Recenzja: Płyn micelarny i matujący puder antybakteryjny, Selfie Project

poniedziałek, 27 lutego 2017 64 komentarze
Selfie Project to marka kosmetyczna, której produkty przeznaczone są głównie do pielęgnacji młodej cery, często borykającej się z niedoskonałościami. W swojej ofercie marka ma 10 kosmetyków, pogrupowanych na cztery podstawowe etapy pielęgnacji każdej cery: oczyszczanie, złuszczanie, nawilżanie i upiększanie. W ostatnich tygodniach miałam okazję bliżej poznać dwa z nich, a dokładniej płyn micelarny oraz matujący puder antybakteryjny.
Płyn micelarny znajduje się w obłej butelce. Wykonana ona została z przezroczystego plastiku, dzięki czemu widać, ile kosmetyku jeszcze w niej zostało. Tu muszę wspomnieć o wydajności kosmetyku. Nie jest ona powalająca. Mam wrażenie, że płyn schodzi jak przysłowiowa woda. Szybko i wyraźnie widać jak płynu coraz bardziej ubywa, a używam go tylko do wieczornego, pierwszego etapu demakijażu twarzy ( drugim jest żel myjący ). Do samego opakowania nie mam jakiś zastrzeżeń. Jest wygodne, poręczne, nalepka dobrze się trzyma, szata graficzna jest jasna, przejrzysta i czytelna, a otwarcie typu klik jest szczelne i daje się otwierać bez połamanych paznokci ;) 
W składzie płynu micelarnego mamy cynk, który zmniejsza produkcję serum, nawilżający panthenol oraz sok z aloesu, który znany jest ze swoich kojących właściwości. Taka mieszanka składników bardzo pozytywnie wpływa na moją cerę. Poza tym, produkt do demakijażu Selfie Project jest taki, jak lubię. To znaczy, za jednym pociągnięciem wacika rozpuszcza kolorowe kosmetyki i oczyszcza z zanieczyszczeń, które zdążyły się nagromadzić na skórze twarzy w ciągu dnia. Zostawia przy tym skórę czystą, odświeżoną i gotową na dalszą pielęgnację. Z drugiej strony płyn micelarny dba o moją skórę, zapewniając jej optymalną dawkę nawilżenia, a dodatkowo przynosi jej ukojenie po całym dniu i łagodzi podrażnienia.
Matujący puder antybakteryjny jest drobno zmielony i sprasowany, w dotyku jest delikatny i satynowy. Występuje w odcieniu naturalnym. Schowany został do niewielkiego, biało- przezroczystego puzdereczka ze szczelnym zamknięciem, które można łatwo otworzyć, nawet jedną ręką. Tworzywo, z którego zostało wykonane puzdereczko jest dobrej jakości, łatwo nie pęka, a samo opakowanie ogólnie ma przyjemny dla oka design. 
Do pudru nie został dołączony żaden aplikator, ale ja akurat nie mam nic przeciwko temu, bo uważam, że wszelkie pędzelki, gąbeczki czy inne poduszeczki dołączane do pudrów są kiepskiej jakości, do niczego się nie nadają i zawsze je wyrzucam. Do aplikacji pudru Selfie Project używam pędzla For Your Beauty, który dzielnie mi służy już kilka lat. Puder nie pyli, na pędzel zawsze trafi odpowiednia jego ilość, dzięki czemu jego wydajność jest naprawdę dobra. Początkowo używałam go lekko omiatając twarz pędzlem, ale ta metoda się u mnie nie sprawdziła, bo skóra zaczynała się szybko błyszczeć. Lepszym sposobem jego aplikacji jest delikatne "stemplowanie" twarzy, wtedy pokazuje na co go stać. Polubiłam go za to, że nie czuć go ani nie widać na twarzy, że nie wchodzi w zmarszczki i dlatego, że zapewnia bardzo naturalny efekt. Potrafi okiełznać błyszczenie się mojej skóry na kilka godzin. Efekt matu nie jest płaski ani sztuczny, a makijaż jest dobrze utrwalony. W składzie ma antybakteryjny cynk, zwalczającą wolne rodniki witaminę E, wyciąg z matującego skórę Green Bamboo oraz fotoczułe pigmenty, które mają upiększać i optycznie wygładzać skórę. Ich połączenie, tak jak w przypadku płynu micelarnego, też ma korzystny wpływ na moją cerę. 
Oprócz tych dwóch produktów w ofercie marki znajdziecie także chusteczki do demakijażu, żel do mycia twarzy, oczyszczające plastry na nos, maseczkę z glinką i bioaktywnym węglem, kosmetyk 3w1 ( peeling, maseczka i żel myjący ), krem matująco- nawilżający, krem cc i bibułki matujące. Selfie Project jest marką szeroko dostępną, np. w Rossmannie, której kosmetyki nie mają wygórowanych cen. Płyn micelarny kosztuje około 12,00 zł za 250 ml, a cena pudru to tylko 13,00 zł za 9 gramowe opakowanie. 
Moim zdaniem, oba kosmetyki mogą być z powodzeniem stosowane także u osób, które mają więcej niż naście lat. Mi już bliżej do trójki z przodu ( chlip, chlip ), a obu produktów używam z dużą przyjemnością, bo naprawdę fajnie spisują się na mojej cerze. Co więcej, mam okazję wypróbować jeszcze inne kosmetyki Selfie Project, między innymi żel do mycia twarzy, bo marka była jednym ze sponsorów II Spotkania Łódzkich Blogerek :) Myślę, że warto, abym na zakończenie recenzji wspomniała jeszcze, że produkty Selfie Project nie są testowane na zwierzętach, a w ich składach na próżno szukać parabenów, sls, sles czy oleju parafinowego. 
Czytaj więcej »

Inspired By U.R.O.K.

sobota, 25 lutego 2017 50 komentarzy
Gdy w poniedziałek do moich drzwi zapukał kurier byłam przekonana, że ma dla mnie najnowsze pudełko Shiny Box. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam pudełko z ostatniej, X edycji Inspired By U.R.O.K. !! Totalnie się nie spodziewałam, tak samo jak tego, że dwa dni później dostałam nie jedno, ale aż dwa boxy WinterSpa, ale o tym w kolejnym poście. Dziś skupmy się na zawartości zestawu U.R.O.K, która moim zdaniem jest naprawdę fajna :)
W lutowym boxie Inspired By znalazłam pięć pełnowymiarowych produktów, takich producentów jak Mincer Pharma, Lirene, Ava Laboratorium, Fa oraz Elfa Pharm, a także mniejszą wersję maseczki do twarzy i próbkę kuracji naprawczej Alpha-H. Box wraz z przesyłką kurierem kosztuje 49,00 zł. 
Pierwszym kosmetykiem z pudełka jest nawilżający tonik do twarzy Mincer Pharma. To dla mnie nowość, wcześniej nie dane było poznać mi tej marki. Z informacji na opakowaniu wynika, że tonik ten ma głównie nawilżać, wzmacniać i łagodzić. Przeznaczony jest to cery normalnej i suchej, czyli nie do takiej, jaką ja mam. Nie zamierzam jednak nad tym się uskarżać czy komuś go oddawać, bo wiem, że jego aktywne składniki, takie jak kwas hialuronowy i skrzyp, dobrze posłużą mojej cerze. Niebieska butelka ma pojemność 250 ml, a sugerowana cena tego toniku to 12,99 zł. 
W boxie znalazłam też pomidorowo- ogórkowe organiczne serum energetyzujące Ava Laboratorium. Jest to kosmetyk, który można stosować zarówno na noc, jak i na dzień. Ta naturalna kuracja odmładzająco- nawilżająca ma zwalczać drobne zmarszczki, wzmacniać uelastyczniać i nawilżać skórę. Kosmetyk polecany jest dla osób 35+, do każdej cery, w szczególności do wrażliwej i przesuszonej. Serum na postać delikatnego kremu, który szybko się wchłania. Na stare lata chyba wysiada mi zmysł zapachu, bo kosmetyk ten nie pachnie mi ani ogórkiem ani pomidorem, ale surowym kalafiorem :P Jego cena to 31,00 zł za tubkę o pojemności 30 ml.
Żeli pod prysznic nigdy dość, bo nie wiem jak u Was, ale u mnie są to kosmetyki, które kończą mi się najszybciej. W boxie znalazł się kremowy żel pod prysznic Fa o zapachu złotego irysa i ekstraktem z miodu. Żel ma pojemność aż 400 ml i śliczny, subtelnie kwiatowy z przebijającą się miodową nutką zapach.Oczywiście, zdążyłam już go zabrać na kilka dni pod prysznic, coby móc jak najszybciej go przetestować :D Już po pierwszym użyciu bardzo mi przypasował, bo ma to coś, co w tego typu kosmetykach lubię najbardziej: uwodzicielski zapach, otulającą pianę i fakt, że nie wysusza skóry, tylko pozostawia ją przyjemną i miękką w dotyku. Jego średnia cena to 11,00 zł.
Trochę obawiam się produktów samoopalających i brązujących, więc do kolejnego kosmetyku z boxa podchodzę dosyć ostrożnie. A jest nim brązująca mgiełka z dwufazową formułą Lirene. Zamknięta została w plastikowej butelce o pojemności 195 ml, a przed użyciem należy nią mocno wstrząsnąć, tak aby jej warstwy się zmieszały. Wyczytałam, że w składzie mgiełki znajdziemy olej z karotki i ekstrakt z bursztynu. Na razie użyłam jej dwa razy, efektu opalenizny jeszcze nie zaobserwowałam, ale mgiełka zdążyła fajnie nawilżyć skórę i dodać jej miękkości. Zgodnie z obietnicą producenta, szybko się wchłania i nie brudzi ubrań. Jej sugerowana cena to 24,95 zł. 
Ostatnim, pełnowymiarowym produktem z Inspired By U.R.O.K. jest krem do stóp Elfa Pharm. Do mnie trafiła wersja odświeżająca i usuwająca zmęczenie z ekstraktem z aronii. Są jeszcze dwie inne, dezodoryzująca i druga na suche oraz popękane pięty. Tak na marginesie, kilka miesięcy temu dowiedziałam, że w Chociwiu położonym około 30 km od mojego miejsca zamieszkania, znajduje się produkcja kosmetyków Elfa Pharm- gdyby kiedyś zabrakło mi kosmetyków, mogę się u nich zatrudnić i podbierać nowości dla siebie :P Wróćmy jednak do samego kremu. Ma on wodnistą konsystencję i delikatny zapach męskiego żelu pod prysznic. Utrzymana w zielonych kolorach tubka ma pojemność 75 ml. Krem możemy kupić za 8,99 zł. 
Dwie białe tubki to kosmetyki Alpha-H, producenta, z którym wcześniej nie miałam styczności. Większa, o pojemności 30 ml, kryje w sobie maseczkę złuszczająco- odbudowującą z kwasem glikolowym. Pełnowymiarowe opakowanie ma pojemność 100 ml i kosztuje 195,00 zł. Maseczka jest dodatkowym produktem dla Ambasadorek ShinyBox. Mniejsza ma pojemność 5 ml i w jej środku znajduje się kuracja naprawcza o wodnistej konsystencji. Jej regularna cena wynosi aż 159,00 zł za tubkę o pojemności 100 ml. 
Podsumowując, X edycję Inspired By oceniam bardzo dobrze. Z każdego produktu jestem zadowolona, każdy chętnie przetestuję i poznam bliżej, a te fajniejsze na pewno zrecenzuję na blogu :)
Czytaj więcej »

Fluid matujący Make-Up Academie, Bielenda

czwartek, 23 lutego 2017 58 komentarzy
Obietnice producenta:
Matujący fluid w doskonały sposób poprawia wygląd cery mieszanej i tłustej. Idealnie i na długo matuje skórę, nadaje jej aksamitnego  wykończenia oraz jednolitego wyglądu. Wyjątkowe połączenie pigmentów i składników pudrowych korzystnie wpływa na wygląd skóry: poprawia jej odcień, tuszuje niedoskonałości, przebarwienia i drobne zmarszczki. Fluid doskonale dopasowuje się do cery, dając naturalny i świeży efekt, a ultra lekka nietłusta konsystencja nie obciąża jej. Fluid zawiera witaminę B3, która reguluje wydzielanie sebum, ogranicza błyszczenie i zmniejsza widoczność porów.

30 ml/ok.12,00 zł
Moim zdaniem:
Bielenda jest jedną z tych marek kosmetycznych, która średnio mnie pociągała. Nie pytajcie jednak dlaczego, bo nie znalazłabym racjonalnej odpowiedzi. Ostatnio jednak testowałam sobie kosmetyk, który powoli zmienia moje podejście do Bielendy, po której kosmetyki sięgam coraz chętniej i częściej :) Mowa o matującym fluidzie Make-Up Academie, który przywiozłam z ostatniej konferencji Meet Beauty, a zaczęłam używać dopiero pod koniec minionego roku. 
Nieduża, beżowo- złotka tubka kryje w sobie 30 ml przyjemnej i nietłustej konsystencji, która z jednej strony jest mocno kremowa i gęsta, a z drugiej lekka i niesprawiająca trudności w rozprowadzeniu po skórze. Bardzo podoba mi się szata graficzna opakowania. Moim zdaniem połączenie beżu, złota i granatu jest naprawdę mocno udane. Sama tubka jest wygodna, bez problemu można postawić ją na złotej nakrętce oraz wycisnąć z niej odpowiednią ilość fluidu. Wykonana jest z elastycznego i giętkiego tworzywa, a napisy z tubki nie ścierają się. 
Fluid Bielenda przeznaczony jest do mieszanej i tłustej cery, a dostępny jest w trzech odcieniach: naturalnym, beżowym i karmelowym. Ja posiadam odcień nr 01, czyli naturalny. Jest to ładny beżowy kolor wpadający w żółte tony, który świetnie pasuje do mojej karnacji. Mimo iż jest to odcień pierwszy z brzegu, do najjaśniejszych nie należy. Wygląda na leciutko opalony, więc nie sprawdzi się u typowych bladziochów. Podkład ma delikatny zapach, z wyczuwalną ostrzejszą nutą, która nie wszystkim może się spodobać, jednak szybko się ulatnia i łatwo o niej zapomnieć. 
Nie oczekiwałam za wiele po tym fluidzie, podeszłam do niego dosyć sceptycznie i z rezerwą, a teraz jest jednym z moich ulubionych podkładów! Jak już napisałam wcześniej, kosmetyk bardzo dobrze się rozprowadza po skórze, pozostawiając ją wygładzoną i przyjemną w dotyku. Fluid świetnie maskuje wszelakie niedoskonałości cery i zaczerwienienia, pokrywając skórę nieobciążającą ją warstewką, która ładnie ujednolica koloryt skóry. Jego krycie jest naprawdę dobre, chociaż przy większych zaczerwienieniach potrzebuje wsparcia korektora. Mnie jednak stopień jego krycia odpowiada. Tak samo jak efekt matu, który nie jest sztuczny ani płaski. Powiedziałabym, że jest to taki troszkę satynowy mat z subtelnym, naturalnym połyskiem. Jak każdy podkład, i ten z Bielendy, lekko przypudrowuje, aby makijaż lepiej się trzymał. Czasami zdarza mi się o tym zapomnieć, jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu wiem, że sam fluid Bielendy zapewnia mojej skórze mat na 3-4 godziny. Później skóra wymaga już małego przypudrowania, ale w przypadku mojej cery jest to najnormalniejsza rzecz na świecie. Kosmetyk mocno zaskoczył mnie swoją trwałością. Nie spływa z twarzy, nie ściera się, nie znika po kilku godzinach od nałożenia. Podkład ten daje bardzo naturalny efekt, nie tworzy maski, ładnie się rozciera, idealnie łącząc się z odcieniem skóry. Ponadto jest to fluid, który nie ciemnieje i nie mający negatywnego wpływu na cerę. Używam go często i nie zaobserwowałam żadnych przykrych niespodzianek, żadnego uczulenia cz podrażnienia skóry. 
O ile się nie mylę, jest to mój pierwszy podkład Bielendy, ale zapewniam Was, że na tej jednej tubce nie poprzestanę. Jestem wręcz oczarowana tym fluidem, na mojej mieszanej cerze sprawdza się fenomenalnie! Jest to naprawdę świetny produkt, polskiej firmy kosmetycznej ( !! ), który kosztuje niewiele. Uważam, że naprawdę warto go wypróbować. 
Czytaj więcej »

Recenzja: Nawilżający mus do ciała Ciasteczko, Bioamare

poniedziałek, 20 lutego 2017 58 komentarzy
Obietnice producenta:
Lekki mus do ciała o wyjątkowych właściwościach ujędrniających. Zawartość oleju arganowego i oleju z pestek winogron doskonale nawilżają i regenerują skórę, nadając jej piękny, zdrowy wygląd. Ekstrakt z kakaowca posiada silne właściwości nawilżające, tonizujące i odżywcze, dzięki temu nasza skóra staje się jedwabiście gładka i ujędrniona.
Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Vitis Vinifera Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Cera Alba, Helianthus Annus Sunflower Seed Oil, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Cetyl Alcohol, Cocoa Bean Extract, Tocopheryl Acetate, Parfum

150 ml kosztuje około 25,00 zł ( w promocji w granicach 18,00 zł ) w Tesco
Moim zdaniem:
Znamy się już bardzo długo, więc wiecie, że moja skóra nie jest zbyt wymagająca. Nie oznacza to jednak, że odpuszczam sobie jej pielęgnację. Nic z tych rzeczy, każdego wieczoru dbam o to, aby odpowiednio ją nawilżyć. Przerobiłam już bardzo wiele balsamów do ciała, lepszych lub gorszych. Obecnie używam ciasteczkowego musu do ciała Bioamare.
Kosmetyk zamknięty jest w wygodnym słoiczku z aluminiową nakrętką. Opakowanie jest przezroczyste, więc jak na dłoni widać, ile produkty jeszcze zostało. W słoiczku podoba mi się jego szeroki otwór, umożliwiający bezproblemowe wydobycie musu i wykorzystanie go do ostatniego grama. Sam mus ma konsystencję puszystej pianki, która pod wpływem ciepła naszego ciała roztapia się, zmieniając swoją treściwą formułę w oleistą emulsję. Łatwo rozprowadza się po ciele, otulając zmysły swoim aromatycznym, słodkim zapachem kruchych ciasteczek z kawałkami czekolady. 
Wysoko w składzie kosmetyku znajduje się masło shea oraz olej z pestek winogron i ze względu na ich obecność mus natłuszcza skórę i nie od razu się wchłania, dlatego, moim zdaniem, lepiej jego aplikacje zostawić sobie na wieczór. Po wchłonięciu wyczuwalny jest jeszcze delikatny film na skórze, ale nie na tyle tłusty, by mocno przeszkadzać. Ja zakochałam się w tym balsamie od pierwszego użycia. Uwielbiam, wręcz ubóstwiam używać ciasteczkowego musu Bioamare, bo fantastycznie dba o moją skórę. Dogłębnie ją nawilża, mocno odżywia i wygładza. Po jego użyciu skóra jest elastyczna, mięciutka w dotyku i słodko pachnąca. Efekt wypielęgnowanej skóry jest bardzo trwały, nie znika po kolejnym myciu. Mus ten zdecydowanie skradł moje serce i chcę go więcej i więcej i więcej. 
Nie wiem czy wiecie, ale Bioamare to kosmetyki pochodzące od tego samego producenta, co Nacomi. Miałam przyjemność współpracować z tą marką i niektóre z Was mogą pamiętać, że jakieś dwa lata temu testowałam identyczny mus od Nacomi ( klik ). Ciasteczkowy zapach obu tych musów jest na pewno jednym z moich ukochanych kosmetycznych aromatów. Kosmetyki Bioamare, tak jak Nacomi, są w 100% naturalne, maja proste i przyjazne składy oraz nie są testowane na zwierzętach. Są jednak łatwiej dostępne, bo znaleźć je można w każdym markecie Tesco. Więc szukajcie ich, szukajcie :D
Czytaj więcej »

Spotkajmy się w Łodzi, czyli relacja z II Spotkania Łódzkich Blogerek

piątek, 17 lutego 2017 54 komentarze
4 lutego zamiast pojechać na ostatnie w semestrze zajęcia, ja wybrałam się w totalnie innym kierunku i na o wiele przyjemniejsze wydarzenie :) Właśnie tego dnia odbyło się II Spotkanie Łódzkich Blogerek, którego organizacji podjęły się Sylwia, znana wśród blogerek jako Zadbana Mama i Kamila z bloga Rainbow-Lyll. Dziewczyny odwaliły naprawdę kawał dobrej roboty, za co oczywiście należą im się ogromne brawa i podziękowania!
 Nasze wspaniałe organizatorki: Sylwia oraz Kamila, której kilka zdjęć znajdziecie w dzisiejszym wpisie. 
Spotkanie odbyło się w jednej z łódzkich kawiarni, Tubajka. Jest to lokal znajdujący się w parku przy Placu Zwycięstwa 3, w pobliżu Palmiarni. Mieszkałam w Łodzi pięć lat, nieraz przechodziłam obok tego parku zupełnie nieświadoma, że kryje w sobie tak fajne, klimatyczne, rodzinne i bardzo przytulne miejsce! 
W spotkaniu udział wzięło 20 blogerek z województwa łódzkiego:
Sylwia i Kamila zaplanowały dla uczestniczek spotkania bardzo wiele atrakcji. Zaczęło się od prezentacji firmy Joico, którą reprezentowała Pani Agnieszka. Opowiedziała nam o marce i jej produktach oraz zaprezentowała keratynową prostownicę do włosów. Kolejnym punktem spotkania były warsztaty ze stemplowania paznokci, które poprowadziła przesympatyczna Ania, blogerka i właścicielka B.LovesPlates. Ania przedstawiła nam swoją firmę, opowiedziała o podstawowych błędach, jakie popełnianie są podczas stemplowania paznokci oraz udzieliła kilku dobrych rad, dzięki którym stemplowanie to teraz dla mnie bułka z masłem :D W takie ozdabianie paznokci wciągnęłam się na maksa, więc możecie być pewne, że nie raz zobaczycie je na moim blogu bądź Instagramie. 
Zdjęcie od Magdy z bloga Maddzik Blog
Po warsztatach z Anią miałyśmy przerwę na lunch. Na Instagramie mogłyście zobaczyć zupę- krem z białych warzyw i smażonym jarmużem, który miałam okazję posmakować. W międzyczasie miałyśmy okazję bliżej się poznać, porozmawiać, zrobić kilka zdjęć oraz skorzystać z bufetu kawowo- herbacianego, który był do naszej dyspozycji przez cały czas trwania spotkania. 
Po lunchu odwiedziła nas Pani Agnieszka Danowska, która jest rzecznikiem prasowym w Manufakturze. Mogłyśmy porozmawiać z nią na temat współprac blogowych z agencjami. Pani Agnieszka opowiedziała też na co PR zwraca uwagę decydując się na współpracę z blogerkami, czego należałoby unikać w kontaktach z działem marketingu, a co powinnyśmy troszkę podrasować w naszych blogach. Później miałyśmy przerwę na pyszne ciacho i ploteczki, po której odbyła się prelekcja na temat fotografii blogowej, którą poprowadziła Beata, w blogosferze znana jako Gasky. Sylwia z Kamilą zorganizowały także licytację, z której uzbierane pieniądze zostały przekazane dla chorego na autyzm Mikołaja, podopiecznego łódzkiej Fundacji Jaś i Małgosia. W środę Sylwia poinformowała nas, że udało nam się zebrać 1142,00 zł :)
Na zdjęciu powyżej połowa uczestniczek spotkania. Bardzo miło wspominam czas spędzony z wszystkimi dziewczętami. Rozmowom, ploteczkom, dobrym radom i wybuchom śmiechu nie było końca! Cudownie było poznać tyle wspaniałych, kreatywnych dziewczyn, nauczyć się czegoś nowego i mieć teraz co wspominać :) 
W nowościach kosmetycznych lutego pokażę Wam upominki od sponsorów spotkania :)
Czytaj więcej »

Fantastyczna piątka, czyli kosmetyczni ulubieńcy roku 2016: makijaż

środa, 15 lutego 2017 63 komentarze
To już przedostatni wpis o moich kosmetycznych ulubieńcach minionego roku. Tym razem chcę Wam zaprezentować pięć kosmetyków do makijażu, które w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy polubiłam najmocniej.
Zacznijmy od podkładu Healthy Mix Bourjois, który dla mnie samej jest zaskoczeniem. Jest to podkład rozświetlający, który świetnie spisuje się na mojej mieszanej cerze z tendencją do błyszczenia w strefie T. Dopóki go nie poznałam, bałam się używać rozświetlających podkładów. Wyobrażałam sobie, że będę świecić się dwa razy mocniej i praktycznie nie będę rozstawać się z pudrem. Moje obawy, jak to często bywa, okazały się nieuzasadnione. Nie jest tak, że moja twarz w ciągu dnia nie wymaga przypudrowania i zmatowienia, ale nie muszę robić tego częściej, standardowo raz-dwa, góra trzy razy dziennie. Rozświetlenie twarzy jest naturalne i subtelne. Mam odcień nr 52, który idealnie stapia się z moją cerą, ujednolicając jej koloryt. Najlepiej nakłada mi się go pędzlem, dzięki czemu jego krycie jest mocniejsze. Podkład nie jest ciężki dla skóry, nie wpływa negatywnie na jej niedoskonałości. Podkład Healthy Mix pojawił się już wcześniej na blogu, we wpisie o kosmetycznych zaskoczeniach
Kolejnym moim makijażowym ulubieńcem jest korektor do brwi Eveline. Kupiłam go z ciekawości, w dodatku na szybko, podczas promocji -49% w Rossmannie. Produkt dostępny jest w wersji dark i light. Wzięłam odcień jaśniejszy i muszę przyznać, że był to dobry wybór, chociaż z drugiej strony jak na jasny kolor to jest jednak trochę ciemnawy... Z natury mam ciemne, brązowe brwi, a odcień light tego korektora jest kapka w kapka jak moje brwi. Jednak mam wrażenie, że z czasem nieco się utlenia i tym samym lekko przyciemnia brwi. Korektor Eveline optycznie zagęszcza brwi, uzupełniając luki pomiędzy włoskami. Ma silikonową, okrągłą szczoteczkę, która ładnie rozczesuje brwi, nadaje im odpowiedni kształt i ujarzmia niesforne włoski. Wcześniej używałam żelu stylizującego od Wibo ( klik ), jednak to korektor Eveline bardziej przypadł mi do gustu. 
Mascara Volume Million Lashes L'Oreal Paris to makijażowy ulubieniec, który zdecydowanie ma najładniejsze opakowanie. Obłe, czarno- złote, bardzo eleganckie, ale też trudne do sfotografowania :P Tusz ma dużą, silikonową szczoteczkę z długimi włoskami oraz aksamitnie kremową, odpowiednio gęstą konsystencję w kolorze mocnej czerni. Szybko nauczyłam się współpracować z większą szczoteczką tuszu. Maskara świetnie rozdziela rzęsy, wydłużając je i podkręcając. Optycznie zagęszcza rzęsy i nadaje im koloru intensywnej, głębokiej czerni. Nie podrażnia oczy, nawet wrażliwych, a ponadto nie odbija się na powiece, nie rozmazuje ani nie tworzy mało estetycznych grudek. Trwałość maskary L'Oreal Paris jest naprawdę dobra, a równocześnie łatwo się zmywa. Jest stosunkowo drogim kosmetykiem, bo w Rossmannie może kosztować nawet 60,00 zł, ale ja na pewno będę na nią polować na promocjach, bo jest warta tego, aby mieć ją w swojej kosmetyczce.
Matową pomadkę w płynie Inglot poznałam w dniu swojego ślubu. To nią miałam umalowane usta. Mimo że kupiłam ją na wszelki wypadek, gdyby makijaż ust wymagał poprawki, jednak wcale nie musiałam tego robić, tak okazała się trwała: do samego rana wytrzymała liczne pocałunki, małe ilości jedzenia ( Panna Młoda jest najedzona samym widokiem tego, co jest na stołach ) i dużo, dużo picia. Posiadam odcień nr 17, czyli ładny, ciepły nudziak. Pomadka jest bardzo dobrze napigmentowana, już jedna, cieniutka warstwa pokrywa usta jednolitym kolorem. Pomadka jest dobrze kryjąca i szybko zasycha na stuprocentowy mat. Jest bardzo komfortowa w noszeniu i praktycznie niewyczuwalna na ustach. Nie rozmazuje się ani nie pozostawia żadnych śladów. Opakowanie jest dobrej jakości, eleganckie w swej prostocie i bardzo klasyczne, a gąbeczkowy aplikator pozwala na precyzyjne pomalowanie ust. Jedyną jej wadą jest wysoka cena, która wynosi 45,00 zł, ale mimo tego i tak mam ochotę na jeszcze jakiś kolor tej serii pomadek Inglot. 
O moim ostatnim ulubieńcu pisałam już na blogu w kwietniu ( klik ). Puder- mozaikę Couleur Caramel otrzymałam w ramach współpracy. Jest to produkt rozświetlający i brązujący, wyprodukowany w 100% z naturalnych składników. Mozaikę nakładam pędzlem Hakuro H14, w bardzo małej ilości, na okolice kości policzkowych. Ładnie stapia się z podkładem, nadając skórze promienny wygląd. Świetnie sprawdza się w moim codziennym makijażu, bo nie zapycha skóry. Kosztuje 100,00 zł, ale jest tak wydajna, że wystarczy na lata. 

Na dziś to już wszystko. Za kilka dni poznacie jeszcze moich włosowych ulubieńców :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Oczyszczający peeling do mycia twarzy z miodlą indyjską Neem Vatika DermoViva ze sklepu Magiczne Indie

poniedziałek, 13 lutego 2017 36 komentarzy
Obietnice producenta:
Peeling do mycia twarzy Neem ma właściwości antybakteryjne, tonizujące i odżywiające. Jest łagodny dla skóry, testowany dermatologicznie, bez parabenów, sls oraz mydła. Właściwości antybakteryjne i ochronne wyciągu z liści neem łagodzą podrażnienia skóry i zapewniają jej dogłębne oczyszczenie.  Stosowane regularnie przeciwdziała tworzeniu się zaskórników oraz utrzymuje prawidłowe pH skóry. Jest polecane szczególnie do pielęgnacji cery trądzikowej.

150 ml kosztuje 16,90 zł w sklepie internetowym Magiczne Indie
Moim zdaniem:
Miodla indyjska lub nemm czy melia indyjska, jest gatunkiem drzewa występującym głównie w klimacie tropikalnym, przede wszystkim w Indiach, gdzie uznawana jest za zioło uniwersalne ze względu na swoje właściwości pomagające w poprawie stanu zdrowia. Wykorzystywana jest również w kosmetyce, między innymi w szamponach przeciwłupieżowych oraz w produktach o działaniu przeciwtrądzikowym, na przykład w oczyszczającym peelingu do mycia twarzy DermoViva.
Utrzymana w kilku odcieniach zieleni tubka kryje w sobie 150 ml żelowej, gęstej konsystencji, w której zanurzone jest całe mnóstwo malusieńkich, niezbyt ostrych drobinek, które możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Ich zadaniem jest delikatne masowanie skóry, a przy okazji ścieranie martwego naskórka. Tubka wykonana została z plastycznego tworzywa, dzięki czemu łatwo wycisnąć odpowiednią ilość produktu- żel bez trudu przeciska się przez niewielki otwór w nakrętce z klapką.
W kontakcie z wodą peeling się pieni, ale niezbyt mocno. Używam go po wstępnym wieczornym demakijażu twarzy płynem micelarnym, ale też nie codziennie, tylko tak co drugi- trzeci dzień. Jest to kosmetyk, którym myję twarz od paru tygodni i nie zaobserwowałam, aby podrażnił, wysuszył bądź w inny, negatywny sposób wpłynął na stan mojej cery. Jest bardzo dobrym kosmetykiem, który skutecznie, aczkolwiek delikatnie oczyszcza skórę z wszelkich zanieczyszczeń nagromadzonych w ciągu dnia. Jak już napisałam wcześniej, nie wysusza skóry ani nie wprowadza żadnego innego dyskomfortu, jak na przykład uczucie ściągnięcia, ale też nie jest to kosmetyk, który nawilży skórę. Zostawia ją w jej naturalnym stanie, jeśli mogłabym tak napisać, przez co moja skóra nie domaga się dawki nawilżenia w postaci kremu, ale ja i tak nie pomijam tego etapu pielęgnacji. Ogólnie rzecz ujmując, peeling DermoViva ma dobry wpływ na moją skórę: przyjemnie ją odświeża, oczyszcza, łagodzi podrażnienia oraz reguluje wydzielanie sebum. 
Moja skóra polubiła się z peelingiem z miodlą indyjską. Jest to produkt wydajny, o niewygórowanej cenie, który może być przyjemną alternatywną dla wielu drogeryjnych produktów. Nie widziałam go nigdzie stacjonarnie, ale w internetowych sklepach, takich jak na przykład Magiczne Indie, znajdziecie go na pewno :) 
Czytaj więcej »

Pomadki ochronne Sylveco: brzozowa z betuliną oraz rokitnikowa o zapachu cynamonu

piątek, 10 lutego 2017 70 komentarzy
Nie wiem jak u Was, ale w moich rejonach, czyli w samym centrum kraju, zima i mróz nie odpuszczają. Wiecie, że moja skóra nie jest zbyt wymagająca, mimo to nawet ona wymaga teraz dodatkowej troski. To samo tyczy się delikatnej skóry moich ust. Nie chcę, aby były spierzchnięte, suche, z odstającymi skórkami, bo wyglądają wtedy mało atrakcyjne, poza tym lubię podkreślać je matowymi szminkami, a same dobrze wiecie, że wymagają one wyjątkowo zadbanych ust. Między innymi dlatego wraz z nadejściem Nowego Roku postawiłam na ich naturalną pielęgnację i zaopatrzyłam się w dwie pomadki ochronne Sylveco: brzozową z betuliną oraz rokitnikową o zapachu cynamonu. 
Pomadki mają po 4,6 g i na stronie Sylveco można je kupić po 9,95 zł za sztukę. Każda z nich jest hipoalergiczna i przetestowana dermatologicznie. Mają postać prostych, wykręcanych sztyftów, które dodatkowo zapakowane są w kartoniki, na których znajdują się wszystkie istotne informacje, np. o tym, aby zużyć pomadki w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Opakowania pomadek różnią się tylko kolorami: dla brzozowej dopasowany został odcień ciemniejszej zieleni, a do rokitnikowej kolor czerwony. Mają bardzo minimalistyczną szatę graficzną, ale wykonane są z takiej sobie jakości plastiku, przez co wyglądają troszkę tandetnie, a przy pierwszym lepszym upadku mogą popękać. 
Pomadki mają identyczny kształt oraz taką samą formułę, która na pierwszy rzut oka wygląda na twardą i zbitą, a tak naprawdę jest łatwa w aplikacji, gładko i lekko sunie po ustach. Pomadki same się nie roztapiają, stale zachowują swoją zwartą konsytencję. Różnią się od siebie kolorem i zapachem. Brzozowa jest jaśniutka, beżowa, zaś rokitnikowa ma kolor intensywnej pomarańczy. Pomadka z betuliną ma subtelną woń z ziołową nutą, podczas gdy druga ma wyraźny, cynamonowy zapach i smak. Jest on jednak delikatniejszy niż przyprawa, której używamy w kuchni, od nadmiaru której aż czasami kręci w nosie ;) Mnie osobiście bardzo się podoba. Na niektórych blogach wyczytałam, że cynamonowa pomadka może delikatnie barwić usta, ale tylko w przypadku, gdy nałożymy jej wiele warstw. Ja przeważnie przeciągam nią dwa-trzy razy po wargach, bo taka jej ilość zapewnia moim ustom wystarczającą ochronę i pielęgnację. 
Pomadki mają prawie identyczne składy. W obu znajdziemy olej sojowy, wosk pszczeli, lanolinę, masło shea, olej jojoba, olej z wiesiołka, masło kakaowe, betulinę oraz wosk carnauba. W wersji z rokitnikiem znajdziemy dodatkowo, oczywiście, olej z rokitnika i olejek cynamonowy, któremu zawdzięcza swój kolor i zapach. W ich składzie zaintrygowały mnie dwie pozycje, mianowicie betulina oraz wosk caranuba, o których wcześniej raczej nie słyszałam. Na stronie Sylveco przeczytałam, że betulina to inaczej ekstrakt z kory brzozy o szerokim spektrum właściwości: chroni skórę przed wolnymi rodnikami i czynnikami przyspieszającymi starzenie się skóry, ma działanie przeciwnowotworowe, a także przyspiesza zabliźnianie się ran. Wosk caranuba występuje w każdej pomadce Sylveco, albowiem zapobiega wysuszaniu skóry tworząc ochronną warstewkę, ma działanie natłuszczające i zmiękczające, a ponadto nadaje im połysku i elastyczności. 
Z obu pomadek jestem bardzo zadowolona, bo bądźmy szczerzy, w działaniu praktycznie niczym się nie różnią. Obie świetnie dbają o usta, otaczając je niewyczuwalną, nietłustą warstewką chroniącą wargi przed czynnikami zewnętrznymi, takimi jak wiatr, mróz i zimno, a także przed nawykiem notorycznego oblizywania ich ;) Pomadki bardzo dobrze nawilżają usta, dodają im miękkości, gładkości i elastyczności. Zawarte w nich naturalne składniki, takie jak różne olejki lub dwa rodzaje masła, zapobiegają wysuszaniu oraz pękaniu ust. Ponadto, pomadki ochronne Sylveco mocno odżywiają i regenerują usta, a suchym skórkom nie pozwalają się w ogóle pokazywać.
Przetestowałam wszystkie pomadki, jakie Sylveco ma w swojej ofercie ( w sierpniu pisałam o odżywczej pomadce z peelingiem, klik ) i chyba nie umiałabym wskazać swojego ulubieńca, bo wszystkie fenomenalnie się u mnie sprawdziły. Wszystkie są bardzo wydajne, mają przyjazne, bo naturalne składy, są polskimi produktami, a ponadto są nie drogie i naprawdę wywiązują się ze swoich zadań, cudownie pielęgnując usta. 
Czytaj więcej »

Recenzja: Olej z nasion bawełny, Bioamare

wtorek, 7 lutego 2017 67 komentarzy
Rafinowany olej z nasion bawełny Bioamare działa przeciwalergicznie, przeciwzapalnie, podnosi odporność na zakażenia, pobudza regenerację nabłonków i tkanki łącznej, regeneruje podrażnioną, suchą skórę, doskonale odżywia cerę. Poprawia krążenie, polecany jest dla osób, które dostrzegają pierwsze oznaki starzenia się skóry oraz w pielęgnacji włosów suchych i zniszczonych. Do niedawna miałam niedużą buteleczkę tego oleju. A skoro już się skończył, to chyba najwyższa pora napisać o nim kilka słów ;)
Mała, wykonana z brązowego szkła buteleczka ma pojemność 30 ml. Zakręcana jest na białą, plastikową nakrętkę. Nalepka jest dobrej jakości, bo ani się nie odkleja ani nie ściera. Utrzymana jest w spokojnej, stonowanej kolorystyce. 
Olej nie ma mocno tłustej konsystencji i jest rzadszy niż, np. olej arganowy. Jest lekko żółty, chociaż na zdjęciu wyszedł przezroczysty jak woda :P Cechuje się delikatny, ledwo wyczuwalnym zapachem. Jest też bardzo wydajny, chyba jak większość znanych mi olejków. Ta malutka buteleczka wystarczyła mi na dwa miesiące z groszem.
Jak każdy olej, i ten z nasion bawełny, stosowałam i w pielęgnacji ciała, i twarzy i, uwaga!!, włosów też :D Najlepiej chyba spisał się na włosach, najgorzej na skórze twarzy, albowiem wydaję mi się, że jednak trochę ją zapychał. Rekompensował mi to świetnym nawilżaniem, niemniej jednak szybko zrezygnowałam z nakładania go na twarz. Polubiłam stosowanie tego olejku zamiast balsamu do ciała, bo dobrze nawilża, odżywia i zmiękcza skórę, szybko się wchłania i łagodzi podrażnienia po depilacji. Sprawdził się także w pielęgnacji stóp, natłuszczając je, zmiękczając i wygładzając. Jak już wcześniej wspomniałam, moim zdaniem olejek ten najlepiej spisuje się na włosach. Po każdym umyciu wcierałam w końcówki niewielką jego ilość, zapewniając im ochronę przed czynnikami zewnętrznymi i rozdwajaniem się. Olej świetnie pielęgnuje suche i zniszczone włosy. Działa regenerująco, odżywia i nawilża. Dodaje włosom sprężystości i blasku, wygładza je oraz sprawia, że zdrowo wyglądają, nie puszą się ani nie elektryzują, są łatwiejsze do "ujarzmienia". 
Olej z nasion bawełny dodatkowo nie jest drogim olejem. 30ml buteleczka kosztuje mniej niż 15,00 zł w Tesco :)
Czytaj więcej »

Styczniowe denko

niedziela, 5 lutego 2017 48 komentarzy
1. Migdałowa odżywka do włosów suchych i matowych, Vatika- pisałam już o niej w tym poście, ale zdradzę Wam, że jeszcze raz pojawi się na blogu ;) Nie spływa z włosów, fajne je dociąża, nawilża i zmiękcza. Jak zużyję swoje odżywkowe zapasy, na pewno kupię ją ponownie. 
2. Szampon wygładzający z olejkiem arganowym i tsubaki, Ziaja- ma piękny, bursztynowy kolor, gęstą konsystencję i przyjemnie słodkawy zapach. Nie plącze włosów, nie podrażnia skóry głowy, zmiękcza i wygładza włosy. Jeszcze więcej na jego temat poczytacie w tym wpisie
3. Szampon do skóry wrażliwej z glinką rhassoul i olejem arganowym, Maroko Sklep- nic o nim nie napiszę, bo o tym szamponie niedługo poczytacie sobie w osobnym wpisie. 
4. Podkład ujednolicający z trzema pigmentami Healthy Mix, Bourjois- podkład, do którego podchodziłam trochę jak pies do jeża, a okazał się rewelacyjnym produktem. Napisałam już o nim w poście o kosmetycznych zaskoczeniach ( klik ), ale w niedługim czasie pojawi się na blogu jeszcze raz. 
5. Olej Moringa, Mohani- zwany również olejem z drzewa cudu. Poprawia kondycję skóry, super nawilża i odżywia. Jest w 100% naturalny, nie zapycha ani nie podrażnia skóry. Jego recenzję znajdziecie tutaj.
6. Różany olej piękności, Maroko Sklep- recenzję tego olejku znajdziecie tutaj. Nie wykazał się kompletnie niczym, dlatego jego resztki zużyłam do balsamowania ciała. Jedyny jego plus to to, że nie podrażnia skóry. 
7. Olej z nasion bawełny, Bioamare- recenzji spodziewajcie się w tym miesiącu. 
8. Pomadka z peelingiem, Sylveco- tak bardzo polubiłam tą pomadkę, że ostatnio zamówiłam jej "siostry", czyli pomadkę z cynamonem i betuliną :D Peelingującą pomadkę polecam tym z Was, które mają problemy z suchymi skórkami i spierzchniętymi ustami. O jej wszystkich właściwościach przeczytacie w tym poście
9. Krem NCBS z kwasami, Charmine Rose- używałam go w wieczornej pielęgnacji. Szybko się wchłania, delikatnie i ładnie pachnie oraz delikatnie złuszcza naskórek. Pokrótce napisałam o nim w poście prezentującym Shiny Box "So So Charming".
10. Krem wypełniająco- modelujący, Charmine Rose- planowałam go oddać mamie, ale po pierwszym użyciu stwierdziłam, że jednak wolę go zostawić sobie :P Ma fajną, trochę żelową konsystencje i świetnie się sprawdzał jako baza pod makijaż. Pokazywałam go już na blogu, dokładnie tutaj
11. Kojący krem pod oczy do codziennej pielęgnacji Cera Wrażliwa, AA- mój ulubiony krem pod oczy minionego roku! Ale to już wiecie z tego posta :) Szybko się wchłania, nawilża, wzmacnia i odżywia skórę pod oczami. 
12. Wazelinka do ust Kuszący Arnbuz, Bielenda- kiepski produkt, którego nie polecam. Ładnie pachnie, tubka jest wygodna, ale sam kosmetyk nie robi kompletnie nic. Nie chroni ust, nie nawilża ich ani nie zmiękcza. 
13. Korektor rozświetlający Match Perfection, Rimmel- nie polubiłam się z tym korektorem. Według mnie nie ma nic wspólnego z rozświetlaniem. Zużyłam go jednak do końca, stosując na mniejsze zaczerwienienia na mojej twarzy. 
14. Antyperspirant w aerozolu Aloe Vera, Rexona- to chyba moja ulubiona wersja antyperspirantów Rexona. Wnioskuję tak, bo przeanalizowałam kilka denek do tyłu i ona właśnie najczęściej się w nich przewija ;)
15. Żel do golenia Pure&Delicate, Satin Care Gillette- bardzo lubię żele Satin Care. Są wydajne, świetnie zmiękczają włoski, ułatwiają poślizg maszynce i jeszcze nie podrażniają skóry, a ich promocyjne ceny są przyjazne dla mojego portfela. Zawsze mam opakowanie na zapas. 
16. Żel pod prysznic Róża i Marakuj, Balea- lubię żele pod prysznic Balea, ale tego nigdy więcej nie kupię. Ma cudowny kolor, ale śmierdzi niemiłosiernie! Jak jakiś Domestos lub inny środek do sprzątania. 
17. Ujędrniające masło do ciała Creme Brulee, Perfecta Spa- mazidło do ciała o rewelacyjnej konsystencji i przyjemnym zapachu. Szybko się wchłania, natychmiastowo kojąc i nawilżając skórę. 
18. Naturalne masło shea do ciała, Bioamare- pojawiło się już we wpisie o kosmetycznych ulubieńcach minionego roku w kategorii pielęgnacji ciała: klik. Uwielbiam masło shea i zawsze mam je w swojej kosmetyczce. 
19. Szafranowy krem do rąk, Maroko Sklep- skóra moich dłoni nie jest wymagająca, więc z kremu byłam zadowolona. Zapewnił moim dłoniom optymalną dawkę nawilżenia, koił skórę i wygładzał. Mojemu mężowi nie podobał się jego zapach, ale moim zdaniem nie był on najgorszy. Więcej przeczytacie tutaj.
Czytaj więcej »

Nowości kosmetyczne w styczniu

czwartek, 2 lutego 2017 85 komentarzy
W minionym roku było bardzo mało postów z nowościami kosmetycznymi ( no dobra, praktycznie wcale ich nie było ). W tym roku pomyślałam, że warto było by wystartować z serią co miesięcznych wpisów o nowinkach w mojej kosmetyczce, bo z tego co wiem są to jedne z najbardziej lubianych postów- sama lubię wiedzieć, co nowego macie w swoich kosmetyczkach :D  Tak więc dzisiaj to ja zapraszam Was do zobaczenia co nowego się u mnie pojawiło.
 ZAKUPY
W styczniu planowałam ograniczyć zakupy do minimum i kupić tylko te produkty, które miałam na wykończeniu. Wyszło troszkę inaczej, jak zwykle. Korygujący krem ochronny DD od Mixy, który kupiłam z ciekawości, bo akurat był w promocyjnej cenie. O ile pamiętam kosztował około 12,00 zł w Drogerii Natura. Pozostałe zakupy popełniłam w jednej z moich ulubionych internetowych drogerii, czyli Ekobieca.pl. Wielka butla antybakteryjnego toniku Bielenda kosztowała mnie około 33,00 zł. Peeling Evree to dla mnie totalna nowość, ale markę lubię i cenię, więc myślę, że się polubimy z tym kosmetykiem, który kosztował mnie około 11,00 zł. Na początku miesiąca dna dobił jeden z moich najukochańszych podkładów, mianowicie Healthy Mix Bourjois ( mniej niż 35,00 zł ), więc szybko kupiłam kolejną buteleczkę. Na wykończeniu mam też Colorsaty Revlon ( niecałe 30,00 zł ), więc zrobiłam odpowiedni zapas ;)
O ile na zdjęciu wyżej są kosmetyki, które miałam na wykończeniu i po prostu musiałam je kupić, tak zdjęcie poniżej przedstawia już tylko moje kosmetyczne zachcianki. Szampon w tubie Biovax kupiłam w promocyjnej cenie 9,99 zł w ostatni poniedziałek stycznia w Rossmannie. Kilka dni wcześniej zrobiłam troszkę większe zakupy. Od kilku miesięcy "chodziły" za mną kosmetyki Vianek, więc gdy zobaczyłam zestaw składający się z płynu micelarnego- toniku, maseczki- peelingu oraz kremu do twarzy za 35,00 zł wiedziałam, że muszę go mieć :D Do koszyczka dorzuciłam również dwie pomadki Sylveco ( ok.10,00 zł za sztukę ), z betuliną i cynamonem. 
 WSPÓŁPRACA
Wraz z Nowym Rokiem zostałam Ambasadorką Shiny Box !! Jako pierwsze w moje ręce dostało się pudełko So So Charming, w którym znalazłam 6 kosmetyków Charming Rose: oczyszczający płyn micelarny, mleczko z wyciągiem z malwy czarnej, łagodzący balsam z kwasem szikimowym, balsam CC, krem wypełniająco- modelujący oraz krem do twarzy z kwasami. Jestem już po wstępnych testach, a moje wrażenia na temat tych produktów możecie poczytać tutaj
Po kilku dniach otrzymałam jeszcze jedno pudełko Shiny Box, tym razem styczniowe Party Time, w którym było aż 10 kosmetyków za jedyne 49,00 zł. Osiem produktów z pudełka jest pełnowymiarowych, a dwa pozostałe to próbki. W boxie znalazłam sztuczne rzęsy Neicha oraz wodoodporny klej do nich, cień do powiek w kredce Faberlic, olejek w sprayu do włosów Gliss Kur, krem pod oczy L'Orient, żel do brwi Bell, rozświetlacz Joko, zimowy krem do twarzy Farmona oraz próbkę pasty do zębów BlanxMed i masełko z miodem i mlekiem Cuccio Naturale. O swoich wstępnych wrażeniach napisałam już w tym poście
Kolejne nowości to kontynuacja współpracy ze sklepem internetowym Magiczne Indie. Tym razem miałam możliwość wybrania kosmetyków, które chciałabym przetestować. Mój wybór padł na oczyszczający peeling z miodlą indyjską Vatika, kokosowy olej Vatika, przeciwtrądzikowy żel do mycia twarzy Himalava, olejek do masażu i opalania Song of India oraz kwiatowo- cytrusowe perfumy w kamieniu.
Ostatniego dnia stycznia dotarła do mnie przesyłka od Diadem Cosmetics, w której znalazłam lakier do paznokci, kredkę do oczu, zestaw cieni oraz dwa produkty do paznokci: jeden do ich odnowy a drugi to top coat, który ma zwiększać objętość paznokci! Widziałyście coś takiego, bo ja jeszcze nie ;) Od KS Installation dostałam paski wybielające- teraz mam nadzieję, że mój uśmiech będzie powalający w hoolywoodzkim stylu :D
Zostałam także wybrana do przetestowania kosmetyków Selfie Project. W przesyłce znalazłam płyn micelarny oraz matujący puder antybakteryjny. Oba produkty testuję już od kilku dni i jak na razie jest dobrze. Powiedziałabym, że nawet bardzo dobrze- szczególnie płyn micelarny super się spisuje ;)
Więcej nowości nie pamiętam, za żadne nie żałuję :P
A co nowego w styczniu znalazło się w Waszych kosmetyczkach?
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.