17:02:00

Nowe antyperspiranty Adidas AdiPower dla niej i dla niego

Nowe antyperspiranty Adidas AdiPower dla niej i dla niego
Od dłuższego czasu jestem zarejestrowana na stronie TRND, która daje mi możliwość uczestniczenia w przeróżnych projektach i testowania szerokiego wachlarza produktów i usług. Do tej pory wzięłam udział między innymi w kampaniach promocyjnych Zalanado, Always, Oral-B czy Monte :) Jednym z najnowszych projektów jest AdiPower Adidas, w ramach którego otrzymałam zestaw dwóch antyperspirantów, dla niej i dla niego. Czyli dla mnie i dla mojego męża :D Przyznacie mi chyba rację, że Adidas to jedna z najpopularniejszych marek i najbardziej rozpoznawalna. W swoim asortymencie ma nie tylko sportowe ubrania czy gadżety, ale też kosmetyki. Przyznam szczerze, że nigdy nie "ciągnęło" mnie do produktów do pielęgnacji sygnowanych logiem tej marki, ale u mojego męża od czasu do czasu widuje żel pod prysznic czy wodę toaletową Adidas. 
Antyperspiranty mają być dostępne już od marca w Rossmannie. Udało mi się znaleźć informację, że kosztować będę około 10-15 zł. Oba mają pojemność 150 ml. Opakowanie damskiej wersji jest delikatnie wyprofilowane, przy tym także wyższe i smuklejsze od opakowania wariantu męskiego, które jest bardziej toporne i takie kołkowate :P Mój antyperspirant jest poręczny w użytkowaniu, a atomizer działa bez zarzutu. Z tego co wiem, w kosmetyku mojego męża też nic się nie zacina. Zapach kobiecego antyperspirantu jest subtelny, świeży i nie gryzie się z perfumami. Męski zapach jest według mnie charakterystyczny dla antyperspirantów dla płci brzydszej. Jest przyjemny, wyrazisty, ale bardzo intensywny i znacznie dłużej unosi się w powietrzu. Oba antyperspiranty należy aplikować na skórę z większej odległości i w niezbyt dużej ilości. W przeciwnym wypadku pozostawiają na skórze pod pachami białą, pudrową warstewkę. Trzeba też odczekać parę minut z ubraniem się, bo niestety mają tendencję do brudzenia, do zostawiania białych plam. 
Producent zapewnia, że jego antyperspiranty zapewniają aż 72 godziny ochrony przed poceniem, bez względu na stopień naszej aktywności. Ma to być zasługą inteligentnej, najnowszej technologii, reagującej na wzrost ciepłoty ciała podczas wysiłku. Od razu napiszę, że ani ja ani mój mąż nie testowaliśmy ich tak długo, bo żadne z nas nie wyobraża sobie nie myć się przez trzy dni :P Warto, abyście wiedzieli też, że oboje nie mamy większych problemów z nadmierną potliwością ( chociaż ja swego czasu borykałam się z tym utrapieniem ). Antyperspirantów AdiPower używamy codziennie, swój przetestowałam także w bardziej wymagających warunkach, czyli na balu, gdzie naprawdę dużo tańczyliśmy :D U nas sprawdzają się dobrze, chroniąc nas przed potem i zapewniając nam uczucie świeżości na długie godziny. Tak więc, ze swojej strony możemy je polecić :)

16:37:00

O kilku kosmetykach Oriflame słów parę :)

O kilku kosmetykach Oriflame słów parę :)
Nie jestem pewna czy przez tyle lat blogowania wspomniałam kiedykolwiek o tym, że pociąg do kosmetyków miałam już jako nastolatka :D A właściwie to jeszcze wcześniej, już jako mała dziewczynka, tylko wtedy podkradałam mamie kosmetyki i rozmazywałam je na dywanie :P Oj, nie raz oberwałam za to po uszach, bo moja mama nie kupowała tanich kosmetyków :P Nie wiem jak było u Was, ale kiedy ja byłam w gimnazjum wśród moich koleżanek panował szał na Avon oraz Oriflame, któremu ja także uległam i to na lata. Na studiach, dokładniej na pierwszym roku studiów, miałam nawet epizod bycia konsultantką, ale kariery, niestety, nie zrobiłam, bo większość kosmetyków i tak zamawiałam dla siebie :P Po studiach zaniechałam kupowania kosmetyków katalogowych, ale chyba tylko i wyłącznie dlatego, że wśród moich znajomych nie ma żadnej konsultantki, więc siłą rzeczy katalogu nie miałam w rękach przez kilka lat. Teraz jednak nadarzyła się okazja, aby przypomnieć sobie czy, a jeśli tak to za co, tak lubiłam zamawiać kosmetyki z katalogów :) Odświeżanie pamięci zaczęłam od marki Oriflame, z której mam obecnie pięć kosmetyków, w tym dwa do makijażu i trzy do ogólnie pojętej pielęgnacji. 
Giordani Gold to seria kosmetyków, których między innymi używała moja mama. Mnie, jako małej dziewczynce, kojarzyły się wtedy z klasą, elegancją i luksusem. To chyba głównie przez te opakowania, które już wtedy były bardzo szykowne oraz dopracowane w najmniejszym szczególne. Ot, takie małe dzieła sztuki ;) Teraz ja używam kosmetyków Giordani Gold, konkretnie dwóch i są to pomadka do ust w odcieniu Lucent Pink oraz prasowany, transparentny puder do twarzy. Pomadka ma wagę 4 g i kosztuje 49,90 zł, puder waży 9 g, a kosztuje 69,90 zł. Oba kosmetyki znajdują się w złotych opakowaniach: sztyft pomadki jest cały w tym kolorze, puzdereczko z lusterkiem w połowie jest czarne. Opakowania są dobrej jakości. Po tym, w którym znajduje się pomadka wcale nie widać, że jest plastikowe, a błyszczy się tak, że widać je z daleka :D Puderniczka już raz mi upadła na kafelki ( oczywiście niechcący, żeby nie było podejrzeń :P ), ale nic się z nią nie stało, nie ma na niej nawet najmniejszej ryski. Do pudru dołączona była również gąbeczka, która wylądowała w koszu, bo jak dobrze wiecie preferuje aplikowanie pudru szerokim pędzlem. Obu kosmetyków używam głównie na co dzień, ale towarzyszyły mi także na balu, na którym byłam wraz z mężem w styczniu, więc przetestowałam je też w nieco bardziej wymagających warunkach ;) 
Najbardziej polubiłam się z pomadką, która ma kilka niedoskonałości, ale mimo to jest bardzo fajna. Ma ładny, malinowy odcień, który bardzo mi się podoba. Jej konsystencja jest miękka i kremowa, dzięki czemu z lekkością sunie po ustach, pokrywając je warstewką koloru. Nie jest to matowa pomadka, po nałożeniu pozostawia na ustach delikatny, satynowy połysk. Jest tak lekka, że właściwie nie czuć, że ma się ją na ustach, a co ważniejsze nie pozostawia chemicznego posmaku. Ponadto ma ładny i delikatny zapach, który jest praktycznie niewyczuwalny. W swoim składzie pomadka ma olejek arganowy, dzięki któremu jest komfortowa w noszeniu, bo nie wysusza ust ani nie powoduje uczucia ich ściągnięcia. Dodatkowo, zawartość tego olejku sprawia, że usta są cały czas nawilżone i miękkie. Pomadka nie zastyga na ustach, nawet po kilku godzinach od zaaplikowania pozostawia po sobie ślady, np. na filiżance. Nie jest też jakoś mocno napigmentowana, ale ładnie i równomiernie pokrywa usta kolorem. Co do trwałości, to będę z Wami szczera: z jedzeniem przegrywa dość szybko i schodzi z ust poczynając od ich środka, co nie jest znów takie złe, bo szybko i nawet bez lusterka można nanieść małe poprawki.
Puder do twarzy dostępny jest w trzech odcieniach: transparentnym, który posiadam, oraz light i natural. W puderniczce osadzone jest lustereczko, więc makijaż można poprawić w każdej chwili i to bez konieczności szukania łazienki lub przeglądania się w sklepowej witrynie :P Sama nigdy nie praktykowałam tego drugiego sposobu, ale nieraz zdarzyło mi się widzieć panią, która nanosiła poprawki w makijażu przeglądając się w szybie sklepu :P Puder jest prasowany, satynowy i gładki w dotyku. Bardzo dobrze aplikuje mi się go szerokim pędzlem, ale muszę uważać, albowiem lubi się trochę pylić. Utrwala makijaż oraz matuje moją mieszaną cerę na kilka godzin. Odcień transparentny nie zmienia koloru podkładu, nie utlenia się i nie daje efektu płaskiego matu. Zapewnia naturalne wykończenie makijażu, bez podkreślania zmarszczek i suchych skórek. Ładnie wygładza skórę, nie jest ciężki ani komedogenny. Ponadto nie wysusza ani nie ściąga skóry.
Złuszczający scrub do ciała ma 150 ml i w normalnej cenie kosztuje 39,90 zł. Schowany został do plastikowego słoika z szerokim otworem, przez który łatwo można wydobyć kosmetyk. W opakowaniu wygląda na gęsty i mocno zbity, ale przy rozprowadzaniu go po ciele czuć wyraźnie, że jest to peeling z rodzaju tych delikatniejszych. Kryształki ścierające martwy naskórek nie są za ostre, ale jest ich naprawdę dużo. Można go stosować przy wrażliwszej skórze bez obawy, że ją podrażni. Jest lekko pomarańczowy, gdzieniegdzie zatopione są brązowe drobinki. Wśród składników scrubu znajdziemy między innymi olej ze słodkich migdałów oraz imbir, który w kosmetyce znany jest z właściwości tonizujących oraz antyoksydacyjnych. Peeling ma intrygujący, orzeźwiający i rześki zapach, w którym na pierwszy plan wybija się wspomniany już imbir, okraszony cytrusową nutą. Długo unosi się w powietrzu, a jeszcze dłużej czuć ten zapach na skórze. Scrub bardzo dobrze radzi sobie ze złuszczaniem martwego naskórka, pozostawiając skórę miękką oraz gładką. Po zmyciu peelingu na skórze zostaje delikatna, nietłusta, ochronna warstewka, która sprawia, że skóra jest lekko natłuszczona. Nie ma już potrzeby balsamowania skóry, bo jest odpowiednio nawilżona i odżywiona. 
Ostatnio mam manię kupowania ( zużywania na szczęście też :P ) kremów do rąk, dlatego też składając zamówienie z Oriflame wiedziałam, że koniecznie muszę wypróbować jakikolwiek krem, który marka ma w swojej ofercie. Mój wybór padł na krem do rąk Praline, który ma pojemność 75 ml i kosztuje 16,90 zł. Znajduje się on w uroczej tubce, utrzymanej w pastelowych odcieniach różu i zieleni. Opakowanie tego kremu, włącznie z narysowanymi serduszkami i ozdobną czcionką, wygląda tak wdzięcznie, dziewczyńsko i przesłodko :D Tubka jest niewielka, więc bez problemu pomieści się w torebce, ale można też stabilnie ustawić ją szafce nocnej. Wykonana została z dobrego tworzywa, nie odkształca się, nie pęka, a napisy się nie ścierają. Konsystencja kremu jest bardzo lekka i wodnista. Gładko rozprowadza się po skórze, otaczając dłonie subtelną otoczką, która błyskawicznie się wchłania. Krem ma kolor leciutko różowy, ale w niektórym świetle wydaje się być delikatnie brązowy. Ma przyjemny zapach, jak dla mnie, gorzkiej czekolady, w którym wyczuwalna jest też, niestety, odrobina sztuczności. Mnie ona nie przeszkadza, ale osobom o wrażliwszych nosach już może. W moim odczuciu nie jest to krem, który sprosta dłoniom mocno wysuszonym, które potrzebują porządnego odżywienia i zregenerowania. Jest to raczej krem z rodzaju tych, które mają utrzymać skórę dłoni w odpowiedniej kondycji, zapewniając im gładkość, miękkość i pewien stopień nawilżenia. U mnie on się sprawdza, bo moje dłonie nie są szczególnie wymagające. 
Szampon z pszenicą i olejem kokosowym możecie zamówić w dwóch pojemnościach: 250 ml za 17,90 zł lub 500 ml za 29,90 zł. Wlany został do przezroczystej, plastikowej butelki zamykanej na nakrętkę z klapką. Butelka jest poręczna, nie wyślizguje się z mokrych dłoni, a znajdująca się na niej nalepka nie strzępi się ani nie odkleja pod wpływem wody. Szampon ma taki sobie kolor, jakby beżowo- szary z perłowym połyskiem. Za to pachnie fenomenalnie, bo kokosowo, a bardzo dobrze wiecie, że kocham takie egzotyczne zapachy w kosmetykach :D Jest odpowiednio gęsty oraz przyjemnie się pieni. Zużyłam już chyba około pół butelki i nie zauważyłam, aby podrażnił lub wysuszył skórę głowy, nie przyczynił się też do powstania łupieżu. Jest przeznaczony do pielęgnacji suchych włosów, jednak moich nie nawilża tak, jakbym tego oczekiwała, bo po ich umyciu muszę zaaplikować olejek lub odżywkę. Szampon ogólnie rzecz ujmując dobrze myje i oczyszcza włosy z zanieczyszczeń oraz kosmetyków do ich stylizacji. Szampon nie wysusza włosów, nie robi z nich siana, nie sprawia również, że włosy się puszą bądź elektryzują. 
Podsumowując, Oriflame nadal ma fajne kosmetyki, tak jak je zapamiętałam z czasów młodości. Jeju, zabrzmiało to tak jakbym była pod pięćdziesiątkę, a nie trzydziestkę :P W każdym z tych pięciu produktów , które dziś Wam pokazałam, znalazłam coś, co mi się podoba: pomadka ma piękny kolor i lekko mi się ją nosi; puder przyjemnie matuje i utrwala makijaż; peeling ma energetyczny zapach i dobrze ściera martwy naskórek; krem do rąk pozwala utrzymać moje dłonie w dobrej kondycji; a szampon jest trochę taki nijaki, ale za to pięknie pachnie kokosami! Z całej tej piątki to peeling i pomadkę polubiłam najbardziej, a szampon chyba najmniej. 
Jakie jest Wasze doświadczenie z kosmetykami Oriflame :)?

16:32:00

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja włosów

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja włosów
Wiem, że jest już połowa lutego, a ja wyskakuje jeszcze z ulubieńcami minionego roku ;) Nie chciałam jednak publikować jednego posta za drugim, aby Was nie zanudzać. A że postów takich napisałam aż pięć, to trochę to potrwało. Dzisiejszy wpis jest już jednak ostatnim, a zaprezentuje w nim ulubione produkty do włosów. Dwa z nich przeznaczone są do stylizacji, pozostałe trzy do ich pielęgnacji. 
Termoochronny spray do włosów Tresemme jest jedynym produktem, który kupiłam z polecenia jednej z najpopularniejszych polskich blogerek, czyli Fashionelki. Ma pojemność 350 ml, jest dostępny tylko na Allegro ( przynajmniej ja nie widziałam go nigdzie indziej ) za około 20,00 zł. Ma bardzo wygodne opakowanie, a pompka w ogóle się nie zacina. Rozpyla lekką, ale gęstą mgiełkę, która otula włosy ochronną i pachnącą warstewką. Mgiełka sprawia, że gorąco płynące z prostownicy nie wysusza włosów, pozwala im utrzymać nawilżenie na wysokim poziomie. Po jej użyciu włosy są wygładzone, miękkie i elastyczne. Nie są "sztywne", tylko sprężyste i fajnie się układają. Są przy tym zdyscyplinowane, nie elektryzują się, a sam spray ich nie przetłuszcza. Bardzo polubiłam ten produkt i mimo iż z jego dostępnością jest słabo, to będę do niej często wracać. 
Nawilżający szampon do włosów suchych i normalnych Vianek przywiozłam chyba z ostatniego Meet Beauty. Jest przezroczysty, ma bardzo delikatny zapach, a jedyne co mi w nim nie pasuje to to, że słabo się pieni, ale taka wada to właściwie nie wada ;) Po umyciu włosów szamponem Vianka nie muszę już aplikować odżywki, bo są odpowiednio nawilżone i lekko się rozczesują. Oczyszcza łagodnie, ale skutecznie. Włosy są gładkie, mięciutkie i elastyczne oraz odbite od nasady. Są podatniejsze na układanie i bardzo lśniące. Ponadto szampon nie podrażnia skóry głowy ani nie powoduje łupieżu czy elektryzowania się włosów. 
Eliksir do suchych i zniszczonych włosów Daily Oil-Elixir Gliss Kur znam od wielu, wielu lat i nie pamiętam już ile buteleczek wykończyłam. Ma pojemność 75 ml, ale z racji, że używa się go w minimalnej ilości, wystarcza na bardzo długo. Ma olejową, niezbyt tłustą konsystencję. Aplikuję go głównie po umyciu włosów, na jeszcze mokre ich końce. Eliksir sprawia, że końcówki są "sklejone", chyba tak mogę to nazwać, dzięki czemu włosy wyglądają zdrowo. Olejek wnika we włosy co sprawia, że są wygładzone i ładnie się błyszczą. Kosmetyk od Gliss Kura znakomicie uelastycznia moje włosy oraz sprawia, że są zadbane, a także miękkie i przyjemne w dotyku. 
Odżywka do włosów Organix uwiodła mnie nie tylko działaniem, ale przede wszystkim kokosowym zapachem :D W jej składzie jest mleczko kokosowe oraz proteiny białka kurzego, co nie ukrywam było dla mnie zaskoczeniem :P Jest bardzo treściwa i gęsta, więc wystarczy jej niewiele, aby zadziałała na włosy. Używam jej od połowy długości włosów, jak każdą odżywkę. Produkt Organix świetnie odżywia, nawilża i uelastycznia moje włosy. Sprawia przy tym, że są sprężyste, błyszczące, miękkie oraz delikatne i przyjemne w dotyku. Nie obciąża moich włosów, nawet gdy nałożę jej ciut za dużo.
Prostownica do włosów Ionic Wet&Dry Babyliss to prezent od męża :) Jest o niebo lepsza od mojej poprzedniej prostownicy! Nie ważne czy używam jej na suche włosy czy wcześniej spryskam je termoochronną mgiełką, efekt końcowy zawsze mnie zadowala. Jedno pociągnięcie wystarczy, by moje włosy były proste, a jednocześnie sprężyste oraz gładkie i lśniące. Nie zauważyłam, aby niszczyła lub wysuszała włosy, a moja fryzjerka jest zawsze pod wrażeniem wiedząc, że mam tak zadbane włosy mimo codziennego traktowania ich prostownicą ;) Model Ionic Wet&Dry posiada funkcję jonizacji, która wpływa na poprawę ich kondycji, a dodatkowo dodaje blasku i zapobiega ich elektryzowaniu. Błyskawicznie się nagrzewa, a samo prostowanie przebiega szybko, na pewno dużo krócej niż w przypadku moich pozostałych sprzętów. Prostownica jest lekka, ma regulacje temperatury do 235 stopni oraz pokrowiec, w którym może bezpiecznie podróżować. Miałam inne prostownice, ale ta jest najlepsza i mam nadzieję, że będzie mi służyć latami :)

09:20:00

Styczniowy projekt denko

Styczniowy projekt denko
W grudniowym denkowym poście wspomniałam Wam, że być może będzie ono już ostatnim, ale cóż- pomyliłam się :P Zanim oduczę się gromadzenia pustych opakowań po kosmetykach minie jeszcze sporo czasu, a więc kilka wpisów z tej serii na pewno się ukaże na blogu. Dziś zapraszam na jeden z nich!
Odbudowujący szampon do włosów Syoss ( 1 ) miałam już wcześniej i myślę, że kolejnego już mieć nie będę. Nie jest to zły szampon, po prostu mnie się już znudził. Nie polecam go osobom o cienkich włosach, bo może je zbytnio obciążyć. Kremowa emulsja do mycia od AA ( 2 ) ładnie pachnie tylko w opakowaniu. Ogólnie jest dobrym kosmetykiem do mycia: fajnie się pieni, nie wysusza skóry, przyjemnie myje i odświeża, więc mogę ją Wam polecić. Intensywnie nawilżające serum do włosów Artego ( 3 ) jest bardzo wydajne. Buteleczka ma pojemność 60 ml i kosztuje około 40,00 zł, co biorąc pod uwagę wydajność oraz efekty, jakie olejek zapewnia ( czyli między innymi nawilżenie włosów, dodanie im blasku, zabezpieczenie końcówek oraz zniwelowanie puszenia czy elektryzowania się włosów ), nie jest wygórowaną ceną. Nawilżająca pianka do higieny intymnej Ziaja ( 4 ) jest świetnym produktem, który koniecznie powinnyście wypróbować. Jest niedroga i wydajna, poza tym bardzo delikatna, a jednocześnie skuteczna, bo uczucie nawilżenia i odświeżenia zapewnia na długie godziny. Suchy szampon do włosów Got2Be ( 5 ) jest całkiem fajnym kosmetykiem, ale nieco daleko mu do moich ulubieńców z Batiste. Pozwala odświeżyć włosy, ale mam wrażenie, że efekt ten utrzymuje się krótko. Kokosowy peeling do ciała Nacomi ( 6 ) uwielbiam! Jest to moje chyba drugie opakowanie i chętnie zaopatrzę się w kolejnych kilka ;) Scrub rewelacyjnie wygładza, nawilża i odżywia skórę, pozostawiając ją cudownie pachnącą wiórkami kokosowymi :D
Myślałam, że nigdy nie uda mi się zużyć antybakteryjnego toniku normalizującego z Bielendy ( 7 ). Niepotrzebnie kupowałam butlę o pojemności aż 500 ml... Na początku tonik fajnie działał, jednak im dłużej go stosowałam tym mniejsze efekty jego działania widziałam. Kryjący fluid Bielenda ( 8 ) jest bardzo fajny. Na tyle, że zużyłam już kilka jego tubek ;) Błyszczyk do ust Inglot ( 9 ) ma gęstą, kremową konsystencje, przyjemny słodki zapach oraz wygodny aplikator. Świetnie nawilża usta, zmiękcza i wygładza. Kosztuje chyba około 20,00 zł. Błyszczyk 3D Smart Girls Get More ( 10 ) pachnie słodko, jak jakaś guma balonowa. Jest bardzo gęsty, ale dobrze rozprowadza się go po ustach dołączonym aplikatorem. Również fajnie nawilża i dodaje miękkości ustom. Błyszczyk do ust Butterfly ( 11 ) to wyrzutek, który stracił termin przydatności. Jest w porządku, ale na tle wcześniejszych dwóch wypada słabo. Pomadka do ust w płynie Bourjois ( 12 ) to też wyrzutek, któremu dawno już minął termin przydatności. Jej odcień Nude-Ist bardzo mi odpowiadał i nie wykluczam, że mimo zapasów kosmetyków do ust, kupię go ponownie. Peelingująca pomadka do ust Sylveco ( 13 ) to mój kosmetyczny must have. Jeśli jeszcze jej nie miałyście, w co nie chce mi się wierzyć, to koniecznie musicie ją wypróbować. Intensywnie regenerujący olejek do twarzy D'Alchemy ( 14 ) zużyłam głównie w pielęgnacji skóry szyi i dekoltu. Olejek  sprawia, że skóra była odżywiona, porządnie nawilżona oraz przyjemnie gładka i miękka w dotyku. Maskara do rzęs Eveline ( 15 ) to wyrzutek. Na początku tusz ten dobrze się u mnie spisywał, potem jednak coś się stało i zaczął sklejać rzęsy oraz tworzyć grudki. Rumiankowy żel do twarzy Sylveco ( 16 ) ma charakterystyczny, specyficzny zapach, ale rewelacyjne działa na moją skórę, o czym niedawno pisałam w recenzji. Mimo niedużej pojemności, 150 ml, jest bardzo wydajny. Krem do twarzy rozjaśniający przebarwienia Synchroline ( 17 ) to ostatni zdenkowany kosmetyk w styczniu. Ma leciutką konsystencje, subtelny kremowy zapach, a pierwsze efekty widać po jakimś miesiącu regularnego ( słowo klucz!! ) stosowania.

15:48:00

Recenzja: Regenerujący krem do rąk Linum Emolient od Dermedic

Recenzja: Regenerujący krem do rąk Linum Emolient od Dermedic
Obietnice producenta:
Regenerujący krem do rąk dzięki aktywnej formule składników regenerująco-nawilżających, chroni skórę przed działaniem niekorzystnych czynników zewnętrznych i zmniejsza jej skłonność do podrażnień. Olej lniany bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe Omega 3, Omega 6 i Omega 9 łagodzi mikrourazy naskórka oraz długotrwale nawilża wrażliwą skórę dłoni, kompleksowo ją odżywiając. Zastosowana w kremie lanolina o bardzo wysokiej czystości silnie nawilża i zmiękcza naskórek. Bardzo dobrze penetruje wierzchnie warstwy skóry, uzupełnia barierę lipidową oraz hamuje transcendentalną utratę wody. Alantoina ma działanie łagodzące, uśmierzające oraz wzmacnia regenerację naskórka. Witamina E podwyższa aktywność enzymatyczną w skórze, pomaga w tworzeniu nowych komórek.
Moim zdaniem:
Moja skóra dłoni nie jest bardzo wymagająca, przez co latem czy wiosną praktycznie zapominam o kremach do rąk i używam ich jak mi się przypomni ;) Jednak, jak to już bywa, zimą moje dłonie przeważnie potrzebują większej pielęgnacji, dlatego pamiętam, aby codziennie o nie zadbać, kremując je przynajmniej raz dziennie. W tym roku o kondycję skóry moich dłoni dba między innymi regenerujący krem do bardzo suchej i atopowej skóry od Dermedic. 
Tubka, w której otrzymujemy krem, jest wykonana z matowego tworzywa, które jest na tyle elastyczne, że bezproblemowo można wycisnąć całą zawartość, którą w sobie skrywa. Kolorystyka opakowania jest stonowana i minimalistyczna- biała z detalami w różnych odcieniach niebieskiego. Z tyłu wypisane zostały informacje o kremie, np. to, że może być stosowany od 3. roku życia, a zużyć się go powinno w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Krem  Dermedic jest bardzo wydajny, ale myślę, że przy codziennym stosowaniu uda się go wykończyć przed upływem powyższego terminu. 
Kosmetyk ładnie pachnie, tak kremowo i nienachalnie. Jego konsystencję określiłabym jako tępo- śliską, w zależności od tego, jak rozprowadzamy krem. Pocierając wierzchami dłoni o siebie czuć jak krem lekko sunie po skórze. Jeśli jednak chcemy zaaplikować krem również na wewnętrzną stronę dłoni i ocieramy je tak, jak podczas ich mycia, to wtedy krem zmienia się w tępawą, nieco oporniejszą w rozprowadzaniu formułę. Jednakże kosmetyk do dłoni Dermedic szybko się wchłania, pozostawiając na skórze delikatną i nietłustą, ochronną warstewkę. 
Do produkcji kremu zostały wykorzystane takie aktywne składniki jak: olej lniany, witamina E, gliceryna, lanolina oraz alantoina. Ich połączenie sprawia, że po zaaplikowaniu kremu skóra dłoni staje się momentalnie gładka, miękka i nawilżona. Regularnie stosowany widocznie poprawia kondycję skóry dłoni, która z dnia na dzień jest coraz mocniej odżywiona i zregenerowana. Ponadto krem uelastycznia skórę, łagodzi podrażnienia i działa kojąco. 
Podsumowując, jeśli szukacie dobrego kremu nawilżającego, który naprawdę zadba o Wasze dłonie, to polecam przyjrzeć się właśnie temu z Dermedic z serii Linum Emolient :) Kupicie go w każdej aptece, nawet już od 10,00-12,00 zł za tubkę o pojemności 100 ml. 

11:25:00

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja twarzy

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja twarzy

Dzisiejszy post jest już czwartym z kategorii ulubieńcy roku 2017. Opowiem w nim o pięciu kosmetykach, które najlepiej sprawdziły się w mojej pielęgnacji twarzy. Tych, którzy przegapili ostatnie trzy, zachęcam do ich nadrobienia: w tym poście poznacie moich makijażowych faworytów, tutaj pokazałam Wam moim zdaniem najlepsze kosmetyki w pielęgnacji ciała, a pod tym linkiem kryją się niekosmetyczni ulubieńcy minionego roku. A pozostałych zapraszam do lektury dzisiejszego wpisu :)
Pietruszkowy krem pod oczy i na powieki przeciw zmarszczkom Ziaja to bardzo tani, ale bardzo dobry krem do pielęgnacji skóry pod oczami, w składzie którego znajdziemy dobroczynne witaminy A i E oraz prowitaminę B5. Wąska, smukła tubka ma pojemność 15 ml i kosztuje nieco ponad 5,00 zł, więc tyle, co nic. Krem na fajną, treściwą, gęstą, ale niezbyt ciężką konsystencję, która gładko rozprowadza się po skórze, otaczając ją ochronną warstewką, której w ogóle nie czuć. Ma subtelny, pietruszkowy zapach, który bardzo mi się spodobał. Krem szybko się wchłania, pozostawiając skórę porządnie nawilżoną, odżywioną i wygładzoną. Ponadto, jeśli używa się tego kremu odpowiednio długo, da się zauważyć dodatkowe efekty jego działania, takie jak: napięcie skóry pod oczami, lekkie jej rozjaśnienie, ukojenie i delikatne wzmocnienie. Co ważne, krem nie podrażnia ani nie uczula. I to wszystko sprawiło, że krem pod oczy Ziaja został jednym z moich ulubionych kosmetyków w ostatnim roku.
Dwufazowy płyn do demakijażu Mixa ma ładny, nienachalny, bardzo delikatny zapach i znajduje się w niewielkiej niebieskiej buteleczce o pojemności 125 ml. Kupiłam go za około 12,00 zł po tym, jak płyn micelarny z Green Pharmacy doprowadzał mnie do płaczu przy demakijażu oczu... Używanie go to prawdziwa ulga i ukojenie, dlatego myślę, że polubią go osoby z wrażliwą skórą wokół oczu. Dwufazowy płyn świetnie radzi sobie z demakijażem oczu, nawet tym cięższym czy wodoodpornym, bez konieczności pocierania. Nie pozostawia uczucia mgły na oczach, za to bardzo dobrze pielęgnuje skórę pod oczami. Na chwilę zostawia delikatnie natłuszczoną otoczkę, dzięki czemu skóra nie jest przesuszona ani ściągnięta. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, że kosmetyk Mixa potrafi też dobrze nawilżyć skórę pod oczami. 
Maska na noc Rose Waterfull Mask Skin79 ma nietypową, żelową konsystencję, która przypomina galaretkę. Wiecie, że nie lubię różanych aromatów, ale zapach tej maseczki wyjątkowo mi się podoba :) W jej składzie są trzy różne kwasy AHA: mlekowy, glikolowy i cytrynowy, które są wręcz stworzone do pielęgnacji problematycznej skóry. Maseczki używam dwa razy w tygodniu, więc słoiczek o pojemności 75 ml mam już bardzo, bardzo długo i jak widzicie połowa mi jeszcze została. Działa delikatnie, ale skutecznie. Łagodnie złuszcza martwy naskórek, subtelnie rozświetlając i wygładzając, nie czyniąc skórze najmniejszej krzywdy. Po całej nocy z maseczką, skóra jest przyjemna i miękka w dotyku. Przebarwienia i blizny z każdym użyciem są coraz mniejsze. Maseczka poprawia i ujednolica koloryt skóry, działa na nią kojąco oraz kontroluje wydzielanie sebum. Dodatkowo, pozwala utrzymać skórze optymalny poziom nawilżenia, nie powoduje też uczucia ściągnięcia ani żadnego innego dyskomfortu. Naprawdę warto, abyście poznały ją osobiście :)
Naprawczy krem na noc przywracający gęstość skóry OilAge z Dermedic najpierw zaskoczył mnie swoją konsystencją, potem zdobył uznanie swym działaniem. W słoiczku wygląda jak budyń waniliowy, nawet kolor ma odpowiedni, ale jednocześnie jest taki "sprężysty" jak jakaś galaretka. Przy rozprowadzaniu po skórze zachowuje się jak nietłusty krem- żel lub też suchy olejek. Jego formuła bardzo mi odpowiada, bo jest lekka, bardzo wydajna i inna niż wszystkie do tej pory mi znane. Pachnie delikatnie, trochę cierpko, a zarazem czymś słodkim, jak miód. Krem znalazł się wśród ulubieńców twarzy nie tylko z wyżej wymienionych powodów, albowiem jego działanie też jest super! Tak jak obiecuje producent, przywraca skórze miękkość i elastyczność oraz sprawia, że skóra jest bardzo dobrze nawilżona, odżywiona i napięta. Krem Dermedic nie jest komedogenny ani nie podrażnia skóry. 
Odżywczą pomadkę do ust z peelingiem Sylveco znacie chyba bardzo dobrze, więc pewnie nie zdziwi Was jej obecność w ulubieńcach roku ;) Jak żadna inna pomadka dba o usta i je pielęgnuje. Zatopione w niej kryształki cukru trzcinowego są spore i ostre, rewelacyjnie radzą sobie z suchymi skórkami, pozostawiają usta mięciutkie, wygładzone i lepiej ukrwione. Ponadto pomadka świetnie odżywia, regeneruje i nawilża skórę ust. I jest to efekt, który utrzymuje się bardzo długo. Sztyft ma wagę 4,6 g i kosztuje około 10,00 zł. To naprawdę niewiele za tak rewelacyjny produkt polskiego pochodzenia 0 bardzo dobrym, naturalnym składzie. 

Swoich faworytów już pokazałam, teraz chętnie dowiem się, jakie kosmetyki do pielęgnacji twarzy zostały Waszymi ulubieńcami w 2017 roku :)

16:56:00

Nowości kosmetyczne w styczniu

Nowości kosmetyczne w styczniu
W Nowym Roku postanowiłam kontynuować serię wpisów o co miesięcznych nowościach kosmetycznych. Nie da się ukryć, że są to jedne z tych postów, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Zresztą, ja sama też lubię podglądać co tam nowego znalazło się w Waszych kosmetyczkach :) Zanim jednak przejdę do prezentacji tego, co przybyło do mnie w ostatnim miesiącu już teraz mogę Wam zdradzić, że jest tego sporo i to na tyle, że w lutym będę musiała udać się chyba na odwyk- w samym styczniu naliczyłam już aż 39 nowych kosmetyków! 
Na początku stycznia, w ramach kontynuacji współpracy z marką Dermedic, otrzymałam pierwsze kosmetyczne nowości w 2018 roku. Tym razem również sama mogłam zdecydować, jakie produkty chcę przetestować na własnej skórze ;) Tak więc aktualnie sprawdzam działanie antybakteryjnego żelu do mycia twarzy, łagodnego mleczka oczyszczającego, które już mnie zaskoczyło swoją formułą oraz regenerującego kremu do rąk, którego używam od dnia rozpakowania paczki, więc jego recenzja lada dzień pojawi się na blogu. 
W minionym miesiącu Rossmann zorganizował promocję 2+2 gratis na produkty przyjazne naturze. Byłam nią mało zainteresowana i nie zamierzałam z niej skorzystać, ale okazja do zakupów nadarzyła się sama :P Tak więc w ramach styczniowej promocji kupiłam dwa szampony Alterra, koncentrat do dłoni Venus oraz jeden z batoników Chodakowskiej, który okazał się okropny w smaku. Nie polecam. 
To zdjęcie prezentuje moje styczniowe łupy z różnych źródeł. Szampon do włosów Cosnature oraz hibiskusowy tonik do twarzy Sylveco ( to już moja druga butelka! ) kupiłam w aptece Dbam o Zdrowie. Serum do twarzy Water Oil udało mi się kupić na wyprzedaży w internetowym sklepie Skin79, odżywkę do paznokci Eveline wrzuciłam do koszyczka podczas zakupów spożywczych, a maskę do ust Pilaten podkradłam mamie, gdy nie widziała :P
Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć moje zakupy zrobione jeszcze w grudniu w Kontigo. Instalując aplikację tej drogerii, do końca miesiąca mogłam zrobić zakupy 40% taniej. Kilka razy spotkałam się z pozytywnymi opiniami na temat kosmetyków Biolove, dlatego postanowiłam wypróbować parę z nich. Konkretniej to kupiłam masło do ciała o truskawkowym zapachu, wiśniowo- waniliowy peeling do ciała oraz olejek do demakijażu. Zaciekawiła mnie też marka Make Me Bio, dlatego wśród moich zakupów znalazła się woda różana oraz krem do skóry skłonnej do wyprysków. Dodatkowo kupiłam jeszcze rozjaśniającą piankę do mycia twarzy Holika Holika oraz peeling do skóry głowy Vianek.
W styczniu zrobiłam jeszcze niewielkie zakupy w drogerii Ekobieca. Kupiłam ulubiony żel brązujący do brwi Wibo, pomadkę Smart Lips od Golden Rose w odcieniu nr 12 oraz serum rozświetlające z witaminą C It's Skin, na które otrzymałam 10% zniżki.
Pod koniec miesiąca dotarł do mnie Shiny Box "Winter Wonderland", w którym znalazłam takie kosmetyki jak: regenerująca błotna maska do włosów, odbudowujący krem pod oczy, elektryzujący błyszczyk do ust, kule do kąpieli, chusteczki do higieny intymnej oraz pumeks hammam i suplement diety. Powinien być jeszcze żelowy lakier do paznokci, ale ktoś zapomniał go zapakować ;)
W styczniu udało mi się zakwalifikować do najnowszej kampanii TRND. Do testów otrzymałam dwa antyperspiranty Adidas. Jestem ich ciekawa, bo dezodorantów tej marki to ja chyba nigdy nie miałam. Przynajmniej nie przypominam sobie żadnego. 
Przedostatnie nowości kosmetyczne w minionym miesiącu to przesyłka od Oriflame, z którą nawiązałam współpracę. Dawno, dawno temu zdarzyło mi się coś zamówić tej marki. Teraz po latach będę miała okazję przypomnieć sobie czy byłam z tych kosmetyków zadowolona czy też nie ;) Pierwsze kosmetyki, które wybrałam do testowania to: szampon do włosów, scrub do ciała, krem do rąk, puder oraz pomadka do ust. 
Ostatnie nowości, które kurier przyniósł mi dokładnie 30 stycznia kryła w sobie paczka- niespodzianka od Kontigo, w której znalazłam duet do rzęs, dzięki którym mam uzyskać efekt sztucznych rzęs z fibry ;), piankę oczyszczającą, puder do kąpieli oraz mus do ciała. Wszystkie kosmetyki do pielęgnacji ciała maja borówkowy zapach. Niestety, z przetestowaniem pudru do kąpieli będę musiała się wstrzymać, bo póki co jestem skazana na prysznic, a jest to produkt, który najchętniej wypróbowałabym jeszcze dziś :D

PS. Pisałam coś na wstępie o odwyku w lutym? 
Nie patrzcie na to, drugiego dnia miesiąca poczyniłam już pierwsze zakupy kosmetyczne :P
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger