12:14:00

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja ciała

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja ciała
Ulubieńców 2017 roku ciąg dalszy! Poznałyście już moich niekosmetycznych faworytów minionych dwunastu miesięcy ( klik ) oraz tych makijażowych ( klik ), a dzisiaj pokażę Wam ulubione kosmetyki- i nie tylko- do pielęgnacji ciała.
Zaczniemy od multifazowego, zmysłowego olejku do ciała z czarną porzeczką od Bielendy, który charakteryzuje się nie tylko świetnym działaniem, ale też superowym wyglądem oraz bajecznym zapachem! Olejek ma trójfazową konsystencję, różowo- fioletową, która po porządnym wstrząśnięciu zamienia się w liliową :) Pachnie fenomenalnie: tak bardzo słodko, ciepło, świeżo, kwiatowo z lekką kokosową nutą. Dla mnie jest to jeden z piękniej pachnących kosmetyków do pielęgnacji ciała. W olejku polubiłam to, że nie jest tłusty, szybko się wchłania, pozostawiając skórę nawilżoną, przyjemną i miękką w dotyku oraz ładnie pachnącą. Znajduje się w bardzo wygodnej, estetycznej i miłej dla oka butelce z praktycznym atomizerem. Jest to kolejny kosmetyk Bielendy, który pozytywnie mnie zaskoczył i sprawił, że patrzę na markę przychylniejszym okiem ;)
Moim odkryciem w 2017 roku są peelingi Organic Shop. Na zdjęciu widzicie wersję o aromacie cynamonu i miodu, ale tak prawdę powiedziawszy to każdy wariant zapachowy mi się podoba, a co ważniejsze, każdy super się u mnie sprawdza. Latem opisałam jeden z nich na blogu, konkretnie malinowy, więc jeśli jesteście ciekawe, to zapraszam Was do tego konkretnego posta: klik. Scruby do ciała Organic Shop są z kategorii tych mocniejszych, ale nie są to typowe zdzieraki, po których skóra jest aż czerwona. Ścierające kryształki są duże i jest ich naprawdę sporo. Nie rozpuszczają się zaraz po zetknięciu się z wodą, więc na spokojnie można wykonać porządny masaż całego ciała. Peelingi świetnie złuszczają martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką, przyjemną w dotyku, nawilżoną i lekko ujędrnioną. 
Odżywczy krem do rąk Vianek to tylko jeden z kosmetyków marki, który bardzo polubiłam w ostatnim roku. A seria odżywcza, według mnie, jest po prostu genialna. Dodatkowo bardzo ładnie pachnie: kwiatowo, ale słodko i trochę też owocowo. Konsystencja oraz sam kolor kremu przypomina mi brzoskwiniowy jogurt :D Krem do rąk jest lekki, szybko się wchłania, otulając skórę subtelną ochronną otoczką i pozostawiając dłonie świetnie nawilżone, gładkie, delikatne oraz miękkie w dotyku. Uwielbiam go używać, więc robię to praktycznie każdego dnia :)
Zapach Cat DeLuxe At Night Naomi Campbell to jeden z moich ostatnich zakupów w 2017 roku, ale szybko zdążył podbić moje serce. Najpierw zwróciłam uwagę na flakon z uroczym puszkiem :P, a potem spodobał mi się zapach. Pachnie mieszanką egzotycznych owoców, ma jednak w sobie też coś ze świeżości kwiatów oraz kwasowości czarnej porzeczki, która przebija się na pierwszym planie. Dopiero po jakimś czasie oddaje swoje podium słodkości i rześkości. Dla mnie są idealne do stosowania na co dzień, ale sprawdzą się też wieczorową porą. Ten zapach ma w sobie coś kobiecego, seksownego, wabiącego. 
Na koniec zostawiłam jedyny gadżet, który chciałam Wam przedstawić jako mojego ulubieńca, być może trochę naciągniętego pod kategorię pielęgnacja ciała, czyli diamentową lampę do manicure hybrydowego ( 12 WCCFL+24WLED ), w szampańskim kolorze- to nie jest mój wymysł, to był jeden z kolorów do wyboru :P Lampę zakupiłam na Allegro po tym jak moja poprzednia, tzw. mosteczek, popsuła się. Ta w kształcie diamentu bardziej mi odpowiada, ponieważ jest na tyle duża, że mieści się w niej cała dłoń, nie muszę każdego paznokcia utwardzać oddzielnie, co znacznie skraca czas wykonywania manicure hybrydowego. Fajne jest w niej też to, że ma trzy tryby pracy: 10, 30 i 60 sekund oraz automatyczny wyłącznik czasu. Jest zaskakująco lekka, zajmuje trochę miejsca, ale za to wygląda bardzo ładnie, prawda :D?

17:10:00

Rumiankowy żel do mycia twarzy, Sylveco

Rumiankowy żel do mycia twarzy, Sylveco
Obietnice producenta:
Hypoalergiczny, głęboko oczyszczający żel do mycia twarzy z kwasem salicylowym (2%) o aktywnym działaniu antybakteryjnym. Zawiera bardzo łagodny, ale jednocześnie skuteczny środek myjący, który nie podrażnia nawet najbardziej wrażliwej skóry. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, odblokowuje pory i reguluje procesy odnowy komórek naskórka. Żel został wzbogacony olejkiem z rumianku lekarskiego, który posiada właściwości przeciwzapalne, gojące i łagodzące. Systematyczne stosowanie pozwala zachować gładką, miękką, zdrową skórę.


Skład: WodaGlukozyd laurylowyGlicerynaKwas salicylowyPanthenolWodorowęglan soduBenzoesan soduOlejek rumiankowy

150 ml kosztuje około 20,00 zł w aptekach, niewielkich drogeriach z szafami Sylveco oraz w sklepach internetowych
Moim zdaniem:
Swoją przygodę z Sylveco i Viankiem zaczęłam stosunkowo niedawno, ale póki co nasza znajomość jest bardzo udana. W mojej kosmetyczce przewinęło się już naprawdę dużo produktów obu tych marek, ale wierzcie mi lub nie, na żadnym się nie zawiodłam, każdy się u mnie sprawdził ( lepiej lub gorzej, ale raczej to pierwsze ;), żaden mnie nie uczulił ani nie podrażnił. Są wśród nich takie, do których regularnie powracam i bez których nie wyobrażam sobie już codziennej pielęgnacji. Rumiankowy żel do mycia twarzy ma predyspozycje do tego, aby właśnie stać się jednym z nich.  Jest on przeznaczony do codziennej pielęgnacji cery, takiej jak moja, czyli zanieczyszczonej i skłonnej do niedoskonałości. Jego formuła opiera się na dwóch aktywnych składnikach, czyli olejku rumiankowym, który wykazuje silne działanie przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze i łagodzące; oraz na kwasie salicylowym o stężeniu 2%, który posiada właściwości złuszczające, dzięki czemu pomaga pozbyć się zaskórników, rozjaśnia przebarwienia i zmniejsza blizny potrądzikowe.
Żel zamknięty jest w wygodnej buteleczce z pompką. Jest ona plastikowa, w kolorze mocno brązowym. Nalepka na opakowaniu jest świetnej jakości, bo pod wpływem wody nie odkleja się ani nie strzępi. Wypisane są na niej najważniejsze informacje dotyczące żelu. Pompka działa bez zarzutu, pomimo iż po pierwszym upadku oderwała się od buteleczki i muszę pilnować, aby jej nie zgubić :P Żel jest właściwie przezroczysty, dość gęsty, przez co mocno wydajny: do umycia twarzy używam przeważnie pompki lub dwóch. Rumiankowy żel zaczęłam stosować jakieś 2-3 miesiące temu, dopełniając nim wieczorny demakijaż i dopiero teraz dobija dna. Myślę, że w buteleczce zostało mi go jeszcze na jakieś trzy- cztery mycia. Żel podczas mycia właściwie się nie pieni, po dodaniu wody tworzy delikatną emulsje. Ma dość specyficzny zapach, mocno wyczuwalny, taki kwaśno- ziołowy, który z pewnością nie każdemu będzie odpowiadać. Z czasem jednak da się do niego przyzwyczaić. 
Żel jest bardzo skuteczny w działaniu, a przy tym łagodny dla skóry. Nie podrażnia jej ani nie wysusza. Pomimo tej swojej delikatności wręcz perfekcyjnie odświeża i oczyszcza skórę, domywa resztki makijażu i inne zanieczyszczenia. Pozostawia skórę czystą, nieściągniętą, lekko nawilżoną ( ale nie na tyle, by odpuścić sobie krem ), przyjemnie miękką i gładszą w dotyku. Ponadto żel reguluje wydzielanie sebum, dzięki czemu moja cera mniej się błyszczy, dodatkowo łagodzi również podrażnienia i wypryski. Po coraz mniejszych zaczerwienieniach pozostałych po kilku niedoskonałościach widzę, że przyspiesza także złuszczanie naskórka. Ogólnie rzecz ujmując, spełnia swoje podstawowe zadanie, pozwalając mi tym samym zachować kontrolę nad moją problematyczną cerą. 
Jakiś czas temu na jednym z blogów przeczytałam wpis o produktach, którymi można wykonać peeling skóry głowy. Niemałym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że takowy zabieg można wykonać właśnie rumiankowym żelem do mycia twarzy Sylveco. Podobno wystarczy przed umyciem włosów nałożyć go na skórę głowy, zostawić na kilka minut, po czym umyć włosy tak, jak zawsze. Przyznam się Wam, że jeszcze nie próbowałam tej metody, ale ciągle mam ją z tyłu głowy i pewnego dnia na pewno przetestuję. Taki peeling można też zrobić drugim z żeli do mycia twarzy, który Sylveco ma w swojej ofercie, czyli tymiankowym, którego działanie też zamierzam sprawdzić na swojej skórze- najpierw twarzy, a potem kto wie, może i głowy też ;)  

06:43:00

Grudniowy projekt denko

Grudniowy projekt denko
Nie wiem czy właśnie nie pokazuję Wam ostatniego denka na moim blogu. Z jednej strony znudziło mnie już gromadzenie pustych opakowań po kosmetykach, czasami nawet nachodzi mnie myśl, że jestem na to za stara :P Jednak z drugiej strony, nawyk ich odkładania wszedł mi tak w krew, że nie wiem czy zdołam się go kiedykolwiek pozbyć :P Już raz na poważnie myślałam o zrezygnowaniu z tej serii postów, a jednak przez ostatni rok, miesiąc w miesiąc, pisałam krótkie recenzje zużytych kosmetyków, bo nadal jest to seria, którą bardzo lubicie ;) Dziś też zapraszam Was na kolejny wpis o denkach, tym razem z grudnia, a czy pojawią się podobne, to jak mówią- pożyjemy i zobaczymy.
Krystaliczne mydło pod prysznic z olejem z orzechów brazylijskich i makadamia Ziaja ( 1 ) ma bardzo fajny zapach, który jest tak intensywny, że czuć go w łazience jeszcze długo po kąpieli. W żelu podoba mi się również jego gęsta konsystencja w kolorze czekoladowym, przyjemne oczyszczanie oraz fakt, iż nie wysusza skóry. Szampon do włosów Regenerate Nourishment marki Dove ( 2 ) otrzymałam niespodziewanie od organizatorów MeetBeauty. Jest fajny, ale nie szałowy, trochę też obciąża włosy. Wątpię, abym skusiła się na drugą tubkę. Słoiczek maski do ciemnych włosów Henna Wax NaturClassic od Pilomax ( 3 ) zużyłam do depilacji nóg- zastąpiłam nim żel do golenia, który skończył się w najmniej oczekiwanym momencie :P W tej roli sprawdził się znakomicie! W kremie do rąk z Indigo ( 4 ), na początku, podobało mi się wszystko: opakowanie, zapach i oczywiście, działanie. Im jednak dłużej go używałam tym bardziej działał mi na nerwy. Z czasem pompka zaczęła się zatykać, więc miałam problem z dozowaniem kosmetyku. Potem zapach też przestał być tak przyjemny, jak na początku. Działanie również pozostawiało wiele do życzenia... Krem do rąk nawilża skórę, ale bardzo powierzchownie i krótkotrwale. Odżywka do włosów w spray'u Liquid Silk z Gliss Kur ( 5 ) jest jedną z moich ulubionych i często powraca do mojej kosmetyczki, niczym bumerang :) Równie często wracam do peelingów Organic Shop, które poznałam dopiero w minionym roku, ale z miejsca zdobyły moją ogromną sympatię. Większość z nich bardzo ładnie pachnie, a wszystkie świetnie ścierają martwy naskórek, pozostawiając gładką i przyjemną w dotyku skórę. W grudniu zużyłam wersję z trawą cytrynową z Prowansji ( 6 ). Scrub do ciała świetnie pachnie, trochę jak werbena. Jeśli lubicie lekko cytrusowe zapachy, to na pewno Wam się spodoba. 
Płyn micelarny z rumiankiem Green Pharmacy ( 7 ) był kiedyś moim ulubionym, ale być może zmienili skład albo trafił mi się jaki felerny egzemplarz, bo zaczął powodować, że oczy szczypią mnie i dodatkowo jeszcze łzawią przy demakijażu. Zraziłam się i nie wiem czy kiedyś jeszcze do niego powrócę, mimo że przecież wykończyłam już tyle jego butelek. Olejowy syndet do mycia twarzy OilAge z Dermedic ( 8 ) to nowość w ofercie marki, o której pisałam w tej recenzji: klik. O peelingu do twarzy Mediterraneum ( 9 ) pojawi się osobny wpis, na który już serdecznie zapraszam :) Podkład do cery tłustej i mieszanej Colorstay od Revlon ( 10 ) to jeden z moich ulubieńców. Zużyłam już bardzo wiele buteleczek i zawsze mam kolejną w zapasie. Popełniłam już jego recenzję, więc odsyłam Was do tego wpisu: klik. Tusz do rzęs Mystik Warsaw ( 11 ) opisywałam już w tym poście: klik, więc nie będę się rozpisywać na jego temat. Wszystkiego na jej temat wiecie gdzie szukać :D Pomadka do ust Long Lasting Love marki Smart Girls Get More ( 12 ) jest trudno dostępna stacjonarnie, ale ponoć szafy z kosmetykami SMGM widywane są w Drogeriach Natura. O tym, jak się sprawdziła na moich ustach, poczytacie w recenzji: klik. Matowa pomadka do ust Velvet Matte Golden Rose ( 13 ) w kolorze nr 02 to kolejna z tych pomadek, które udało mi się zużyć w minionych roku. Fajne są te pomadki, ale miałam ich chyba z siedem albo więcej, więc mam już ich po dziurki w nosie i prędko kolejnej nie kupię :P Być może nawet już nigdy. Matujący puder antybakteryjny Selfie Project ( 14 ) fajnie sprawdza się, gdy aplikowany jest metodą "stemplowania", przynajmniej u mnie tak było. Więcej o jego możliwościach poczytacie w tej recenzji: klik

06:42:00

Ulubieńcy roku 2017: makijaż

Ulubieńcy roku 2017: makijaż
Przed Świętami pokazałam Wam niekosmetycznych ulubieńców 2017 roku, teraz nadeszła pora, abyście w końcu poznały kosmetyki, które podbiły moje serce w minionym roku ;) Dzisiaj pokażę Wam moich faworytów w kategorii makijaż. Długo się zastanawiałam i wybierałam ze swoich zapasów kosmetycznych te produkty, które powinny się znaleźć w tym zestawieniu, ale myślę, że koniec końców dokonałam dobrego wyboru, bo pokażę Wam te, których w minionym roku używałam najczęściej :) Powinnyście jeszcze wiedzieć, że w każdej z kategorii ulubieńców kosmetycznych ograniczałam się do 5 produktów, tak jak w tamtym roku. 
Zestaw do makijażu brwi Eyebrow Shaping Kit Dark od Wibo kupiłam w Rossmannie, dosłownie "w locie"- wpadłam, chwyciłam z szafy i pobiegłam do kasy :D Sama już nie pamiętam, dlaczego tak szybko to wtedy trwało, ale zakup tej paletki okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Pomijając dołączony pędzelek, którego rączka jest tak krótka, że aż boli ręka, gdy ma się z niego skorzystać ;) Jednak same cienie są super! Podoba mi się w nich dosłownie wszystko, poczynając od satynowej konsystencji. Cienie te są bardzo dobrze napigmentowane, więc ich nadmiar muszę wycierać, bo w przeciwnym wypadku uzyskałabym efekt zbyt przerysowanych brwi. Gładko suną po brwiach, wypełniając wszelkie luki, podkreślając je i nadając im ładny kształt. Są zaskakująco trwałe: nałożone przed 7:00 rano, trwają na swoim miejscu aż do późnego wieczora. W ciągu tych godzin ich kolor nie traci na intensywności, nie ścierają się ani nie osypują. I jak pozostałe kosmetyki marki, są przystępne cenowo- z tego co pamiętam kosztowały około 15,00 zł. Dla mnie ten zestaw cieni jest lepszy nawet od słynnej pomady Wibo.
Matową pomadkę do ust Provoke dr Irena Eris mam już dłuższy czas, ale w minionym roku to właśnie nią najczęściej malowałam usta. A po kilkutygodniowych obietnicach nawet napisałam jej recenzję :P Jej stonowany, ciepły odcień różu bardzo mi odpowiada, tak samo jak jej kremowa, miękka konsystencja. Pomadka jest niby matowa, ale dla mnie jej wykończenie jest na pół matowe, a na pół satynowe, z lekkim i bardzo subtelnym połyskiem. Jest bardzo trwała, ale od czasu do czasu potrzebuje, aby trochę ją poprawić. Lekko nawilża usta, jest też bardzo komfortowa w noszeniu, w ogóle jej nie czuć, nie pozostawia też chemicznego posmaku. Dodatkowo jej opakowanie jest bardzo eleganckie, zamykane na magnesik, który jest na tyle mocny, że nie ma obaw, iż pomadka sama się otworzy w kosmetyczce. Jej cena jest lekko prowokująca, dlatego najlepiej kupić ją podczas promocji. 
Jeśli poszukujecie dobrego, a taniego podkładu, to fluid matujący Make Up Academie od Bielendy na pewno Was nie zawiedzie. Szczerze? Nie spodziewałam się, że podkład za pi razy drzwi 10,00 zł może być tak genialny! Zachwalałam go już w tej recenzji. Od czasu jej opublikowania zużyłam już chyba dwie tubki, a kolejne dwie mam chyba jeszcze w zapasie ;) Wiecie, to dlatego, że obawiam się, iż kolejny fajny produkt może zostać wycofany, dlatego poczyniłam pewne zapasy :P Po ten matujący fluid sięgam kilka razy w tygodniu i dla tych z Was, które borykają się z niedoskonałościami twarzy ważną informacją będzie to, że ani razu mnie nie zapchał, nie wywołał wysypu pryszczy. Jednym słowem, obszedł się z moja skórą bardzo dobrze i z ręką na sercu mogę go polecić osobom z problematyczną cerą. I między innymi dlatego tak bardzo go polubiłam. Czym jeszcze mnie zachwycił, że znalazł się w tym zestawieniu? Łatwością w aplikacji ( nakładanie go gąbeczką to czysta bajka ), niezłym kryciem, matowym wykończeniem makijażu, które nie jest sztuczne oraz ładnym i naturalnym efektem, jaki zapewnia mojej skórze na parę godzin. Po ich upływie muszę go przypudrować, ale mam już tak z większością używanych przeze mnie podkładów. 
Na zestaw pomadka i baza do ust Lipfinity Lip Colour Max Factor czaiłam się od dłuższego czasu, ale do niedawna ciągle było mi z nim nie po drodze. Teraz, w jednej z drogerii, w koszyczku czekają na mnie inne odcienie tej pomadki :D Jest ona zdecydowanie najbardziej trwałą szminką, jaką miałam. Mogę jeść i pić bez umiaru, a ona jest nie do zdarcia. Jest to też taki mały jej minus, bo przy demakijażu trzeba się trochę napracować, aby ją dobrze zmyć. Dla mnie jednak jej poważniejszym mankamentem jest nieco perłowe wykończenie, które nie każdemu będzie odpowiadać i pasować. Mnie samej on do końca się nie podoba, ale i tak jestem zakochana w tym duecie po uszy. Odcień, który mam, jest kolorem ciemniejszego różu, leciutko wpadającego w fioletowe tony. Jest to kolor nieoczywisty i mogłabym powiedzieć też, że trochę trudny, nie nadający się do każdego typu urody. Jest jednak bardzo ładny i charakterystyczny, zwraca na niego uwagę bardzo wiele osób, a ja dobrze się w nim czuję. 
Kredka do oczu z gąbeczką Luxurios Color z Revlona okazała się być bardzo dobrym zakupem, mimo iż tak jak zestaw cieni do brwi Wibo, też zrobionym w ciemno i za grosze ;) Jest świetnie napigmentowana, bardzo mięciutka, wręcz plastyczna i ma świetną, kremową konsystencję. Z łatwością maluje się nią oko, super się też rozciera dołączoną gąbeczką, tworząc ładny efekt smoky eye. Głównie zagęszczam nią dolną linię brew, nadając spojrzeniu głębi. Lubię ją też za to, że nie rozmazuje się pod okiem. Przetestowałam już bardzo dużo kredek do oczu i ta sprawdziła się u mnie najlepiej. 

Chętnie poznam Wasze ulubione kosmetyki do makijażu z 2017 roku- piszcie w komentarze co podbiło Wasze serca :)

15:54:00

10 rzeczy, które zamierzam zrobić w 2018 roku

10 rzeczy, które zamierzam zrobić w 2018 roku
1. Przeczytać 52 książki, bo to mój cel na każdy rok.
2. Pomyśleć nad powiększeniem rodziny ;)
3. Przeprowadzić się do naszego M4, planowo na Wielkanoc.
4. Pojechać na wczasy, bo w ubiegłym roku niestety się nie udało...
5. Przestać kupować tyle rzeczy: ubrań, kosmetyków, kubków, itp. :P
6. Ale nowy samochód muszę kupić !
7. Pojechać na Meet Beauty, może w tym roku uda mi się na dwa dni.
8. Schudnąć ;)
9. W końcu wymienić okulary- zbieram się za to chyba już od roku...
10. Lepiej organizować sobie wolny czas.


Rok temu opublikowałam podobną listę rzeczy, które chciałam zrobić w 2017 roku. Jesteście ciekawi, które punkty udało mi się zrealizować? No więc tak: zdałam egzamin z kwalifikacji rozliczanie wynagrodzeń i danin publicznych, pojechałam na Targi Kosmetyczne, byłam na MeetBeauty oraz na spotkaniu blogerek. Zamierzałam przeczytać 52 książki, ale udało się tylko 40. Chciałam schudnąć pięć kilo, schudłam tylko dwa. Nie udało mi się przeprowadzić na swoje, pojechać nad morze, rozwinąć instagramowych znajomości i pojeździć więcej samochodem... Za rok zobaczymy ile udało mi się zrealizować z dzisiejszej listy ;) 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger