17:09:00

Kojąca, regenerująca, odżywcza i łagodząca, czyli cztery pomadki ochronne do ust marki Vianek

Kojąca, regenerująca, odżywcza i łagodząca, czyli cztery pomadki ochronne do ust marki Vianek
Dzisiejszą recenzję piszę dla Was pomiędzy wertowaniem i pakowaniem kosmetyków, które wyprowadzają się ze mną do nowego mieszkanka, a segregowaniem całej sterty papierologii, która od dawna prosiła się o uporządkowanie :P Przeprowadzka zmusza człowieka do wielu rzeczy, których zrobienie odkładało się z tygodnia na tydzień :P Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to w weekend napiszę dla Was recenzję prosto z nowiuśkiej kanapy :D Na razie piszę do Was z podłogi, z zawalonego wszystkim czym się da pokoju, bo koniecznie musicie poznać ochronne pomadki do ust, które podbiły moje serce. 
Jak tylko do moich uszu dotarła wieść, że w ofercie Vianka pojawiła się nie jedna, ale aż cztery pomadki do ust, to wiedziałam, że muszę mieć je wszystkie! Oczywiście, mogłam kupić najpierw jedną, zużyć, potem następną, którą też wykończyć i dopiero zaopatrzyć się w kolejną, ale ja chciałam mieć je wszystkie od razu :P Wszystkich czterech używam na zmianę, nawet jednego dnia potrafię każdą z nich nałożyć na usta- rano kojącą, w pracy regenerującą, w domu łagodzącą, a przed snem odżywczą :D Jednym słowem, któraś jest zawsze przy mnie. Wszystkie te pomadki pachną przepięknie, ale moim zdecydowanym faworytem jest łagodząca z dodatkiem oleju kokosowego ( różowa ), która pachnie słodko i owocowo, a konkretnie bananowo! Odżywcza pomadka z olejem z pestek moreli ( pomarańczowa ) pachnie jak brzoskwiniowa oranżadka, kojąca z olejem sezamowym ( fioletowa ) swoim zapachem przypomina mi sok winogronowy, a regenerująca z olejem z pestek malin ( czerwona ) według mojego nosa pachnie truskawkami :D Zapachy tych pomadek są po prostu obłędne i można się od nich bardzo szybko uzależnić ;) 
Pomadki różnią się zapachami, kolorami opakowań, ale konsystencję i działanie mają taką samą. Na pierwszy rzut oka wydają się dość twarde, ale jest to mylne wrażenie. Przy aplikowaniu na wargi okazują się być miękkie i naprawdę leciutko się rozprowadzają. Myślę, że trzymane w cieple szybko by się rozpuściły. Pomadki nie barwią ust, nadają im tylko ładny połysk. Mimo iż, według producenta, każda z tych pomadek charakteryzuje się innymi właściwościami, dla mnie ich działanie jest takie samo. Każda z nich niesamowicie nawilża i odżywia usta, nadając im miękkości i gładkości. Wysuszonym, spierzchniętym ustom przynoszą natychmiastową ulgę, mocno je regenerując, natłuszczając i zapobiegając pękaniu naskórka. Pomadki ochronne od Vianka chronią usta przed czynnikami zewnętrznymi, pozostawiają je zawsze w świetnej kondycji, dzięki czemu w każdym momencie są gotowe na nałożenie matowej szminki- wiecie, że często takowe wymagają wypielęgnowanych ust, a te pomadki Wam to zapewnią i to w każdych warunkach! Dodatkowym plusem tych pomadek są ich składy, w których pełno jest dobroczynnie działających olejków ( między innymi sojowy i jojoba ) oraz maseł ( shea, kakaowe ), a dodatkowo jeszcze lanolina i wosk pszczeli. 
Opakowania pomadek różnią się tylko kolorami sztyftów oraz napisów i szaty graficznej na nasadce. Wszystkie mają taki sam odcień, identyczny jak na zdjęciu powyżej. Wyjątkiem jest tylko odżywcza pomadka, która ma kolor przypominający sorbet o smaku mango :) Każda z nich ma wagę 4,6 g oraz 18- miesięczny termin ważności od daty produkcji i 3-miesięczny od otwarcia. Na stronie internetowej Vianka kosztują 10,00 zł, ale w innych drogeriach można je kupić już za około 8,00 zł. Niezwykle tanio, bo według mnie są warte każdej złotówki. 

21:22:00

Marcowy projekt denko, który jest jednocześnie ostatnim ;)

Marcowy projekt denko, który jest jednocześnie ostatnim ;)
Dobrze czytacie. Dziś pokażę Wam ostatnie denko na moim blogu. Lubiłam tworzyć dla Was tę serię postów, ale pod koniec miesiąca w końcu mamy się przeprowadzić z mężem do naszego pierwszego mieszkanka ( przez to mniej mnie ostatnio w blogsferze, ale niedługo wszystko ponadrabiam, obiecuję :) i szczerze Wam przyznam, że jakoś nie widzi mi się gromadzenie pustych opakowań po kosmetykach w nowo zrobionej łazience :P Drugim powodem jest to, że po tylu latach po prostu nie chcę mi się już ich zbierać, po trochu znudziła mnie też owa seria wpisów. Myślę, że w końcu pora pomyśleć na inną, która regularnie pojawiała by się na blogu. Ale zanim do tego dojdzie, zapraszam Was na ostatni projekt denko u MintElegance :)
Marcowe denko wyszło mi bardzo duże, dlatego podzieliłam je na trzy części: najpierw opowiem Wam o zużytych produktach do włosów, potem przejdziemy do szeroko pojętej pielęgnacji ciała, a na koniec zostawiłam najliczniejszą grupę kosmetyków, czyli tych do twarzy i do makijażu. Wzmacniająca maska do włosów O'Herbal ( 1 ) w ostatnich tygodniach służyła mi głównie jako produkt do golenia nóg :P Na początku ją stosowałam na włosy, miała jednak paskudny zapach, dlatego po kilku użyciach na włosach, wolałam nakładać ją na nogi, skąd jej zapach tak bardzo nie docierał do mojego nosa :P Regenerującą maskę z awokado i migdałami CosNature ( 2 ) otrzymałam, bodajże, na MeetBeauty. Spodobał mi się jej zapach, konsystencja oraz działanie. Nie używałam jej jako maski, ale jako odżywki bez spłukiwania. Maska fajnie zmiękczała, wygładzała, odżywiała i nawilżała moje włosy. Chętnie sprawie sobie jej kolejne opakowanie. Nie polubiłam się z szamponem do włosów osłabionych Alterra ( 3 ). Dla mnie miał tępą konsystencję, która na włosach wydawała mi się jakaś taka... oleista i tłusta. Poza tym szampon w ogóle się nie pienił. Jego końcówkę wykorzystałam jako żel pod prysznic. Kokosowy szampon do włosów z Oriflame ( 4 ) fajnie sprawdził się na moich włosach, a dodatkowo umilał mi zapachem wieczorne prysznice. To nie jest wielkie wow, które robi z włosami nie wiadomo co, ale do codziennego oczyszczania nadawał się w sam raz. Odżywka w sprayu Gliss Kur ( 5 ) to kosmetyk, który często pojawiał się w moich denkach. Jestem chyba wręcz uzależniona od tych odżywek, bo nawet ostatnio na promocji w Rossmannie 2+2 na kosmetyki do włosów, do koszyczka wrzuciłam jedną ;)
No to teraz pielęgnacja ciała :) Pierwszym kosmetykiem z tej grupy, który zużyłam jest scrub Swedish Spa od Oriflame ( 6 ), który ma rewelacyjny orzeźwiający zapach z wyczuwalną nutą imbiru. W złuszczaniu i wygładzaniu skóry sprawdzał się bardzo fajnie, dlatego warto, abyście go poznały. Regenerujący olejek do skórek i paznokci Mollon Pro ( 7 ) służył mi bardzo długo i żałuję, że już dobił końca. Oprócz ładnego zapachu, mimo że różanego, wykazywał też świetne właściwości nawilżające skórki, dbał o to, aby zawsze były miękkie, ładne i zdrowo wyglądały. Bloker Ziaja ( 8 ) do niedawna był moich produktem must have. Już kilka razy wspominałam Wam, że kiedyś miałam problemy z nadmiernym poceniem się, ale na chwilę obecną nie mam z tym kłopotu i bloker nie jest już dla mnie niezbędnym produktem, który muszę mieć w kosmetyczce. Wygładzający balsam do ciała na bazie masła kakaowego LillaMai ( 9 ) to prawdę powiedziawszy wyrzutek. Kosmetyk ląduje w denku, ponieważ popsuła się pompka i dozowanie go na ciało stało się po prostu niemożliwe. To znaczy, może wpadłabym na jakiś pomysł, by mimo wszystko wykorzystać balsam do końca, ale nie spodobał mi się na tyle, by chcieć się bawić, np. w próby rozcinania opakowania ;) Żel pod prysznic z ekstraktem z kokosa Palmolive ( 10 ) uwiódł mnie, oczywiście, zapachem :P Miał świetną, gęstą, kremową konsystencję, która tworzyła mnóstwo delikatnie oczyszczającej piany. Żel nie wysuszał mojej skóry, ale lubiłam używać po nim jeszcze balsamu nawilżającego. Pobudzający krem do rąk Evree ( 11 ) mocno pomógł skórze moich dłoni, które w tym roku, jak nigdy, wymagały odpowiedniej troski. Jedno jego użycie potrafiło sprawić, że moje dłonie były nawilżone, odżywione, gładkie i miękkie. Gdy kokosowe masło do ciała z Bielendy ( 12 ) dobiło dna, aż mi się łezka zakręciła w oku :P Bardzo, ale to bardzo je polubiłam, nie tylko za zapach, ale za konsystencję i przede wszystkim działanie, które okazało się być super! Top do manicure hybrydowego Semilac ( 13 ) był jednym z moich ulubionych, dlatego gdy widziałam, że zaczął się kończyć, zaraz zamówiłam kolejna buteleczkę.
Najbardziej obfita w zdenkowane kosmetyki to grupa z produktami do szeroko pojętej pielęgnacji twarzy oraz z tymi do makijażu. Mineralny puder micelarny Lirene ( 14 ) lubiłam przez długi, długi czas. Potem odłożyłam go trochę na bok, zastępując innymi, a gdy do niego wróciłam okazało się, że nie może dogadać się z stosowanymi przeze mnie podkładami i zmienia ich odcień na różowy... Dlatego mimo iż jeszcze trochę mi go zostało, postanowiłam się z nim pożegnać. Poziomkowy peeling do ust Evree ( 15 ) okazał się fajnym kosmetykiem, ale byłby jeszcze lepszym, gdyby miał formę sztyftu. Byłby po prostu wygodniejszy i bardziej higieniczny w użytkowaniu. Gąbeczka Real Techniques ( 16 ) ze zdjęcia była moją drugą i na jakiś czas ostatnią, bo znalazłam jeszcze fajniejszą i jeszcze tańszą, czyli z Top Choice. W jednym z Shiny Box'ów znalazłam koncentrat komórek macierzystych Farmona ( 17 ). Było to chyba na początku miesiąca, bo pamiętam, że produkt miał krótki termin przydatności, bodajże do końca kwietnia. Jak widać udało mi się wykończyć kosmetyk przed czasem ;) Zużyłam go głównie w pielęgnacji szyi i dekoltu, ale miłości z tego nie było. Błyszczyk do ust Bell ( 18 ) miał słodki, owocowy zapach. Lubiłam nakładać go na noc, bo zawsze rano budziłam się z nawilżonymi, miękkimi ustami. Brązowy żel stylizujący do brwi Wibo ( 19 ) to mój ulubiony produkt do brwi w formie tuszu. Przemyślana szczoteczka zawsze pozwalała mi na ładne pokrycie brwi kolorem, uczesanie ich i zdyscyplinowanie. Jakiś czas temu zamówiłam sobie kolejną sztukę, ale nie zauważyłam, że producent zmienił szczoteczkę w tym żelu. Niestety, dla mnie na gorszą...  Mascara do rzęs Clump Defy od Max Factor ( 20 ) to dla mnie odkrycie kosmetyczne ostatnich miesięcy. Precyzyjna, silikonowa szczoteczka idealnie potrafiła rozczesać i rozdzielić rzęsy. Sam tusz sprawiał, że rzęsy były mocno wydłużone oraz podkręcone. Trwałość, wydajność i brak jakichkolwiek reakcji alergicznych to kolejne mocne strony tej maskary. Chyba na najbliższej promocji w Rossmannie kupię sobie kolejne opakowanie ;) Lekki hyrdo- żel do mieszanej i tłustej cery Soraya ( 21 ) bardzo przypasował mojej skórze. Przyjemna, leciutka, żelowa konsystencja; efekt nawilżenia, wygładzenia i ładnego matu w jednym; świetna baza pod makijaż to tylko niektóre jego zalety. Za to drugi krem Soraya, czyli złoty krem- esencja ( 22 ) to jakaś porażka... Z moją mieszaną cerą nie mógł się dogadać zupełnie, a obiecywany efekt rozświetlenia okazywał się całą dyskoteką! Tak jakby ktoś wkruszył opakowanie rozświetlacza do kremu i wymieszał. Szkoda mi go jednak było ot tak wyrzucić, więc zużyłam go do pielęgnacji nóg :P Woda micelarna D'Alchemy ( 23 ) w swoim składzie miała tak dużo dobroczynnych dla skóry czynników, że szkoda było mi jej używać do zmywania makijażu. Zastąpiłam nią tonik ;) Muszę przyznać, że intensywnie nawilżający krem do twarzy Bandi ( 24 ) bardzo mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się po nim spektakularnych efektów, a jednak je dostałam. Ultra lekka konsystencja sprawiała, że krem wręcz sunął po skórze, zapewniając jej natychmiastową ulgę oraz nawilżenie. Peeling do twarzy z Neutrogeny ( 25 ) był moim pierwszym tej marki, ale nie spełnił moich oczekiwań. Lubię mocniejsze zdzieraki, a ten okazał się kremowym żelem z nieostrymi drobinkami, które delikatnie masowały skórę. Po używaniu tego "peelingu" miałam wrażenie, że skóra nie była tak oczyszczona, jak po moich ulubionych scrubach do twarzy. Rewitalizujący płyn micelarny Vianek ( 26 ) uwielbiałam za jego zapach, delikatność dla skóry oraz efekt nawilżenia i miękkości, jaki pozostawiał na skórze. Niestety, w kwestii demakijażu okazał się być trochę cienki. Mogłabym go polecić osobom, które na co dzień malują się jeszcze delikatniej niż ja, choć chyba już bardziej się nie da :P Opakowanie antybakteryjnego żelu do mycia twarzy Dermedic ( 27 ) okazało się być nie odporne na upadki... Zaraz jak tylko zaczęłam go używać, spadł mi pod prysznicem i oderwała mi się pompka, przez co korzystanie z niego zaczęło być kłopotliwe... Łagodne mleczko oczyszczające Dermedic ( 28 ) bardzo polubiłam, głównie za to jaką ulgę potrafiło przynieść mojej skórze po całym dniu w makijażu. W przeciwieństwie do innych, to nie było tłuste, ciężkie, nie pozostawiało też uczucia mgły na oczach. 

To pożegnalne denko wyszło mi naprawdę spore, takie z przytupem :P

15:48:00

Nowości kosmetyczne w marcu

Nowości kosmetyczne w marcu
Minęło już kilka dni kwietnia, dlatego najwyższa pora, abym wreszcie pokazała Wam, jakie nowości kosmetyczne zawitały u mnie w marcu. Ten teoretycznie ( bo praktycznie bliżej mu było do jesieni ) wiosenny miesiąc upłynął mi pod znakiem pudełek. Normalnie, jak co miesiąc, zawitał do mnie Shiny Box "It's a Girls World". Znalazłam w nim siedem produktów, czyli: brązującą chusteczkę, matujący podkład, sztyft na odrosty, nawilżającą maskę do włosów, krem pod oczy, olejek do demakijażu oraz pilnik. Swoje wrażenia z tego pudełka opisałam już na blogu, zapraszam pod ten post :)
W marcu do moich rąk wpadł jeszcze jeden box, czyli moje pierwsze pudełko Be Glossy. Na początku miesiąca zamówiłam sobie trzymiesięczną subskrypcję :) W środku mojego pudełka były takie produkty jak: regenerująca pomadka do ust, lakier hybrydowy, krem do twarzy, krem do rąk, serum do twarzy, samoopalającą chusteczkę oraz próbkę boostera. Całość dokładniej opisałam już na blogu, dokładnie  w tym poście
Tak jak co miesiąc otrzymuję Shiny Box'a, tak też regularnie składam zamówienia na kosmetyki z katalogów Oriflame :P W marcu zamówiłam sobie piękny zapach, idealny na wiosnę; kapsułki do twarzy w postaci złotych rybek, scrub do twarzy wyglądem przypominający miętowe lody :D, korektor, który miał być na niedoskonałości, a okazał się być pod oczy oraz pomadkę do ust w cudownym różowym odcieniu. Kilka słów na temat wszystkich tych produktów napisałam już na blogu, o tutaj proszę :)
Co miesiąc, przy każdej promocji w Rossmannie, obiecuje sobie, że nie, tym razem nie skorzystam, choćby się waliło i paliło. I naprawdę trzymałabym się danego słowa, bo do najbliższej drogerii mam ponad 20 km, więc specjalnie nie pojadę na zakupy, ale los zawsze płata mi figla i chcąc nie chcąc w dniach obowiązywania promocji znajduję się w pobliżu Rossmanna -fatum, los, przeznaczenie jak mawiał Tadzio Norek w "Miodowym latach" :P W marcu nie było inaczej, ale mimo iż zrobiłam zakupy podczas promocji 2+2, to nie wszystko było dla mnie- jeden produkt wybrała sobie moja mama :P Ja wzbogaciłam się o nowy szampon z Garniera oraz dwie odżywki w spray'u, jedną Nivea, a drugą Gliss Kur. Z kwietniowej promocji też będzie dane mi skorzystać, bo jadę do ośrodka szkoleniowego, od którego mam 5 minut pieszo do Rossmanna :P
I ostatnie moje nowości to zakupy kosmetyczne, które poczyniłam trochę to tu, a trochę tam. Marka Vianek wypuściła na rynek cztery pomadki ochronne i jak widzicie mam je wszystkie :D Są tanie jak barszcz, pięknie pachną, miękko suną po ustach i mogą się pochwalić rewelacyjnymi właściwościami. Nie zdradzę Wam jakimi, bo planuję o nich osobną recenzję ;) Oprócz pomadek zamówiłam sobie też krem pod oczy, jestem bardzo ciekawa jak się spisze. Kokosowy krem do rąk kupiłam w aptece DOZ- w minionym miesiącu wzbogaciłam się o dwa te same kremy :P Jeden kupiłam, a drugi otrzymałam kilka dni później w box'ie Be Glossy. Tusz do rzęs Max Factor zamówiłam sobie razem z gąbeczkami Top Choice. Różową miałam już wcześniej i byłam z niej bardzo zadowolona, teraz zobaczę czy jej fioletowa siostra nie odbiega jakością :) 
I to już wszystko, więcej kosmetycznych nowości nie pamiętam :P

20:33:00

Kolejnych pięć kosmetyków od Oriflame :)

Kolejnych pięć kosmetyków od Oriflame :)
Bardzo polubiłam się z kosmetykami Oriflame. Zaskakują mnie swoją trwałością, zapachem, wydajnością, ale przede wszystkim działaniem na naprawdę wysokim poziomie. Jeszcze nie spotkałam takiego, który by mnie mocno zawiódł lub okazał się kosmetycznym bublem. Są produkty, które sprawdzają się u mnie rewelacyjnie, ale są też takie, które są fajne, chociaż nie urywają tyłka ;) Latami nie kupowałam nawet najmniejszego kosmetyku od Oriflame, bo nigdy jakoś nie było ku temu okazji, a teraz? Raz wpadł w moje ręce katalog i teraz co kolejny, to coś sobie zamawiam :D Tym razem skusiłam się na peeling oraz kapsułki do pielęgnacji twarzy, korektor w sztyfcie, pomadkę do ust oraz jeszcze perfumy :)
Pierwszy z kosmetyków, które zamówiłam sobie w marcu, to kapsułki do twarzy NovAge Nutri6. W szklanym, eleganckim słoiczku znajduje się 30 kapsułek, które kosztują niemało, bo aż 149,90 zł. Wyglądem przypominają takie malutkie, złote rybki. Aby użyć kapsułki należy urwać jej "ogonek", zawartość rozprowadzić w dłoniach, a następnie wklepać/wmasować w skórę twarzy, szyi i dekoltu. Zawartość jednej rybki pozwala na rozprowadzenie jej po wymienionych częściach ciała, nie pozostawiając po sobie uczucia tłustości, lepkości czy ciężkości. Każda rybka zawiera mieszankę sześciu olejków: z sezamu, awokado, soi, czarnej porzeczki, pestek brzoskwini i pereł prerii. Z większością z nich na pewno się spotkałyście, ale tak jak ja, możecie nie wiedzieć nic o ostatnim z wymienionych olejów. Jest to olej, który podobno w trakcie rozkwitu przypomina białą pianę unoszącą się nad oceanem ;) Kapsułki mają lekką konsystencję, łatwo rozprowadzają się po skórze i szybko wchłaniają. Rybek nie używam codziennie, tylko co drugi dzień, jako jeden z elementów wieczornej pielęgnacji. Właściwie to jako ostatni, po dokładnym demakijażu i stonizowaniu skóry. Po każdym razie moja skóra jest przyjemnie gładka i miękka w dotyku, nawilżona oraz odżywiona. Wygląda też na bardziej promienną, wypoczętą i ma ładniejszy koloryt. 
Perfumy Divine Idol są dla mnie idealnym zapachem na nadchodzące ciepłe dni :) Jest to zapach kwiatowo- szyprowy, stylowy, lekko orientalny, bardzo kobiecy oraz sensualny, ale mający w sobie też coś lekkiego, świeżego i zwiewnego. Na pierwszy plan wysuwa się białe piżmo w akompaniamencie z kwiatami: irysem, piwonią i peonią. Po upływie kilku minut uwalnia się orzeźwiająca mandarynka, a tuż za nią słodkość owoców, ale takich, które mają w sobie lekką cierpkość. Zapach jest otulający, charakterystyczny, obok którego nie da się przejść obojętnie. Mogę spryskiwać się nim codziennie, nigdy nie mam wrażenia, że mnie przytłacza. Według mnie, Divine Idol stworzony jest dla pewnej siebie kobiety. Nieśmiała dziewczynka zagubi się w tym zapachu, nie będzie umiała podołać jego "ciężarowi", jeśli wiecie co mam na myśli. Elegancki, szklany flakon o opływowym, sinusoidalnym wyglądzie, ma 50 ml i w standardowej cenie kosztuje 99,90 zł. Połączenie złamanej bieli z złotem świetnie trafia w mój gust oraz bardzo pasuje do mojej nowej łazienki :P 
Zamawiając korektor Giordani Gold myślałam, że zamawiam produkt do tuszowania niedoskonałości na twarzy. A potem myślałam sobie " kurczę, szkoda, że wcale nie kryje". Dopiero po kilku dniach doczytałam, że jest to korektor głównie do cieni i opuchnięć pod oczami :P Niby można go używać do twarzy, ale przetestowałam go już pod tym kątem i powiem Wam, że nic nie da. Obecnie nie mam wielu niedoskonałości, gdzieniegdzie kilka zaczerwienień i blizn potrądzikowych, ale ten korektor z Oriflame nie potrafił sobie z nimi poradzić. Lepiej sprawdza się w zakrywaniu cieni pod oczami, ładnie stapiają się ze skórą i współpracując z podkładami. Zdążyłam przetestować go z kilkoma różnymi i nie mógł dogadać się z jednym, ale niestety nie pamiętam już z którym... Chyba z City Matt od Lirene. Korektor aplikuję dwuetapowo: najpierw "stempluje" nim skórę, prosto z opakowania, a następnie rozprowadzam delikatnie wklepując opuszkami palca. Mam niemałe worki pod oczami, ale cienie nie są już takie straszne ;) Korektor lekko je tuszuje- dla mnie jest to satysfakcjonujący efekt, ujednolicając ich kolor i sprawiając, że okolica oczu wygląda na rozjaśnioną i wypoczętą. Nie zauważyłam, aby korektor zbierał się w zmarszczkach ani tego, żeby źle wypływał na skórę pod oczami, która jak wiecie, u większości z nas jest naprawdę delikatna. Korektor dostępny jest w dwóch odcieniach: light, czyli ten, który posiadam oraz medium. Ma przyjemną konsystencję, nie za ciężką, która nie obciąża delikatnej skóry pod oczami. Produkt ma 2 g, schowany został do eleganckiego, czarno- złotego sztyftu i przeważnie kosztuje 44,90 zł. 
Dzięki Oriflame moja kosmetyczka systematycznie wzbogaca się o kolejne produkty do ust :) Tym razem jest to pomadka The One w kolorze Magenta Mania, czyli w pięknym, intensywnym odcieniu różu. Myślę, że ten kolor będzie świetnym uzupełnieniem każdego mojego wiosennego makijażu :) Pomadka dostępna jest jeszcze w 9 innych odcieniach, od nude, przez czerwienie i fiolety, aż do przepięknego, mocnego wiśniowego koloru. Ma kremową konsystencję, dzięki czemu lekko rozprowadza się po ustach. Przez taki mocno ścięty, wręcz "geometryczny" :P kształt, trochę trudno nadaje mi się nią ładny kontur ust, bez lusterka nawet nie próbuję. Potem, gdy w ciągu dnia nanoszę poprawki, już go nie potrzebuje, bo pomadka zjada się równomiernie, poczynając od środka ust. Jest dobrze napigmentowana, aby ładnie pomalować usta nie trzeba nakładać jej nie wiadomo ile warstw. Ma lekko połyskujące wykończenie, jest bardzo lekka i komfortowa w noszeniu. W trakcie noszenia nie wysusza ust ani nie powoduje uczucia ich ściągnięcia, lubię jednak nałożyć na wargi balsam nawilżający po jej zmyciu. Pomadka bardzo fajnie pachnie, jak jakiś owocowy żel pod prysznic o zapachu mango lub kiwi :D Ma u mnie dodatkowy plus za to, że nie pozostawia na ustach chemicznego posmaku. Pewnie tego nie widać na zdjęciu, ale pomadka ma naprawdę bardzo ładne, eleganckie opakowanie, które aż chce się wyciągać z torebki i pokazywać światu :D Jest solidne, szczelne, więc nie ma obaw, że kiedyś samo się otworzy. Pomadka The One ma 3,7 g i kosztuje 42,90 zł, ale przeważnie, pi razy drzwi w co drugim katalogu jest w promocji. 
Nie wyobrażam sobie pielęgnacji mojej skóry twarzy bez regularnego złuszczania martwego naskórka. Peelingi to u mnie podstawa i mimo iż mam kilka ulubionych cały czas sięgam po nowe. Oczyszczający scrub do twarzy z serii Swedish Spa jest moim ostatnim nabytkiem. Solidny, plastikowy słoiczek ma pojemność 75 ml i kosztuje 29,90 zł. Po odkręceniu wieczka, peeling wygląda jak lody o miętowym smaku :D Ma kremową, na pierwszy rzut oka gęstą i treściwą konsystencję, w której nie widać żadnych drobinek. W kontakcie ze skórą scrub całkowicie zmienia swoją konsystencję: staje się leciutki, rzadki, wyczuwalne są też malutkie drobinki, które przyjemnie masują skórą. Dla mnie jest ich jednak za mało i są zbyt delikatne, dlatego jakoś tak mniej chętnie sięgam po ten peeling niż po inne. Nie zrozumcie mnie jednak źle, nie jest to zły produkt, bo spełnia swoje podstawowe zadanie, czyli pozwala usunąć martwy naskórek, a poza tym moja skóra też czasami potrzebuje delikatniejszego potraktowania ;) Po użyciu peelingu od Oriflame skóra jest gładsza, ładnie zmatowiona i miękka w dotyku. Scrub nie nawilża skóry, ale też jej nie wysusza, mogłabym rzec, że pozostawia ją w takim stanie, w jakim ją napotkał ;) W sposób wyczuwalny oczyszcza skórę, która zaraz po użyciu peelingu wygląda na jaśniejszą. Traktuje nim swoją skórę przeważnie tak raz w tygodniu i nie zauważyłam, aby kiedykolwiek i jakkolwiek podrażnił czy uczulił. Myślę, że sprawdzi się on również u osób, które mają wrażliwszą skórę niż moja. 
Podsumowanie postu wyjątkowo rozpoczniemy od produktu, który najmniej przypadł mi do gustu. Jest nim korektor, który fajnie sprawdza się na cienie pod oczami, ale nie miałabym nic przeciwko gdyby tuszował też inne mankamenty skóry. Nieco lepszym, ale też nie idealnym kosmetykiem, okazał się scrub do twarzy. Za mało mi w nim złuszczających drobinek, ja jednak jestem fanką mocnych peelingów, po których skóra czasami bywa aż czerwona ;) W samym środeczku umieściłabym pomadkę, która jest fajna, ma super kolor i jest przyjemna w noszeniu. Rybki z dużą zawartością olejków świetnie wkomponowały się w pielęgnację mojej skóry, pozwalając jej zachować odpowiedni poziom odżywienia i nawilżenia. Divine Idol to mój drugi zapach od Oriflame, który po prostu uwielbiam i który dla mnie jest najfajniejszym produktem z dzisiejszej piątki :)

18:11:00

Shiny Box "It's a girl world"

Shiny Box "It's a girl world"
Od kilku dni mamy już kwiecień, ale ja jeszcze myślami jestem w marcu, który jest moim ulubionym miesiącem:D Nadchodzi wiosna ( dziś czuć ją w powietrzu wyjątkowo mocno ), mam urodziny ( w tym roku były to ostatnie z dwóją z przodu, chlip :P ), a my Kobiety obchodzimy swoje małe święto 8 marca :) Shiny Box poprzez marcowe pudełko "It's a Girl world" nawiązuje do tego szczególnego dla nas dnia. Jesteście ciekawe jak kobiecy świat mógłby wyglądać, gdyby dało się go określić kilkoma kosmetykami? Jeśli tak, to zapraszam do zostania ze mną :)
Na pierwszym zdjęciu widzicie dwa produkty z pudełka, które u mnie nie znajdą zastosowania. Pierwszy z nich to sztyft na odrosty i siwe włosy od Bielendy. Występuje w trzech odcieniach: jasny brąz, brąz i czarny. Ja otrzymałam ostatni z nich. Dla mnie jest to  produkt zbędny, nie dlatego, że trafił mi się zły kolor. Ja po prostu nie farbuje włosów, więc nie mam odrostów i jestem jeszcze na tyle młoda, by nie martwić się siwymi włosami :P Druga niepotrzebna mi rzecz z boxa to dwupak samoopalających chusteczek do twarzy i ciała Efektima, które nie już pierwszy raz pojawiły się w Shiny Box'ie. Doskonale wiecie, że nie używam żadnych samoopalaczy, balsamów brązujących, itp. i zawsze, ale to zawsze puszczam je dalej w świat. Tak samo będzie z tymi chusteczkami. 
Na tym zdjęciu są produkty, które są po prostu fajne :) Lubię testować nowe podkłady, o marce Delia czytałam wiele dobrych recenzji, dlatego ciekawi mnie ten nawilżająco- korygujący fluid. Z tego co wyczytałam na stronie producenta jest to podkład mineralny z witaminą E, który ma zapewniać skórze aksamitne wykończenie, regulować jej równowagę hydro- lipidową, a także niwelować niedoskonałości i wyrównywać drobne zmarszczki. Trafił mi się najjaśniejszy odcień, 01 ciepły beż, myślę więc, że będzie pasował do koloru mojej skóry :) Maski do włosów oraz pilniczki do paznokci to produkty, które zawsze muszę mieć w domu. Maska Novex z wyciągiem z baobabu przeznaczona jest do zniszczonych i suchych włosów. Jej głównym zadaniem jest głębokie nawilżenie oraz zapobieganie puszeniu się włosów, zwiększenie ich elastyczności oraz ułatwianie rozczesywania Słoiczek ma pojemność 100 ml, a sama maska całkiem przyjemnie pachnie. Pilniczek do paznokci z drogerii Kontigo to produkt wymienny z skośną pęsetą lub brązującym pudrem Miyo. Ma aż 6 warstw. Po zużyciu pierwszej wystarczy ją oderwać, by pilnik był jak nowy :) 
Na deser zostawiłam dwa kosmetyki, które dla mnie są prawdziwymi perełkami marcowego boxa :) Pierwszy to olejek do demakijażu twarzy i oczu Go Cranberry. O produktach tej marki dużo czytałam i już od dłuższego czasu chciałam przekonać się o ich skuteczności na własnej skórze. Jestem po pierwszym użyciu tego olejku i póki co jest naprawdę dobrze :) Tak na marginesie, zupełnie nie wiem jak mogłam kiedyś pielęgnować swoja skórę bez olejków! Buteleczka z pompką ma pojemność 150 ml. Olejek to kosmetyk do oczyszczania bez parafiny, silikonów, sztucznych brawników, alergenów, parabenów, gmo i bez konserwantów. Ma za to witaminę E, olej żurawinowy oraz ze słodkich migdałów. Został wyróżniony tytułem "Stylowy Kosmetyk 2015" magazynu Styl, może być używany przez wegan i wegetarianinów. Kolejną perełką jest dla mnie bio krem pod oczy hiszpańskiej marki Feel Free, którego skład to 99% substancji pochodzenia naturalnego oraz tych z upraw organicznych. Kremów pod oczy używam bardzo chętnie, z każdego nowego niezmiernie się cieszę i tak samo jest tym razem. Krem ma pojemność 20 ml, bardzo leciutką, troszkę jakby żelową konsystencję oraz delikatny taki słodkawo ziołowy zapach. Ma nawilżyć skórę pod oczami oraz pomóc pozbyć się drobnych zmarszczek mimicznych. Myślę, że zarówno olejkowi, jak i kremowi pod oczy zadedykuje osobne recenzje. Jesteście za?
Podsumowując, na siedem produktów z pudełka, dla mnie nietrafione są dwa, czyli sztyft na odrosty i siwe włosy oraz chusteczki samoopalające. Najbardziej zadowolona jestem z olejku do demakijażu oraz kremu pod oczy. Ciekawa jestem podkładu, a masek do włosów i pilniczków do paznokci nigdy dość :) W moich oczach box wypada dobrze i nawet bez olejku, który otrzymały klientki, których marcowe pudełko było przynajmniej drugim w subskrypcji lub aktywnego pakietu, wartość produktów znacznie przewyższa cenę całego boxa. 

10:41:00

Podkład CATRICE HD LIQUID COVERAGE FOUNDATION

Podkład CATRICE HD LIQUID COVERAGE FOUNDATION
Z nowościami jestem mocno w tyle... Jestem świadoma, że mam zbyt wiele kosmetyków i to głównie wstrzymuje mnie przed zachłannym rzucaniem się na nowości ;) Prędzej czy później i tak kupię coś, co cieszyło się ogromnym zainteresowaniem, bo jednak moja kobieca i kosmetyczna ciekawość bierze górę :P Przykładem jest podkład HD Liquid Coverage Foundation, który już dawno nie jest kosmetyczną nowinką. Ba! kilka marek nawet wypuściło swoje produkty na podobieństwo podkładu Catrice, które wyglądem/konsystencją/działaniem niewiele od niego odbiegają, które też miały swoje 5 minut w blogosferze i których ja jeszcze nie zdążyłam poznać :P Swego czasu recenzje HD Liquid Coverage Foundation wyrastały w blogosferze jak grzyby po deszczu, a ja używam go stosunkowo od niedawna. Zdążyłam sobie wyrobić opinię na jego temat, dlatego zapraszam Was na jego recenzję. Być może dla jednych z Was będzie to "odgrzewany kotlet" wcześniejszych recenzji, ale innym może przypomnieć, że mieli zamiar go przetestować albo dać mu jeszcze jedną szansę ;) 
O ile mnie moja leciwa pamięć nie myli :P, podkład kupiłam w jednej z wielu internetowych drogerii. Buteleczka ma pojemność 30 ml i zapłaciłam za nią mniej niż 25,00 zł. Opakowanie z podkładem jest szklane i ciężkie. Higienicznym i praktycznym rozwiązaniem w przypadku tak płynnego kosmetyku, jakim jest właśnie ten podkład, jest pipetka ( chociaż pompka też by się dobrze sprawdziła ), dzięki której można dozować ilość produktu, co wpływa na jego wydajność. Swoja drogą, podkład i tak jest bardzo wydajny. Jedna pompka to naprawdę wystarczająca ilość na wykonanie makijażu twarzy. Podkład ma niestety ubogą gamę kolorystyczną, albowiem dostępny jest bodajże tylko w czterech odcieniach. Ja posiadam najjaśniejszy z nich, czyli 010 Light Beige. Przy aplikowaniu wygląda na ładny, jasny, wpadający w żółtą tonację. Niestety, po pewnym czasie zaczyna oksydować, lekko zmieniając swój kolor na szarawy. Na jednym z blogów wyczytałam, że warto go wymieszać z podkładem Healthy Mix od Bourjois i wtedy nie ciemnieje ani nie zmienia koloru. Muszę wypróbować, bo w zależności od światła, wygląda albo fajnie albo nie ;) Piszę tego posta późnym popołudniem, przy zapalonym świetle i gdy patrzę w lusterko podoba mi się jak wygląda, bo idealnie stapia się z szyją. W świetle dziennym, jednego dnia wydaje mi się, że jest zbyt ciemny, drugiego już wygląda bardzo naturalnie. Nie nakładam go na żadną bazę ani krem, utrwalam cały czas jednym i tym samym pudrem, a stan mojej cery nie uległ zmianie. Rozumiem różnicę w wyglądzie podkładu w świetle sztucznym i dziennym, ale rozbieżności w tym jak się prezentuje w niektóre dni nie umiem już wytłumaczyć, więc może Wy mi to jakoś wyjaśnicie? 
Podkład Catrice zauroczył mnie wieloma rzeczami. Mojej mieszanej cerze, z tendencją do błyszczenia się w strefie T, daje przepiękne wykończenie, optycznie wygładzając skórę i zapewniając jej naturalny, promienny, zdrowy wygląd z matowym wykończeniem, które nie jest ani płaskie ani sztuczne. Świetnie stapia się ze skórą, ponadto bardzo odpowiada mi jego krycie, bo nawet bez użycia korektora ładnie zakrywa niedoskonałości, przebarwienia i blizny. Jest fantastycznie trwały, nawet późnym wieczorem, po wielu godzinach od aplikacji, nie ściera się i wygląda po prostu dobrze. Przy tym podkładzie sprawdza się powiedzenie, że im mniej, tym lepiej, a to wszystko bez strat w kryciu, wygładzeniu czy trwałości. Nie mogę używać go codziennie, w ciągu tygodnia muszę zrobić chociaż jeden dzień przerwy, bo inaczej czuję, jak moja skóra zaczyna się lekko wysuszać. Obawiałam się, że może źle wpłynąć na stan mojej cery, ale okazało się, że mimo częstego używania go, nie zapchał moich porów ani nie wywołał żadnego wysypu niedoskonałości. Od dawna już aplikuje wszystkie podkłady gąbeczkami- jest to metoda, która bardzo przypadła mi do gustu i która w przypadku podkładu Catrice również bardzo fajnie mi się sprawdza. 
Cofając się pamięcią o kilka miesięcy wstecz odnoszę wrażenie, że podkład Catrice był jednym z najbardziej pożądanych kosmetyków do makijażu. Porównywany był do Double Wear czy Revlona. Pierwszego nie znam, drugiego zużyłam kilka buteleczek i mogę potwierdzić, że krycie i wygląd ma podobny do podkładu ColorStay. I dlatego, że odnajduję w nim spore podobieństwo do jednego z moich ulubionych podkładów mogę Wam powiedzieć, że HD Liquid Coverage Foundation również jest jednym z fajniejszych, które dane było mi zużywać- mimo iż bywa, że jednego dnia prezentuje się nieco gorzej niż kolejnego. I po kilkutygodniowym przetestowaniu go mogę zrozumieć dlaczego swego czasu z jego dostępnością było naprawdę ciężko. Ja jestem usatysfakcjonowana jego działaniem, chętnie kupię kolejną buteleczkę, ale jestem ciekawa jakie są Wasze doświadczenia z tym podkładem od Catrice :)?

Kochane, życzę Wam zdrowych, rodzinnych i wesołych Świąt Wielkanocnych :*

21:31:00

Recenzja: Łagodzące mleczko do demakijażu Tolerans Sensitive od Dermedic

Recenzja: Łagodzące mleczko do demakijażu Tolerans Sensitive od Dermedic
Lata temu zrezygnowałam z mleczek do demakijażu na rzecz płynów dwufazowych lub micelarnych. W porównaniu z nimi mleczka zaczęły wydawać mi się jakieś takie tłuste, cięższe, ogólnie wypadały mniej korzystnie. Jednak, gdy jakiś czas temu przeglądałam ofertę marki Dermedic, to po wielu, wielu latach, po raz pierwszy zainteresowało mnie pewne mleczko oczyszczające, o którym chciałam dziś co nieco napisać. Produkt do demakijażu z serii Tolerans Sensitive przeznaczony jest do skóry wrażliwej, alergicznej, a za zadanie ma łagodzić objawy nadreaktywności skóry, utrzymać prawidłowy poziom nawilżenia oraz skutecznie oczyszczać. Zaraz opowiem Wam o tym, jak te wszystkie obietnice producenta mają się do rzeczywistości.
Recenzję zaczniemy jednak od tego, co zwykle, czyli spraw czysto technicznych :) Łagodne mleczko oczyszczające od Dermedic wlane zostało do prostej, plastikowej buteleczki, zakręcanej na zwykłą nakrętkę, którą trzeba nacisnąć z jednej strony, aby z drugiej pojawił się dzióbek, przez który można przelać kosmetyk na wacik. Ogólnie rzecz ujmując, opakowanie jest praktyczne, wygodnie mi się z niego korzysta, bo nie wyślizguje się z dłoni. Mleczko ma bardzo lekką konsystencję, zaskakująco rzadką- zawsze, gdy go używałam, pierwsze skojarzenie jakie mi się nasuwało to "micelarne" ;) Ten kosmetyk mógłby mieć też w swojej nazwie "chłodzące", bo mimo iż nigdy nie stało obok lodówki, to zawsze, ale to zawsze, gdy aplikowałam mleczko na skórę odczuwałam przyjemne chłodzenie, które działało bardzo kojąco i uspokajająco na moją skórę. Fenomenalne uczucie po całym dniu ;) Kosmetyk ma subtelny, przyjemny zapach, który na pewno nie jednej osobie przypadnie do gustu. 
Mleczko jest naprawdę łagodne, nie tylko dla skóry, ale też dla makijażu. Niestety, w porównaniu do płynów micelarnych, trochę gorzej radzi sobie z demakijażem, przez co musiałam zużywać więcej wacików, aby zmyć makijaż. Na tym etapie wieczorne oczyszczanie mojej skóry, oczywiście, się nie kończy, bo nie ważne czy demakijaż wykonuję płynem micelarnym czy mleczkiem, dodatkowo zawsze sięgam jeszcze po żel do mycia twarzy. Mimo że używałam więcej wacików i większej ilości kosmetyku, to i tak okazał się być stosunkowo wydajny- mleczko stosowałam co wieczór przez około półtora miesiąca. Myślę, że jest to dobry wynik wydajności ;) Mleczko nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, a na oczach wrażenia mgły. Błyskawicznie się wchłania, pozostawiając skórę przyjemnie gładką i miękką w dotyku. Kosmetyk do oczyszczania marki Dermedic jest bardzo delikatny dla skóry oraz oczu, nie ma w ogóle takiej możliwości, aby w jakikolwiek sposób podrażnił. Nie wysusza skóry i nie powoduje jej ściągnięcia. Wręcz przeciwnie, po każdym użyciu sprawia, że skóra jest nawilżona, zmiękczona i ukojona. Dodatkowo łagodzi wszelkie podrażnienia i nie pogarsza stanu cery. 
Łagodne mleczko oczyszczające Tolerans Sensitive ma pojemność 200 ml, dostępny jest w aptekach, gdzie dostaniecie go już za około 15,00 zł. Można zmyć nim makijaż, odświeżyć skórę w ciągu dnia lub, gdy tego potrzebuje, ukoić ją, przynosząc jej upragnioną ulgę. 

20:04:00

Mój pierwszy be Glossy :)

Mój pierwszy be Glossy :)
"Jestem Kobietą" to mój pierwszy box beGlossy :) Na początku miesiąca kupiłam sobie trzymiesięczną subskrypcję, bo Shiny Box to dla mnie chyba za mało :P Pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne, ale o tym za chwilę. Na początku chciałam pochwalić ekipę beGlossy za ekspresową przesyłkę- w czwartek wieczorem otrzymałam wiadomość, że pudełko zostało wysłane, a w piątek do południa było już w moich rękach! Utrzymując to tempo, już dziś, w sobotę, zapraszam Was na moją opinię o tym co się w tym box'ie znalazło. 
Na początku porozmawiajmy o mniejszych produktach z pudełka, czyli ochronnej pomadce do ust, hybrydowym lakierze do paznokci oraz miniaturce kremu do twarzy. Regenerującą pomadkę Enilome zdążyłam poznać na początku zimy, kiedy to kupiłam ją sobie, aby mieć czym nawilżać usta w pracy. Jest to taka najzwyklejsza ochronna pomadka, bezbarwna, bezzapachowa i bez smaku. Trochę taka nijaka, tak samo jak jej opakowanie ;) Proste, plastikowe, minimalistyczne, wizualnie nie przykuwające wzorku. Pomadka spełnia jednak swoje podstawowe, czyli dba o to, aby usta były nawilżone, gładkie i miękkie. Na stronie apteki DOZ kosztuje 4,99 zł. Wiecie jakiego kosmetyku zawsze brakowało mi w Shiny Box? Lakieru hybrydowego. Dlatego niezmiernie ucieszyłam się, gdy do moich uszu doszła wieść, że w box'ie beGlossy znajdę właśnie jeden z nich. Jest to lakier hybrydowy z NeoNail, z najnowszej kolekcji Boho. Kolory wysyłane były losowo, mnie trafił się Violet Garden, który jest odcieniem fioletowo- różowym. Jeszcze nie pomalowałam nim paznokci, ale mam nadzieję, że bardziej będzie wpadał w róż niż w fiolet ;) Buteleczka ma pojemność 6 ml i na stronie producenta kosztuje 28,90 zł. W tym uroczo wyglądającym, malutkim słoiczku znajduje się miniaturka kremu do twarzy Aqualia Thermal od Vichy. Pełnowymiarowe opakowanie ma pojemność 50 ml i kosztuje około 70,00 zł. Wersja z boxa ma 15 ml, więc pi razy drzwi, mogłaby kosztować około 20,00 zł. Krem ma ziołowy zapach i konsystencję podobną do śmietanki do kawy. Póki co użyłam go tylko raz, więc za wiele nie mogę Wam o nim opowiedzieć. Jednak póki co jestem nim mocno zauroczona, bo cudownie lekko się rozprowadza po skórze, dając jej natychmiastowe uczucie ukojenia, miękkości i nawilżenia. I są to efekty, które utrzymują się naprawdę przez długi czas. 
Doskonale wiecie, że uwielbiam kokosowe kosmetyki, bo często gęsto o tym piszę. Dlatego pewnie zaskoczy Was to, że z kremu do rąk Botame Body o zapachy kokosa niezbyt się ucieszyłam... Ale tylko i wyłącznie dlatego, że na początku miesiąca kupiłam go sobie sama w aptece DOZ :P I nie wierzę, że to piszę, ale w box'ie wolałabym natrafić na wersję borówkową tego kremu :P Ech, być kobietą :D Mimo wszystko, kremu i tak nikomu nie oddam, bo jestem w nim zakochana po uszy. Fenomenalnie pachnie i jest to zapach, który czuć jeszcze długo po zaaplikowaniu go na skórę. Poza zjawiskowym aromatem, charakteryzuje się również godnym podziwu działaniem, albowiem super nawilża skórę, regeneruje i odżywia, pozostawiając ją niesamowicie miękką i gładką. Myślę, że jest to krem, który sprosta wymaganiom nawet mocniej wysuszonej skóry dłoni.  Ma pojemność 30 ml, więc jest naprawdę niewielki i można go nosić ze sobą wszędzie, a kosztuje tylko 9,99 zł. Kolejnym pełnowymiarowym produktem z box'a jest serum do twarzy BotoLift X od Mincer Pharma. Jest przeznaczone dla osób 40+, czyli nieco ponad dekadę starszych ode mnie ;) Myślę jednak, że nikomu go nie oddam, na własnej skórze chcę przetestować jak się sprawdza. Bo producent obiecuje naprawdę wiele: napiętą, nawilżoną, wygładzoną i dogłębnie zregenerowaną skórę; natychmiastową poprawę wyglądu cery, a także świetną bazę pod makijaż. Szklana buteleczka zakończona wygodną i higieniczną pompką ma pojemność 30  ml i w Rossmannie kosztuje ponad 45,00 zł. 
Na koniec zostawiłam produkty w saszetkach. Pierwszy z nich to samoopalająca chusteczka do twarzy i ciała Efektima. Ja nie używam żadnych samoopalaczy, balsamów brązujących, itp., więc dla mnie jest to kosmetyk zbędny, mogłoby go nie być, a z pozostałej zawartości boxa i tak byłabym zadowolona. Jeszcze nie wiem w czyje ręce trafi, ale mam nadzieję, że u tej osoby sprawdzą się obietnice producenta, czyli że skóra będzie opalona i zadbana, bez smug i przebarwień. Opakowanie zawiera jedną chusteczkę i kosztuje 2,49 zł. Druga saszetka skrywa próbkę nawilżająco- wzmacniającego boostera od Vichy. Poczytałam sobie trochę o tym kosmetyku w Internecie i przyznam, że wolałabym pełnowymiarową jego wersję :P Niestety, w życiu nie można mieć wszystkiego... Chlip, chlip :P
Jak już wspomniałam, w marcu zamówiłam trzymiesięczną subskrypcję beGlossy. Za całość zapłaciłam jednorazowo 141,00 zł, czyli 47,00 zł za jedno pudełko. Po podliczeniu wyszło mi, że gdybym chciała kupić każdy produkt osobno, musiałabym wydać ponad 110,00 zł. Wychodzi na to, że inwestycja w beGlossy bardziej mi się opłaciła ;) Oprócz chusteczek samoopalających, nie znalazłam produktu, którego obecność w pudełku by mi przeszkadzała. Oby tak dalej!

19:21:00

Trzymajcie się od nich z daleka, czyli buble kosmetyczne

Trzymajcie się od nich z daleka, czyli buble kosmetyczne
Ostatni post o kosmetycznych rozczarowaniach pojawił się na blogu w czerwcu, a więc prawie rok temu! Są to posty, które w całej blogosferze ciągle cieszą się dużym zainteresowaniem- powinnam więc częściej takie pisać :P Dziś pokażę Wam trzy produkty, które już na początku tego roku zawiodły mnie swym (nie)działaniem i które mogę głośno nazwać kosmetycznymi bublami, na które szkoda pieniędzy, czasu i nerwów. 
Po około dwóch latach właściwie ciągłego noszenia hybryd, moje paznokcie się zbuntowały i po zdjęciu ostatniego manicuru pokazały mi w jakim kiepskim są stanie- cienkie jak bibułka, łamiące się przy każdej okazji. Postanowiłam więc dać im się zregenerować i zrezygnowałam z hybryd dopóki, dopóty płytka paznokcia nie odrośnie w całości. Tak więc już ponad miesiąc chodzę bez pomalowanych paznokci, co jest dla mnie sporym wyczynem ;) Aby pomóc moim paznokciom zaczęłam także zażywać skrzyp polny, wcierać różne olejki, a także zakupiłam wzmacniającą odżywkę do osłabionych i pękających paznokci Maximum Strength Sally Hansen. Gdyby spełniała ona obietnice producenta, dziś moje paznokcie były by jak nowe. Miała je wzmocnić, chronić, zwiększyć ich odporność na uszkodzenia, a efekty miały być widoczne po tygodniu systematycznego stosowania. W to ostatnie zapewnienie akurat nie uwierzyłam, bo wiem z doświadczenia, że tego typu produkty trzeba stosować regularnie i przez dłuższy czas. Liczyłam jednak, że po trzech tygodniach codziennego malowania nią paznokci, jakieś efekty jednak uda mi się zaobserwować. Odżywka nie jest przezroczysta ani błyszcząca, po wyschnięciu zostawia na paznokciach matową warstewkę w jasno różowym kolorze, która ściera się nawet nie wiadomo kiedy. Nie wiem czy jest osoba, która lubi, gdy lakier do połowy paznokcia jest zdarty. Kosztowała mnie około 15,00 zł. Niby nie dużo, ale jakoś mi żal wydanych na nią pieniędzy... Na szczęście moje paznokcie mają się już coraz lepiej, w kwietniu może już coś na nich zmaluję ;), ale nie jest to zasługą tej odżywki. 
Od lat prostuję włosy, więc gdy widzę jakikolwiek nowy produkt, który ma sprawić, że będą jeszcze prostsze, kupuję go od razu w ciemno :P Czasami takie spontaniczne zakupy mi się opłacają, lub jak w przypadku eliksiru prostującego włosy Marion, są to pieniądze wyrzucone w błoto. Po pierwsze, nie wiem czy jest to praktyka producenta, czy wzięłam jakieś trefne opakowanie, ale moja buteleczka nie była wypełniona w całości, tylko gdzieś tak do 2/3 jej wysokości. Niestety, przez nieprzezroczyste ścianki nie było tego widać, w przeciwnym wypadku szukałabym opakowania, w którym było by więcej kosmetyku. Chociaż, mając wiedzę, którą mam teraz, odłożyłabym buteleczkę na miejsce i zawinęła się na pięcie ;) Eliksir to tak naprawdę tłusty, ciężki olejek, który nałożony w zbyt małej ilość na włosy nie robi z nimi nic, ale już ociupinka więcej sprawia, że włosy są oklapnięte, a posklejane końcówki przypominają strągi. Jednym słowem, włosy wyglądają tak, jakbym nie myła ich przez tydzień albo jeszcze dłużej. Nigdy nie udało mi się dobrać odpowiedniej jego ilości, co kończyło się tym, że po każdym jego użyciu tylko się denerwowałam. No może raz mi się poszczęściło i zaaplikowałam go w idealnej proporcji, ale to nie znaczy, że z efektu jego działania byłam zadowolona. Z informacji na buteleczce wynikało, że eliksir powinien zapewnić moim włosom ochronę przed wilgocią i długotrwałe wygładzenie. Faktycznie, tego dnia były miękkie, gładsze, ale odrobina wilgoci nadal sprawiała, że zaczynały się wykręcać każdy w swoją stronę... 
Kolagenowa maska na usta Pilaten okazała się dość cienka, musiałam ostrożnie się z nią obchodzić, aby jej nie uszkodzić. Jej galaretowata konsystencja była w porządku, szkoda tylko, że zbytnio nie chciała trzymać się skóry- chodząc musiałam co jakiś czas ją poprawiać. Do tej pory nie rozumiem czemu ona musiała być też taka wielka? Niby maska na usta, a zakrywa sporą część twarzy. Jej użycie miało intensywnie nawilżyć usta, miały być wygładzone, pełniejsze i ujędrnione. Zrobiłam wszystko to, co zalecił producent: umyłam skórę wokół ust, przemyłam tonikiem, maseczkę nałożyłam na usta na ponad 20 minut, a resztę kosmetyku wklepałam w wargi. No i zaczęłam doszukiwać się jakichkolwiek efektów. A tu nic, nul, nada, zero. Ani nawilżenia, ani wygładzenia. Żadnego ujędrnienia, odżywienia czy czegokolwiek. Ta maska fajne ma tylko opakowanie. Różowe, dziewczyńskie, przesłodzone. Sama maseczka wygląda śmiesznie, ale przymknęłabym na to oko, gdyby wykazała jakiekolwiek właściwości. Bo czego kobieta nie zrobi dla swej urody, nawet założy śmieszną maskę na twarz :P Moja mama kupiła dwie te maseczki, po niecałe 3 zł za sztukę, więc tragedii cenowej nie ma. Jedną wykorzystałam, drugą pożyczyłam na potrzeby zdjęcia i zaraz jej oddałam ;) Z tego co wiem, jeszcze jej nie testowała, ale śmiem wątpić, by spełniła jej oczekiwania... Jest nieco bardziej wymagająca niż ja :P

A jakie kosmetyki, w ostatnim czasie, nie spełniły Waszych oczekiwań ?

08:55:00

Pobudzający krem do rąk Cannabis&Kukui od Evree

Pobudzający krem do rąk Cannabis&Kukui od Evree
Tej zimy używam jeden krem do rąk za drugim. Wiatr, zimno, sezon grzewczy i suche powietrze, ale też malowanie, gruntowanie, sprzątanie i inne prace w urządzanym przeze mnie i męża mieszkaniu nie pozostają bez wpływu na kondycję mojej skóry na dłoniach. Przez to jeśli, przynajmniej raz na dzień, nie posmaruje ich kremem to mam wrażenie, że są szorstkie i przesuszone. Dlatego kremy do pielęgnacji skóry rąk mam dosłownie wszędzie: w pracy, w torebce, przy łóżku i przy komputerze. Jednym z ostatnio używanych przeze mnie kosmetyków do dłoni jest, a właściwie to już był, pobudzający krem Cannabis&Kukui od Evree. 
W serii kremów do rąk z olejkiem cannabis, czyli olejkiem z konopi, znajdziecie trzy różne wersje: pobudzający z olejkiem kukui, energizujący z olejkiem z papai oraz orzeźwiający z olejkiem z cytryny. Każdy z nich brzmi kusząco ;) Wszystkie mają pojemność 30 ml i w zależności od drogerii kosztują gdzieś pomiędzy 10,00 zł a 15,00 zł. Aluminiowe tubki, do których zostały wciśnięte po same brzegi, są niewielkiej wielkości, przez co wyglądają jakoś tak sympatycznie i uroczo :D A ponadto zmieszczą się nawet w malutkiej torebce. Szatę graficzną też mają fajną i przyjemną dla oka. Zakończone są plastikową nakręteczką, na której można stabilnie postawić opakowanie z kremem na biurku, szafce, czy w łazience. W składzie tych kremów nie znajdziecie olejów mineralnych, parabenów ani sls. 
Pobudzający krem do rąk Evree ma gęstą i treściwą formułę, która mnie skojarzyła się z konsystencją maseł do ciała. Bardzo dobrze rozprowadza się po skórze, lekko się po niej ślizgając. Krem wchłania się błyskawicznie i nie pozostawia na skórze lepkiej warstewki, tylko taką bardzo delikatną, ochronną. Krem do rąk ma pistacjowy kolor, a także egzotyczny, rześki zapach. Wystarczy jego niewielka ilość, aby poczuć jak zaskakująco dobrze potrafi zatroszczyć się o skórę dłoni. Już jedno użycie kremu Evree potrafi sprawić, że skóra jest momentalnie nawilżona, odżywiona i zregenerowana. I nie jest to uczucie powierzchowne, ale wyczuwalne jeszcze długo po nałożeniu kremu. Zmęczonym dłoniom przynosi ukojenie i w widoczny sposób poprawia ich kondycje. Kosmetyk ten pozwala również skórze odzyskać elastyczność, miękkość oraz gładkość. Po zaaplikowaniu kremu, dłonie wyglądają na wypielęgnowane, zadbane, mimo ciężkich warunków, na które też są ostatnio wystawione, i aż chce się je pokazywać światu :) 

20:24:00

Kolejny post o kosmetykach Oriflame :)

Kolejny post o kosmetykach Oriflame :)
W styczniu po wielu, wielu latach przerwy po raz pierwszy zamówiłam kilka kosmetyków z katalogu Oriflame. Były to: szampon do włosów, krem do rąk, peeling do ciała, pomadka do ust oraz puder do twarzy i o wszystkich napisałam kilka słów recenzji- zainteresowanych odsyłam do tego wpisu :) W lutym złożyłam kolejne zamówienie i w dzisiejszym poście podzielę się z Wami swoimi wrażeniami o: żelu pod prysznic, podkładzie, musie do ust, perfumach oraz tuszu do rzęs. Zróbcie sobie herbaty i rozsiądźcie się wygodnie, bo nie będzie to krótki tekst :) 
Giordani Gold to podkład, który zaskoczył mnie tak bardzo, że aż wyskoczyłam z butów z wrażenia! :P Mam tak, że do niektórych kosmetyków podchodzę trochę jak pies do jeża, mimo iż jednocześnie pokładam w nich niemałe nadzieje. Dokładnie tak samo miałam w przypadku tego podkładu od Oriflame. Z jednej strony chciałam, aby sprawdził się super, z drugiej jednak uważałam, że nie będzie z tego miłości. A miłość jest i to ogromna :D Kosmetyk znajduje się w ciężkiej, szklanej buteleczce, która zakończona jest złoto- czarną nakrętką z pipetką. Całość prezentuje się klasycznie i elegancko. Podkład dostępny jest w pięciu odcieniach, ja posiadam kolor Vanilla, który został stworzony z myślą o mojej skórze. W trakcie aplikowania na skórę wydaje się być nieco zbyt jasny, ale w ciągu kilku minut delikatnie utlenia się, dopasowując się tym samym do kolorytu mojej twarzy. W ciągu dnia podkład już nie ciemnieje, nie ściera się, wygląda bardzo naturalnie. Używam go każdego dnia i nie zaobserwowałam, aby negatywnie wpłynął na stan mojej cery. Nie może pochwalić się mocnym kryciem, jest ono raczej średnie, za to jest fantastycznie trwały. Moją mieszaną cerę matuje na kilka godzin, potem muszę go przypudrować lub użyć bibułki matującej, ale dla mnie nie jest to wada, bo każdy podkład prędzej czy później muszę potraktować pudrem. Podkład jest bardzo lekki i rzadki, dlatego używając go muszę uważać, aby gdzieś mi nie skapnął i nie pobrudził ubrania. Aplikuję go gąbeczką- nie próbowałam innych metod nakładania go na twarz, bo ta sprawdza się u mnie bardzo dobrze. Podkład Giordani Gold jest bardzo wydajny, mnie wystarcza pół pipety na dokładne rozprowadzenie go po skórze twarzy. Jedyne co mi przeszkadza w tym podkładzie to perfumowany zapach, który jest mocno wyczuwalny i duszący podczas aplikowania. Mógłby być też nieco tańszy, bo 30 ml podkładu kosztuje 69,90 zł. Jednak z drugiej strony uważam, że jest wart tych pieniędzy. 
Lekki mus do ust The One kosztuje 42,90 zł, ale często jest w promocji. Występuje w 8 przepięknych odcieniach, dlatego wybranie jednego konkretnego koloru stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie ;) Ostatecznie zdecydowałam się na Strawberry Cake, czyli po prostu różowy, który nie jest zbyt przesłodzonym odcieniem. Opakowanie musu jest solidne, szczelne, a także bardzo ładne i eleganckie samo w sobie- połączenie srebra i różu zawsze dobrze wygląda :), a dołączona pacynka jest bardzo wygodna i higieniczna, a poza tym nie nabiera zbyt dużo produktu. Formuła musu jest aksamitna i lekko rozprowadza się po ustach. Do ewentualnych poprawek nie potrzebne jest nawet lusterko, bo nie jest do kosmetyk, którym można zepsuć makijaż ust. Ten produkt do ust nadaje im delikatnego koloru, pokrywając je lśniącą warstewką. W musie nie są zanurzone żadne drobinki rozświetlające, co wielu osobom może odpowiadać. Dla mnie jest to produkt pomiędzy błyszczykiem, a pomadką. Od błyszczyka pożyczył sobie lekkość i połysk, a pomadce skradł trwałość oraz krycie. Musu praktycznie nie czuć na ustach, jest tak lekki. Poza tym nie skleja warg, za co ma u mnie dodatkowy plusik. Mus od Oriflame nie jest wymagającym produktem, aby ładnie się prezentował nie potrzebuje perfekcyjne zadbanych ust. Nie podkreśla suchych skórek, nie ma też tendencji do wylewania się poza ich kontur warg.
Szczoteczka tuszu do rzęs The One jest dla mnie taka rozczochrana i pokręcona :P Zdjęcie może tego tak nie oddaje, ale uwierzcie mi na słowo, że w życiu nie widziałyście bardziej potarganej szczoteczki :P Włoski są nieregularne, a ułożone zostały spiralnie. Szczoteczka jest wygodna w używaniu, dobrze mi się nią manewruje koło oka. Dla mnie jednak tusz ten ma zbyt mokrą konsystencję, przez co rzęsy nie są ładnie rozczesane, tylko sklejone. Myślałam, że z czasem maskara podeschnie, ale ona jak na złość nie chce zmienić swojej konsystencji. Tusz ma czarny kolor, ale nie jest on zbyt mocny i intensywny, dlatego moim zdaniem, jest to kosmetyk dobry do używania na co dzień. Bardzo ładnie podkręca i wydłuża rzęsy, ale wymaga, aby inną szczoteczką je rozczesać i rozdzielić. Tusz może jednak pochwalić się zaskakującą trwałością, a ponadto tym, że nie pozostawia grudek, nie rozmazuje się ani nie osypuje, a wieczorem bez problemu poddaje się demakijażowi. Jego zaletą jest również to, że nie podrażnia, nie uczula, nie powoduje łzawienia ani szczypania oczu. Ma pojemność 8 ml i kosztuje 39,90 zł. 
W kwestii perfum jestem monotematyczna. Mam ulubione zapachy, których używam od lat i rzadko decyduje się na coś nowego. W tym roku jednak zaryzykowałam i zakupiłam perfumy z katalogu kosmetycznego, kierując się tylko i wyłącznie ich opisem oraz wyglądem buteleczki :P Przyznajcie same, flakon So Fever Her przykuwa wzrok swoim fantazyjnym kształtem. Szklana buteleczka jest trochę taka zakręcona ;), ale nadal elegancka, szykowna i stylowa. Naprawdę ładnie prezentuje się na toaletce :) Zakończona jest pozłacanym, niewielkim atomizerem, który po naciśnięciu aplikuje na skórę obfitą, pachnącą mgiełkę. Flakon ma pojemność 50 ml i kosztuje 109,90 zł. So Fever Her to zapach niebanalny, intensywny i śmiały. W woni tych perfum wyraźnie czuć wanilię połączoną z czarną porzeczką, zaś w tyle przebijają się kwiatowe nuty oraz drzewo sandałowe. Zakwalifikowałabym ten zapach do grona nieco cięższych, orientalnych perfum, które dla mnie są świetne na wieczorne wyjścia lub na zimowe dni, bo mają w sobie coś rozgrzewającego, intrygującego, skupiającego na sobie uwagę wszystkich wokół. To nie są lekkie, rześkie perfumy, dlatego też myślę, że wiosną lub latem nie będę ich używać, bo mogą okazać się zbyt przytłaczające. So Fever Her to zapach, który trochę przypomina mi Black Opium. Tak jak te perfumy od Yves Saint Laurent, So Fever Her ma w sobie coś magnetycznego, zmysłowego i zadziornego. To też nie jest zapach dla grzecznej, skromnej dziewczynki, tylko dla świadomej siebie, pewnej kobiety. Perfumy z katalogu Oriflame zaskoczyły mnie swoją trwałością. Używam ich rano, tuż przed wyjściem do pracy, a późnym popołudniem są nadal wyczuwalne na skórze.
Żel pod prysznic Discover New Zealand to tylko jeden z wielu żeli, które można znaleźć w katalogach Oriflame. Skusiłam się akurat na ten, albowiem moją uwagę zwrócił jego piękny, lazurowy kolor :P Butelka o pojemności 250 kosztuje 14,90 zł, ale w katalogu 03-2018, z którego zamawiałam żel jego cena była chyba o połowę niższa. Ogólnie w linii Discover naliczyłam 9 wersji zapachowych- w aktualnym katalogu 04-2018 ( ważny jest do 19 marca ) cztery z nich są akurat w promocji i kosztują 9,99 zł. Butelka jest bardzo leciutka i wygodna w codziennym użytkowaniu. Bardzo podoba mi się zapach tego żelu, który ma w sobie coś z kwasowości kiwi, słodyczy jabłka i świeżości kwiatów. Taka mieszanka to prawdziwa rozkosz dla zmysłu powonienia. Dlatego strasznie żałuję, że nie utrzymuje się na skórze... Żel fajnie pieni się w kontakcie z wodą, jest łagodny dla skóry i nie powoduje jej wysuszenia. Bardzo dobrze oczyszcza i odświeża skórę, a jego orzeźwiający zapach pobudza do działania :) W moich oczach żel pod prysznic od Oriflame jest w porządku, ale nie mogę napisać, że czymś mnie zaskoczył w swoim działaniu. 
Reasumując, najlepszym kosmetykiem z przedstawionej dzisiaj piątki jest zdecydowanie podkład Giordani Gold, którego używanie to dla mnie sama przyjemność. Równie mocno jestem zadowolona z perfum So Fever Her, które zaskoczyły mnie nietuzinkowym zapachem oraz trwałością. Mus do ust nie tylko pięknie wygląda na ustach, ale też dba o to, aby były nawilżone i gładkie. Żel pod prysznic charakteryzuje się cudownym zapachem, ale na tle tych drogeryjnych nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot, taki zwykły kosmetyk myjący, jakich pełno. Zawiodłam się trochę na tuszu do rzęs, który dla mnie ma zbyt mokrą konsystencję, przez co zamiast rozczesywać, skleja rzęsy. A jakie są Wasze doświadczenia z kosmetykami Oriflame?

09:24:00

Shiny Box "Love" i "Create Your Style"

Shiny Box "Love" i "Create Your Style"
Luty, ze względu na Walentynki, to miesiąc, który zawsze będzie mi się kojarzył z czerwonym kolorem, serduszkami i miłością odmienianą przez wszystkie (nie)znane języki świata ;) Shiny Box ma podobny tok myślenia, co ja, bo szata graficzna lutowego pudełka ma wszystkie wymienione przeze mnie elementy: czerwień, serduszka i wielki napis "love". Czy jego zawartość jest tak samo walentynkowa? Zaraz się o tym wszyscy przekonamy.
W tym malutkim kartonowym pudełeczku schowane są dwie buteleczki, każda o pojemności 5 ml, czyli tak na jedno lub dwa użycia. Tworzą one mini zestaw do pielęgnacji skóry normalnej i mieszanej "I want", który opisany został w ulotce jako "travel size" i którego cena to tylko 95 gr. Dla mnie taka cena to szok. W jednej buteleczce jest tonik nawilżający, w drugiej emulsja, też nawilżająca. Wykonane są z twardego tworzywa i o ile tonik z łatwością można przelać na wacik, o tyle wydobycie emulsji graniczy z cudem. Oba kosmetyki mają podobne zapachy, jakby ziołowe. Są to kosmetyki, które nie zawierają parabenów, sztucznych zapachów i barwników. Regenerująca maska do włosów Flos-Lek to dermokosmetyk wymienny 1 z 7. Pozostałe to szampon do suchych i zniszczonych włosów, kolejny tym razem zapobiegający wypadaniu włosów, serum multifunkcyjne do włosów, kuracja intensywnie regenerująca oraz druga zapobiegająca wypadaniu włosów, a także maska wzmacniająca. Gdyby trafił mi się jakikolwiek inny produkt z wyżej wymienionych, byłabym tak samo zadowolona jak z posiadanej maski, bo każdy znalazłaby u mnie zastosowanie. Razi mnie tylko trochę różnica cen poszczególnych kosmetyków, które znacząco wpływają na wartość boxa, bo obie kuracje mają kosztować 79,99 zł, a serum tylko 14,99 zł... Cena maski, którą mam to 24,99 zł. Moim zdaniem, ceny kosmetyków wymiennych powinny oscylować w podobnych kwotach, plus minus parę złotych różnicy, a nie kilkadziesiąt. 
Moja reakcja na kolor matowej pomadki w płynie od Smart Girl Get More była niecenzuralna, dlatego wybaczcie, że jej nie przytoczę :P A to dlatego, że trafił mi się odcień 06 Berry Me, czyli burgund, który jest najciemniejszym kolorem spośród dostępnych. Jest też najmocniejszym odcieniem w mojej kosmetyczce ;) Mnie bardzo podobają się tak bardzo podkreślone usta, ale moje są duże oraz pełne i mam wrażenie, że jak pomaluje je na tak ciemny kolor, jaki ma ta pomadka, to będzie widać tylko je :P Może kiedyś się przekonam do takich odcieni na ustach, ale na razie szminka ta będzie leżeć nieużywana, chociaż obietnice producenta brzmią obiecująco: silna pigmentacja, matowe wykończenie, intensywność koloru i trwałość, nawet podczas posiłków. Obok pomadki leży brązujący puder do twarzy i ciała Smart Girls Get More, który jest prezentem dla ambasadorek Shiny Box. Jak dla mnie jest bardzo duży, bo mam wagę 17 g. Podzielony jest na dwie części: matową oraz taką w kolorze starego złota z rozświetlającymi drobinkami. Nie jest mocno napigmentowany, ale przyjemnie i lekko rozprowadza się po skórze. Ja jednak już od dawna nie używam bronzerów, więc muszę znaleźć mu nową właścicielkę ;) Na zdjęciu widzicie jeszcze wodę micelarną Kueshi, która ma pojemność 100 ml. Otrzymały ją klientki, których lutowy Shiny Box był przynajmniej drugim w subskrypcji lub w pakiecie. Kosmetyki do demakijażu schodzą u mnie jak woda, więc i tę wodę micelarną na pewno zużyję. Ma bardzo ładny, subtelny zapach. Z informacji w ulotce wyczytałam, że ma oczyszczać skórę, uspokajać oraz nawilżać, a polecana jest do każdego rodzaju skóry i wieku. 
Ochronny krem do rąk CleanHands poszedł w ruch zaraz po otwarciu pudełka :D Ja w tym roku mam jakąś manię kremowania dłoni, więc każdy kolejny produkt do ich pielęgnacji cieszy mnie niezmiernie. Ten od CleanHands jest nawilżająco- antybakteryjny, ma prawie niewyczuwalny kremowy zapach i lekką formułę, która wchłania się zaraz po zaaplikowaniu. Fajnie nawilża dłonie, zmiękcza i wygładza. Tubka z kremem ma pojemność 75 ml i jest bardzo praktyczna oraz wygodna w używaniu. Najdroższym, ale też najbardziej kontrowersyjnym produktem z całego pudełka jest suplement diety Therm Line Fast, dla kobiet dążących do szybkiej redukcji wagi ciała. Pomijam fakt, że nie wszyscy wszystko mogą łykać, ale nie każdy ma problemy z wagą, a nawet jeśli ktoś chce zrzucić kilogram lub dwa, to nie musi chcieć się wspierać tabletkami. Moim zdaniem, tego typu produkty nie powinny znajdować się z boxach. Jeśli ktoś ma potrzebę ich zażywania, to niech kupi sobie je sam. Tak się złożyło, że jakiś czas temu sama kupiłam sobie jedno opakowanie suplementu Term Line ( spuśćmy zasłonę milczenia na to, że brałam je może przez aż trzy dni ;), więc w moim przypadku obecność tabletek w wersji Fast aż tak mnie nie razi. Ale gdybym była szczuplejsza i ich nie potrzebowała, to byłabym już innego zdania. 
Kolagenowa maseczka malinowa Purederm oraz regenerująca maseczka na naczynka Tołpa to produkty pełnowymiarowe, chociaż w saszetkach. Pierwsza z nich jest w płachcie, druga ma postać gęstego kremu. Maseczka malinowa ma zmiękczyć, odżywić skórę oraz pozostawić ją miękką, odświeżoną i nawilżoną. Maseczka z serii Green od Tołpy ma odżywiać skórę, redukować zaczerwienia oraz łagodzić podrażnienia. Ja problemów z naczynkami nie mam, ale moja mama już tak, dlatego ta maseczka powędruje do niej. Malinową sobie zostawię, ale wykorzystam ją dopiero po tym całym zamieszaniu z urządzaniem mieszkania i przeprowadzką :) Maseczki super rzec, jednak w następnym pudełku nie chciałabym znaleźć praktycznie dwóch takich samych produktów. 
Bergamo to koreańska marka kosmetyków, którą znajdziecie w Hebe. W lutowym Shiny Box'ie znalazłam dwie próbki dwóch różnych kosmetyków, które mają być upominkami. W następnym pudełku fajnie było znaleźć pełnowymiarowy produkt tej marki, jakikolwiek nawet, bo trochę poczytałam o tej marce i jej obietnice brzmią zachęcająco ;) W różowej saszetce jest serum ze śluzem ślimaka, który znany jest ze swoich właściwości opóźniających starzenie się skóry. Kosmetyk ten ma odżywiać, nawilżać i regenerować skórę. Srebrna saszetka skrywa krem przeciwzmarszczkowy z formułą DNA. Ma zapewnić skórze intensywne nawilżenie, poprawę gęstości i gładkości. 
Same widzicie, że zawartość lutowego Shiny Box'a nie za wiele ma wspólnego z Walentynkami. A ja chciałam konfetti z serduszek, dużo różu i czerwieni no i żeby ogólnie było tak trochę słodko- pierdząco :P A z pudełka w Dzień Zakochanych wpisuje mi się jedynie pomadka, ewentualnie maseczki, które można wykonać przed randką ;) Myślę, że pudełko "Love" nie jest ani najgorszym ani najlepszym boxem. Bo chociaż krem do rąk, woda micelarna i maska do włosów to są bardzo fajne kosmetyki, to jednak trochę za dużo produktów w saszetkach, nie wspominając już o mocno dyskusyjnych tabletkach na odchudzanie. Moim zdaniem, lutowe pudełko wypadło średnio, ale dużo zyskuje dzięki drugiemu box'owi, które otrzymałam, czyli Create Your Style, a które to zostało stworzone z okazji 120-lecia marki Schwarzkopf.
Na tym zdjęciu pokazuje akurat dwa kosmetyki z boxa, które raczej pójdą w świat, ale pozostała czwórka zostanie już ze mną :D Raczej, bo jeszcze nie wiem co zrobić z produktem, który został nazwany makijażem do włosów w spray'u ;) Pomówmy jednak najpierw o żelowej trwałej koloryzacji #PureColor. To nic innego jak farba do włosów, a że ja swoich nie farbuję, to jest to dla mnie produkt po prostu niepotrzebny. Nie widzę sensu trzymać go na czasy, kiedy to zacznę eksperymentować z kolorami na głowie, niech ucieszy kogoś innego ;) Tym bardziej, że jest to coś innego niż tradycyjna farba, bo oprócz tego, że ma postać żelu, to zawarte w niej ekstrakty z kaktusa oraz aloesu mają utrzymać nawilżenie włosów po ich koloryzacji. W pudełku można było znaleźć 1 z 6 odcieni ( ja mam kolor nazwany "prażonym kakao" ), ale w drogeriach jest ich aż 20! Live Color Spray, czyli makijaż do włosów, to kosmetyk, co do którego nie jestem jeszcze pewna. Zostawić go czy nie zostawić? Waham się, bo chociaż jest to produkt do koloryzacji włosów, to można go zmyć już po jednym umyciu szamponem. Na tubce znajduje się podglądowy efekt koloryzacji, jaki można uzyskać aplikując go na jasnych, a jaki na ciemnych włosach. Wynika z niego, że na moich brązowych włosach powinnam uzyskać efekt jakby mocnej czerwieni, prawie bordo :P Może więc zaszaleje sobie w wakacje? Jakby co, to będę myć włosy tak długo, aż spłuczę koloryzację w całości :P
Moje włosy bardzo się lubią z produktami Gliss Kur, dlatego bardzo ucieszyła mnie obecność odżywki Supreme Lenght do włosów długich, skłonnych do zniszczeń z rozdwajającymi się końcówkami. Z tego co wyczytałam na ulotce z tyłu opakowania, odżywka ma przede wszystkim ułatwiać rozczesywanie oraz dodać włosom sypkości. Bardzo podoba mi się szata graficzna tubki, ten intensywny i mocny odcień różu, od którego trudno oderwać wzrok. Ponadto fenomenalnie pachnie, tak słodko i cukierkowo. Suchy szampon Got2b to jedyny produkt z pudełka, który nie jest pełnowymiarowym. Ma pojemność 100 ml, czyli połowę standardowego opakowania. Jest to kosmetyk, który już raz pojawił się w jednym z Shiny Box'ów. Udało mi się już zużyć jedno opakowanie tego suchego szamponu. Ogólnie jest w porządku, ale trochę daleko mu do moich ulubieńców Batiste. Odświeża włosy, ale mam wrażenie, że efekt ten utrzymuje się krótko i troszkę wysusza włosy. Nie mniej jednak i tak zużyje go do samego końca.
Szampony Schauma lubi mój mąż, więc gdy przeglądałam przy nim zawartość pudełka Create Your Style od razu zapowiedział mi, że ten szampon z serii Nature Moment to on sobie weźmie :P Jeszcze nie wiem czy mu go dam, bo rozkosznie pachnie i ma bardzo ładne opakowanie :D Jeśli jeszcze dobrze sprawdzi się na moich włosach, to powiem ślubnemu, że ewentualnie może go używać ze mną na spółkę :P Szampon przeznaczony jest do suchych włosów i jego zadaniem jest zapewnienie im natychmiastowego nawilżenia, a dodatkowo jeszcze zmiękczenia i wygładzenia. Nie zawiera silikonów ani barwników, a jego formuła została wzbogacona wodą kokosową oraz kwiatem lotosu. Ma być dobrze tolerowany przez skórę głowy. Ostatnim produktem z pudełka jest lakier do włosów Taft, który ma przeciwdziałać ich puszeniu się. Dla mnie lakier ma przede wszystkim utrwalać fryzurę bez sklejania włosów. Od gładkości, nawilżania, niwelowania puszenia się mam cały sztab maseczek, odżywek, olejków, itp. Wiecie, że lakierów do włosów używam rzadko, ale zawsze mam jakiś pod ręką, bo nigdy nie wiadomo kiedy moja fryzura będzie potrzebowała ujarzmienia ;) A z tego co słyszałam, lakiery Taft cieszą się dobrą opinią. 
Z tego co widziałam, pudełko Create Your Style jest jeszcze dostępne na stronie Shiny Box. Standardowa jego cena to 49,00 zł z wliczoną już wysyłką kurierem. Moim zdaniem jest to atrakcyjna cena, bo wartość produktów z pudełka to ponad 100, 00 zł! 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger