie myje, nawilża oraz zapewnia długotrwałe uczucie świeżości i czystości. Czasami zdarza mi się "zdradzić" Intimę z innym żelem do pielęgnacji miejsc intymnych, jednak zawsze do niej powracam. 
Naturalne masło shea Bioamare wielofunkcyjny kosmetyk, który może zastąpić krem do stóp, serum do końcówek włosów czy balsam do ust. Uwielbiam go używać, bo jak żaden inny kosmetyk długotrwale i fantastycznie natłuszcza, odżywia i regeneruje moją skórę. Rewelacyjnie nawilża nawet najbardziej suche partie ciała, jak stopy, łokcie czy kolana. W mojej pielęgnacji ciała masło shea jest niezastąpione i zawsze mam je w swojej kosmetyczce. 
Perfumy Coco Chanel Mademoiselle zapach, który jest ze mną w ważnych momentach mojego życia: obrona pracy dyplomowej, zaręczyny, ślub. Jest lekki, świeży, szykowny, a jednocześnie z subtelną orientalną nutą. Cechuje go ponadczasowość, elegancja, harmonia. Nie sposób przejść obok tych perfum obojętnie. Szybko się nudzę, lubię często zmieniać kosmetyki, ale te perfumy nigdy mi nie spowszechnieją.  
Lakiery hybrydowe odkryłam w 2015 roku, ale w 2016 moja miłość do nich tylko wzrosła. Zaczęło się od Semilaca, potem przyszedł czas na Victoria Vynn, Effective Nails, Canii, ProCosmetics i Neess. W tym roku mam nadzieję poznać jeszcze między innymi Indigo i NeoNail ;) Dlaczego tak lubię hybrydy? Te z Was, które wypróbowały manicure hybrydowy wiedzą, że tak naprawdę nie da się ich nie lubić. Żadne inne lakiery nie gwarantują tak trwałego, błyszczącego, idealnego manicure!

Znacie już moich ulubieńców 2016 roku w pielęgnacji ciała, teraz chciałabym poznać Waszych :)
Czytaj więcej »

Grudniowy projekt denko

piątek, 6 stycznia 2017 58 komentarzy
1. Odżywczy krem na zniszczone skórki paznokci, Herome- niewielka tubka skrywa w sobie produkt z aż trzema składnikami nawilżającymi, dzięki którym skórki wokół paznokci są dobrze odżywione i zadbane. Więcej dowiecie się recenzji.
2. Brązujący balsam do ciała, Palmer's- mała próbka wystarczyła mi na trzy porządne wybalsamowania ciała. To zbyt mało, abym zaobserwowała czy moja skóra faktycznie troszkę zbrązowiała. Jednak nieestetyczne, ciemne plamy pomiędzy palcami, jakie zostawił po sobie balsam, już zauważyłam. 
3. Brązowy żel stylizujący do brwi, Wibo- mój pierwszy produkt do stylizacji brwi i od razu strzał w dziesiątkę! Spiralna szczoteczka świetnie rozczesuje brwi i nadaje im ładny kształt, a pigment podkreśla ich naturalny kolor. Jeszcze więcej dowiecie się z recenzji
4. Pogrubiający tusz do rzęs Volume Celebrities, Eveline- lubię kosmetyki Eveline, w tym tusze do rzęs, ale ten jest chyba największym niewypałem marki. Nie mogę odmówić mu ładnego wydłużania rzęs. Jednak bardzo przeszkadza mi w nim to, że lubi je sklejać, rozmazywać się pod okiem i sprawiać trudności w demakijażu. 
5. Pogrubiający tusz do rzęs 2000 Calorie, Max Factor- jeden z moich ulubionych tuszy do rzęs i to już od paru lat. Dokładniej, to od około czterech, bo to w 2013 roku popełniłam jego recenzję. Lubię ten tusz za to jak świetnie rozczesuje i pogrubia rzęsy, jak dobrze je wydłuża, jak dodaje spojrzeniu głębi. 
6. Korektor- kamuflaż w płynie, Catrice- do stosowania pod oczy stanowczo za ciężki, jednak do ukrycia niedoskonałości cery jest niezastąpiony. Nie waży się, nie odznacza, dobrze współpracuje z innymi kosmetykami do makijażu. recenzji dowiecie się o nim jeszcze więcej. 
7. Korektor w kremie Wake Up pod oczy, Manhattan- kupiłam chyba podczas jednej z rossmannowskich promocji -49% na kosmetyki do makijażu, więc wiele nie wydałam. I bardzo dobrze, bo korektor nie jest wart nawet tych kilku złotych, które przyszło mi zapłacić. Piszę tak dlatego, że nie wywiązał się z obietnic producenta. Miał tuszować podkrążone oczy i dodawać blasku zmęczonym, a nie robił ani jednego ani drugiego. 
8. Matujący podkład kryjący Ideal Cover Full HD, Eveline- jeden z fajniejszych podkładów, jakie dane mi było testować w minionym roku. W planach mam zakup kolejnej buteleczki. O jego głównych zaletach i kilku malutkich niedoskonałościach poczytacie w recenzji.
9. Peeling przeciwtrądzikowy do twarzy, Biomare- jeśli dobrze poszukacie, znajdziecie go w Tesco. Zawiera drobinki korundu, które świetnie złuszczają martwy naskórek, pozostawiając tym samym skórę gładką i miękką. O innych jego właściwościach przeczytacie w recenzji
10. Krem do rąk Purely Pampering, Dove- krem o delikatnej, troszkę wodnistej, a jednak treściwej konsystencji, który odpowiedni zadba o skórę dłoni. Na mojej niewymagającej skórze spisał się bardzo dobrze, podtrzymując ją w dobrej kondycji, nawilżając i zmiękczając. 
11. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu, Lirene- to już drugie opakowanie tego płynu, ale wydaje mi się, że nie ostatnie. W zmywaniu oczu jest naprawdę rewelacyjny, działa szybko i skutecznie. Z recenzji dowiecie się czy spełnia inne obietnice producenta, w tym tą o wydłużeniu rzęs. 
12. Żel pod prysznic Lilia Wodna i Brzoskwinia, Balea- kolejny żel Balea o ładnym zapachu, który dobrze myje i odświeża, nie wysuszają przy tym skóry. Ukryty w poręcznej butelce, jest bardzo wydajny. 
13. Szampon do włosów z czosnkiem, Vatika- bardzo dobry oczyszczający szampon o nieuciążliwym czosnkowym zapachu, dodający włosom miękkości. Wydajny, niezbyt drogi, w poręcznej butelce. Nie tak dawno pojawiła się jego recenzja.
14. Ekspresowa odżywka regeneracyjna Ultimate Resist, Gliss Kur- zdradzę Wam sekret: ta odżywka pojawi się w włosowych ulubieńcach minionego roku. Wiem, że jest naszprycowana silikonami i całą inną chemią, ale uwielbiam spryskiwać nią włosy tuż przed prostowaniem. 
15. Hydro- żel do mycia ciała Soczysty Aloes, AA- wiecie, że nie lubię pisać o żelach pod prysznic, dlatego będę się streszczać. Warto go kupić, bo ładnie pachnie, jest wydajny, a używając go nie wysuszycie sobie skóry. 
16. Ultra- nawilżający płyn micelarny z błękitną algą, Lirene- kolejny świetny produkt do demakijażu od Lirene. Delikatny dla skóry, bezlitosny dla nagromadzonych zanieczyszczeń. Łagodzi, koi i delikatnie nawilża, przygotowując skórę na dalszą pielęgnację. Naprawdę zaczynam doceniać tę markę. 
17. Odżywczy peeling cukrowy do ciała, Equilibra- największy słoik z peelingiem, jaki kiedykolwiek miałam! Kosmetyk super natłuszcza skórę, wygładza i dodaje miękkości, czym rekompensuje swoją "przyczepność" i trudności w zmyciu z ciała. Jego recenzja pojawiła się na blogu zaraz po Świętach.

PS. Dacie wiarę, że to już 900-ny wpis na moim blogu :D
Czytaj więcej »

Recenzja: Różany olej piękności, Maroko Sklep

środa, 4 stycznia 2017 50 komentarzy
Obietnice producenta:
Różany olejek piękności jest połączeniem różanego olejku eterycznego, oleju sezamowego oraz oleju z pestek moreli. Pielęgnuje skórę, naturalnie ją odmładzając oraz pomaga w walce z objawami starzenia się skóry. 

30ml/ 26,88zł w Maroko Sklep
Moim zdaniem:
Odkąd pamiętam zawsze stroniłam od różanych kosmetyków. Przyczyną tego był głównie ich "babciny" zapach, dla mnie nie do zniesienia. Dlatego sama sobie się mocno dziwiłam, że wśród produktów, które wybrałam w ramach kontynuacji współpracy z Maroko Sklep znalazł się Różany Olej Piękności.
Z perspektywy czasu zastanawiam się czy mój wybór tego kosmetyku nie był podyktowany względami estetycznymi, bo niewielka buteleczka z zakraplaczem po prostu nie może się nie podobać. Postawiona na toaletce zwraca na siebie uwagę, bo w rzeczywistości jest jeszcze ładniejsza. Dołączona do niej wygodna pipetka umożliwia higieniczne dozowanie produktu. To, ile się w niej mieści olejku, jest odpowiednią ilością do dokładnego rozprowadzenia olejku po skórze twarzy, szyi i dekoltu. Elegancka buteleczka kryje w sobie 30 ml nietłustego olejku, w ładnym odcieniu czerwieni i niestety, okropnym zapachu. Po recenzji szafranowego kremu do rąk wiecie, że mój mąż ma wrażliwy nos na wszelkie aromaty. Zapach tego olejku równie mocno nie przypadł mu do gustu, ale tym razem nie jest w tym osamotniony. Kosmetyk pachnie jak najgorszej jakości różane perfumy, jego zapach jest gorzki, duszący, ciężki i przytłaczający. 
Chciałabym napisać, że działanie olejku rekompensuje jego nieprzyjemny zapach. Niestety, skłamałabym. Mimo regularnego wklepywania olejku od blisko miesiąca nie zauważyłam, by w jakikolwiek sposób na nią wpłynął. Jedynym aspektem jego oddziaływania, jaki dane było mi zaobserwować, to nawilżenie skóry, ale też nie mega spektakularne. Czy jest jednak coś, co mogę dobrego o nim napisać? Chyba tylko to, że nie podrażnił ani nie zapchał mojej cery. 
Resztę olejku zamierzam zużyć do balsamowania ciała, bo dzięki temu szybciej dobije dna. Liczę jednak na to, że tych kilka tygodni stosowania go na skórę twarzy w przyszłości zaprocentuje. I mam tu na myśli przede wszystkim obietnice o jego właściwościach odmładzających skórę. 
Czytaj więcej »

Szczotka Tangle Teezer- o co tyle szumu?

poniedziałek, 2 stycznia 2017 57 komentarzy
Kilka lat temu na moim blogu pojawił się tag o tym, czego nie potrzeba mi do szczęścia ( gdyby kogoś zainteresował ten post, to zapraszam tutaj ). Wymieniłam pięć kosmetycznych rzeczy, w tym szczotkę Tangle Teezer. Mimo niezliczonej ilości pozytywnych recenzji, które przeczytałam, nie odczuwałam potrzeby jej posiadania. Aż do dnia, w którym robiłam zakupy w jednej z internetowych drogerii, gdzie akurat jeden model szczotki do włosów Tangle Teezer był sporo przeceniony, więc pomyślałam "za taką cenę, co mi szkodzi sprawdzić o co tyle szumu?". No więc wrzuciłam ją do wirtualnego koszyczka, a po otrzymaniu przesyłki ostro zabrałam się za jej testowanie. 
Według producenta, jego szczotka to "prawdziwa rewolucja w rozczesywaniu włosów. (...) rozczesuje włosy bezboleśnie i szybko, pozwala uzyskać niezwykły efekt w ciągu pół minut!". Ponadto "(...) dzięki zastosowaniu innowacyjnego kształtu ząbków ze specjalnego elastycznego tworzywa, szczotka działa niewiarygodnie delikatnie i skutecznie. (...) dostosowuje się do włosów, nie ciągnie splątanych kosmyków, czesze delikatnie i cicho zapewniając gładkie i lśniące włosy w mgnieniu oka.". Po prostu bajka! 
Posiadam kompaktową wersję szczotki, z nasadką chroniącą ząbki przed deformacją, dzięki której szczotkę można wrzucić do torebki i nie martwić się, że wśród innych bibelotów, jej ząbki ulegną zniekształceniu. Szczotka Tangle Teezer dostępna jest w wielu wariantach kolorystycznych. Ja posiadam czarno- różową z motywem panterki. Szczotka jest fajnie wyprofilowana, wygodnie leży w całej dłoni, pozwalając na sprawne rozczesywanie włosów. 
Obecnie moje włosy sięgają za łopatki ( ale już niedługo, planuję większą metamorfozę. przynajmniej na dzień dzisiejszy, za tydzień mogę zmienić zdanie :P ), szybko przetłuszczają się u nasady, na końcach lubią się wywijać i puszyć, a tak w ogóle to są jeszcze "nieusłuchane" i żyją swoim życiem. Ich pierwsze spotkanie z Tangle Teezer nie należało do udanych. Szczotka wcale nie sunęła tak gładko po włosach, jakbym się spodziewała, poza tym były jakieś naelektryzowane. Pamiętam, że tego dnia "poprawiłam" włosy swoją starą szczotką, bo efekt uzyskany Tangle Teezer mnie nie satysfakcjonował. Kolejne podejścia do szczotki były już lepsze, ale nie do tego stopnia, abym zachwycała się nią jak większość blogerek i polecała każdemu, kto się napatoczy na linii wzroku. W szczotce przeszkadzają mi jej krótkie ząbki, przez które muszę dzielić włosy na pasma, aby móc je dokładnie rozczesać. Przez to rozczesywanie włosów trwa nieco dłużej niż przy użyciu tradycyjnej szczotki. W przeciwnym wypadku mam wrażenie, że włosy rozczesane są tylko powierzchownie. I tak jest bez względu na to czy włosy są mokre czy suche. Poza tym włosy rozczesane tą szczotką wcale nie są gładsze niż przy użyciu zwykłej szczotki do włosów, a nie ukrywam na to liczyłam najbardziej. 
Tangle Teezer nie można jednak odmówić kilku zalet, takich jak jej lekkość, delikatność w rozczesywaniu, brak ciągnięcia, wyrywania i szarpania włosów oraz łatwości w utrzymaniu jej w czystości. Po każdym użyciu wyjmuję z niej włosy, które wypadły podczas rozczesywania, a raz w miesiącu myję ją starą szczoteczką do zębów z odrobiną szamponu do włosów, następnie spłukując ją pod letnią wodą i zostawiając do wyschnięcia. 
Szczotka Tangle Teezer zdobyła wiele wyróżnień i nagród oraz ma szerokie grono zwolenniczek, wśród których mnie nie znajdziecie. Zdecydowanie bardziej wolę tradycyjną, drewnianą szczotkę z naturalnym włosiem z dzika oraz zaokrąglonymi szpilkami, którą kupiłam w Rossmannie i która znalazła się w włosowych ulubieńcach roku 2016, o których będziecie mogły już niedługo poczytać na blogu. 
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.