Gąbeczka do makijażu Miracle Complexion Sponge, Real Techniques

środa, 24 maja 2017 16 komentarzy
Jakiś czas temu, po wielu miesiącach używania i chwalenia sobie, mój ulubiony pędzel do rozprowadznia podkładu, Hakuro H50, poszedł w odstawkę, ponieważ znalazłam nowego faworyta do nakładania podkładu. Jest nim pomarańczowa gąbeczka Miracle Complexion Sponge, Real Techniques. Nie pomyślałabym, że do tak niepozornego gadżetu zapałam tak dużym, kosmetycznym uczuciem, bo nasza znajomość nie zaczęła się zbyt dobrze...
Dwupak gąbeczek Real Techniques zamówiłam prawie rok temu w jednej z internetowych drogerii w promocyjnej za mniej więcej 40,00 zł. Była to naprawdę okazyjna cena, bo pojedynczo kupiona gąbeczka kosztuje średnio około 25,00 zł. Obejrzałam kilka filmików na YT jak należy się z nią obchodzić, jak aplikować nią podkład, jak utrzymywać w czystości i tym podobne. Bogatsza o potrzebną wiedzę, usiadłam z zamiarem wykonania pierwszego makijażu przy jej pomocy, co skończyło się totalną porażką, niezadowoleniem, przypadkowym zrobieniem dziury w gąbeczce i koniec końców rzuceniem jej w kąt. Mimo, że zmoczyłam gąbkę pod bieżącą wodą, odcisnęłam jej nadmiar w papierowy ręcznik i dopiero zaczęłam aplikować nią podkład, to coś poszło źle, bo po skończeniu makijażu, twarz nie wyglądała na umalowaną. Chodzi mi o to, że wszystkie niedoskonałości, zaczerwienienia, nierówny koloryt cery nie zostały zatuszowane, a skóra wyglądała tak, jakby w ogóle nie widziała podkładu. Ten jeden raz mocno mnie zniechęcił do używania jej przez następnych kilka miesięcy. Jednak jakiś czas temu, przy okazji porządków przypomniałam sobie o niej i nawet rozważałam albo jej wyrzucenie albo mocne skrytykowanie na blogu, ale w przypadku pierwszej możliwości było mi trochę szkoda tych pieniędzy, które za nią dałam, a w przypadku drugiej sytuacji nie mogłam napisać negatywnej recenzji po jednym jej użyciu. Postanowiłam więc dać jej jeszcze jedną szansę, a ona wykorzystała to w 100% :)
Co takiego się stało, że zmieniłam zdanie o gąbeczce Miracle Complexion Sponge? Bardzo prosta rzecz: nie moczę jej pod bieżącą wodą, bo znalazłam inny sposób zwilżania jej- do buteleczki z atomizerem wlewam wodę i spryskuję gąbeczkę wodną mgiełką, a nadmiar wyciskam w chusteczkę higieniczną. Taka mała zmiana sprawiła, że gąbeczka pokazała na co naprawdę ją stać, tym samym zostając moim ulubionym akcesorium do makijażu. Myślę, że zmoczona pod kranem, nawet po wyciśnięciu w chusteczkę, nadal ma w sobie zbyt dużo wody, przez co i ona i aplikowany podkład tracą na swoich właściwościach. Pod wpływem wody gąbka powiększa się, jest przez to wygodniejsza w użyciu, lepiej trzyma się w dłoni. Poza tym jest milsza w dotyku, a podkład nakładany takim zwilżonym "narzędziem" ładniej stapia się ze skórą. 
Używanie gąbeczki jest dziecinnie proste. Najpierw wyciskam pompkę lub dwie podkładu na wierzch dłoni, a następnie delikatnie maczam gąbeczkę w podkładzie i dopiero nanoszę na skórę. Płaską częścią aplikuję podkład, rozprowadzając go po całej twarzy ( najpierw rozcierając, aby ujednolicić koloryt skóry, a następnie stemplując, kryjąc tym samym niedoskonałości ), a do mniej dostępnych miejsc, np. przy skrzydełkach nosa, używam punktowego czubka. Gąbeczkę mam już parę miesięcy, więc zdążyłam sprawdzić jak współpracuje z różnymi podkładami. Jak dla mnie, gadżet Real Techniques świetnie "dogaduje się" z wszystkimi podkładami, zarówno z tymi tańszymi, jak na przykład Matte&Moisture Smart Girls Get More, jak i z tymi z wyższej półki, dajmy na to z ColorStay Revlon. Gąbeczka wchłania nadmiar podkładu, pozostawiając na swojej powierzchni ilość odpowiednią do uzyskania naturalnego wykończenia bez smug. Przy metodzie stemplowania, gąbka bardzo dobrze kryje niedoskonałości i tuszuje cienie pod oczami. Podkład nałożony za jej pomocą świetnie stapia się z cerą, stając się niemal niewidocznym. 
Gąbeczkę jest bardzo łatwo utrzymać w czystości. Na co dzień spryskuję ją wodą i odciskam w chusteczkę, dzięki czemu większość podkładu z niej znika, a raz w tygodniu myję ją pod bieżącą wodą z dodatkiem mydła lub uszlachetnionego olejku arganowego do oczyszczania i mycia skóry, o którym niedługo poczytacie na blogu, a następnie zostawiam, aby sama wyschła. Dbam o nią tak już od kilku tygodni i widzę, że taki sposób czyszczenia jej służy. 
Wcześniej nie rozumiałam fenomenu tej gąbeczki, ale na własnej skórze przekonałam się, że szum wokół niej jest jak najbardziej uzasadniony, bo choć niepozorna, to jest genialna!
Czytaj więcej »

Recenzja: Antybakteryjny żel do mycia twarzy Clarina, Himalaya Herbals

poniedziałek, 22 maja 2017 47 komentarzy
Obietnice producenta:
Żel usuwa zanieczyszczenia i łagodzi stany zapalne skóry. Żel jest wzbogacony ekstraktami z ziół o działaniu przeciwbakteryjnym, przeciwzapalnym, złuszczającym i zapobiegającym tworzeniu się nowych punktów zapalnych. Preparat obniża aktywność gruczołów łojowych - jednej z głównych przyczyn powstania trądziku.

60ml/13,50 zł w sklepie internetowym Magiczne Indie
Moim zdaniem:
Himalaya Herbals to jedna z najbardziej znanych marek kosmetycznych, tworzonych z naturalnych kosmetyków, których bazą są wyciągi z ziół, pochodzących z najczystszych ekologicznie terenów świata, czyli Himalajów. W szerokiej gamie ich kosmetyków znajdziemy produkty do pielęgnacji włosów, skóry twarzy i całego ciała. Mnie przez jakiś czas w codziennej pielęgnacji twarzy towarzyszył antybakteryjny żel do mycia twarzy z serii Clarina.
Biała, elastyczna tubka z zielonymi akcentami ma pojemność 60 ml. Kryje w sobie gęstą konsystencję, przezroczystą o bursztynowym zabarwieniu. W kontakcie z wodą żel wytwarza bardzo dużo delikatnej, myjącej piany. Nie trzeba go dużo, wystarczy ilość widoczna na zdjęciu poniżej ( a nawet mniej ), aby porządnie oczyścić skórę twarzy z nagromadzonych w ciągu dnia zabrudzeń. Opakowanie, konsystencja, wydajność- wszystko to mi odpowiada, jest jednak jedna rzecz, która w stosowaniu tego żelu strasznie mi przeszkadzała. Jest nim zapach produktu, który jest bardzo mydlany, a tym samym męczący i mocno uciążliwy. Zapach jest tak mocny, że podczas mycia twarzy z zamkniętymi oczami zawsze łapię się na myśli czy przypadkiem nie myję twarzy mydłem w kostce, zamiast żelem...
Najważniejsze składniki tego żelu to miodła indyjska, czyli neem, która jest szczególnie zalecana do leczenia zaburzeń skóry, właśnie takich jak trądzik; aloes barbadoski o silnych właściwościach antybakteryjnych, antyseptycznych i przeciwgrzybicznych oraz kojących i łagodzących suchość skóry; oraz kurkuma, która znana jest ze swoich właściwości przeciwzapalnych i wyrównujących koloryt skóry. 
Żel stosowałam czasami raz dziennie, a czasami dwa razy w ciągu dnia, rano i wieczorem. Przez cały okres testowania nie podrażnił mojej skóry ani nie wywołał żadnych zmian alergicznych. Gdy przypadkiem dostanie się do oczu, nie szczypie ani nie powoduje zaczerwienienia gałki ocznej, o ile szybko się go wypłucze dużą ilością wody. Żel działa trochę wysuszająco na skórę, sprawiając, że jest ona delikatnie ściągnięta, ale porcja kremu do twarzy przywraca jej komfort, a nieprzyjemne uczucie ściągnięcia mija. Jak na dobry produkty myjący przystało, kosmetyk od Himalaya Herbals dogłębnie oczyszcza skórę z pozostałości po makijażu i całego brudu i kurzu, które nagromadziły się przez cały dzień. Po spłukaniu żelu, skóra jest czysta, odświeżona i matowa. Systematycznie stosowany sprawia, że skóra mniej się błyszczy, bo wydzielanie sebum jest unormowane, a jej niedoskonałości szybciej się goją i znikają. 
Podsumowując, oprócz męczącego, mydlanego zapachu nie mam nic do zarzucenia temu żelowi. Nie jest drogi, wystarcza na dłuższy czas, ma wygodne opakowanie i dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Z dostępnością też nie ma problemu, znajdziecie go albo w aptekach albo w sklepach internetowych, np. w Magicznych Indiach
Czytaj więcej »

Czas pędzi jak szalony, czyli MintElegance obchodzi 6.urodziny!

piątek, 19 maja 2017 78 komentarzy
Pisanie tego postu zaczęłam już kilka tygodni temu, wracając do niego co jakiś czas, modyfikując go na różne sposoby, bo kompletnie nie miałam na niego pomysłu. Do tej pory nie wiem, czy wpis, którym chciałabym uczcić kolejne, już szóste urodziny MintElegance, w pełni mnie usatysfakcjonuje i odda wszystko to, co chciałabym Wam przekazać. Po dłuższym namyśle stwierdziłam, że nie będę lała wody, tylko napiszę krótki i zwięzły wpis. 
Chciałabym zacząć od faktów, czyli statystyki. Przez te sześć lat odwiedziłyście mnie prawie 700 tysięcy razy, zostawiłyście ponad 42 tysiące komentarzy pod postami, których napisałam blisko 1000 !! Około 2 tysięcy Was postanowiło zostać ze mną na dłużej i zaobserwować mojego bloga. Nie zliczę, ile czasu spędziłam na robieniu zdjęć i pisaniu postów- takimi żebyście chciały jeszcze to oglądać i czytać, ale wiem, że było warto. Jesteście moją motywacją, inspiracją, źródłem wiedzy, weny i dobrych pomysłów. Gdyby nie Wy, nie wiem czy chciałoby mi się tworzyć to miejsce, rozwijać, sprawiać, aby coraz bardziej Wam się tutaj podobało. Być może już to kiedyś pisałam, ale mało obchodzą mnie liczby, nie one są dla mnie wyznacznikiem sukcesu bloga, tylko Wy, Wasze komentarze, wiadomości, wszystkie miłe słowa i konstruktywne krytyki. To dla Was piszę i mam nadzieję, że ta przyjemność będzie trwała jeszcze bardzo, bardzo długo. Dziękuję Wam, że jesteście :* I proszę, żebyście jeszcze ze mną zostały :)
źródło to oczywiście niezawodny Wujek Google


PS. Do zobaczenia już jutro na Meet Beauty Conference :D 
Czytaj więcej »

Odżywczy płyn micelarny- tonik 2w1, Vianek

środa, 17 maja 2017 28 komentarzy
Obietnice producenta:
Delikatny preparat łączy w sobie funkcje płynu micelarnego, skutecznie usuwającego makijaż oraz toniku o działaniu nawilżającym o kojącym. Przeznaczony do każdego rodzaju skóry. Dzięki zawartości oleju rokitnikowegooleju z pestek moreli i lecytyny sojowej, odżywia i pozostawia ochronną warstwę, która zapobiega przesuszeniu skóry. Ekstrakt z nagietka i panthenol łagodzą podrażnienia i przywracają komfort skórze po demakijażu.

200 ml/16,99 zł w sklepie internetowym Vianek
Moim zdaniem:
Vianek to polska marka kosmetyków, którą na pewno znają wszystkie maniaczki naturalnej pielęgnacji. Cenię sobie naturalną pielęgnację, ale jakąś jej wielką zwolenniczką też nie jestem, jednakże lubię nasze rodzime marki kosmetyczne- dlatego tak mocno chciałam poznać produkty Vianka :) W nowościach stycznia ( dla przypomnienia: klik ) pokazałam Wam trzy kosmetyki z odżywczej serii marki Vianek, które kupiłam w zestawie za 35,00 zł: peeling- maskę, odżywczy krem na noc, o którym pisałam w tym poście oraz płyn micelarny- tonik, który jest bohaterem dzisiejszej recenzji.
Produkty Vianka da się poznać z daleka, ponieważ mają charakterystyczną szatę graficzną. Skromną, kwiatową, ale przejrzystą i przyjemną dla oka. Każda seria ma swój kolor- do serii odżywczej został przypisany pomarańczowy kolor. Oprócz tej wersji mamy jeszcze pięć innych: różową łagodzącą, zieloną orzeźwiającą, niebieską nawilżającą, fioletową kojącą oraz czerwoną ujędrniającą. Płyn micelarny- tonik z odżywczej serii Vianka przeznaczony jest do pielęgnacji każdego rodzaju skóry. Jest przezroczysty i ma przepiękny, kwiatowy zapach okraszony nutką słodyczy, który baaardzo mi się podoba. W jego składzie znajduje się między innymi ekstrakt z nagietka lekarskiego o działaniu przeciwzapalnym i regenerującym, zmiękczający olej z pestek moreli i poprawiający koloryt skóry olej z rokitnika oraz rozjaśniający kwas cytrynowy i fitowy, który pełni rolę konserwującą, a także rozjaśnia i lekko złuszcza. 
Produktu używam głównie jako toniku, raz lub dwa potraktowałam go jako płyn do demakijażu. Bardzo dobrze poradził sobie ze zmyciem makijażu, ładnie rozpuścił wszystkie kosmetyki oraz nie podrażnił oczu. Jednak jak już wspomniałam na początku akapitu, częściej pełni u mnie rolę toniku, którym nasączam wacik, a następnie przemywam twarz po umyciu jej żelem, a przed nałożeniem kremu, olejku bądź serum. Tonik świetnie nawilża i odżywia skórę, a także łagodzi wszelkie podrażnienia. Bardzo dobrze dba o skórę, pozostawia ją bardzo miękką i przygotowuje ją na dalsze etapy pielęgnacji. Płyn nie podrażnia, nie uczula, nie ma też negatywnego wpływu na niedoskonałości cery. Jest bardzo delikatny dla skóry, więc myślę, że świetnie sprawdzi się u osób z wrażliwą cerą. 
Jest to kosmetyk, który należy zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia. Nie miałam z tym problemu, bo tonik do najbardziej wydajnych produktów nie należy. Jest jednak bardzo fajnym, naturalnym i polskim ( !! ) kosmetykiem do pielęgnacji skóry twarzy, który z przyjemnością Wam polecam.
Czytaj więcej »

Ratunek dla paznokci, czyli japoński manicure

poniedziałek, 15 maja 2017 34 komentarze
Po naprawdę długim czasie noszenia hybryd postanowiłam zrobić sobie dłuższą przerwę. Moje paznokcie tego wymagały, bo nagle zrobiły się cienkie i kruche, a na dodatek łamały się jeden za drugim. Do tej pory przerwy pomiędzy kolejnymi manikiurami hybrydowymi trwały u mnie krótko, bo dzień lub dwa, rzadko kiedy kilka dni, a tym bardziej tygodni. Tym razem zrobiłam sobie ponad półtoramiesięczną przerwę od hybryd, co było moim rekordem. W tym czasie byłam na dwóch zabiegach japońskiego manicure, który miał za zadanie odżywić, wzmocnić i zregenerować moje paznokcie. Jest to zabieg składający się z dwóch prostych kroków. Za pomocą specjalnych polerek w płytkę paznokcia wciera się najpierw pastę z witaminami i minerałami, a następnie specjalny puder, którego właściwości pozwalają zatrzymać naturalne składniki pasty. Ponadto zabieg ten pięknie nabłyszcza paznokcie. 
Na japoński manicure wybrałam się do znajomej kosmetyczki. W ciągu godziny, bo tyle trwał zabieg wraz z przygotowaniem paznokci ( dezynfekcja, nadanie im kształtu, wycięcie skórek ), moje paznokcie przeszły totalną metamorfozę! Z cienkich i łamliwych stały się mocne, twarde i pięknie błyszczące. Paznokcie zrobiły się idealnie gładkie, wszystkie nierówności i bruzdy zniknęły. Ale co ważniejsze, przestały się rozdwajać i zadzierać. Paznokcie zostały wypielęgnowane i przez kilkanaście dni lśniły tak, jakby zostały dopiero co pomalowane bezbarwną odżywką. 
Obecnie z japońskiego manicure jestem bardzo zadowolona, jednak kilka dni po pierwszym zabiegu poczułam rozczarowanie, ponieważ trzy paznokcie złamały się, czego w ogóle się nie spodziewałam. Gdy wybrałam się na kolejny zabieg ( 1,5 tygodnia po pierwszym ), kosmetyczka stwierdziła, że nie jest tak zdziwiona jak ja, bo moja płytka była naprawdę w kiepskim stanie i jeden zabieg diametralnie tego nie naprawił... Ich słaba kondycja to już na szczęście przeszłość, bo kolejny zabieg jeszcze mocniej je odżywił i utwardził i teraz już żaden paznokieć nie odważył mi się złamać. I tak jest do dzisiejszego dnia, a od ostatniego zabiegu minęły już prawie 3 miesiące. 
U mnie w miasteczku japoński manicure u kosmetyczki kosztuje 35,00 zł. Podpatrzyłam, że jest bardzo prosty w wykonaniu  i zastanawiam się czy nie kupić sobie takiego samego zestawu do domowego użytku. Na Allegro zestaw p.shine, którego używają też kosmetyczki, kosztuje nieco ponad 100,00 zł. Wiem, że były by to bardzo dobrze wydane pieniądze, bo japoński manicure jest mega wydajny, a poza tym działa lepiej niż najlepsza odżywka do paznokci!
Czytaj więcej »

Recenzja: Eliksir do kąpieli i krystaliczny scrub do ciała od BingoSpa

piątek, 12 maja 2017 39 komentarzy
Obietnice producenta:
Eliksir  do kąpieli o brzoskwiniowym aromacie przeniesie Cię na słoneczne plaże Majorki i otuli zapachem kwitnących sadów brzoskwiniowych. Wzbogacony masłem Shea, znanym ze swych właściwości nawilżających, przywróci naturalne piękno Twojej skóry.

Krystaliczny scrub do ciała z ekstraktami z ekstraktami roślin z Japonii - Camelia Sinensis, Ginkgo Biloba, Panax Ginseng usuwa martwy naskórek, oczyszcza i relaksuje zmęczoną skórę. Przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju skóry, dla kobiet w każdym wieku. Usuwając martwy naskórek, likwiduje szorstkość lub nadmierne łuszczenie, utrzymuje skórę w dobrej kondycji, skutecznie ją regeneruje i odżywia, pozostawia ją gładką, miękką i zrelaksowaną.
Moim zdaniem:
Kilka tygodni temu zakwalifikowałam się do kolejnej edycji testowania kosmetyków BingoSpa. Tym razem wybrałam sobie dwa produkty do pielęgnacji ciała. Pierwszym z nich jest eliksir do kąpieli, a drugim krystaliczny scrub do ciała. Oba te kosmetyki zaprezentuję Wam w dzisiejszej recenzji :)
Zaczniemy od eliksiru do kąpieli, który wlany został do prostej, plastikowej butli o pojemność aż 1000 ml. Butelka zakręcana jest na aluminiową nakrętkę, chociaż osobiście preferowałabym pompkę lub zamknięcie z zatyczką. Chwilowo obywam się bez wanny, więc eliksiru używam pod prysznicem i dlatego ucieszyłabym się, gdyby otwór był mniejszy, niż jak widzicie na zdjęciu wyżej, bo łatwo możecie się domyślić, że nieraz wylałam na gąbkę więcej produktu niż chciałam. Sama butla jest ciężka i średnio wygodna w używaniu, zwłaszcza pod prysznicem. Chociaż może nie powinnam się tego czepiać, ponieważ kosmetyk docelowo przeznaczony jest do kąpieli? Ale skoro już to napisałam, to niech tak zostanie ;)
Eliksir BingoSpa ma świetną, kremową i odpowiednio gęstą konsystencję w energetycznie pomarańczowym kolorze, która w kontakcie z wodą wytwarza naprawdę cały ogrom puszystej, miękkiej piany. A dodatkowo pachnie wprost zniewalająco! W zapachu wyraźnie czuć brzoskwiniową nutę, której słodycz jest idealnie wyważona. 
Litrowa butla płynu do kąpieli wystarczyła mi na około 1,5 miesiąca systematycznego używania, dzień w dzień. Eliksir spełnia swoje podstawowe zadanie, czyli myje, oczyszcza i odświeża, pozostawiając przy tym skórę delikatnie nawilżoną, gładką i miękką w dotyku. Po wyjściu spod prysznica skóra nie jest ściągnięta, nigdy też nie odczułam innego rodzaju dyskomfortu, dlatego eliksiru BingoSpa używałam z dużą przyjemnością. 
No to teraz kosmetyk, którego używałam mniej chętnie, czyli scrub do ciała z zieloną herbatą, ginko biloba oraz żeń-szeniem, który zamknięty został w wygodnym opakowaniu, jakim jest szeroki słoik, dający swobodny dostęp do jego wnętrza. Pachnie dość specyficznie, jak sól do kąpieli, ale jest to zapach ulotny, wyczuwalny tylko w opakowaniu. 
Scrub ma postać dużych kryształków soli, które są po prostu suche i luźne, bo w kosmetyku nie wykorzystano żadnej "scalającej" bazy, która sprawiłaby, że wspomniane kryształki trzymałyby się skóry. Uwierzcie mi, próbowałam wykonać masaż ciała tym kosmetykiem na suchą skórę, na wilgotną, w połączeniu z żelem pod prysznic, a także z balsamem do ciała- w żadnym przypadku się nie sprawdził, za każdym razem kryształki po prostu nie "przyklejały się" do skóry, tylko od razu osypywały się do brodzika. Czytałam na blogach, że inne blogerki wykorzystały go jako sól do kąpieli lub do stóp, ja jednak tego nie robię z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że obecnie nie mam wanny, aby móc sobie fundować relaks z solami, a po drugie- jeśli coś jest nazwane scrubem, to chciałabym używać tego zgodnie z jego przeznaczeniem, a nie szukać dla niego innego sposobu wykorzystania. 
Podsumowując, mimo iż eliksir do kąpieli nie wyróżnia się jakoś niczym szczególnym na tle innych kosmetyków myjących ( może poza swoimi gabarytami ) to uważam, że może znaleźć wielu zwolenników ze względu na swój przyjemny, egzotycznie owocowy zapach, fajną konsystencję oraz naprawdę dobre działanie. I dlatego śmiało mogę go Wam polecić. Odradzam jednak kupno scrubu do ciała, bo jest to produkt, moim zdaniem, nieprzemyślany, któremu bliżej do soli do kąpieli niż do peelingu. 
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.