09:14:00

Manicure hybrydowy od Kontigo

Manicure hybrydowy od Kontigo
Moja hybrydomania nie słabnie. Mimo to dawno nie było postu, w którym pokazywałabym Wam lakiery hybrydowe, ponieważ długo nie pojawiały się u mnie żadne nowości. Jako początkująca minimalistka staram się skrupulatnie uszczuplać zapasy :P Jednak kilka tygodni temu otrzymałam paczkę od drogerii Kontigo, w której znalazłam bazę, top oraz trzy nowe kolorki, czyli zestaw do zmalowania idealnie wakacyjnego manicure :) 
Top, baza oraz lakiery mają pojemność 5,7 ml i kosztują po 26,99 zł. Top dostępny jest jeszcze w dwóch wersjach: mat i sparkle. Gama lakierów jest szeroka, obejmuje kilkadziesiąt kolorów, wśród których każda z Was znajdzie coś dla siebie. Nazwy i numerki kolorów umieszczone zostały na górze nakrętki - dzięki tak prostemu trickowi od razu sięgamy po interesujący nas lakier, bez robienia bałaganu w pudełeczku z lakierami :P  
Top ma rzadszą konsystencję niż baza, ale oba te produkty mają pędzelki, którymi dobrze się maluje. Baza zwiększa przyczepność lakierów, a top nadaje im blasku i trwałości. Lakiery kolorowe mają wręcz idealną konsystencję, niezbyt gęstą i nie za rzadką. Taką, dzięki której udaje mi się nie zalać skórek :P Mam trzy kolory, ale na razie użyłam jednego z nich, niebieskiego, którego nałożyłam 3 cieniutkie warstwy, chociaż prawdę powiedziawszy dwie nieco grubsze też zapewniłyby idealne krycie bez smug i prześwitów. Top, baza ani lakier nie kurczą się podczas malowania. 
Każdy z kolorów został nazwany kobiecym imieniem. Rebecca to ładny odcień fioletu. Na zdjęciu nie udało mi się tego ująć, ale kolor w rzeczywistości wygląda jak jagodowy jogurt. Rose to subtelny nudziak, z brzoskwiniowo- różowymi akcentami. A Emma jest przepięknym błękitem, cudownym jak bezchmurne niebo. Wszystkie są prześliczne i naprawdę miałam dylemat, którym najpierw pomalować paznokcie :D Zdecydowałam się jednak na Emmę, jest to kolor, który najbardziej mi się spodobał. 
Każdą nałożoną warstwę utwardzałam pod lampą przez jedną minutę. Na koniec przemyłam bazę wacikiem nasączonym cleanerem i teraz cieszę się nowym manicure :) Mam go już od kilku dni i póki co nie mam się do czego przyczepić. Nie pojawił się żaden odprysk, powietrze się nie dostało pod warstwę topu, więc lakier nie odchodzi płatami, kolor nie zmienił swojej intensywności, a top sprawia, że paznokcie błyszczą się jak w dniu zrobienia manicure. 

11:40:00

Kompleksowa pielęgnacja z marką Oriflame

Kompleksowa pielęgnacja z marką Oriflame
Przede mną dwa najpiękniejsze tygodnie w roku, czyli urlop :D Wreszcie będę miała więcej czasu na bloga, bo ostatnio było go u mnie jak na lekarstwo... Dlatego zaraz po opublikowaniu recenzji kosmetyków Oriflame, którą dziś dla Was przygotowałam, zabieram się za sesje fotograficzną kolejnych produktów, które czekają w kolejce do pokazania się na blogu. 
Tym razem z ostatniego katalogu Oriflame zamówiłam kosmetyki do pielęgnacji, głównie twarzy i ciała, czyli dwie maseczki, w tym jedną z różową glinką, dwustopniową pielęgnację odmładzającą, żel pod prysznic i wygładzający scrub. O ile mnie pamięć nie myli jest to moje pierwsze zamówienie bez ani jednego kosmetyku do makijażu ;) Pierwszym kosmetykiem, który przetestowałam była maseczka do twarzy Optimals Radiance. W pomarańczowej saszetce znajduje się 10 ml maseczki o konsystencji, którą bardzo fajnie rozprowadza się po skórze. 10 ml to nie mało, dla oszczędniejszych osób wystarczy na dwa użycia. Maseczka ma delikatnie cytrusowy zapach i kosztuje 5,90 zł. Przeznaczona jest do pielęgnacji każdego typu cery, dzięki zawartości witaminy C zwiększa promienność skóry. Po nałożeniu na skórę nie spływa, więc można usiąść z książką i relaksować się na maksa :) Jej nadmiar ścieram wacikiem nasączonym płynem micelarnym, a resztkę wklepuję w skórę. Po 15 minutach relaksu skóra jest mięciutka w dotyku, gładka, dobrze nawilżona, odprężona i ukojona. Tego samego dnia zabrałam do łazienki żel pod prysznic z wodą kokosową i melonem z serii Love Nature. Żel ma pojemność 250 ml i kosztuje 19,90 zł. Znajduje się w plastikowej, przezroczystej butelce zakończonej zieloną nakrętką z otworem, przez który żel swobodnie przepływa. Kosmetyk do mycia Oriflame ma odpowiednio gęstą konsystencję, przepiękny kolor i bardzo ładny zapach, w którym można wyczuć melonową nutę. Zapach tak mi się podoba, że pisząc dzisiejszą postawiłam go pod ręką i wącham go sobie od czasu do czasu :D Żel w kontakcie z wodą fajnie się pieni, tworząc delikatną, myjącą pianę. Nie wysusza skóry, ale też nie pozostawia jej bardziej nawilżoną, dlatego warto po kąpieli posmarować ciało balsamem. Żel sprawia, że skóra jest oczyszczona, pachnąca oraz miękka w dotyku. Następnego dnia do wieczornej kąpieli użyłam wygładzającego scrubu do ciała Milk&Honey Goldktóry znajduje się w złotej tubce o pojemności 200 ml i regularnej cenie 34,90 zł. Peeling ma postać przezroczystego żelu o złotym zabarwieniu i specyficznym zapachu, który nie każdemu może się spodobać. Według mnie zapach nie przypomina ani mleka ani miodu. Na pierwszy rzut oka w konsystencji nie widać żadnych ścierających drobinek, dopiero podczas rozprowadzania na skórze zaczynają być wyczuwalne. Jest ich sporo, są malutkie, ale odpowiednio ostre. Ja lubię mocniejsze peelingi, dlatego kosmetyku Oriflame używam na suchą skórę, ale można też rozprowadzić go na zwilżone ciało, wtedy jest dużo delikatniejszy, ale nadal skuteczny w swym działaniu. Scrub bardzo dobrze ściera martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką, miękką i delikatną w dotyku. Ponadto skóra jest oczyszczona, dobrze nawilżona i gotowa na dalsze etapy pielęgnacji. 
Już kilka razy wspomniałam tu na blogu, że przechodzę istną maseczkomanię, dlatego dwa dni po wypróbowaniu maseczki Optimals Radiance sięgnęłam po kolejną, tym razem z różową glinką z serii EcoBeauty. Biała tubka o pojemności 75 ml jest wykonana z naprawdę dobrej jakości materiału, a poza tym jest wygodna w użytkowaniu. Cena maseczki jest wysoka, bo kosztuje aż 99,90 zł, dlatego warto polować na nią, gdy jest w promocji. Jeśli kiedykolwiek miałyście do czynienia z maseczką z różowej glinki to nie muszę Wam pisać jaki ma kolor i jak pachnie ;) Pachnie jak każda inna glinka, trochę ziemiście, chociaż ja w zapachu tej maseczki wyczuwam też coś lekko mentolowego, a jest to zasługa obecności mięty w jej składzie. Jest bardzo gęsta, ale dobrze rozprowadza się po skórze, a jej zapach jest do zniesienia. Maseczkę trzymam dłużej niż zaleca to producent, bo około 20 minut. Po jej zmyciu skóra jest odświeżona, matowa i wygładzona. Dodatkowym jej plusem jest to, że nie zapycha ani nie podrażnia skóry. Dzień po relaksie z maseczką wzięłam się za testowanie dwustopniowej pielęgnacji odmładzającej NovAge Advanced Skin Renewing Treatment. Kuracja składa się z 8 tubek, każda o pojemności 5 ml, i kosztuje 99,90 zł. Cztery z nich skrywają w sobie peeling, a pozostałe neutralizator. Należy ich używać raz w tygodniu, a więc opakowanie 8 tubek wystarcza na cztery tygodnie. Najpierw należy przetrzeć twarz wacikiem nasączonym peelingiem z jednej tubki, zostawić na skórze na 10 minut, a następnie obficie zmyć wacikiem z neutralizatorem. Peeling zawiera kwas mlekowy i glikolowy i ma za zadanie złuszczać martwe komórki naskórka. Neutralizator przerywa proces złuszczania się naskórka, przywracając skórze jej naturalne pH oraz odpowiednie nawilżenie. Po pierwszym zabiegu kuracją zauważyłam, że skóra lekko się wygładziła, a przebarwienia się rozjaśniły. W kolejnym tygodniu koloryt skóry bardziej się wyrównał, a przebarwienia jeszcze bardziej się rozjaśniły. Dziś wykonałam kurację po raz trzeci, bo wiem, że spędzę ten dzień w domu, poza tym pogoda za oknem również pozwala na wykonanie zabiegu z kwasami, oczywiście przy zachowaniu dodatkowej pielęgnacji przeciwsłonecznej. Kuracja ma zmniejszać niedoskonałości, ale ja mimo iż w ostatnim czasie mam ich niewiele, nie zaobserwowałam, aby były mniej widoczne. Po trzecim zabiegu skóra jest wyjątkowo gładka, niewielkie przebarwienia są już praktycznie nie widoczne, a skóra wygląda zdrowo i promiennie. Po kilku zabiegach skóra delikatnie się złuszcza, co mnie zaskoczyło, bo myślałam, że złuszczanie naskórka będzie mocniejsze. Z kuracji jestem zadowolona i chętnie powtórzę ją za kilka miesięcy, zimą. Pozostałe kosmetyki również polubiłam i serdecznie mogę Wam je polecić :)

19:33:00

Paletki cieni do powiek Mystik Warsaw oraz pędzle do makijażu z drogerii Kontigo

Paletki cieni do powiek Mystik Warsaw oraz pędzle do makijażu z drogerii Kontigo
After Party oraz Girl's Night Out to dwie paletki Mystik Warsaw, która jest marką własną internetowej drogerii Kontigo. Kilka tygodni temu otrzymałam je wraz z trzema pędzelkami do makijażu. Trochę ich już poużywałam, więc możemy teraz o nich porozmawiać. Najpierw o paletkach, potem o pędzelkach- pasuje :)?
Paletki, każda z czterema cieniami oraz dwustronnym aplikatorem, są solidnie wykonane, nie wyglądają tandetnie, dają się szczelnie zamknąć i na pewno nie otworzą Wam się w kosmetyczce, brudząc przy okazji wszystko wkoło nich. Paletki mają wagę 8 g i kosztują 39,99 zł. Kolory cieni w obu paletkach są bardzo dobrze napigmentowane, błyszczące i z tego drugiego powodu uważam, że są to cienie do zmalowania imprezowych, wieczorowych makijażu. Być może dlatego, że na co dzień maluje się delikatnie, cieni używając bardzo rzadko, nie wyobrażam sobie umalować się nimi do pracy czy na zakupy ;) Jednak tak jak już wspomniałam wcześniej, na imprezy nadają się świetnie, tym bardziej, że charakteryzują się dobrą trwałością. Same w sobie są mięciutkie, a podczas nakładania ich na powiekę lubią się osypywać, więc trzeba trochę z nimi uważać. Cienie pięknie się mienią, co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej, na których pokażę Wam swatche wszystkich kolorów. 
Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć swatche cieni z paletki After Party. Mamy w niej cztery cienie, które na pierwszy rzut oka wydają się być bardzo ciemne, ale na skórze nieco tracą na mocy. Nadal jednak pozostają wyraziste i da się nimi zmalować fajny imprezowy makijaż. W paletce After Party są dwa odcienie złota. Pierwszy z nich, ten na serdecznym palcu, określiłabym jako stare złoto, czyli takie z dodatkiem brązu. Drugi to bardziej klasyczny odcień złota, ciepły w swej tonacji. Pozostałe dwa kolory to bordo oraz mocna, butelkowa zieleń, która po nałożeniu na skórę wpada w granatowe tony, ale w zależności od tego pod jakim kątem się spojrzy. Z nich wszystkich najbardziej podoba mi się złoto, na drugim miejscu bordo, za nim zieleń, a jakoś najmniej podoba mi się ten brązowo- złoty odcień. 
Kolorystyka paletki Girl's Night Out jest bardziej zróżnicowana: dwa cienie są jaśniutkie, jeden jest taki pół na pół, a ostatni to granat. Najjaśniejsze odcienie to srebro, które ma w sobie coś z zieleni, oraz delikatny róż z dyskretnym srebrnym połyskiem. Ładnie rozświetlają oko i są na tyle subtelne, że można się nimi umalować również na co dzień. W tej paletce także występuje złoty kolor, ale ten mieni się bardziej na pomarańczowo niż te z paletki After Party. Najciemniejszym kolorem jest bardzo ładny granat. Jest to cień, który podoba mi się najbardziej. Zaraz po nim przypasował mi róż, następnie złotko, a na końcu sreberko. 
Jak napisałam na wstępie, z paletkami cieni otrzymałam również trzy pędzle do makijażu Kontigo. Pierwszy z lewej, o symbolu T6, to pędzel do konturowania twarzy, zarówno na mokro, jak i na sucho. Środkowy, O3, jest pędzlem do blendowania i tworzenia makijażu smokey eye. Ostatni z nich, 010, służy do aplikowania cieni na całą powiekę. Dwa pierwsze wykonane są z syntetycznego włosia i kosztują po 29,99 zł; trzeci ma włosie naturalne i kosztuje nieco więcej, a dokładnie to 34,99 zł. Wszystkie zostały wykonane ręcznie, mają drewniane rączki, które są wylakierowane i pomalowane na niebiesko. Rączki pędzelków są długie, nie wyślizgują się i dobrze się trzymają, zapewniając komfort robienia makijażu. 
Jak Wam się podobają paletki cieni Mystik Warsaw?
Miałyście okazję poznać już tę markę czy widujecie ją tylko na blogach?

20:14:00

Olejek do pielęgnacji skórek wokół paznokci o zapachu ciasta z papają, Nacomi

Olejek do pielęgnacji skórek wokół paznokci o zapachu ciasta z papają, Nacomi
Kilka tygodni temu na jednej z facebookowych grup trafiłam na ogłoszenie, że Nacomi poszukuje testerek. W przeszłości miałam już kilka produktów marki, które bardzo polubiłam, więc niewiele myśląc odpowiedziałam na ofertę współpracy. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać, a jeszcze szybciej dotarła do mnie przesyłka z wybranymi przeze mnie kosmetykami :D Wśród nich był między innymi olejek do pielęgnacji skórek o aromatycznym zapachu ciasta z papają, o którym dzisiaj co nieco Wam opowiem. 
Olejek do skórek ma bursztynowy kolor oraz rzadką, lejącą się i niezbyt tłustą konsystencję. Bardzo ładne pachnie, słodko, ale jakby doprawiony był lekko cierpką nutą, przez co nie jest przytłaczający, ale mnie jego zapach nie przypomina ani ciasta ani owocu papai ;) Olejek wlany został do niewielkiej szklanej buteleczki o pojemności 15 ml, do której dołączona jest prosta pipetka, która bardzo ułatwia aplikowanie produktu na skórki. Olejek szybko się wchłania i jest bardzo wydajny, jedna jego kropla wystarcza na wmasowanie w skórki wokół wszystkich paznokci. Gdy nakładany jest w większej ilości nie wchłania się już tak ekspresowo, a wykazuje takie samo działanie, jak w przypadku nałożenia olejku w mniejszej ilości. Używam go wieczorami, dokładnie wcierając w każdą skórkę, przez co przez cały następny dzień są nawilżone, zadbane i ładnie wyglądają. Wmasowuje go także w płytkę paznokci, po ściągnięciu lakieru hybrydowego. Chociaż tak trochę się zregenerują przez kolejnym manicurem. Olejek kosztuje naprawdę niewiele, nieco ponad 10,00 zł. 
W olejku znajdziemy wiele dobroczynnych składników. Na pierwszym miejscu w jego składzie jest olej ze słodkich migdałów, zaraz za nim jest trójgliceryd kaprylowo - kaprynowy, który ułatwia poślizg przy aplikowaniu produktu; potem są dwa olejki: rycynowy oraz arganowy, a tuż po nich witamina E, kompozycja zapachowa, wyciąg ze skrzypu polnego i jeszcze jednej olejek- z owoców rokitnika. Cztery różne olejki, każdy wyśmienity :) Taka mieszanka sprawia, że efekty działania olejku są widoczne gołym okiem, już po pierwszym jego użyciu. Skórki są nawilżone, zmiękczone i przestają się zadzierać. Ponadto olejek odżywia je oraz regeneruje, sprawiając, że są wypielęgnowane. Systematycznie stosowany poprawia ich kondycję, dzięki czemu z dnia na dzień wyglądają coraz ładniej. 
Olejek o zapachu ciasta z papają stworzony został do pielęgnacji skórek wokół paznokci, ale ja znalazłam dla niego jeszcze jedno zastosowanie. Mianowicie, parę razy w tygodniu, głównie przed snem, kilka jego kropel wsmarowuję w stopy :P Olejek przez noc regeneruje i odżywia skórę, dodaje jej miękkości i wygładza, a co za tym idzie, stopy od razu lepiej się prezentują :D

18:57:00

Pomysły na personalizowanie prezenty na rocznicę

Pomysły na personalizowanie prezenty na rocznicę
Jutro z mężem idziemy się bawić, na wesele :D Byłam akurat w trakcie prasowania naszych ubrań, gdy przypomniałam sobie, że ostatni post opublikowałam w poniedziałek, a jest piątek i wypadałoby napisać coś nowego. Z racji jutrzejszej uroczystości pomyślałam, że podzielę się z Wami pomysłami na prezenty z okazji rocznicy, dla par. Niekończącym się  źródłem bardzo fajnych pomysłów na prezenty na przeróżne okazje jest MyGiftDNA. Jest to idealny sklep dla spóźnialskich albo osób zostawiających wszystko na ostatni moment, albowiem zamówienia realizowane są w ekspresowym tempie.
Bardzo lubię spersonalizowane rzeczy, u mnie w domu mam ich kilka, między innymi dekoracyjną poduszkę, z napisem "Dom jest tam, gdzie jesteśmy razem" i imionami mojego męża i moim. Położyłam ją na kanapie w salonie i teraz każdy zwraca na nią uwagę :D Poduszka jest dość spora, mięciutka, a materiał, z którego poszewka została uszyta jest dobrej jakości, o grubszej teksturze. Mam ją już jakiś czas, mój mąż często z niej korzysta, więc mogę Wam powiedzieć, że nawet mocno zmiętoszona po chwili wraca do swojego pierwotnego kształtu, dalej stanowiąc ozdobę sofy :) Do wydrukowanego na niej napisu również nie mam zastrzeżeń, nie wyciera się ani nie kruszy. Decydując się na taki prezent, na przykład z okazji rocznicy, możecie mieć pewność, że obdarowana para bardzo się ucieszy z takiego podarunku. 
Na własnym przykładzie wiem, że częstym dodatkiem do prezentów dla młodej pary są wina. Za niecałe 3 miesiące będę obchodzić drugą rocznicę ślubu, a kilka butelek wina jeszcze się nam uchowało :D Dlatego, moim zdaniem, bardzo fajnym prezentem jest zestaw do wina. Składa się on z czterech elementów: korkociągu, obrączki na szyjkę butelki zabezpieczającej przed kapaniem oraz dwóch zatyczek, w tym jednej z funkcją nalewania. Wszystkie elementy zestawu zostały zapakowane do drewnianej skrzyneczki, z grawerem na wierzchu. Na naszej jest napisane "Love & Wine better with time Angelika i Mateusz". Jest niewielka, więc znajdzie się w niej miejsce w każdej kuchni, nawet tak niewielkiej jak moja. Jest to pomysł na prezent, który jest nie tylko ładny, ale też bardzo praktyczny :) 
Uwielbiam wszelkiego rodzaju kubki ! Zarówno dostawać, jak i wręczać je innym :) Te ze zdjęcia od razu wpadły mi w oko i zastanawiam się czy nie zamówić ich dla siebie i męża z okazji drugiej rocznicy ślubu, którą będziemy obchodzić już 1 października :D A jeszcze nie tak dawno wybierałam suknię ślubną... Oprócz napisu, który jest tak mocno prawdziwy :D i który wywoła uśmiech u każdego, bardzo podobają mi się uchwyty w kształcie serca, nadające kubkom nutki romantyzmu. Mam inny kubek do MyGiftDNA i wiem, że pomimo wielu myć w zmywarce, nadrukowany napis nie wyciera się, a kubek nie pęka. 
Na stronie MyGiftDNA jest jeszcze tyle fajnych rzeczy, które mi się podobają i które chciałabym mieć, że gdyby ktoś chciał mi zrobić prezent z okazji rocznicy ślubu, to proszę bardzo- nie będę miała nic przeciwko :D 

16:48:00

6 years together, czyli Shiny Box ma urodziny!

6 years together, czyli Shiny Box ma urodziny!
W marcu z mężem obchodziłam 6 rocznicę związku, a w czerwcu znów świętuję, bo moje ulubione pudełko kończy 6 lat :D Tyle samo co chrześniak mojego męża, ale jego urodziny będziemy świętować dopiero w październiku :P Dziś poświęćmy całkowicie uwagę Shiny Box'owi, które w tym miesiącu okazało się być znacznie cięższe niż w innych, a to dlatego, że znalazłam w nim aż 11 produktów! Szata graficzna jest iście imprezowa i urodzinowa, jeśli jeszcze jej nie widziałyście, to odsyłam Was do ostatniego posta z nowościami kosmetycznymi, gdzie je pokazałam ( klik ). 
Prezentację pudełka zaczniemy od jedynego produktu niekosmetycznego, czyli wody kokosowej Dr. Coco, która jest produktem premium. Wiecie, że uwielbiam wszystko, co kokosowe, dlatego początkowo ucieszyłam się z jej obecności w box'ie. Jednak przypomniałam sobie, że kiedyś już spróbowałam wody kokosowej i miłości z tego nie było :P Na razie wstawiłam butelkę do lodówki, mam czas do października by ją wypić :P Płynnie przechodzimy do prezentacji kosmetyków, których jest co nie miara, ale jeszcze chwilę pozostaniemy w temacie egzotycznych owoców, bo kolejnym produktem, o którym chciałam Wam wspomnieć jest antybakteryjne mydło w kostce CleanHands o zapachu tropikalnych owoców. Jest to produkt pełnowymiarowy, każda z Was mogła znaleźć inny wariant zapachowy. Mydeł w kostce używam praktycznie tylko do czyszczenia pędzli, ale tym będę chyba jednak myć także dłonie, bo bardzo mi się podoba jak pachnie :) I ma taki ładny kolorek, przypominający mi mój ulubiony sorbet cytrynowy :D Kolejnym kosmetykiem, który charakteryzuje się fajnym zapachem jest przeciwłupieżowy szampon do włosów Nutka z gruszką i bergamotką. Markę poznałam już wcześniej, albowiem w majowym pudełku otrzymałam mus pod prysznic i do kąpieli Nutki, dokładnie o tym samym zapachu. Opakowania żelu i szamponu są identyczne, ale producent pomyślał o tym, abym nie pomyliła jednego z drugim, umieszczając wielkie napisy na przodzie tubki, co w której jest :P Szampon różni się od musu konsystencją i kolorem, jest nieco gęstszy i tak jak wspomniane wcześniej mydło w kostce, też przypomina mi cytrynowy sorbet :P Suchy, lekki olejek do włosów z mgiełce #OhMyNude! Got2b jest produktem wymiennym z makijażem do włosów w spray'u Live Colour Spray. Gdyby trafił mi się ten spray koloryzujący puściłabym go dalej w świat ;) A suchy olejek w mgiełce chętnie wykorzystam, bo jest to kosmetyk, którego nigdy nie miałam, ba! nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. W pudełku znalazła się pełnowymiarowa wersja produktu, o pojemności 100 ml. Olejek ma sprawić, że włosy będą pięknie lśnić, a ponadto ma delikatnie utrwalić fryzurę, nie powodując przetłuszczania się włosów. Wypróbuję go w tygodniu i sprawdzę jak obietnice producenta mają się do rzeczywistości. W urodzinowym Shiny Box'ie otrzymałam aż dwa kremy do twarzy. Pierwszy z nich to krem zwężający pory Pore&Matt-Control Efektima. Znajduje się on w buteleczce z pompką air less o pojemności 50 ml. Regularnie stosowany ma sprawić, że pory staną się mniej widoczne, a skóra będzie wygładzona i matowa. Akurat kończy mi się krem do twarzy i zaczynałam rozglądać się zamiennikiem, ale najwidoczniej Shiny Box czyta mi w myślach :D Konsystencja wydaje się być lekka, ale nie dajcie się zmylić, krem ma treściwą formułę i średnio ładny zapach. Jeśli jednak będzie działał, to jestem w stanie mu wybaczyć to, że niezbyt fajnie pachnie. Drugi krem pójdzie w ruch od razu! Jest to krem do twarzy z filtrem SPF 50 Kueshi. Ma zapewniać wysoki poziom ochrony przeciwsłonecznej. Chronić skórę przed promieniami UVA i UVB powinnyśmy zawsze, a latem to już w szczególności. Wiem o tym od lat, ale w tej kwestii dobra jestem tylko w teorii... Może ten krem sprawi, że w końcu wyrobię w sobie nawyk używania kremów z SPF ;) Mam tylko nadzieję, że nie zapcha mojej skóry. 
W pudełku znalazłam też dwa pełnowymiarowe produkty do ust: hypoalergiczną pomadkę w wysuwanej kredce Bell oraz ochronny balsam marki Delia. Chciałabym Wam napisać jak nazywa się odcień pomadki, ale na opakowaniu nie mogę znaleźć takiej informacji... Jest to jednak kolor trafiony w 100% w mój gust! W takich mocniejszych różach czuję się świetnie :) Pomadka ładnie pokrywa usta kolorem, delikatnie nawilża i zmiękcza wargi. Sprawia, że usta ładnie się błyszczą, nie skleja ich i nie jest ciężka w noszeniu. Właściwie nie czuć jej na ustach i jest bezzapachowa. Balsam do ust postawiłam na szafce nocnej i przed snem pociągam nim usta, dzięki czemu rano są nawilżone i miękkie. Ma świetną konsystencję, która gładko sunie po ustach, pokrywając je ochronną warstewką. Pomadka jest niedroga, kosztuje około 7,00 zł, a póki co naprawdę fajnie się sprawdza. Produkt, który najmocniej mnie zaintrygował to płatki kosmetyczne wielokrotnego użytku LoffMe. W opakowaniu są cztery takie płatki, dwa w kolorze granatowym i dwa w morskim odcieniu, o średnicy 7 cm. Z informacji umieszczonych przez producenta wynika, że oprócz usuwania makijażu mają dodatkowo łagodzić podrażnienia i stany zapalne, a tak w ogóle to są polecane dla osób z problemami alergicznymi skóry. Po użyciu wystarczy spłukać je zimną wodą, a następnie wyprać ręcznie, najlepiej w ciepłej wodzie z mydłem z oznaczeniem dla vegan. Od czasu do czasu warto je też przepłukać w wodzie z dodatkiem octu. Takiej metody demakijażu jeszcze nie próbowałam, dziś wieczorem sprawdzę skuteczność tych płatków. W swoim pudełku znalazłam jeszcze dwie saszetki. Obie skrywają w sobie maseczki do twarzy. Pierwsza z nich to oczyszczająca maseczka z glinką Efektima, która jest produktem pełnowymiarowym o pojemności 7 ml. Wzbogacona została w wyciąg z bergamotki, która nawilża i tonizuje skórę. Maseczka ma sprawić, że skóra będzie odświeżona i pełna blasku. Druga saszetka skrywa próbkę całonocnej maski Biały Jeleń, która ma zregenerować i intensywnie odżywić skórę. Przeznaczona jest do cery dojrzałej, ale wcale nie zamierzam jej oddawać mamie, wklepie ją sobie w moją niedojrzałą skórę ;) 
Uff, udało mi się dobrnąć do końca. Jak widzicie mój Shiny Box okazał się być bardzo obfity, znalazło się w nim mnóstwo ciekawych produktów. I ani jednego, do którego mogłabym się przyczepić! Wszystko jest dla mnie praktycznie nowe, wszystko mnie ciekawi, a ręce aż mnie świerzbią, by całą zawartość pudełka przetestować w jeden dzień :D Postanowiłam jednak dawkować sobie tę przyjemność :) 

19:37:00

Nowości kosmetyczne w czerwcu

Nowości kosmetyczne w czerwcu
Za każdym razem, gdy piszę dla Was post o nowościach kosmetycznych miesiąca nachodzi mnie refleksja o mijającym czasie. Przecież tak nie dawno, prawie że wczoraj, zaczął się ten rok, a tu już połowa za nami! Tak, wiem, że gadam jak jakaś stara baba, a Was pewnie aż zżera z ciekawości co nowego się u mnie znalazło w czerwcu :P
Na samym początku pokażę Wam zakupy kosmetyczne, które zrobiłam w czerwcu. Są bardzo skromne i przez to mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna :D Na zakupach byłam tylko raz, na promocji 2+2 w Rossmannie zrobiłam sobie zapas maszynek, których kupiłam aż trzy różne rodzaje: Quattro Raspberry Rain, Hydro Silk oraz Venus Tropical, a także ulubiony żel do depilacji Satin Care z dodatkiem Olay, który ma najpiękniejszy zapach z wszystkich wersji. 
Na w pierwszych dniach miesiąca otrzymałam paczkę z produktami do włosów Biovax. Miałam możliwość wybrania serii do przetestowania i zdecydowałam się na linię do włosów pozbawionych blasku z aktywnym węglem i amazońskimi acai. Oprócz micelarnego szamponu i regenerującej maski otrzymałam również termocap, czyli domową saunę do włosów, a także czepek wspomagający regenerację włosów. Kosmetyki bardzo fajnie pachną, ale o tym i o jeszcze paru innych rzeczach na ich temat poczytacie w recenzji, która pojawi się w lipcu ;) 
Pod koniec miesiąca, bo dopiero wczoraj, z lekkim opóźnieniu niezawinionym ze strony ekipy, dotarł do mnie urodzinowy Shiny Box. Wiecie, że to pudełko jest z nami już 6 lat!  Dokładnie tyle samo co ja ze swoim mężem :P Otrzymałam w nim aż 11 produktów. I nie wszystkie z nich są kosmetykami ;) Więcej Wam już nic nie zdradzę, zawartość box'a postaram się pokazać w przyszłym tygodniu. Albo nieco wcześniej na Instagramie :P
Kiedy na jednej z facebookowych grup zauważyłam post, że Nacomi szuka chętnych blogerek do współpracy, od razu się zgłosiłam, bo jest to marka, którą uwielbiam! Otrzymałam możliwość wybrania 4 kosmetyków i zdecydowałam się na olejek do skórek, oczyszczającą maseczkę do twarzy, piankę peelingująco- myjącą oraz mus do ciała. Pierwsze testy już za mną. Jak zwykle jestem oczarowana zapachami produktów marki, w szczególności olejku do skórek, który pachnie ciasteczkami :D
W czerwcu dostałam też aż dwie paczki od drogerii Kontigo. W pierwszej z nich znalazłam produkty niezbędne do wykonania hybrydowego manicure, czyli top, bazę oraz trzy lakiery o wdzięcznych, kobiecych nazwach Emma, Rose i Rebecca. Zamierzam wykonać nimi manicure i pedicure na wesele, na które idziemy w następny weekend :) Druga przesyłka dotarła do mnie kilka dni później i były w nich dwie paletki cieni do powiek oraz trzy pędzelki do makijażu. 
Jeszcze jedną nowością kosmetyczną był majowy box BeGlossy, który z przyczyn niezależnych od jego twórców przybył do mnie z opóźnieniem w czerwcu. Zapomniałam sfotografować jego zawartości na potrzeby dzisiejszego posta, dlatego od razu odsyłam Was do posta, w którym pokazałam co tam ciekawego się w nim znalazło- wystarczy kliknąć właśnie tu ;) 

06:30:00

Szampon i odżywka, czyli duet do włosów nadmiernie wypadających marki Dermena

Szampon i odżywka, czyli duet do włosów nadmiernie wypadających marki Dermena
Tydzień! Nie było mnie na blogu przez tydzień, a ja nie mam bladego pojęcia kiedy tych kilka dni tak szybko minęło... Ja wiem, że czas pędzi w ekspresowym tempie, ale mnie ostatnio to wręcz przecieka pomiędzy palcami... Jednak pomimo mojej nieobecności statystyki bloga pną się w górę, co przyznam szczerze jest dla mnie niezrozumiałe :P Ale też bardzo mnie cieszy :D Dziś prędziutko nadrabiam zaległości, zapraszając Was na recenzję szamponu i odżywki do włosów nadmiernie wypadających marki Dermena
Prezentację kosmetyków zaczniemy od ich opakowań, następnie porozmawiamy o ich konsystencjach, a na końcu o tym jak sprawdziły się na moich włosach :) No to od początku: szata graficzna obu opakowań jest identyczna, na białym tle widoczne są detale w kilku odcieniach niebieskiego. Z tyłu opakowań zostały ujęte wszystkie istotne informacje, jak na przykład skład czy termin ważności. Całość jest estetyczna, przejrzysta, ale bardzo skromna. Szampon zamknięty jest w butelce, która wydaje się być niewielka, ale ma pojemność aż 200 ml. U jej wylotu znajduje się nakrętka z zatyczką, pod którą skrywa się niewielki dzióbek, przez który bez problemu przelewa się szampon. Odżywka zaś wlana została do tubki, również o pojemności 200 ml. Jest bardzo poręczna, nie wyślizguje się z dłoni, a tworzywo z którego została wykonana jest na tyle elastyczne, że z łatwością można wycisnąć jej zawartość. 
Skoro omówiliśmy już opakowania, pora przejść dalej. Jak widzicie na zdjęciach poniżej, szampon jest przezroczysty, a odżywka ma białą, gęstą konsystencję. To, czego nie zobaczycie na zdjęciach to między innymi zapachy tych kosmetyków: szampon ma typowo ziołowy aromat, ale z gatunku tych przyjemniejszych dla mojego zmysłu węchu ;) Odżywka również charakteryzuje się ziołowym zapachem, ale bardziej neutralnym i subtelniejszym. Aby go poczuć trzeba się mocno "zaciągnąć" :P Zdjęcia nie pokażą Wam również tego, że szampon w kontakcie z wodą całkiem fajnie się pieni, a odżywka jest na tyle treściwa i konkretna, że wystarczy jej minimalna ilość. W przeciwieństwie do innych odżywek, tej używam na całej długości swoich włosów, ale w naprawdę małej dawce, dzięki czemu nie przetłuszcza ich. 
Teraz to, co najważniejsze, czyli działanie produktów Dermena. Jest to duet, który działa, ale efektów nie zobaczycie po pierwszym czy drugim użyciu. Im dłużej będzie go stosować, tym efekty będą lepsze. Niewielką ilość szamponu dokładnie i dłużej niż inne szampony wmasowuje w skórę głowy, a włosy na całej długości traktuje samą pianą. Sam szampon jest delikatny, dobrze oczyszcza, nie wywołując najmniejszych podrażnień ani łupieżu. Zawsze pamiętam o tym, aby po spłukaniu zaaplikować na włosy odżywkę, chociaż raz tego nie zrobiłam, bo chciałam sprawdzić jak szampon solo sprawdza się na włosach. No cóż, był mój to pierwszy i ostatni raz, bo szampon nieco poplątał mi włosy i zrobił z nich lekkie siano, co mi nie pasowało. Podobało mi się jednak to, jak fajnie były odbite od nasady głowy. Jest to szampon leczniczy, więc nie miałam raczej co oczekiwać, że włosy będą miękkie i lśniące, bo nie takie jest jego zadanie. Ma je wzmacniać, stymulować ich wzrost i to właśnie od niego dostałam. Odżywka jest od tego, aby nawilżyć włosy i sprawić, aby były przyjemne w dotyku. Nałożona na całej długości włosów jednak troszkę je obciąża, przez co nie mają tak dużej objętości, ale nie przeciąża ich na tyle, aby zaraz po umyciu wyglądały nie świeżo, jakby nie widziały szamponu przez miesiąc ;) Warto używać jej w duecie z szamponem, albowiem znacznie ułatwia rozczesywanie włosów. Używam jej tak, jak zaleca to producent, czyli nakładam na 5 minut na całą długość włosów, po czym spłukuję. Włosy po odżywce są wygładzone, miękkie i nawilżone na tyle, aby się nie puszyć i nie elektryzować. Po miesiącu regularnego stosowania tego duetu zauważyłam, że włosy mniej wypadają, rosną też jakby tak nieco szybciej oraz że pojawiło się trochę baby hair, a więc główne obietnice producenta sprawdziły się. 
Jako, że studiowałam i mieszkałam w Łodzi przez 5 lat i mam duży sentyment do tego miasta, po prostu muszę Wam napisać o tym, że w produkcji kosmetyków marki Dermena została wykorzystana Molekuła Regen7, która jest odkryciem polskich naukowców z Politechniki Łódzkiej i Uniwersytety Medycznego w Łodzi :) Znajdziecie ją tylko w produktach Dermena! Jest to składnik, który działa regenerująco i reguluje prace gruczołów łojowych. Ponadto poprawia mikrokrążenie skóry, wzmacnia mieszek włosowy wpływając na jego odżywienie, a także stymuluje proces odrastania włosów. 
W tej serii kosmetyków pielęgnacyjnych do włosów Dermena znajdziemy jeszcze trzy inne produkty: żel, lotion oraz kurację w ampułkach. Cała linia dostępna jest w internecie oraz stacjonarnie w aptekach. Szampon kosztuje około 18,00 zł, a odżywka 20,00 zł, jednak w zależności od apteki ceny te mogą się nieznacznie różnić. Z racji tego, że używa się ich w niewielkich ilościach, wystarczają na bardzo długo. 

16:34:00

Fluid dopasowujący się do koloru cery Perfect Tone, Lirene

Fluid dopasowujący się do koloru cery Perfect Tone, Lirene
Kalendarzowe lato przyjdzie do nas w czwartek, ale iście wakacyjną pogodę mamy już od kilku tygodni. W związku z kolejną porą roku zmienia się nasza pielęgnacja: wybieramy lżejsze konsystencje balsamów do ciała, a na półkach szukamy produktów o orzeźwiających zapachach. W naszym makijażu też zachodzą spore zmiany, głównie w temacie podkładów do twarzy. Są jednak takie, które sprawdzają się zimą, ale w temperaturach przekraczających 25 stopni też nieźle sobie radzą. Jednym z nich jest fluid dopasowujący się do koloru cery Perfect Tone marki Lirene, który bez problemu znajdziecie w każdej drogerii za około 30,00 zł.
Podkład dostępny jest w siedmiu odcieniach: ivory, natural, soft beige, sun beige, nude, sand, rose beige. Ja mam kolor drugi z kolei, czyli nr 120, Natural, o ciepłym tonie, nie mającym w sobie nic z różowych akcentów. To jest właśnie to, czego szukam w podkładach :) Jest wystarczająco jasny, mimo iż nie najjaśniejszy, i świetnie współgra z moją skórą, ale o tym później. Jego konsystencja jest płynna, lekka i naprawdę bardzo przyjemna w rozprowadzaniu na skórze. Do aplikacji fluidu używam głównie gąbeczki typu beauty blender, ale palcami też fajnie się go nakłada na twarz. Podkład od Lirene znajduje się w szklanej buteleczce o pojemności 30 ml, zakończonej plastikową pompką w czarnym kolorze. Buteleczka jest ciężka, ale dobrze trzyma się w dłoni. Do pompki też nie mogę się przyczepić, działa sprawnie, ani razu się nie zacięła. "Nie pluje" podkładem na wszystkie strony, bezpiecznie dozuje taką porcję kosmetyku, która w zupełności wystarcza na umalowanie twarzy. 
Fluid Perfect Tone zawiera pigmenty "soft focus", dzięki którym, tak jak obiecuje producent, naprawdę dopasowuje się do koloru skóry, dodając jej świeżości i zdrowego blasku. Wykończenie makijażu jest takie na wpół matowe, ale jest to mat w pełni naturalny. Zazwyczaj zależy mi na tym, aby moja mieszana cera była zmatowiona, ale podkład marki Lirene delikatnie rozświetla twarz, a mimo tego nie sprawia, że moja strefa T bardziej się błyszczy. Podkład bardzo ładnie stapia się ze skórą, nie tworząc efektu maski. Stopień krycia jest średni, przy mocniejszych niedoskonałościach muszę użyć korektora. Na dzień dzisiejszy moja cera jest na tyle w dobrym stanie, że sam fluid mi wystarcza :) Podkład bardzo zaplusował u mnie tym, że nie ciemnieje w ciągu dnia ani też nie zmienia swojego koloru wpadając, np. w pomarańczowe tony. Nakładając go rano mam pewność, że do końca dnia będzie dobrze wyglądał, bo jest to naprawdę trwały podkład, trzymający się skóry przez cały dzień nawet bez bazy ( wiem, bo latem często z nich rezygnuje ). Nie licząc oczywiście tego, że po kilku godzinach muszę go przypudrować, ale ja już tak mam z każdym podkładem. Fluid jest zaskakująco lekki, wcale nie czuć go na skórze. Dzięki zawartości kwasu hialuronowego dba o to, aby skóra przez cały dzień czuła się komfortowo i była fajnie nawilżona, a suche skórki zostały niewidoczne. Bywa, że podkładu używam dzień w dzień przez dłuższy czas, ale nigdy nie zauważyłam, aby źle wpłynął na moją problematyczną cerę. Ponadto nie zbiera się w zmarszczkach ani innych załamaniach na skórze. 
Z Lirene miałam trzy podkłady: True Match, No Mask i Perfect Tone. Pierwszy z nich bardzo lubię, drugi to dla mnie totalny niewypał, a trzeci to zdecydowanie mój ulubieniec. Jest to podkład, który świetnie wyrównuje koloryt skóry, dodając jej subtelnego rozświetlenia, oraz zapewniając jej komfort i nawilżenie przez cały dzień- nie trzeba nakładać pod fluid żadnego kremu, on sam w sobie sprawia, że skóra nie jest ani ściągnięta ani wysuszona. Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia, jak wskazuje jego nazwa, jest po prostu perfekcyjny! 

14:30:00

Pielęgnacja ciała z kosmetykami BioLove Natural

Pielęgnacja ciała z kosmetykami BioLove Natural
W dzisiejszej recenzji na tapetę weźmiemy trzy produkty do pielęgnacji ciała BioLove Natural. Jest to marka własna drogerii Kontigo, w której tak na marginesie bardzo lubię popełniać zakupowe zbrodnie na moim portfelu :P Producentem tych kosmetyków jest F.P.U.H. KAMIL, czyli ten sam, co marki Nacomi, na pewno szerzej znanej w blogosferze. Z BioLove Natural mam sporo produktów, między innymi olejek do demakijażu i puder do kąpieli, ale dziś chciałabym Wam opowiedzieć o tych do pielęgnacji ciała, a konkretnie o  borówkowej piance peelingująco- myjącej, wiśniowo- waniliowym peelingu oraz truskawkowym maśle. Na razie brzmi bardzo apetycznie, prawda :)?
Pianka peelingująca- myjąca o zapachu borówki występuje w jeszcze jednej wersji, o aromacie smoczego owocu. Znajduje się w plastikowym, przezroczystym słoiczku o pojemności 150 ml za 24,99 zł. Opakowanie zamykane jest na aluminiową nakrętkę, a sam produkt chroniony dodatkowo przez plastikowe wieczko. Całość jest estetyczna, wygodna i praktyczna, absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Zapach pianki jest obłędny, wręcz niebiański! Pisząc tę recenzję mam pod ręką opakowanie pianki i co chwila przykładam je pod nos, by móc rozkoszować się jej aromatem :D Nie wyczuwam w nim borówki, dla mnie pachnie trochę jak owocowe żelki, trochę jak galaretka o smaku owoców leśnych :P Pianka ma słodki zapach, okraszony lekko kwaśną nutą. Zapach jest intensywny, ale w stronę orzeźwiającego aromatu niż ciężkiego i przyprawiającego o ból głowy przy częstszym stosowaniu. Peelingująco- myjący kosmetyk do ciała BioLove Natural ma lekko fioletowy kolor, czego na zdjęciu poniżej wcale nie widać... Jest bardzo gęstym produktem, mocno zbitym, a jednocześnie ma w sobie dużo lekkości. Wyglądem przypomina mi środki takich pianek biało- różowych, które to można przypiec nad ogniskiem- nie mam pojęcia czy wiecie o które mi chodzi :P 
Po zatopieniu palców w piance nie zmienia ona swojej konsystencji, a w czasie nakładania na skórę jest przyjemnie kremowa. Nie zobaczycie tego na zdjęciu, ale w piance zatopione są kryształki cukru, które mają złuszczać martwy naskórek. Jednak, aby poczuć ich działanie, to trzeba by było na jeden raz zużyć chyba całe opakowanie produktu. Drobinek ścierających jest nie za wiele, a poza tym ich ostrość pozostawia wiele do życzenia. Za to działanie myjące pianki jest na najwyższym poziomie, dodatkowo jest to świetny kosmetyk pielęgnacyjny. Super nawilża, wygładza i zmiękcza skórę. Efekt jest na tyle dobry, że po użyciu pianki nie mam już potrzeby sięgania po balsam. Skóra jest oczyszczona, rozpieszczona i pięknie pachnąca. Używając pianki tylko jako kosmetyku myjącego mogę cieszyć się nią znacznie dłużej niż gdybym chciała stosować ją jako peeling do ciała. W roli scrubu użyłam jej raz, jednak nie przypadła mi do gustu ta forma jej aplikacji, bo jestem zwolenniczką mocniejszego zdzierania. Za to jako alternatywny kosmetyk myjący jest dla mnie naprawdę ekstra! 
Peeling do ciała o zapachu wiśni i wanilii dostępny jest jeszcze w siedmiu innych wariantach: kawa, kokos, pomarańcza, róża, truskawka, malina i zielona herbata. Słoiczek, taki sam jak u pianki peelingująco- myjącej, ma pojemność 100 ml, a cena peelingu to 19,50 zł. Z racji iż peelingu używam na całe ciało, a w/w pojemność nie jest powalająco duża, produkt szybko znika w oczach. Zawartość opakowania jest chroniona przez plastikowe wieczko, dzięki któremu zyskujemy pewność, że nikt nie grzebał w niej palcami. Peeling jest kolejnym kosmetykiem BioLove Natural, który obłędnie pachnie. Jego zapach przywodzi mi na myśl waniliowe lody z wiśniowym sosem. Jest więc słodko, ale też lekko cierpko. Zapach wręcz stworzony na trwające letnie dni :) W słoiczku peeling wygląda na mocno zbity i treściwy, ale rozprowadza się go bardzo lekko, wręcz sunie po skórze. Ładnie trzyma się skóry, kryształki cukru nie osypują się ani też nie rozpuszczają zbyt wcześnie, dzięki czemu masaż ciała może trwać tak długo, jak tylko tego chcemy. 
Kiedy moja skóra potrzebuje mocniejszego złuszczania, stosuję go na suchą skórę, kiedy chcę tylko utrzymać efekt jej gładkości, aplikuję peeling na zwilżoną skórę. Zatopione w scrubie drobinki cukru są wystarczająco ostre i jest ich naprawdę sporo. Dzięki nim peeling jest fajnym i skutecznym zdzierakiem. Cukrowy peeling do ciała wzbogacony został olejem kokosowym oraz z pestek winogron, które sprawiają, że skóra pozostaje nawilżona i odżywiona. W jego składzie znajdziemy również witaminę E i masło shea. Takie połączenie musiało się udać :) Po zastosowaniu peelingu pozostaje delikatna warstewka, która jest troszkę tłusta, ale szybko się wchłania. Po każdym użyciu tego scrubu skóra jest bardzo dobrze nawilżona, świetnie wygładzona i tak miękka, że chciałoby się jej cały czas dotykać :P Skóra jest chroniona przed utratą wilgoci, wypielęgnowana i tak jak w przypadku pianki- cudnie pachnąca :)
Masło do ciała o truskawkowym zapachu to ostatni produkt, o którym chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć. Na stronie drogerii Kontigo znajdziecie jeszcze cztery inne wersje zapachowe: pomarańczowe, różane, wiśniowe i herbaciane. Identyczny słoiczek, jak w przypadku dwóch wyżej opisanych kosmetyków, ma pojemność 100 ml i kosztuje 16,99 zł. W przypadku peelingu jest to niewiele, ale masło do ciała o takiej pojemności jest wystarczająco wydajne. Mazideł do ciała używam zawsze w mniejszej ilości niż scrubów ;) W opakowaniu truskawkowe masło do ciała wygląda na nie do ruszenia, ale wystarczy zanurzyć w nim palce, by przekonać się jak jest puszyste i maślane. Jest na tyle plastyczne, że przed użyciem nie trzeba go ogrzewać, by móc lekko rozprowadzić je na skórze. Kosmetyk nie ma koloru truskawki, ale zapach już tak. Właściwie bardziej jest to zapach truskawkowej galaretki lub gumy mamby :P Jest słodko, wakacyjnie, po prostu cudnie. Żadnej chemii czy sztuczności. Od zapachów produktów BioLove Natural można się naprawdę uzależnić :D W jego składzie na pierwszym miejscu mamy masło shea, tuż za nim olej arganowy, witaminę E oraz kompozycję zapachową, która dość długo utrzymuje się na skórze. 
Jedyną wadę truskawkowego masła do ciała jest to, że trzeba uważać z jego ilością, bo bardzo wolno się wchłania i lubi zostawiać lepką warstewkę na skórze. Jest to kosmetyk pielęgnacyjny, w którego przypadku sprawdza się powiedzenie, że im go mniej, tym lepiej. Wystarczy naprawdę odrobina, by porządnie natłuścić, odżywić i zmiękczyć skórę.  Już po pierwszym użyciu przekonałam się o jego genialnym działaniu. Jest to produkt do pielęgnacji ciała, który sprawia, że skóra jest cudownie nawilżona, zregenerowana i wypielęgnowana. Szybko odzyskuje swoją witalność i elastyczność. Kosmetyk ten łagodzi ewentualne podrażnienia, przynosi skórze ukojenie, zwłaszcza po depilacji. Masło pozwala utrzymać kondycję skóry na naprawdę wysokim poziomie, dzięki czemu zawsze wygląda zdrowo i promiennie. I jak pozostałe kosmetyki BioLove Natural, to masło też sprawia, że skóra jest pięknie pachnąca przez długi, długi czas. 

To tylko garstka z szerokiego asortymentu BioLove Natural. Marka ma w swojej ofercie jeszcze żele pod prysznic, musy do ciała, masełka do ust, kremy do rąk, peelingi do twarzy, maseczki, mgiełki do ciała, świece do masażu, olejki do demakijażu, maski do włosów, kule do kąpieli, dezodoranty, balsamy w sprayu- myślę, że większość wymieniłam ;) Kosmetyki tej marki własnej drogerii Kontigo mają przyjemne dla portfela ceny- na promocjach ;) i na podstawie tych kilku, które mam myślę też, że mają równie fantastyczne zapachy. Ja mam jeszcze parę(naście) na swojej wishliście, bo te które widzicie powyżej naprawdę świetnie się u mnie sprawdziły. 

18:11:00

BeGlossy "Esencja Urody"

BeGlossy "Esencja Urody"
Na majowe pudełko BeGlossy musiałam poczekać aż do czerwca. Kilka dni przed terminem wysyłki box'a otrzymałam wiadomość, że z przyczyn niezależnych od ekipy BeGlossy, pudełko z kosmetykami zostanie wysłane 2 tygodnie później. Te kilkanaście dni minęło mi jak z bicza strzelił, box jest już u mnie od prawie tygodnia ;) Znalazło się w nim sześć produktów, głównie do szeroko pojętej pielęgnacji, w tym miniaturka kremu do mycia Creme Lavante Uriage, który może być stosowany już od 3. miesiąca życia. Z kategorii makijaż pojawił się w box'ie pędzel- szczoteczka do podkładu Econtour Oval 3. Swego czasu był szał na tego typu pędzle, które pojawiały się na blogach jak grzyby po deszczu- jeśli nie w roli głównej, to jako dodatek do zdjęcia ;) Mnie cały ten boom ominął szerokim łukiem, ale jak widać poznanie nowego gadżetu do makijażu było mi pisane :P Szczoteczka ma ergonomiczną rączkę, która dopasowuje się do dłoni. Jest plastikowa, ale nie wygląda tandetnie. Włosie pędzla jest bardzo gęsto osadzone, zbite, a jednocześnie bardzo miłe i miękkie w dotyku. Jeszcze nie miałam okazji go przetestować, ponieważ wszelkiego rodzaju podobne gadżety czy nieznane mi podkłady lubię najpierw sprawdzić w warunkach domowych, a jeśli wypadają w porządku to dopiero wprowadzam je do codziennego użytku. Drugim pełnowymiarowym produktem z pudełka jest dezodorant w chusteczkach z jonami srebra Luba. W opakowaniu jest 15 sztuk. Miewałam chusteczki do makijażu, ale antyperspirant? Z tym spotykam się po raz pierwszy ;) Na pewno jest to fajna opcja na wyjazdy, gdyż opakowanie takich chusteczek jest znacznie lżejsze niż standardowy dezodorant. Można je stosować pod pachy, a także do stóp i dłoni. Dzięki zawartości jonom srebra mają zapobiegać poceniu się oraz rozwojowi bakterii. 
W box'ie nie zabrakło kosmetyku do pielęgnacji włosów. Jest nim spray teksturyzujący Mad About Waves marki Schwarzkopf. Pełnowymiarowe opakowanie ma pojemność 200 ml, w pudełku znalazła się 50 ml buteleczka z atomizerem rozpylającym mgiełkę o przyjemnym, subtelny, rześkim zapachu. Jest to produkt, który ma pomóc w codziennym układaniu włosów. Dodaje objętości, nawilża je i zapewnia włosom "morski, plażowy skręt" ;) Z kategorii pielęgnacji twarzy w pudełku znalazły się aż dwa produkty. Pierwszym z nich jest pielęgnujący płyn micelarny Nivea o pojemności 100 ml. Bardzo dawno nie miałam już kosmetyku tej marki! Płyn jest bezzapachowy, został przebadany pod kątem okulistycznym i dermatologicznym. Ma skutecznie, ale łagodnie oczyszczać skórę, usuwać makijaż oraz nawilżać i koić. Drugim kosmetykiem jest krem do twarzy Gold Philosophy Bandi. 30 ml opakowanie jest tak duże, że początkowo myślałam, iż jest to pełnowymiarowy produkt. Takowy jest jednak większy, ma pojemność 50 ml. Jest to krem o działaniu regenerującym i ujędrniającym, którego zadaniem jest redukowanie i wygładzanie zmarszczek, a także odżywienie i nawilżenie skóry. Ma treściwą konsystencję, która momentalnie się wchłania, pozostawiając skórę niesamowicie miękką w dotyku. Bardzo podoba mi się opakowanie tego kremu, w szczególności koronkowy detal na nakrętce- koronka to jest coś, do czego mam ogromne upodobanie, niesłabnące od lat. 
Podsumowując, na chwilę obecną jest to już mój ostatni BeGlossy. Nie dlatego, że zawiodłam się na zawartości pudełek i stwierdziłam, że szkoda wydawać na nie pieniądze, ale dlatego, że wykupiłam 3- miesięczną subskrypcję, która wraz kończy się wraz z tym box'em. Na razie nie planuje ponownego zakupy BeGlossy, bo mam wystarczająco dużo kosmetyków do testowania, poza tym mam też inne, ważniejsze wydatki, ale za jakiś czas planuję wykupić kolejną subskrypcję, bo to co znajdowałam w box'ach bardzo mi się podobało :) 

09:53:00

Kompleksowa pielęgnacja z marką Dermedic

Kompleksowa pielęgnacja z marką Dermedic
Cześć Wam wszystkim :) Dzisiaj przygotowałam dla Was zbiorową recenzję produktów do pielęgnacji twarzy, włosów i ciała marki Dermedic, która już kilka razy pojawiła się na moim blogu. Zróbcie sobie lemoniady lub wody z cytryną, bo zapowiada się kolejny upalny i duszny dzień, przynajmniej u mnie ;), rozsiądźcie się wygodnie i poczytajcie o płynie micelarnym, szamponie do włosów oraz balsamie do ciała. 
Płyn micelarny Hydrain3 Hialuro z powodzeniem mogą stosować osoby, których cera jest nadwrażliwa czy przesuszona, bo wcześniej nie spotkałam się z tak delikatnym produktem do demakijażu. Jest skuteczny w działaniu i nie wpływa negatywnie na moją cerę z niedoskonałościami. Kosmetyk Dermedic został przebadany okulistycznie i jest bezpieczny dla oczu- nie podrażnia ich, nie powoduje łzawienia ani szczypania. Płyn micelarny świetnie rozpuszcza makijaż, również ten mocniejszy niż na co dzień, a także ten wodoodporny. Przyjemnie przy tym odświeża skórę, nawilża i dodaje jej miękkości, łagodząc ewentualne podrażnienia. Płynem micelarnym lubię zmywać peelingi oraz maseczki do twarzy, zapewniając jej dawkę ukojenia. Kosmetyk ten ma tak zbawienny wpływ na skórę, bo wśród aktywnych składników ma kwas hialuronowy, mocznik, wodę termalną oraz alantoinę. Występuje w dwóch pojemnościach: 200 ml oraz 500 ml i dostępny jest w aptekach, jak wszystkie produkty marki.
Szampon normalizujący Capilarte przeznaczony jest do włosów przetłuszczających się z problemem wypadania. Ma przyjemny zapach, jest przezroczysty, a jego konsystencja gęsta, dzięki czemu wystarczy go niewielka ilość, aby dokładnie oczyścić włosy i skórę głowy. W kontakcie z wodą tworzy bardzo dużo piany, która w delikatny, ale skuteczny sposób myje, oczyszcza i odświeża. Po umyciu włosy są sprężyste i miękkie oraz na tyle nawilżone, że nie potrzebują już odżywki, bo i bez niej łatwo jest je rozczesać. Szampon nie wpłynął w widoczny sposób na wypadanie włosów, ale też nie na tym mi zależało, bo nie mam z tym większego problemu. Będę jednak do niego chętnie wracać, bo podoba mi się, jak przedłuża świeżość moich włosów. Włosy myję co dwa dni, przy czym zanim zaczęłam myć je tym szamponem, następnego dnia musiałam je już związać. Teraz nawet na drugi dzień mogę wyjść z rozpuszczonymi :) Nie tylko wolniej się przetłuszczają, ale są też nieco bardziej odbite od nasady, więc przestałam narzekać na brak ich objętości. Transparentna butelka z szamponem ma pojemność 300 ml i jest wygodna w użytkowaniu, bo nie wyślizguje się z mokrych dłoni. W swoim składzie szampon od Dermedic ma między innymi sok z brzozy, który redukuje wypadanie włosów; działający nawilżająco d-panthenol czy poprawiający kondycję niacynamid. Szamponu używam od ponad miesiąca, regularnie co drugi dzień i zużyłam dopiero pół butelki, więc z jego wydajnością jest naprawdę dobrze. 
Intensywnie natłuszczający preparat do ciała Linum Emolient przeznaczony jest do pielęgnacji skóry bardzo suchej i atopowej. Znajduje się w poręcznym, dużym słoju o pojemności 225 g. W opakowaniu wygląda jak treściwe, gęste masło do pielęgnacji ciała. I takie właśnie jest, przy czym jednocześnie jest lekkie, szybko się wchłania i pozostawia na skórze subtelną, nietłustą, odżywczą warstewkę, która w niczym nie przeszkadza. Można posmarować ciało tym kremem i już po chwili się ubrać. Ma bardzo ładny zapach, lekko ziołowy i mający w sobie coś rześkiego. W jego składzie znajdziemy na przykład masło shea, olej kakaowy, glicerynę i witaminę E, które działają na skórę odżywczo, regenerująco i natłuszczająco. Już po pierwszym użyciu czuć, jak ten preparat pomaga skórze odzyskać miękkość, gładkość i sprężystość. Działa na nią łagodząco i kojąco, w widoczny sposób poprawia jej kondycję oraz pozwala zachować młody, zdrowy wygląd. Lubię używać go po depilacji, albowiem w przyjemny sposób łagodzi podrażnienia i stany zapalne. Często sięgam po ten preparat w ciągu dnia, nakładając niewielką jego ilość na dłonie, dzięki czemu zawsze są nawilżone i wypielęgnowane. 
Podsumowując, są to kolejne kosmetyki marki Dermedic, które bardzo polubiłam i które mocno chciałabym Wam polecić. Wszystkie są mega skuteczne i spełniają obietnice producenta, a przy tym są wyjątkowo łagodne i delikatne. Myślę, że sprostają oczekiwaniom nawet najbardziej wybrednych konsumentek.

17:02:00

Piątka wspaniałych, czyli o kosmetykach Oriflame

Piątka wspaniałych, czyli o kosmetykach Oriflame
Witam Was w środku tygodnia! Nie wiem jak Wam, ale mi dni mijają zaskakująco szybko. Przed chwilą jeszcze był poniedziałek, a tu już weekend na horyzoncie :D Po nim znów  będzie poniedziałek, tak nielubiany przez większość z nas, ale nie jest on taki straszny, jak go wszyscy wkoło malują :P Kolejny tydzień zapowiada się dla mnie przyjemnie, bo będzie krótszy- w czwartek jadę na szkolenie, a w piątek planuje wolne :D, a poza tym pojawi się najnowszy katalog Oriflame :) Póki co do 11 czerwca aktualny jest jeszcze ten ze zdjęć, w którym możecie zamówić między innymi kosmetyki, o których zaraz Wam co nieco opowiem :) 
Nieskromnie uważam, że usta są moim atutem i lubię je podkreślać, malując błyszczykami, ale znacznie częściej kolorowymi pomadkami. Ostatnią moją nowością do makijażu ust jest pomadka Giordani Gold Iconic Lip Elixir w kolorze Poppy Pink. Odcień zamawiałam w ciemno, ale okazał się być przepięknym, intensywnym różem, który bardzo mi pasuje. Odkąd mam tą pomadkę o wszystkich innych zapomniałam, a mam ich niemało :P Używam jej na co dzień, ale też na większe wyjścia, bo jest to kolor uniwersalny, który sprawdza się przy każdej okazji. Pomadka Iconic Lipc Elixir ma świetną konsystencję, bardzo lekką, bez chemicznego posmaku, która nie jest ani trochę wyczuwalna na ustach. Zaraz po tym jak zaschnie zapominam o tym, że w ogóle pomalowałam nią usta :D Pomadka daje matowe wykończenie makijażu, ale nie jest to tępy i ciężki mat, tylko delikatny i naturalny, który nie tworzy skorupy na ustach. Pomadka jest w miarę dobrze napigmentowana, ale aby ładnie pokryła usta równomierną warstewką koloru trzeba się przyłożyć, poświęcić makijażowi nieco dłuższą chwilkę. Wierzcie mi, że warto, bo pomadka utrzymuje się na ustach długie godziny, schodzi bardzo wolno i to w taki estetyczny sposób. Używam jej praktycznie każdego dnia i nie zauważyłam, aby wysuszała usta. Po całym dniu jej noszenia nadal są miękkie i gładkie. Pomadka dostępna jest w 8 odcieniach, od nude po burgund, za standardową cenę 49,90 zł. Zapomniałam jeszcze dodać, że ma solidne, prześliczne opakowanie, bardzo eleganckie i klasyczne, z wygodnym aplikatorem w postaci ściętej gąbeczki, którą bardzo przyjemnie nakłada się produkt na usta. 
Oprócz pomadek do ust Oriflame równie mocno polubiłam się z zapachami marki. W swojej kolekcji mam już kilka i ciągle mi ich przybywa! W maju zamówiłam kolejne perfumy, tym razem skusiłam się na Sublime Nature Tonka Bean. Jest to zapach z nowej kolekcji premium, której twórczynią jest Nathalie Lorson, która w 2016 roku otrzymała tytuł Mistrza Perfumiarstwa. Skromny, wręcz powściągliwy, ale jednocześnie stylowy i elegancki flakon zakończony złotą nakrętką ma pojemność 50 ml i kosztuje 159,90 zł. Jest to zapach orientalno- kwiatowy, w którym prym wiedzie tonkowiec wonny, kryjący w sobie akordy wanilii, migdałów i karmelu. Pierwsze skojarzenia, jakie przychodzą mi na myśl o tych perfumach to ciepły, otulający i upojny. Zapach okraszony jest słodkością, ale nie jest ani przytłaczający ani męczący. Dla mnie jest to zapach na jesienno- zimowy okres, na lato i wiosnę jest nieco zbyt intensywny i aromatyczny. Sublime Nature Tonka Bean to zapach obok którego nikt nie przejdzie obojętnie. Jest bardzo zmysłowy, sensualny i ponętny, podkreślający naszą kobiecość i seksapil. Będzie idealnym uzupełnieniem wieczorowej kreacji. Otulająca mgiełka zapachu Oriflame będzie nam towarzyszyć bez długie godziny, bo trwałość tych perfum jest na piątkę!  
Krem do rąk Macaron Love skusił mnie obietnicą zapachu makaroników, czyli ciasteczek, które uwielbiam! oraz słodko wyglądającym, iście księżniczkowym opakowaniem :D Złoto- różowa tubka w rzeczywistości jest jeszcze ładniejsza niż na zdjęciach w katalogu. Aż chce się ją wyciągać z torebki i pokazywać światu :D Ma pojemność 75 ml i w regularnej cenie kosztuje 16,90 zł. Sam krem jest biały, ma lekką konsystencję, taką przypominającą śmietankę, która łatwo rozprowadza się do dłoniach i szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze lepkiej czy tłustawej otoczki. Niestety, krem nie pachnie smakowitym aromatem makaroników, jak obiecuje to producent. Zapach jest przyjemny, ulotny, mający w sobie coś otulającego, ale nie ma w nim nic, co kojarzyłoby się z tymi francuskimi ciasteczkami. W przeciwieństwie do perfum, które opisałam wyżej, krem ten, według mnie, nadaje się do stosowania głównie latem i wiosną, ze względu na mało treściwą konsystencję. W moim odczuciu jest to też krem dla osób, które nie mają większych problemów ze skórą dłoni, nie skarżą się na ich suchość i szorstkość. Jest to krem, który pomaga utrzymać kondycję skóry dłoni, ale raczej jej znacząco nie poprawia. Przyjemnie nawilża, zmiękcza oraz wygładza i to moim dłoniom wystarcza, bo jak często podkreślam, w pielęgnacji nie są zbyt wymagające. 
Krem przeciwzmarszczkowy na noc NovAge Ecollagen umieszczony został w szklanym słoiczku o pojemności 50 ml. Kosztuje 94,90 zł, czyli wcale nie tak mało. Opakowanie cieszy oko, połączenie jakby wojskowej zieleni z białymi i srebrnymi detalami wygląda bardzo ładnie. Krem ma przyjemną, gęstą konsystencję, która lekko rozprowadza się po skórze, otaczając ją cieniutką, nietłustą warstewką. Jest delikatnie perfumowany, a jego zapach, nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się z ogórkiem :P Bądź co bądź, zgrywa się z kolorem opakowania :P Do jego produkcji wykorzystana została technologia Tri- peptide, która ma redukować każdy rodzaj zmarszczek oraz ekstrakt roślinny z komórek macierzystych, do których właściwości zalicza się między innymi poprawę kolorytu oraz wzrost jędrności skóry. Krem aplikuje albo na oczyszczoną skórę twarzy albo po nałożeniu boostera Vichy, z którym bardzo fajnie się dogaduje. Używam go zbyt krótko, by móc stwierdzić jego właściwości przeciwzmarszczkowe, ale ma kilka innych, o których mogę Wam napisać ;) Przede wszystkim krem pozwala utrzymać nawilżenie skóry na właściwym poziomie. Rankiem skóra wygląda zdrowo, jest elastyczna i lekko napięta. Krem NovAge potrafi złagodzić podrażnienia, a poza tym wydaje mi się, że po jego stosowaniu skóra jest wzmocniona, a także odżywiona i zregenerowana. Krem nie spowodował u mnie zapychania skóry, nie pojawiła się żadna nowa niedoskonałość. Nie wywołał też reakcji alergicznej, podrażnienia czy innego dyskomfortu skóry. 
I na koniec totalne zaskoczenie, czyli rewitalizująca maseczka w płachcie do twarzy NovAge. Po niektórych produktach nie spodziewam się zbyt wiele i tak było w tym przypadku, ale dlaczego to nie umiem Wam odpowiedzieć. Tkanina, z której maseczka została wykonana jest gruba, bardzo dobrze nasączona, dzięki czemu idealnie przylega do twarzy i tym samym można połączyć przyjemne z pożytecznym i na przykład ogarnąć kuchnię z maseczką Oriflame na twarzy :D Jest na tyle duża, że pokrywa całą twarz, a otwory na oczy, nos i usta są odpowiedniej wielkości. Maseczka nie wywołuje żadnego dyskomfortu, po ściągnięciu tkaniny resztki maseczki wklepuję w skórę. Efekty jej działania tak mnie zaskoczyły, że zaczęłam żałować, że zrobiłam ją w normalny dzień roboczy, a nie przed jakąś imprezą :P Maseczka sprawiła, że skóra była nawilżona, odżywiona i miękka w dotyku. Podrażnienia zostały złagodzone, zaczerwienienia ukojone, a kolory ujednolicony. Skóra przez długi czas była matowa, różne jej nierówności zostały wygładzone, a ona sama była dodatkowo promienna. Maseczka jest jednorazowa i chociaż jej działanie jest pierwszorzędna, to jej standardowa cena 29,90 zł jest małą przesadą. Z całego serca ją Wam polecam, ale radzę, abyście śledzili jej cenę w katalogach i jednak kupili ją taniej ;) 
Czas na podsumowanie dzisiejszej piątki kosmetyków z Oriflame. Moje serce na równi skradła pomadka do ust w płynie, która została moim ulubionym produktem do makijażu w ostatnich tygodniach, oraz rewitalizująca maseczka do twarzy w płachcie, która na mojej mieszanej cerze spisała się perfekcyjnie. Perfumy przepięknie pachną, ale z ich częstszym używaniem poczekam do jesieni, bo jest to pora roku, na którą idealnie się nadają. Krem do twarzy ma super konsystencję i pozostawia skórę przyjemną w dotyku oraz bardzo dobrze nawilżoną. Krem do rąk zauroczył mnie swoim słodkim opakowaniem, ale rozczarował zapachem. Jego działanie jest w porządku, ale nie jestem przekonana czy osoby z problemem suchych dłoni się z nim polubią. 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger