Lotus Mild Cleansing Foam skin79, czyli łagodna pianka oczyszczająca

czwartek, 27 kwietnia 2017 25 komentarzy
Boom na azjatycką pielęgnację nie przemija- ten szał dopadł i mnie :D Swoją przygodę z azjatyckimi kosmetykami zaczęłam niedawno, ale właściwie to już przepadłam, bo naprawdę służą one mojej cerze. W przygotowaniu mam recenzję różanej maski wygładzającej z kwasami AHA, ale najpierw zapraszam Was na wpis o łagodnej piance oczyszczającej Lotus Mild Cleansing Foam. 
Pianka zamknięta jest w elastycznej tubce, o bardzo ładnej, minimalistycznej szacie graficznej. Tworzywo, z którego tubka została wykonana jest dobrej jakości, bo nic się z niej nie ściera, nie odkształca się i pozwala na bezproblemowe wydobycie kosmetyku do samego końca. Tubka jest stabilna, można postawić ją "do góry nogami", a zamykana jest na klik. Zamykanie dobrze się trzyma, ale jednocześnie też łatwo się otwiera.
Pianka ma bardzo subtelny zapach i postać białego, perłowego, gęstego kremu. Producent zaleca, aby niewielką ilość kosmetyku rozetrzeć najpierw w dłoniach, wytwarzając pianę, a następnie okrężnymi ruchami masować twarz, po czym spłukać letnią wodą. Zaleceń producenta trzymam się jak nigdy, używając pianki do wieczornej pielęgnacji twarzy w ilości jeszcze mniejszej niż na zdjęciu poniżej. Taka ilość w zupełności wystarczy na dogłębne oczyszczenie skóry twarzy i szyi. Pianka jest naprawdę mocno wydajna i wystarczy na bardzo, bardzo wiele miesięcy.  
Pianka Lotus Mild Cleansing Foam spełnia każde z zapewnień producenta. Z łatwością usuwa resztki makijażu i zanieczyszczenia nagromadzone w ciągu dnia, pozostawiając skórę świeżą i aż skrzypiącą od czystości :) Skóra może na nowo oddychać. Jest matowa, a jednocześnie pianka zapewnia jej odpowiedni poziom nawilżenia, nie ma więc mowy o uczuciu ściągnięcia. Pianka dobrze przygotowuje skórę na dalszą pielęgnację. I naprawdę mocno i głęboko oczyszcza- obecnie wszystkie ukryte niedoskonałości wychodzą na wierzch, ale jak już się schowają, to na ich miejscu nie pojawiają się kolejne. Pianka jest bardzo delikatna, nie zrobi krzywdy nawet bardzo wrażliwej cerze, nie podrażnia i nie uczula. Oprócz tego zawiera składniki przeciwzmarszczkowe i ma delikatne właściwości rozjaśniające.
Swoją piankę kupiłam na stronie polskiego dystrybutora  Skin79 w promocyjnej cenie, bodajże 39,00 zł za 200 ml, bez promocji kosztowała około 60,00 zł. Tej wersji pianki już nie znajdziecie, albowiem została wycofana z produkcji, ale na stronie Skin79 dostępne są nadal dwie inne jej wersje: Snail i Aloe. Myślę, że będą tak samo fajne jak Lotus :) Spieszcie się jednak, bo ich lada dzień też może zabraknąć! Dostępne będą za to inne pianki, jak na przykład: French Clay Foam Cleanser z węglem, naturalna Swanicoco Fermentation CERA Deep Cleansing Foam czy Phyto-hyaluron Foam Cleanser z hialuronem. Ja na pewno skuszę się na tą z węglem, bo nasze europejskie kosmetyki do oczyszczania twarzy mogą się schować przy azjatyckich! 
Dzięki piance i jeszcze kilku innym kosmetykom, o których również napiszę w swoim czasie, przekonałam się, że azjatycka pielęgnacja służy mojej cerze i bardzo chcę poznać inne produkty, które widziałam na stronie Skin79. Tak na zakończenie dodam, że polecam robić zakupy właśnie na stronie tego dystrybutora, ponieważ macie pewność, że kupujecie oryginalne kosmetyki, a poza tym często są bardzo fajne promocje, od 99,00 zł wysyłka jest darmowa, zamówienie dostaniecie bardzo szybko, a kontakt ze sklepem jest bardzo sympatyczny :)
Czytaj więcej »

5 kosmetyków, których nie polubiłam, czyli buble kosmetyczne okiem MintElegance

wtorek, 25 kwietnia 2017 46 komentarzy
W pierwszych miesiącach roku pisałam o moich ulubionych kosmetykach w 2016 roku. Mogłyście poznać moich idoli w pielęgnacji włosów, twarzy, ciała, makijażu, napisałam też o moich niekosmetycznych faworytach. Tym razem przygotowałam odmienny wpis. Dokładniej o pięciu produktach kosmetycznych, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy srogo mnie zawiodły. 
Recenzja Fixer Mist, czyli mgiełki do utrwalania makijażu Bielenda pojawiła się u mnie na blogu w lipcu tamtego roku ( klik ). Produktu nie polubiłam z prostego powodu: nie spełnia swojego podstawowego zadania, jakim jest utrwalenie makijażu. Producent obiecuje również utrzymanie matu, ale to także można wsadzić między bajki. Cieszę się, że nie był to pierwszy utrwalacz makijażu, jaki przetestowałam, bo zraziłby mnie do wypróbowania innych,  jemu podobnych. 
Mix korektorów High Definition Camouflage Hean miał być rozwiązaniem na wiele niedoskonałości mojej cery. Biały miał rozświetlać, różowy korygować cienie pod oczami, a fioletowy zakrywać przebarwienia. Nie muszę chyba pisać, że żaden kolor nie sprostał obietnicom producenta. Biały jeszcze jako tako dawał radę, ale nawet nałożony w niewielkiej ilości nie potrafił współpracować z używanymi przeze mnie podkładami, pod którymi mocno lubił się ważyć. Pozostałe dwa odcienie korektorów są kompletnie bezużyteczne. 
O odżywce- utwardzaczu do paznokci Herome napisałam na blogu kilka miesięcy temu, dokładnie w tym wpisie. Specjalnie dla tej odżywki na trzy tygodnie zrezygnowałam z malowania paznokci lakierami hybrydowymi, ale nie było warto. To znaczy, z jednej strony przerwa nie wyszła mi na złe, bo moje paznokcie troszkę "odpoczęły" od hybryd. Jednak sam produkt Herome niczym się nie popisał. Mimo postępowania zgodnie z zaleceniami producenta, kondycja moich paznokci nie uległa poprawie. Cieszę się, że nie kupiłam tej odżywki ( jest droga, bez promocji kosztuje około 60,00 zł ), tylko otrzymałam ją w ramach współpracy, bo nie musiałam pluć sobie w brodę za pieniądze wyrzucone w błoto. 
Wiem, że lakier do ust Lip Lacquer Rock With Me Wibo zbiera sporo pozytywnych recenzji, ale zupełnie nie wiem czemu. Nie pamiętam jaki odcień kupiłam, ale pigmentacja tego błyszczyka mocno mnie rozczarowała. Nie wiem czy trafił mi się jakiś felerny egzemplarz, ale jedna warstwa ledwo, ledwo pokrywa usta kolorem, poza tym robi to bardzo nierównomiernie. Aby uzyskać satysfakcjonujący efekt trzeba się napracować, nałożyć kilka warstw i jeszcze zrobić to bardzo dokładnie, aby nie było widać nieestetycznych prześwitów. Dodatkowo, produkt jest wyjątkowo nietrwały, szybko i nierównomiernie schodzi z ust, a ponadto mocno wysusza wargi i jeszcze do tego wszystkiego podkreśla suche skórki. Podsumowując krótko, to totalny niewypał. 
Z szminką w kredce Colour Rush Rimmel też się bardzo nie polubiłam. Tak samo, jak w przypadku lakieru do ust Wibo, w kredkowej szmince przeszkadza mi brak jej trwałości i słaba pigmentacja, a także jest zbyt śliska formuła. Kolor, który mam okazał się mało trafiony do mojego typu urody. Mogłabym to jeszcze przeboleć, gdyby nie to, że oprócz wymienionych już wcześniej jego wad, jeszcze nierównomiernie schodzi i lubi wysuszać usta. Ponadto, opakowanie jest naprawdę tandetne, wykonane byle jak, pękające przy najmniejszym upadku, a napisy bardzo szybko się ścierają. 

Jak możecie się domyślić kosmetyki te, bez wyrzutów sumienia, wyrzuciłam do kosza. 
Czytaj więcej »

Znalezione w Shiny Box'ie: Regeneracyjny krem pod oczy L'Orient

sobota, 22 kwietnia 2017 52 komentarze
Dzisiejszym wpisem chciałabym zapoczątkować nową serię na blogu zatytułowaną "Znalezione w Shiny Box'ie". Jako Ambasadroka co miesiąc dostaję pudełka wypełnione po brzegi kosmetykami. Wśród nich są takie, które bardzo polubiłam, których używam z przyjemnością i dlatego chciałabym poświęcić im osobne posty. Pierwszą taką perełką jest regeneracyjny krem pod oczy L'Orient, który znalazł się w styczniowym pudełku "Party Time". 
O regeneracyjnym kremie pod oczy producent pisze, że "zawiera unikalną kombinację minerałów z Morza Martwego, witamin, protein i naturalnych ekstraktów roślinnych wspomagająca ochronne konturów okolicy oczu. Pozwala utrzymać naturalny poziom nawilżenia i elastyczność. Stosowany regularnie spłyca zmarszczki, usuwa opuchliznę i cienie pod oczami. Pozostawia okolice oczu promienne, pełne naturalnego blasku. Idealny do codziennej pielęgnacji na noc i na dzień dla każdego rodzaju cery". 
Krem pod oczy otrzymujemy w jasnej buteleczce zakończonej pompką air less, która sprawnie działa, nie zacina się i dozuje taką ilość produktu, jaką na daną chwilę potrzebujemy. Ja używam pół pompki, taka porcja wystarcza mi na wklepanie kremu w skórę pod oczami, w zewnętrznych kącikach, a czasami nawet odrobinę zaaplikuję na powieki. Szata graficzna opakowania jest minimalistyczna, elegancka w swojej prostocie i chociaż nie wyróżnia się niczym szczególnym, to naprawdę mi się podoba. Początkowo zaskoczona byłam, że w tak dużym opakowaniu znajduje się tylko 15 ml kremu i myślałam, że to miniaturka kosmetyku. Jest to jednak pełnowymiarowy produkt, a buteleczka jest tak duża, bo prawie połowę jej wysokości zajmuje pompka wypychająca kosmetyk ku górze. 
Krem pod oczy L'Orient ma subtelny, kremowy zapach oraz konsystencję leciutką niczym śmietanka. Szybko się wchłania, nie obciążając delikatnej skóry pod oczami. Kremu używam głównie w wieczornej pielęgnacji, ale czasami zdarza mi się użyć go ponownie rano. Dobrze współgra z kosmetykami do makijażu, ani korektor ani podkład nie ważą się na nim ani się nie rolują. Po pierwszym użyciu kremu czuć duże ukojenie oraz nawilżenie skóry pod oczami. Regularne wklepywanie kremu L'Orient przyczynia się do znacznego wzmocnienia skóry, poprawy jej elastyczności i napięcia. Skóra pod oczami jest rozjaśniona oraz bardziej promienna. Dłuższe stosowanie kremu sprawia, że drobne zmarszczki są delikatnie spłycone, zmniejszają się cienie pod oczami, a o opuchliźnie zapomniałam kompletnie. Jak dla mnie, jest to najlepszy krem pod oczy, jaki miałam okazję poznać w ostatnich miesiącach. 
Dermokosmetyki marki L'Orient dostępne są głównie w Mydlarniach u Franciszka. Krem pod oczy ma pojemność 15 ml i kosztuje 64,00 zł. Może się wydawać dużo, ale oprócz samego oddziaływania na delikatną skórę pod oczami, należy wziąć pod uwagę jego naturalny skład i naprawdę świetną wydajność.
Czytaj więcej »

Recenzja: Regeneracyjne serum do twarzy, Regenerum, Aflofarm

środa, 19 kwietnia 2017 40 komentarzy
Obietnice producenta:
Regenerum regeneracyjne serum do twarzy to innowacyjny produkt spo szerokim spectrum działania, który silnie odbudowuje, nawilża i odżywia skórę, jednocześnie widocznie ją wygładzając.  Regeneracyjne serum do twarzy przeznaczone jest do każdego rodzaju cery, nawet dla cery przesuszonej i odwodnionej, wymagającej regeneracji. Może być stosowane zarówno jako kuracja, jak i do codziennej pielęgnacji zamiast kremu i/ lub jako baza pod makijaż.

50 ml/ około 30,00 zł w aptekach
Moim zdaniem:
Zastanawiałyście się kiedyś, ale tak naprawdę, czym różni się serum od kremu? Szczerze Wam powiem, że ja nigdy nie wgryzałam się w ten temat. Wystarczała mi wiedza, że mając i serum i krem, jako pierwsze aplikuje się właśnie serum. Dopiero pisząc tego posta zaczęłam bardziej się interesować różnicami pomiędzy nimi i teraz już wiem, że przyjmuje się, iż serum to kosmetyk silniej działający niż krem, posiadający w swym składzie silniejsze i bardziej skoncentrowane substancje odżywcze, ale mający lżejszą konsystencję i lepszą wchłanialność w skórę niż krem. Mimo 28 lat na karku, miałam mało styczności z serami do twarzy, ale testując nowość, jaką jest regeneracyjne serum do twarzy Regenerum od Alofarm, zgadzam się w 100% z taką definicją tego produktu.
Opakowanie serum to biała tubka o pojemności 50 ml i bardzo minimalistycznej szacie graficznej, którą tworzą napisy. Tubka zapakowana została w kartonik, na którym umieszczone zostały wszystkie niezbędne informacje. Zakończona jest pompką air- less, co bardzo mi odpowiada, bo takie rozwiązanie zapewnia nie tylko wygodne, ale przede wszystkim higieniczne dozowanie kosmetyku. Tworzywo, z którego tubka została wykonana, jest elastyczne i gdyby pompka się zacięła, łatwo by mi było wycisnąć pozostałości serum. Tubka zamykana jest na plastikową zatyczkę, na której możemy postawić kosmetyk. Poza tym opakowanie jest nieduże i bardzo lekkie, możemy je wszędzie ze sobą zabrać. 
Serum zaskoczyło mnie swoją konsystencją, ale było to zanim przeczytałam, że jest to kosmetyk charakteryzujący się lżejszą formułą niż krem. Po wyciśnięciu wydaje się, że serum jest gęste, ale wystarczy zacząć rozprowadzać je po skórze, aby przekonać się jak mylne jest pierwsze wrażenie. Konsystencja serum jest naprawdę lekka i delikatna. Kosmetyk szybko się wchłania, pozostawiając skórę w lekkim macie. Dodatkowo serum do twarzy Regenerum ma bardzo ładny zapach, który jest subtelny, ale też trochę słodki, a trochę kremowy. 
Serum do twarzy Regenerum, jak każde inne, powinno być aplikowane na twarz jako pierwsze, aby zawarte w nim aktywne składniki miały szansę wniknąć w głąb skóry i zadziałać zgodnie z przeznaczeniem. Następnie powinno się wklepać delikatnie krem pod oczy, a dopiero potem krem do twarzy, który zabezpieczy substancje czynne wewnątrz skóry, dzięki czemu serum zadziała jeszcze lepiej. Wcale sobie nie żałuję tego kosmetyku, używam go codziennie do wieczornej pielęgnacji twarzy oraz szyi i dekoltu, dlatego dość szybko zaczął mi się kończyć. Mam go od około miesiąca i zostały mi jeszcze jakieś resztki. Zaczynając testy nieco obawiałam się czy nie zapcha mojej cery, ale na szczęście tak się nie stało. Serum też nie uczuliło ani nie podrażniło skóry. Producent zapewnia, że jego kosmetyk nadaje się także jako baza pod makijaż, ja jednak przyzwyczaiłam się już do stosowania go na noc. 
W pielęgnacji twarzy używałam serum w duecie z kremem, ale na skórę szyi i dekoltu aplikowałam je już samodzielnie. Nowość Regenerum sprawia, że skóra jest odpowiednio nawilżona, uelastyczniona i przyjemna w dotyku. W połączeniu z kremami, maseczkami i innymi kosmetykami, których używam, sprawia, że skóra jest również miękka i gładka. Po kilku tygodniach dało się zauważyć, że cera nabiera zdrowszego wyglądu, a koloryt jest bardziej wyrównany.
Podsumowując, jestem zadowolona z z serum i uważam, że jest to dobry kosmetyk, którego cena jest adekwatna do działania i wydajności. Serum do twarzy nie jest moim pierwszym kosmetykiem Regenerum, ale śmiało mogę powiedzieć, że obok regeneracyjnego serum do włosów, jest na pewno jednym z ulubionych.  
Czytaj więcej »

Lakiery do paznokci z limitowanej edycji Secret Garden, Bell

poniedziałek, 17 kwietnia 2017 37 komentarzy
Secret Garden to najnowsza limitowana kolekcja kosmetyków Bell, które przez kilka najbliższych tygodni będą dostępne w sklepach Biedronkach. W tej wiosennej edycji znajdziecie kolorowe konturówki do oczu w płynie, błyszczyki do ust, serum powiększające usta, wielokolorowy puder korygująco- upiększający oraz lakiery do paznokci, które otrzymałam w Boxie Only You "Rozkwitnij wiosną" i które dzisiaj Wam pokaże.
Secret Garden to kolekcja przepięknych, wiosennych lakierów w 6 inspirujących, kwiatowych odcieniach:
06 Rose to klasyczna, głęboka czerwień,
04 Orchid jest ciemną fuksją z subtelnie mieniącymi się różowymi drobinkami,
05 Tulip to energetyzująca pomarańcza,
03 Secret Flower jest morskim odcieniem niebieskości,
02 Forget Me Not to delikatny, pastelowy niebieski z opalizującymi drobinkami,
01 Magnolia jest pięknym odcieniem nude wpadającym w róż.
Tak, wiem, wiem- numeracja nie jest do końca po kolei, ale najpierw pomalowałam wzornik, a potem spojrzałam na kolory i przypisane im numerki :P
Lakiery mają dwa typy pędzelków: grubszy, szerszy ku końcowi i równo ścięty jest w odcieniach nr 03, 02, 04, 06, w pozostałych dwóch kolorach pędzelek też jest równo ścięty, ale cieńszy i prosty- różnice między nimi możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej. Nie wiem czy taki podział pędzelków jest we wszystkich lakierach z tej edycji, ale mnie się akurat tak trafiły i pomyślałam, że warto o tym wspomnieć. Oba pędzelkami bardzo dobrze i wygodnie maluje się paznokcie, bo oba ładnie rozprowadzają lakier po płytce paznokcia. Lakiery, oprócz poręcznych pędzelków, mają też kremową konsystencję, są odpowiednio gęste i nie rozlewają się przy skórkach, dzięki czemu malowanie nimi paznokci to naprawdę czysta przyjemność.
Lakiery są bardzo dobrze napigmentowane. Nawet dwa najjaśniejsze odcienie już przy dwóch warstwach idealnie pokrywają płytkę paznokcia równomierną, półmatową a półbłyszczącą powłoką koloru bez żadnych smug. Lakiery Bell szybko wysychają, nie odpryskują na drugi dzień, ale na trzeci mogą się delikatnie ścierać na końcówkach. Przynajmniej czerwony, którym paznokcie ma pomalowane moja mama i ciemniejszy niebieski, którym pomalowałam paznokcie koleżance. Ja obecnie używam hybryd, ale lakiery Bell na pewno wykorzystam w zdobieniu paznokci metodą stemplowania- po raz pierwszy już w piątek :D
Lakiery do paznokci serii Secret Garden dostępne są w Biedronce w cenie 6,99 zł za 8 ml. Przypominam, że jest to edycja limitowana, więc jeśli któryś z kolorów Was zachwycił, to radzę pospieszyć się z zakupami :D
Czytaj więcej »

Lustereczko i czyścik, czyli moje nowe akcesoria do telefonu

piątek, 14 kwietnia 2017 35 komentarzy
Phone Mirrors Design to producent ręcznie robionych lusterek i innych akcesoriów do telefonu. Flagowym produktem marki jest Peemer, czyli stylowe, nietłukące się ( wierzę na słowo, bo nie zamierzam sprawdzać ;) lustereczko, które można przykleić do telefonu, ale też do innych mobilnych urządzeń. Firma ma w swojej ofercie kilka takich lusterek, a jedno z nich chciałabym Wam dzisiaj pokazać.
Lusterka Peemer mają różne kształty, mogą mieć kolorową ramkę i być ozdobione kryształkami Swavorskiego. Z kilku dostępnych modeli wybrałam dla siebie lustereczko Silver Kameleon Love. Ma ono kształt serduszka, otoczonego metalową ramką, w którą wtopione zostały malutkie kryształki. Całość prezentuje się kobieco, słodko i uroczo. Lustereczko ma wymiary 55mm na 55mm i mocowane jest za pomocą bardzo cieniutkiego rzepu, który nie niszczy obudowy telefonu, a po odklejeniu nie pozostawia żadnych śladów. Gadżet na telefon został do mnie bardzo ładnie zapakowany, w srebrne pudełeczko przewiązane wstążeczką, które pokazywałam już na Instagramie. Samo lusterko było owinięte w różową bibułkę, a puzdereczko wypełnione zostało styropianowymi kuleczkami, które dodatkowo amortyzowały lustereczko, aby dotarło do mnie bez najmniejszej skazy. 
Do lustereczka został dołączony niewielki czyścik do ekranu, który został wykonany z mikrofibry. W sklepie internetowym znajdziecie wiele wzorów, od słodko różowych, jak na zdjęciu wyżej, przez panterkowe czy z motywem sów, po typowo męskie, np. footballowe. Jeden taki czyścik kosztuje 7,90 zł i jest wielokrotnego użytku, a także nadaje się do prania. Peemer Cleaner może być stosowany nie tylko do czyszczenia telefonu, ale też okularów czy samego lustereczka. Ma postać cieniutkiej naklejki o wymiarach 30mm na 35 mm, a warstwa czyszcząca została wykonana z mikrofibry, dzięki czemu łatwo i szybko usuwa zabrudzenia ( odciski palców, kurz, brud ), nie rysując powierzchni. Czyścik Peemer można mieć zawsze pod ręką, przyklejając je na tył telefonu.
Wracając jeszcze do lusterka, to, które otrzymałam jest z serii Premium i kosztuje 86,00 zł. Lustereczka z Joy&Fun są wykonane z tworzywa sztucznego i sporo tańsze, albowiem kosztują 29,00 zł. Moim zdaniem Peemer to ładne i estetycznie wykonane akcesorium do telefonu. Myślę, że taki gadżet znajdzie uznanie nie tylko wśród zwolenniczek selfie. Uważam, że doceni go wiele kobiet, bo która z nas nie ma czasami potrzeby sprawdzenia czy dany odcień czerwonej pomadki pasuje do nas i warto go kupić, czy między zębami nie zostały resztki z obiadu lub czy testowany tusz do rzęs nie rozmazuje się pod okiem? Dzięki Phone Mirrors Design nie musimy rozglądać się za lusterkiem lub szukać go w czeluściach naszych torebek, w których dobrze wiemy znajduje się wszystko to, co naj(nie)potrzebniejsze:D, bo od dziś lusterko mamy zawsze pod ręką, w jednym i tym samym miejscu.
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.