Recenzja: Nawilżający mus do ciała Ciasteczko, Bioamare

poniedziałek, 20 lutego 2017 24 komentarze
Obietnice producenta:
Lekki mus do ciała o wyjątkowych właściwościach ujędrniających. Zawartość oleju arganowego i oleju z pestek winogron doskonale nawilżają i regenerują skórę, nadając jej piękny, zdrowy wygląd. Ekstrakt z kakaowca posiada silne właściwości nawilżające, tonizujące i odżywcze, dzięki temu nasza skóra staje się jedwabiście gładka i ujędrniona.
Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Vitis Vinifera Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Cera Alba, Helianthus Annus Sunflower Seed Oil, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Cetyl Alcohol, Cocoa Bean Extract, Tocopheryl Acetate, Parfum

150 ml kosztuje około 25,00 zł ( w promocji w granicach 18,00 zł ) w Tesco
Moim zdaniem:
Znamy się już bardzo długo, więc wiecie, że moja skóra nie jest zbyt wymagająca. Nie oznacza to jednak, że odpuszczam sobie jej pielęgnację. Nic z tych rzeczy, każdego wieczoru dbam o to, aby odpowiednio ją nawilżyć. Przerobiłam już bardzo wiele balsamów do ciała, lepszych lub gorszych. Obecnie używam ciasteczkowego musu do ciała Bioamare.
Kosmetyk zamknięty jest w wygodnym słoiczku z aluminiową nakrętką. Opakowanie jest przezroczyste, więc jak na dłoni widać, ile produkty jeszcze zostało. W słoiczku podoba mi się jego szeroki otwór, umożliwiający bezproblemowe wydobycie musu i wykorzystanie go do ostatniego grama. Sam mus ma konsystencję puszystej pianki, która pod wpływem ciepła naszego ciała roztapia się, zmieniając swoją treściwą formułę w oleistą emulsję. Łatwo rozprowadza się po ciele, otulając zmysły swoim aromatycznym, słodkim zapachem kruchych ciasteczek z kawałkami czekolady. 
Wysoko w składzie kosmetyku znajduje się masło shea oraz olej z pestek winogron i ze względu na ich obecność mus natłuszcza skórę i nie od razu się wchłania, dlatego, moim zdaniem, lepiej jego aplikacje zostawić sobie na wieczór. Po wchłonięciu wyczuwalny jest jeszcze delikatny film na skórze, ale nie na tyle tłusty, by mocno przeszkadzać. Ja zakochałam się w tym balsamie od pierwszego użycia. Uwielbiam, wręcz ubóstwiam używać ciasteczkowego musu Bioamare, bo fantastycznie dba o moją skórę. Dogłębnie ją nawilża, mocno odżywia i wygładza. Po jego użyciu skóra jest elastyczna, mięciutka w dotyku i słodko pachnąca. Efekt wypielęgnowanej skóry jest bardzo trwały, nie znika po kolejnym myciu. Mus ten zdecydowanie skradł moje serce i chcę go więcej i więcej i więcej. 
Nie wiem czy wiecie, ale Bioamare to kosmetyki pochodzące od tego samego producenta, co Nacomi. Miałam przyjemność współpracować z tą marką i niektóre z Was mogą pamiętać, że jakieś dwa lata temu testowałam identyczny mus od Nacomi ( klik ). Ciasteczkowy zapach obu tych musów jest na pewno jednym z moich ukochanych kosmetycznych aromatów. Kosmetyki Bioamare, tak jak Nacomi, są w 100% naturalne, maja proste i przyjazne składy oraz nie są testowane na zwierzętach. Są jednak łatwiej dostępne, bo znaleźć je można w każdym markecie Tesco. Więc szukajcie ich, szukajcie :D
Czytaj więcej »

Spotkajmy się w Łodzi, czyli relacja z II Spotkania Łódzkich Blogerek

piątek, 17 lutego 2017 48 komentarzy
4 lutego zamiast pojechać na ostatnie w semestrze zajęcia, ja wybrałam się w totalnie innym kierunku i na o wiele przyjemniejsze wydarzenie :) Właśnie tego dnia odbyło się II Spotkanie Łódzkich Blogerek, którego organizacji podjęły się Sylwia, znana wśród blogerek jako Zadbana Mama i Kamila z bloga Rainbow-Lyll. Dziewczyny odwaliły naprawdę kawał dobrej roboty, za co oczywiście należą im się ogromne brawa i podziękowania!
 Nasze wspaniałe organizatorki: Sylwia oraz Kamila, której kilka zdjęć znajdziecie w dzisiejszym wpisie. 
Spotkanie odbyło się w jednej z łódzkich kawiarni, Tubajka. Jest to lokal znajdujący się w parku przy Placu Zwycięstwa 3, w pobliżu Palmiarni. Mieszkałam w Łodzi pięć lat, nieraz przechodziłam obok tego parku zupełnie nieświadoma, że kryje w sobie tak fajne, klimatyczne, rodzinne i bardzo przytulne miejsce! 
W spotkaniu udział wzięło 20 blogerek z województwa łódzkiego:
Sylwia i Kamila zaplanowały dla uczestniczek spotkania bardzo wiele atrakcji. Zaczęło się od prezentacji firmy Joico, którą reprezentowała Pani Agnieszka. Opowiedziała nam o marce i jej produktach oraz zaprezentowała keratynową prostownicę do włosów. Kolejnym punktem spotkania były warsztaty ze stemplowania paznokci, które poprowadziła przesympatyczna Ania, blogerka i właścicielka B.LovesPlates. Ania przedstawiła nam swoją firmę, opowiedziała o podstawowych błędach, jakie popełnianie są podczas stemplowania paznokci oraz udzieliła kilku dobrych rad, dzięki którym stemplowanie to teraz dla mnie bułka z masłem :D W takie ozdabianie paznokci wciągnęłam się na maksa, więc możecie być pewne, że nie raz zobaczycie je na moim blogu bądź Instagramie. 
Zdjęcie od Magdy z bloga Maddzik Blog
Po warsztatach z Anią miałyśmy przerwę na lunch. Na Instagramie mogłyście zobaczyć zupę- krem z białych warzyw i smażonym jarmużem, który miałam okazję posmakować. W międzyczasie miałyśmy okazję bliżej się poznać, porozmawiać, zrobić kilka zdjęć oraz skorzystać z bufetu kawowo- herbacianego, który był do naszej dyspozycji przez cały czas trwania spotkania. 
Po lunchu odwiedziła nas Pani Agnieszka Danowska, która jest rzecznikiem prasowym w Manufakturze. Mogłyśmy porozmawiać z nią na temat współprac blogowych z agencjami. Pani Agnieszka opowiedziała też na co PR zwraca uwagę decydując się na współpracę z blogerkami, czego należałoby unikać w kontaktach z działem marketingu, a co powinnyśmy troszkę podrasować w naszych blogach. Później miałyśmy przerwę na pyszne ciacho i ploteczki, po której odbyła się prelekcja na temat fotografii blogowej, którą poprowadziła Beata, w blogosferze znana jako Gasky. Sylwia z Kamilą zorganizowały także licytację, z której uzbierane pieniądze zostały przekazane dla chorego na autyzm Mikołaja, podopiecznego łódzkiej Fundacji Jaś i Małgosia. W środę Sylwia poinformowała nas, że udało nam się zebrać 1142,00 zł :)
Na zdjęciu powyżej połowa uczestniczek spotkania. Bardzo miło wspominam czas spędzony z wszystkimi dziewczętami. Rozmowom, ploteczkom, dobrym radom i wybuchom śmiechu nie było końca! Cudownie było poznać tyle wspaniałych, kreatywnych dziewczyn, nauczyć się czegoś nowego i mieć teraz co wspominać :) 
W nowościach kosmetycznych lutego pokażę Wam upominki od sponsorów spotkania :)
Czytaj więcej »

Fantastyczna piątka, czyli kosmetyczni ulubieńcy roku 2016: makijaż

środa, 15 lutego 2017 57 komentarzy
To już przedostatni wpis o moich kosmetycznych ulubieńcach minionego roku. Tym razem chcę Wam zaprezentować pięć kosmetyków do makijażu, które w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy polubiłam najmocniej.
Zacznijmy od podkładu Healthy Mix Bourjois, który dla mnie samej jest zaskoczeniem. Jest to podkład rozświetlający, który świetnie spisuje się na mojej mieszanej cerze z tendencją do błyszczenia w strefie T. Dopóki go nie poznałam, bałam się używać rozświetlających podkładów. Wyobrażałam sobie, że będę świecić się dwa razy mocniej i praktycznie nie będę rozstawać się z pudrem. Moje obawy, jak to często bywa, okazały się nieuzasadnione. Nie jest tak, że moja twarz w ciągu dnia nie wymaga przypudrowania i zmatowienia, ale nie muszę robić tego częściej, standardowo raz-dwa, góra trzy razy dziennie. Rozświetlenie twarzy jest naturalne i subtelne. Mam odcień nr 52, który idealnie stapia się z moją cerą, ujednolicając jej koloryt. Najlepiej nakłada mi się go pędzlem, dzięki czemu jego krycie jest mocniejsze. Podkład nie jest ciężki dla skóry, nie wpływa negatywnie na jej niedoskonałości. Podkład Healthy Mix pojawił się już wcześniej na blogu, we wpisie o kosmetycznych zaskoczeniach
Kolejnym moim makijażowym ulubieńcem jest korektor do brwi Eveline. Kupiłam go z ciekawości, w dodatku na szybko, podczas promocji -49% w Rossmannie. Produkt dostępny jest w wersji dark i light. Wzięłam odcień jaśniejszy i muszę przyznać, że był to dobry wybór, chociaż z drugiej strony jak na jasny kolor to jest jednak trochę ciemnawy... Z natury mam ciemne, brązowe brwi, a odcień light tego korektora jest kapka w kapka jak moje brwi. Jednak mam wrażenie, że z czasem nieco się utlenia i tym samym lekko przyciemnia brwi. Korektor Eveline optycznie zagęszcza brwi, uzupełniając luki pomiędzy włoskami. Ma silikonową, okrągłą szczoteczkę, która ładnie rozczesuje brwi, nadaje im odpowiedni kształt i ujarzmia niesforne włoski. Wcześniej używałam żelu stylizującego od Wibo ( klik ), jednak to korektor Eveline bardziej przypadł mi do gustu. 
Mascara Volume Million Lashes L'Oreal Paris to makijażowy ulubieniec, który zdecydowanie ma najładniejsze opakowanie. Obłe, czarno- złote, bardzo eleganckie, ale też trudne do sfotografowania :P Tusz ma dużą, silikonową szczoteczkę z długimi włoskami oraz aksamitnie kremową, odpowiednio gęstą konsystencję w kolorze mocnej czerni. Szybko nauczyłam się współpracować z większą szczoteczką tuszu. Maskara świetnie rozdziela rzęsy, wydłużając je i podkręcając. Optycznie zagęszcza rzęsy i nadaje im koloru intensywnej, głębokiej czerni. Nie podrażnia oczy, nawet wrażliwych, a ponadto nie odbija się na powiece, nie rozmazuje ani nie tworzy mało estetycznych grudek. Trwałość maskary L'Oreal Paris jest naprawdę dobra, a równocześnie łatwo się zmywa. Jest stosunkowo drogim kosmetykiem, bo w Rossmannie może kosztować nawet 60,00 zł, ale ja na pewno będę na nią polować na promocjach, bo jest warta tego, aby mieć ją w swojej kosmetyczce.
Matową pomadkę w płynie Inglot poznałam w dniu swojego ślubu. To nią miałam umalowane usta. Mimo że kupiłam ją na wszelki wypadek, gdyby makijaż ust wymagał poprawki, jednak wcale nie musiałam tego robić, tak okazała się trwała: do samego rana wytrzymała liczne pocałunki, małe ilości jedzenia ( Panna Młoda jest najedzona samym widokiem tego, co jest na stołach ) i dużo, dużo picia. Posiadam odcień nr 17, czyli ładny, ciepły nudziak. Pomadka jest bardzo dobrze napigmentowana, już jedna, cieniutka warstwa pokrywa usta jednolitym kolorem. Pomadka jest dobrze kryjąca i szybko zasycha na stuprocentowy mat. Jest bardzo komfortowa w noszeniu i praktycznie niewyczuwalna na ustach. Nie rozmazuje się ani nie pozostawia żadnych śladów. Opakowanie jest dobrej jakości, eleganckie w swej prostocie i bardzo klasyczne, a gąbeczkowy aplikator pozwala na precyzyjne pomalowanie ust. Jedyną jej wadą jest wysoka cena, która wynosi 45,00 zł, ale mimo tego i tak mam ochotę na jeszcze jakiś kolor tej serii pomadek Inglot. 
O moim ostatnim ulubieńcu pisałam już na blogu w kwietniu ( klik ). Puder- mozaikę Couleur Caramel otrzymałam w ramach współpracy. Jest to produkt rozświetlający i brązujący, wyprodukowany w 100% z naturalnych składników. Mozaikę nakładam pędzlem Hakuro H14, w bardzo małej ilości, na okolice kości policzkowych. Ładnie stapia się z podkładem, nadając skórze promienny wygląd. Świetnie sprawdza się w moim codziennym makijażu, bo nie zapycha skóry. Kosztuje 100,00 zł, ale jest tak wydajna, że wystarczy na lata. 

Na dziś to już wszystko. Za kilka dni poznacie jeszcze moich włosowych ulubieńców :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Oczyszczający peeling do mycia twarzy z miodlą indyjską Neem Vatika DermoViva ze sklepu Magiczne Indie

poniedziałek, 13 lutego 2017 35 komentarzy
Obietnice producenta:
Peeling do mycia twarzy Neem ma właściwości antybakteryjne, tonizujące i odżywiające. Jest łagodny dla skóry, testowany dermatologicznie, bez parabenów, sls oraz mydła. Właściwości antybakteryjne i ochronne wyciągu z liści neem łagodzą podrażnienia skóry i zapewniają jej dogłębne oczyszczenie.  Stosowane regularnie przeciwdziała tworzeniu się zaskórników oraz utrzymuje prawidłowe pH skóry. Jest polecane szczególnie do pielęgnacji cery trądzikowej.

150 ml kosztuje 16,90 zł w sklepie internetowym Magiczne Indie
Moim zdaniem:
Miodla indyjska lub nemm czy melia indyjska, jest gatunkiem drzewa występującym głównie w klimacie tropikalnym, przede wszystkim w Indiach, gdzie uznawana jest za zioło uniwersalne ze względu na swoje właściwości pomagające w poprawie stanu zdrowia. Wykorzystywana jest również w kosmetyce, między innymi w szamponach przeciwłupieżowych oraz w produktach o działaniu przeciwtrądzikowym, na przykład w oczyszczającym peelingu do mycia twarzy DermoViva.
Utrzymana w kilku odcieniach zieleni tubka kryje w sobie 150 ml żelowej, gęstej konsystencji, w której zanurzone jest całe mnóstwo malusieńkich, niezbyt ostrych drobinek, które możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Ich zadaniem jest delikatne masowanie skóry, a przy okazji ścieranie martwego naskórka. Tubka wykonana została z plastycznego tworzywa, dzięki czemu łatwo wycisnąć odpowiednią ilość produktu- żel bez trudu przeciska się przez niewielki otwór w nakrętce z klapką.
W kontakcie z wodą peeling się pieni, ale niezbyt mocno. Używam go po wstępnym wieczornym demakijażu twarzy płynem micelarnym, ale też nie codziennie, tylko tak co drugi- trzeci dzień. Jest to kosmetyk, którym myję twarz od paru tygodni i nie zaobserwowałam, aby podrażnił, wysuszył bądź w inny, negatywny sposób wpłynął na stan mojej cery. Jest bardzo dobrym kosmetykiem, który skutecznie, aczkolwiek delikatnie oczyszcza skórę z wszelkich zanieczyszczeń nagromadzonych w ciągu dnia. Jak już napisałam wcześniej, nie wysusza skóry ani nie wprowadza żadnego innego dyskomfortu, jak na przykład uczucie ściągnięcia, ale też nie jest to kosmetyk, który nawilży skórę. Zostawia ją w jej naturalnym stanie, jeśli mogłabym tak napisać, przez co moja skóra nie domaga się dawki nawilżenia w postaci kremu, ale ja i tak nie pomijam tego etapu pielęgnacji. Ogólnie rzecz ujmując, peeling DermoViva ma dobry wpływ na moją skórę: przyjemnie ją odświeża, oczyszcza, łagodzi podrażnienia oraz reguluje wydzielanie sebum. 
Moja skóra polubiła się z peelingiem z miodlą indyjską. Jest to produkt wydajny, o niewygórowanej cenie, który może być przyjemną alternatywną dla wielu drogeryjnych produktów. Nie widziałam go nigdzie stacjonarnie, ale w internetowych sklepach, takich jak na przykład Magiczne Indie, znajdziecie go na pewno :) 
Czytaj więcej »

Pomadki ochronne Sylveco: brzozowa z betuliną oraz rokitnikowa o zapachu cynamonu

piątek, 10 lutego 2017 67 komentarzy
Nie wiem jak u Was, ale w moich rejonach, czyli w samym centrum kraju, zima i mróz nie odpuszczają. Wiecie, że moja skóra nie jest zbyt wymagająca, mimo to nawet ona wymaga teraz dodatkowej troski. To samo tyczy się delikatnej skóry moich ust. Nie chcę, aby były spierzchnięte, suche, z odstającymi skórkami, bo wyglądają wtedy mało atrakcyjne, poza tym lubię podkreślać je matowymi szminkami, a same dobrze wiecie, że wymagają one wyjątkowo zadbanych ust. Między innymi dlatego wraz z nadejściem Nowego Roku postawiłam na ich naturalną pielęgnację i zaopatrzyłam się w dwie pomadki ochronne Sylveco: brzozową z betuliną oraz rokitnikową o zapachu cynamonu. 
Pomadki mają po 4,6 g i na stronie Sylveco można je kupić po 9,95 zł za sztukę. Każda z nich jest hipoalergiczna i przetestowana dermatologicznie. Mają postać prostych, wykręcanych sztyftów, które dodatkowo zapakowane są w kartoniki, na których znajdują się wszystkie istotne informacje, np. o tym, aby zużyć pomadki w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Opakowania pomadek różnią się tylko kolorami: dla brzozowej dopasowany został odcień ciemniejszej zieleni, a do rokitnikowej kolor czerwony. Mają bardzo minimalistyczną szatę graficzną, ale wykonane są z takiej sobie jakości plastiku, przez co wyglądają troszkę tandetnie, a przy pierwszym lepszym upadku mogą popękać. 
Pomadki mają identyczny kształt oraz taką samą formułę, która na pierwszy rzut oka wygląda na twardą i zbitą, a tak naprawdę jest łatwa w aplikacji, gładko i lekko sunie po ustach. Pomadki same się nie roztapiają, stale zachowują swoją zwartą konsytencję. Różnią się od siebie kolorem i zapachem. Brzozowa jest jaśniutka, beżowa, zaś rokitnikowa ma kolor intensywnej pomarańczy. Pomadka z betuliną ma subtelną woń z ziołową nutą, podczas gdy druga ma wyraźny, cynamonowy zapach i smak. Jest on jednak delikatniejszy niż przyprawa, której używamy w kuchni, od nadmiaru której aż czasami kręci w nosie ;) Mnie osobiście bardzo się podoba. Na niektórych blogach wyczytałam, że cynamonowa pomadka może delikatnie barwić usta, ale tylko w przypadku, gdy nałożymy jej wiele warstw. Ja przeważnie przeciągam nią dwa-trzy razy po wargach, bo taka jej ilość zapewnia moim ustom wystarczającą ochronę i pielęgnację. 
Pomadki mają prawie identyczne składy. W obu znajdziemy olej sojowy, wosk pszczeli, lanolinę, masło shea, olej jojoba, olej z wiesiołka, masło kakaowe, betulinę oraz wosk carnauba. W wersji z rokitnikiem znajdziemy dodatkowo, oczywiście, olej z rokitnika i olejek cynamonowy, któremu zawdzięcza swój kolor i zapach. W ich składzie zaintrygowały mnie dwie pozycje, mianowicie betulina oraz wosk caranuba, o których wcześniej raczej nie słyszałam. Na stronie Sylveco przeczytałam, że betulina to inaczej ekstrakt z kory brzozy o szerokim spektrum właściwości: chroni skórę przed wolnymi rodnikami i czynnikami przyspieszającymi starzenie się skóry, ma działanie przeciwnowotworowe, a także przyspiesza zabliźnianie się ran. Wosk caranuba występuje w każdej pomadce Sylveco, albowiem zapobiega wysuszaniu skóry tworząc ochronną warstewkę, ma działanie natłuszczające i zmiękczające, a ponadto nadaje im połysku i elastyczności. 
Z obu pomadek jestem bardzo zadowolona, bo bądźmy szczerzy, w działaniu praktycznie niczym się nie różnią. Obie świetnie dbają o usta, otaczając je niewyczuwalną, nietłustą warstewką chroniącą wargi przed czynnikami zewnętrznymi, takimi jak wiatr, mróz i zimno, a także przed nawykiem notorycznego oblizywania ich ;) Pomadki bardzo dobrze nawilżają usta, dodają im miękkości, gładkości i elastyczności. Zawarte w nich naturalne składniki, takie jak różne olejki lub dwa rodzaje masła, zapobiegają wysuszaniu oraz pękaniu ust. Ponadto, pomadki ochronne Sylveco mocno odżywiają i regenerują usta, a suchym skórkom nie pozwalają się w ogóle pokazywać.
Przetestowałam wszystkie pomadki, jakie Sylveco ma w swojej ofercie ( w sierpniu pisałam o odżywczej pomadce z peelingiem, klik ) i chyba nie umiałabym wskazać swojego ulubieńca, bo wszystkie fenomenalnie się u mnie sprawdziły. Wszystkie są bardzo wydajne, mają przyjazne, bo naturalne składy, są polskimi produktami, a ponadto są nie drogie i naprawdę wywiązują się ze swoich zadań, cudownie pielęgnując usta. 
Czytaj więcej »

Recenzja: Olej z nasion bawełny, Bioamare

wtorek, 7 lutego 2017 67 komentarzy
Rafinowany olej z nasion bawełny Bioamare działa przeciwalergicznie, przeciwzapalnie, podnosi odporność na zakażenia, pobudza regenerację nabłonków i tkanki łącznej, regeneruje podrażnioną, suchą skórę, doskonale odżywia cerę. Poprawia krążenie, polecany jest dla osób, które dostrzegają pierwsze oznaki starzenia się skóry oraz w pielęgnacji włosów suchych i zniszczonych. Do niedawna miałam niedużą buteleczkę tego oleju. A skoro już się skończył, to chyba najwyższa pora napisać o nim kilka słów ;)
Mała, wykonana z brązowego szkła buteleczka ma pojemność 30 ml. Zakręcana jest na białą, plastikową nakrętkę. Nalepka jest dobrej jakości, bo ani się nie odkleja ani nie ściera. Utrzymana jest w spokojnej, stonowanej kolorystyce. 
Olej nie ma mocno tłustej konsystencji i jest rzadszy niż, np. olej arganowy. Jest lekko żółty, chociaż na zdjęciu wyszedł przezroczysty jak woda :P Cechuje się delikatny, ledwo wyczuwalnym zapachem. Jest też bardzo wydajny, chyba jak większość znanych mi olejków. Ta malutka buteleczka wystarczyła mi na dwa miesiące z groszem.
Jak każdy olej, i ten z nasion bawełny, stosowałam i w pielęgnacji ciała, i twarzy i, uwaga!!, włosów też :D Najlepiej chyba spisał się na włosach, najgorzej na skórze twarzy, albowiem wydaję mi się, że jednak trochę ją zapychał. Rekompensował mi to świetnym nawilżaniem, niemniej jednak szybko zrezygnowałam z nakładania go na twarz. Polubiłam stosowanie tego olejku zamiast balsamu do ciała, bo dobrze nawilża, odżywia i zmiękcza skórę, szybko się wchłania i łagodzi podrażnienia po depilacji. Sprawdził się także w pielęgnacji stóp, natłuszczając je, zmiękczając i wygładzając. Jak już wcześniej wspomniałam, moim zdaniem olejek ten najlepiej spisuje się na włosach. Po każdym umyciu wcierałam w końcówki niewielką jego ilość, zapewniając im ochronę przed czynnikami zewnętrznymi i rozdwajaniem się. Olej świetnie pielęgnuje suche i zniszczone włosy. Działa regenerująco, odżywia i nawilża. Dodaje włosom sprężystości i blasku, wygładza je oraz sprawia, że zdrowo wyglądają, nie puszą się ani nie elektryzują, są łatwiejsze do "ujarzmienia". 
Olej z nasion bawełny dodatkowo nie jest drogim olejem. 30ml buteleczka kosztuje mniej niż 15,00 zł w Tesco :)
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.