06:48:00

Recenzja: Krem do twarzy rozjaśniający przebarwienia Thiospot Intensive, Synchroline

Recenzja: Krem do twarzy rozjaśniający przebarwienia Thiospot Intensive, Synchroline
Obietnice producenta:
Połączone działanie składników aktywnych pozwala zmniejszyć intensywność przebarwień już istniejących. Preparat wpływa na procesy odnowy komórkowej, przeciwdziała biosyntezie melaniny w naskórku, zapobiega tworzeniu się nowych przebarwień oraz nasileniu ich intensywności pod wpływem promieniowania UV. Stosowanie preparatu redukuje przebarwienia, wyrównuje koloryt skóry twarzy i ciała, delikatnie złuszcza oraz intensywnie nawilża.

30 ml/ cena od 60,00 zł w zależności od apteki
Moim zdaniem:
Moja skóra twarzy ma tendencję do przebarwień. Po większości niedoskonałości, nawet niewielkich i takich których nie wyciskam, bo to ważne dla recenzji, na długie tygodnie na mojej cerze pozostają ciemniejsze plamki. Chcąc się ich pozbyć, chętnie stosuję wszelkie preparaty niwelujące przebarwienia. W obecnej chwili jest to krem rozjaśniający do twarzy Thiospot Intensive od Synchroline
Krem znajduje się w niewielkiej tubce o bardzo skromnej, ubogiej wręcz szacie graficznej, składającej się praktycznie z samych napisów. Jest ładne, estetyczne, ale nie krzyczy z półki w aptece "weź mnie!", ale przecież ważniejsze jest to, co skrywa w środku ;) A w składzie kremu mamy: acetyloglukozaminy, które ograniczają ilość i wielkość zmian pigmentacyjnych, rozjaśniają i zapobiegają tworzeniu nowych przebarwień; fenyloetyl rezorcyny hamujący enzymatyczny proces syntezy melaniny; linolan etylu o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwłojotokowym; oraz kwas ferulowy, który chroni przed negatywnym działaniem promieniowania słonecznego i niweluje wolne rodniki.
Krem ma lekką formułę, łatwo się rozprowadza, szybko wchłania i nie pozostawia żadnej warstewki na skórze. Jest śnieżnobiały, "śliski", taki trochę jak śmietanka. Pachnie jak... krem, po prostu. Częściej używam go na noc, ale nie raz zaaplikowałam go rano, przed nałożeniem makijażu, więc mogę Wam powiedzieć, że na ogół dobrze dogaduje się z kosmetykami kolorowymi. Podkłady się na nim nie ważą, nie rolują, zachowują swoją trwałość i właściwości. Myślę, że dzieje się tak dlatego, że nakładam go naprawdę cienką warstewką i pozwalam się mu całkowicie wchłonąć, a makijaż zaczynam wykonywać po kilku minutach. Zauważyłam jednak, że dwa podkłady Bielendy, które mam, po jakimś czasie zaczynają na tym kremie jakby szarzeć. Na pierwsze, widoczne efekty musiałam poczekać miesiąc. Po upływie tych kilku tygodni przebarwienia i drobne plamki zaczęły się delikatnie rozjaśniać ( na większe efekty trzeba pewnie będzie poczekać do końca tubki ), Thiospot Intensive wyrównał także subtelnie koloryt skóry. Krem nie zapchał mojej cery, nie wywołał reakcji alergicznej ani nie wysuszył skóry. Nie doświadczyłam też ściągnięcia i łuszczenia się skóry, które krem może spowodować, ale to chyba dlatego, że pamiętałam o odpowiednim jej nawilżaniu. 
W serii Thiospot Intensive znajdziecie dodatkowo roller do punktowego stosowania na intensywne przebarwienia skórne twarzy i ciała. Jest to tylko jedna z kilku linii kosmetycznych, które Synchroline ma w swojej ofercie. Inną, mianowicie Aknicare, mogłyście poznać przy okazji recenzji jednofazowego roztworu do oczyszczania skóry trądzikowej ( klik ).

06:32:00

Koloryzująca pomada do brwi od Wibo

Koloryzująca pomada do brwi od Wibo
Makijażem brwi, i w ogóle tym, aby wyglądały jeszcze ładniej niż dotychczas :D, zainteresowałam się stosunkowo niedawno, mniej więcej rok temu. Zaczęłam dość nieśmiało od kredki Smart Girls Get More. Potem pojawiły się pierwsze modelujące żele z Wibo oraz z Bellzestawy palet Wibo i Miss Sporty ( o nich też napiszę ), ale ostatnio zdecydowany prym w mojej codziennej stylizacji brwi wiedzie koloryzująca pomada Eyebrow Pomade od Wibo. 
Pomada do brwi jest produktem 2 w 1, czyli jest zarówno cieniem, jak i woskiem, dzięki czemu umożliwia wykonturowanie i jednoczesne wypełnienie brwi. Dostępna jest w każdym Rossmannie z szafą Wibo oraz w niektórych drogeriach internetowych. Słoiczek o wadze 3,5 grama kosztuje około 24,00 zł. Produkt dostępny jest w trzech odcieniach: soft brown, dark brown oraz black. Ja mam środkowy odcień, ale w przyszłości pokuszę się jeszcze o ten jaśniejszy brąz. W moim odczuciu odcień dark brown jest ociupinkę zbyt ciemny dla mojej karnacji i typu urody, ale mojemu mężowi się podoba i twierdzi, że mam pomady używać- no to używam, co się będę z mężem sprzeczać :P Wśród tych trzech odcieni nie za bardzo widzę koloru odpowiedniego dla blondynek, dlatego mam nadzieję, że marka wprowadzi więcej kolorów, by i jasnowłose mogły poznać tę pomadę, bo naprawdę jest to kosmetyk wart uwagi. 
Pomadę otrzymujemy w kartoniku przypominającym trochę pudełko zapałek. W środku skrywa się solidny, elegancki, szklany słoiczek zamykany na czarną nakrętkę. W opakowaniu znajdziemy dodatkowo dwustronny gadżet do nakładania produktu, z jednej strony jest to szczoteczka do uczesania brwi, z drugiej skośny pędzelek do aplikowania pomady. Aplikator ma krótką rączkę, przez co jest mało wygodny z używaniu, dlatego też wyrzuciłam go do kosza, a w Rossmannie kupiłam oddzielnie szczoteczkę i pędzelek z dłuższymi, praktyczniejszymi rączkami. Oba aplikatory były w obniżonych cenach i za każdy zapłaciłam po około 5,00 zł. 
Jako osoba nie używająca wcześniej tego typu produktów do stylizacji brwi, musiałam się nauczyć współpracy z tą pomadą. Ma ona żelowo- kremową konsystencję, jest bardzo mocno napigmentowana i wystarczy tylko delikatnie "smyrgnąć" ją pędzelkiem, by nabrać ilość odpowiednią do wypełnienia brwi bez przesadzonego, teatralnego efektu. Jest to produkt, którego im mniej, tym lepiej, dlatego przed bezpośrednim nałożeniem pomady na brwi wycieram jej nadmiar o wierzch dłoni- lepiej dołożyć niż później kombinować ze ścieraniem jej z brwi. Pomada dość szybko zasycha, koloryzując i dyscyplinując brwi. Łatwo się rozsmarowuje i daje się ładnie cieniować. Jest bardzo trwała, nie zmyje jej pierwszy lepszy deszcz, schodzi dopiero pod wpływem kosmetyku do demakijażu, np. płynu micelarnego. 
Zanim sama napisałam recenzję pomady do brwi Wibo poczytałam o niej opinie na różnych stronach i blogach. U dziewczyn, które siedzą głębiej w sprawach makijażowych niż ja dowiedziałam się, że jakościowo nie odpada od pomad z Inglota, Freedom czy też Anastasia Beverly Hills. Dla niektórych z Was może to być cenna informacja, ja porównania nie mam, więc wierzę na słowo ;) Sama jestem bardzo zadowolona z pomady Wibo, która na stałe wpisała się w mój makijaż. Jest to dla mnie sporym zaskoczeniem, bo jeszcze parę lat temu nigdy bym nie pomyślała, że mój makijaż wskoczy na taki "level" :P

06:38:00

Baza hybrydowa z proteinami, Protein Base Removable Indigo

Baza hybrydowa z proteinami, Protein Base Removable Indigo
Tym razem zapraszam Was na recenzję produktu, który otrzymał nagrodę Beauty Award w kategorii "Preparat do stylizacji paznokci"! Który jest przełomowym odkryciem w walce ze słabymi i zniszczonymi paznokciami! Który pomoże spełnić marzenia tysiąca kobiet o pięknych i zdrowych paznokciach! Wiecie już o jaki produkt chodzi? Odpowiedź może być tylko jedna- hybrydowa baza z proteinami od Indigo!
Protein Base Removable dostępna jest w dwóch pojemnościach: 5 ml oraz 10 ml. Na stronie Indigo większe opakowanie można kupić za 55,00 zł, a mniejsze za 29,00 zł. Ja obecnie mam mniejszą buteleczkę, którą kupiłam w niewielkiej drogerii za 35,00 zł, więc troszkę przepłaciłam, ale na przyszłość będę już mądrzejsza ;) I tak zamierzam kupować tylko większe, bo bardziej się opłacają. No i tym samym zdradziłam już, że recenzja będzie pozytywna, bo z bazy jestem mega zadowolona! 
Protein Base Removable jest nie tylko świetną bazą pod lakier hybrydowy, która niesamowicie wzmacnia i utwardza paznokcie, ale pozwala także na przedłużenie płytki paznokcia o kilka milimetrów oraz zbudowanie krzywej C. Przedłużanie paznokci to jeszcze dla mnie zbyt wysokie progi ;) A krzywej C, czyli łuku na paznokciu zaczynającego się przy skórce, a kończącego na wolnym brzegu paznokcia, nie muszę budować, bo nieskromnie przyznam, że mam ładny :D Wracając jeszcze to właściwości bazy, to jest ona gęsta, dobrze rozprowadza się po płytce, nie zalewając skórek. Wyposażona jest w niedługi, ale gęsty i wygodny w użyciu pędzelek. Troszkę opornie rozpuszcza się w acetonie, ale jest tak genialna, że wybaczam jej tą małą niedogodność.
Mój pierwszy raz z bazą nie wypadł tak dobrze jak przypuszczałam, że będzie po licznych, bardzo pozytywnych opiniach na jej temat, które zdążyłam przeczytać. Mimo iż nie zalałam skórek ( jupi!! ) pod manicure bardzo szybko dostało się powietrze, co poskutkowało tym, że cały zaczął odchodzić od płytki. Wina jednak leżała po mojej stronie, a nie produktu, bo znajoma manikiurzysta powiedziała mi, że stało się tak, bo albo nałożyłam zbyt cienką warstwę bazy albo zbyt krótką ją utwardzałam w lampie. Obie rady wzięłam sobie do serca i przy następnej próbie zaaplikowałam minimalnie grubszą warstwę i dłużej utwardzałam w lampie. Pomogło i baza pokazała, że ten cały szum wokół niej, nagrody i pochwały są jak najbardziej zasłużone. Efekty jej stosowania widocznie są gołym okiem już po pierwszym razie. Baza naprawdę wzmacnia i regeneruje płytkę paznokcia. Usztywnia miękkie paznokcie, sprawiając, że są twarde i wytrzymałe na urazy mechaniczne. Dodatkowo zaobserwowałam, że moje paznokcie rosną jak szalone, przestały się w ogóle łamać, a z płytki poznikały białe chmurki/plamki, co dla mnie oznacza, że paznokcie są także porządnie odżywione. 
Buteleczka z bazą zawsze za mocno mi się zakręca, stąd też ślady moich zębów na nakrętce :P Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć wszystkie produkty do stylizacji paznokci Indigo, które posiadam. Jak już wspomniałam, bazę kupiłam w małej drogerii, a lakiery przywiozłam z Meet Beauty w Nadarzynie- Miss Universe pokazywałam Wam już na Instagramie. Lakiery są bardzo dobre, ale też nie wyróżniają się jakoś szczególnie na tle hybryd innych marek. Za to baza jest rewelacyjna i jak pokończę inne bazy, to będę już używać tylko tej.

06:47:00

Recenzja: Konturówka do oczu i matowy cień do powiek, Diadem Cosmetics

Recenzja: Konturówka do oczu i matowy cień do powiek, Diadem Cosmetics
Obietnice producenta:
Matowy cień do powiek charakteryzuje się matową konsystencją i wysoko zmikonizowaną miką zapewniającą gładkość i znakomite przyleganie do skóry. Nowoczesna technologia zapobiega ścieraniu oraz zbieraniu się cienia w załamaniach. Intensywne napigmentowanie sprawia, że kolor idealnie odwzorowuje się na powiece. Cień nie osypuje się. 
Konturówka do oczu służy do wykonania precyzyjnej linii, która nadaje spojrzeniu niezwykłą głębie. Już jedno pociągnięcie pozwala osiągnąć nasyconą kolorem kreskę, która sprawi, że tęczówka oka stanie się bardziej wyrazista, a oczy zyskają zmysłowy blask. Intensywne pigmenty zawarte w rysiku dają efekt magnetycznego spojrzenia. 

Oba produkt dostępne są w internetowym sklepie Diadem od 10,00 zł do 20,00 zł. 
Moim zdaniem:
Niewiele u mnie na blogu kolorówki, dlatego Wam mam do pokazania aż dwa produkty do makijażu oczu. I wbrew pozorom nie będzie to tusz do rzęs czy kosmetyk do stylizacji brwi, których używam namiętnie. Dziś będzie o kredce do oczu i potrójnych, matowych cieniach do powiek marki Diadem Cosmetics. 
Cienie do powiek zamknięte zostały w czarnym, plastikowym, solidnie wykonanym puzdereczku z porządnym zamknięciem. Opakowanie, moim zdaniem, wygląda ładnie i nie zalatuje tandetą ;) Skrywa w sobie trzy kolory cieni: biały, szary z domieszką niebieskiego oraz odcień, który można by było nazwać grafitowym z przebijającymi się kolorami szarego i niebieskiego. Kredka do oczu wykonana została z cedrowego drewna, utrzymana jest z złoto- czarnej kolorystyce z detalami w głębokim morskim odcieniu, które nawiązują do samego koloru kredki- mam kredkę w kolorze nr 05, który producent nazwał właśnie kolorem morskim. Kredka jest cienka, swoim rozmiarem pasuje do standardowych temperówek. 
Przyznam, że częściej i chętniej sięgałam po cienie do powiek. Podoba mi się ich nasycona pigmentacja, matowy efekt, a także łatwość w aplikacji i ich trwałość. Łatwo się nie ścierają, nie zbierają w załamaniach powieki ani się nie ważą. Białego cienia używam najwięcej, głównie do rozświetlenia, nakładając jego niewielką ilość w wewnętrznych kącikach oczu oraz pod łukiem brwiowym. Drugim, najchętniej używanym przeze mnie kolorem jest ten a'la grafit, który nakładam bardzo cieniutkim pędzelkiem tusz przy linii rzęs, a następnie go rozcierając, tworząc efekt smokey eyes. W swoim makijażu oku bardzo mało używam ostatniego z koloru. Jest ładny, ale jakoś mi nie pasuje do mojego typu urody i oprawy oczu. Kredki do oczu też używam rzadko, ale to dlatego, że w swoim makijażu akceptuje tylko czarne, brązowe lub cieliste kredki. U innych kolorowe kreski bardzo mi się podobają, u mnie samej jednak już nie. Zdarza mi się jednak zaszaleć ;) i użyć jej w codziennym makijażu. Kredka jest odpowiednio miękka, dobrze się nią maluje, a w razie jakiś niedociągnięć daje się łatwo zmyć i poprawić. 
Myślę, że oba kosmetyki są warte uwagi, w szczególności cienie do powiek. Oba produkty są dobrej jakości, trwałe i dobrze napigmentowane, a dodatkowo ich cena jest przyjazna dla naszych portfeli ;)

06:40:00

"Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauna Niequist- recenzja książki

"Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauna Niequist- recenzja książki
Mimo iż naprawdę dużo czytam ( w porównaniu do statystycznego Polaka ;), a książki uwielbiam tak samo jak kosmetyki, to jednak mało ich recenzuje na blogu. Ostatni raz napisałam o książce rok? Dwa lata temu? Było to tak dawno, że już sama nie pamiętam kiedy. Pora nadrobić braki i w związku z tym zapraszam Was na recenzję książki "Piękne życie. Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój" Shauny Niequist ( premiera na polskim rynku wydawniczym miała miejsce 5 lipca br. ), amerykańskiej pisarki, autorki czterech książek. "Piękne życie" to jej najnowsza propozycja i jednocześnie pierwsza książka spod jej pióra, którą miałam okazję przeczytać i która już została uznana za bestseller New York Timesa, Publishers Weekly i Amazona.
"Piękne życie", jak może sugerować podtytuł "Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój", nie jest poradnikiem. Jest to bardziej pamiętnik autorki, w którym spisała swoje wspomnienia i dygresje, opowiedziała o przemęczeniu, o ciągłym braku czasu i zapracowaniu, ale przede wszystkim o tym, jaka zmiana w niej zaszła, jak nauczyła się się asertywności, jak znalazła równowagę w życiu i zaczęła cieszyć się z małych, codziennych rzeczy. Zagłębiając się w książkę coraz bardziej, w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że w pewnym stopniu pozycja ta przypomina serię książek Reginy Brett ( "Bóg nigdy nie mruga", "Jesteś cudem" i "Bóg zawsze znajdzie Ci pracę" ). Jak one, tak i "Piękne życie" przedstawia prawdziwe historie, które skrywają w sobie głębokie przesłania i mądrości, które są urzekające i krzepiące, z których czytelnik wyciągnie naukę dla samego siebie. Autorka wiele w życiu przeszła ( między innymi utrata dziecka ), jak każdy z nas napotykała różne przeszkody i trudności, z którymi nauczyła się radzić. Swoje zmagania opisała w książce. Jej narracja jest szczera, mądra, zmuszająca do refleksji. Jej opowieści powodują, że człowiek chce się zatrzymać, głęboko odetchnąć, odpocząć i zastanowić się nad własnym życiem. Ze strony na stronę, czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie jest cyborgiem, że nie musi wszystkiego robić sam, nie musi gonić za nie wiadomo czym, nie musi być  doskonały i perfekcyjny, bo przecież nikt taki nie jest. Nie ma ludzi idealnych, stwarzają tylko takie pozory. Z każdą kolejną stroną zaczyna się też wierzyć, że tak jak autorka, jest się w stanie zmienić swoje życie, że nigdy nie jest na to za późno. 
Książkę Shauny Niequist przeczytałam jednym tchem, tak mi się spodobała. Moim jedynym zarzutem jest zbyt duże obnoszenie się wiarą i pokładanie w niej wszystkich aspektów życia, bo choć szanuję jej poglądy, to uważam, że nie wszystkim czytelnikom mogą przypaść do gustu.
Książka podzielona jest na sześć części ( Przemiana, Tunele, Spuścizna, Chodzenie po wodzie, Życie w porę, Rzucanie cukierków ), a te na kilka mniejszych rozdziałów. Całość liczy 230 stron, które pochłania się jedną za drugą. Uważam, że nie jest to tylko zasługa lekkiego, przyjemnego stylu pisania autorki i ciekawych historii, które ma do opowiedzenia czytelnikowi, ale też odpowiedniej wielkości czcionki, dzięki której oczy się nie męczą. Bo samo wydanie książki również zasługuje na uwagę. Spójrzcie tylko, jaka cudna jest okładka! Subtelna, urzekająca, kojąca, mająca w sobie też coś pozytywnego i radosnego. Doskonale odzwierciedla to, co pod sobą kryje. 
"Piękne życie" Shauny Niequist na polski rynek wprowadziło Wydawnictwo Znak, a kupić ją możecie zarówno księgarniach stacjonarnych i internetowych, np. w Empiku. Cena okładkowa wynosi 36,90 zł, ale w Empiku dostaniecie ją taniej, o pi razy drzwi, 10,00 zł ;) 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger