08:04:00

Shiny Box "Winter Wonderland"

Shiny Box "Winter Wonderland"
Pierwszy Shiny Box w 2018 roku ma przenieść nas do magicznej, zimowej krainy. Rządzi w niej piękna Królowa Śniegu, którą na pewno już widziałyście na zdjęciach pudełka u innych blogerek ;) Grafika boxa utrzymana jest w chłodnych odcieniach niebieskiego i różowego. Jest przyjemnie, ale bądźmy szczerzy, Shiny Box miewało już dużo ładniejsze szaty graficzne. Z dołączonej ulotki wynika, że w pudełku powinno znaleźć się siedem pełnowymiarowych produktów, w tym jeden wymienny, oraz upominek. Powinno, bo u mnie zabrakło jednego z nich, czyli żelowego lakieru do paznokci So Chic!- ktoś chyba zapomniał go spakować ;) 
Niekwestionowaną perełką boxa jest odbudowujący krem pod oczy Naobay. Ma on pojemność 20 ml, a jego sugerowana cena to ponad 100,00 zł, a więc już ten jeden produkt jest wart więcej niż całe pudełko. Wyczytałam, że ma przyjemnie naturalny skład i nie jest testowany na zwierzętach, za co marka mocniej zyskuje w moich oczach. Mnie osobiście bardzo podoba się jego opakowanie, w szczególności ta drewniana nakrętka :) Krem Naobay ma działać regenerująco, nawilżająco i przeciwstarzeniowo. Akurat kończę krem pod oczy Dermedic, więc w niedługim czasie to on będzie dbał o moją skórę pod oczami. Kolejny kosmetyk, którego obecność w boxie mnie ucieszyła, to błyszczyk do ust Miyo. Mam go w kolorze nr 01, My Bride, który to idealnie wkomponował się w tematykę przewodnią pudełka "Winter Wonderland". Bo czy tylko ja uważam, że jego białawy odcień z mnóstwem brokatowych drobinek, nie wygląda jak iskrzący się w słońcu śnieg? Mnie właśnie takie skojarzenie się nasunęło na myśl, gdy tylko wzięłam go do ręki :) Na ustach błyszczyk pozostawia przezroczystą poświatę z subtelnymi, rozświetlającymi drobinkami. W boxie znalazłam również pumeks Hammam, który już kiedyś miałam, a nawet pisałam o nim na blogu: klik. Wykonany został ręcznie z marokańskiej czerwonej glinki. Przeznaczony jest do pielęgnacji stóp i z tego co wyczytałam bogaty jest w cynk, magnez, selen i żelazo. Chusteczki do higieny intymnej Efektima to także pełnowymiarowy produkt, który kosztuje raptem niecałe 2,00 zł. Chusteczki mają odświeżać, oczyszczać i chronić przed podrażnieniami. Na pewno jest to wygodna opcja na wszelkie wyjazdy, bo nie zajmują wiele miejsca i są leciutkie. Ja już wrzuciłam je do torebki, bo nigdy nie wiadomo kiedy mogą się przydać. Saszetka suplementu diety F-Vit C 1000 to wspomniany na wstępie upominek. 
Regenerująca maska błotna -417 do suchych i zniszczonych włosów to druga perełka z styczniowego Shiny Boxa. Jest to produkt wymienny z z Błotem z Morza Czarnego tej samej marki. Tak na marginesie, wiedziałyście, że jest to izraelska marka kosmetyczna? Ale wracając już do kosmetyku, to cieszę się, że trafiła mi się akurat maska, bo w przeciwieństwie do błota, ją na pewno wykorzystam. Jeśli obietnice producenta się sprawdzą to maska ta sprawi, że moje włosy będą odżywione, nawilżone i zmiękczone, a także bardziej elastyczne i wzmocnione. Bardzo spodobała mi się jej szata graficzna, zaskoczył mnie jej kolor, który jest kapka w kapkę jak moja skóra :D oraz zapach, który z błotem nie ma nic wspólnego. Zafoliowane opakowanie gwarantuje mi, że wcześniej nie była otwierana, wąchana i macana, co stanowi bardzo duży plus. Musujące kule do kąpieli Dairy Fun, podobnie jak pumeks Hammam, też już kiedyś miałam. W opakowaniu są trzy, każda ma po 100 g, a różnią się kolorami i zapachami: różowa pachnie brzoskwinią i mango, pomarańczowa ma zapach karmelowego jabłka, a żółta jest mlekiem i miodem płynąca. To znaczy, pachnąca ;) Ich zapachy są intensywne, czuć je w całym pudełku. Dobrze, że mają dłuższy termin ważności, bo z ich wykorzystaniem będę musiała poczekać do przeprowadzki, kiedy to w końcu będę miała wannę :D
Podsumowując, styczniowy Shiny Box nie zawiódł mnie swoją zawartością. Każdy kosmetyk, który się w nim znalazł, z przyjemnością przetestuję. Bardzo cieszę się z obecności produktów Naobay i -417, bo są to drogie marki, których ja bym sobie nie kupiła, bo szkoda by mi było wydać tyle pieniędzy na jeden kosmetyk- w ramach przypomnienia, cena jednego i drugiego produktu to nie mniej niż 100,00 zł. A dzięki Shiny Box będę mogła je przetestować bez wydawania krocia. W pudełku nie pasuje mi tylko to, iż produkt w saszetkach za mniej niż 2,00 zł został nazwany pełnowymiarowym i pełnowartościowym. 
Na fanpage'u Shiny Box pojawiła się już zapowiedź lutowego pudełka, które ma być pełne miłości do piękna. Mam ogromną nadzieję, że zawartością nie będzie odbiegać od styczniowego, a nawet, że będzie jeszcze lepiej;)

08:59:00

Recenzja: Cienie do powiek od Revers Cosmetics

Recenzja: Cienie do powiek od Revers Cosmetics
Bardzo rzadko używam w swoim makijażu cieni do powiek, ale jeśli już tak się zdarza to wybieram te w odcieniach brązowych. Kilka miesięcy temu do mojej kosmetyczki wpadły cienie od Revers Cosmetics, właśnie w odcieniach brązu oraz z dodatkiem różu, o których chciałabym Wam dziś co nieco napisać.
Cienie znajdują się w małych, plastikowych puzdereczkach z przezroczystymi wieczkami. Mam je już dość długo, nieraz przerzucałam je z jednego miejsca do drugiego, raz czy dwa upadły mi na podłogę, a mimo to nadal są całe, mimo iż wyglądają na takie, co trwałością nie grzeszą. Były już też paręnaście razy otwierane i zamykane, a wieczko dalej trzyma się "na zawiasach". Jak widzicie na zdjęciach, jedne z tych cieni są pojedyncze, w drugim puzdereczku znajdują się już dwa, dobrane kolorystycznie cienie. Tych pierwszych używam przeważnie do malowania brwi, bo ich kolor bardzo współgra z ich naturalnym odcieniem :D Cienie mają delikatny, pudrowy zapach i w moim odczuciu, laika w kwestii malowania powiek, są średnio napigmentowane. Jednak biorąc pod uwagę niską cenę tych cieni, to pigmentacja nie wypada aż tak źle. Widzę też w tym pewien plus, bo ich krycie można stopniować bez obaw o plamy, czy to w makijażu powieki czy brwi. W dotyku są gładkie i jedwabiste, ale przy aplikowaniu lubią się osypywać, zwłaszcza ciemniejsze kolory. 
Kolory cieni nie są intensywne, przez co nadają się bardziej na co dzień niż większe wyjścia. Jasnoróżowy często aplikuję pod łuk brwiowy, aby uzyskać efekt delikatnego rozświetlenia. Brązem z duo cieni oraz tym pojedynczym podkreślam głównie brwi. Nie są to szaleńczo trwałe kosmetyki do makijażu. Brązy na brwiach w miarę się trzymają przez długi czas, ale nałożone na powiekę nie wytrzymują wiele godzin, a przecież malując się na imprezę zależy nam na jak najbardziej trwałym makijażu, czyż nie? Cienie te testowałam bez żadnej bazy, a powiekach, które tak jak reszta mojej skóry na twarzy, są tłuste. W idealnym stanie utrzymują się do dwóch- trzech godzin, po których to zaczynają zbierać się w załamaniach, a wieczorem to pozostają po nich resztki, bo tak bardzo się ścierają. 
Cienie do powiek Revers Cosmetics są ciężko dostępne stacjonarnie, trzeba się ich naszukać w mało znanych drogeriach lub sklepach kosmetycznych. Są tanie jak przysłowiowy barszcz, ich cena nie przekracza 10,00 zł. Myślę, że mogłabym polecić je osobom początkującym do nauki makijażu oraz tym mało wymagającym konsumentom.

17:41:00

Pielęgnacja twarzy z marką D'Alchemy

Pielęgnacja twarzy z marką D'Alchemy
Dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o kosmetykach, które są zbyt luksusowe na sieciowe drogeryjne półki ;) Są to produkty D'Alchemy, które powstają z roślin uprawnianych tylko na terenach ekologicznie czystych. Jest to tylko jedna rzecz, która wyróżnia markę na tle innych. Znacznie ciekawszą są ich opakowania, które są biofotogeniczne. Oznacza to specjalne szkło fioletowe ( tak ciemne, że aż czarne ), które w najlepszy sposób chroni kosmetyki oraz pozwala jak najdłużej zachować ich właściwości i zalety.  
Do mojej kosmetyczki trafiły trzy produkty marki, czyli: płyn micelarny do demakijażu w butelce z atomizerem rozpylającym lekką, ale obfitą mgiełkę, intensywnie regenerujący olejek do twarzy w opakowaniu z higieniczną i wygodną pipetą oraz przeciwzmarszczkowy lotion do cery tłustej i mieszanej w niewielkim, zakręcanym słoiczku, którego otwór jest na tyle szeroki, że bez problemu można wydobyć krem do samego końca. Opakowania są naprawdę wysokiej jakości, bardzo dobrze i starannie wykonane. Widać, że są to kosmetyki ekskluzywne i wytworne, na które niemało się wydało ;)
Płyn micelarny do demakijażu jest bezbarwny i ma przyjemny, rześki zapach o subtelnym aromacie róży. W jego składzie występuje bardzo wiele dobroczynnych dla skóry składników, w tym: hydrolat z róży damasceńskiej, wyciąg z róży francuskiej, ekstrakty z papai, z owoców kolibła egipskiego, jabłka, brzoskwini, żeń- szenia, pszenicy i jęczmienia. I chyba ze względu na nie szkoda mi jest używać go jako klasycznego kosmetyku do zmywania makijażu. Wolałam potraktować go jako tonik, którym spryskuje twarz rano, wieczorem oraz w ciągu dnia, w celu odświeżenia skóry. Efekty, które daje się zaobserwować praktycznie od razu po zastosowaniu płynu D'Alchemy to nawilżanie, tonizowanie oraz zmiękczenie. Płyn ten działa na skórę odprężająco i kojąco. Staram się też wierzyć w niektóre obietnice producenta, których nie widać gołym okiem, czyli w to, że jego produkt wzmacnia skórę, zapobiega zmarszczkom i utracie jędrności oraz chroni przed niekorzystnym wpływem wolnym rodników. 
Intensywnie regenerujący olejek do twarzy przeznaczony jest do pielęgnacji cery dojrzałej, mieszanej, normalnej, suchej oraz odwodnionej. Stworzony został na bazie olejku różanego, którym też pachnie. Ma złoty kolor, identyczny jak na zdjęciu powyżej, a jego konsystencja nie jest zbyt tłusta i w miarę szybko wchłania się w skórę. Po olejek sięgam wieczorem. Jedną pipetkę rozprowadzam w dłoniach, a następnie wsmarowuje w skórę dekoltu i szyi, w kierunku od dołu do góry, czyli od biustu w stronę brody :P Olejek bardzo dobrze nawilżył, uelastycznił oraz wygładził skórę na dekolcie i szyi. Kilka razy nałożyłam go także na twarz. Następnego dnia skóra była odżywiona, porządnie nawilżona oraz przyjemnie gładka i miękka. Mimo iż mam buteleczkę o małej pojemności 5 ml, to olejek okazał się być bardzo wydajny i wystarczył mi na znacznie więcej, niż się spodziewałam. 
Przeciwzmarszczkowy lotion do cery tłustej i mieszanej to kosmetyk, który chyba najbardziej mnie ciekawił z całej oferty marki. Jest to krem o konsystencji, która jest jednocześnie lekka i treściwa. Fajnie rozprowadza się po skórze i szybko wchłania. Krem charakteryzuje się oryginalnym zapachem, który bardzo mi się spodobał. Można w nim wyczuć ziołowo- cytrusowe nuty, z których najmocniej przebija się werbena, czyli jeden z moich ulubionych aromatów. Kremu używam wieczorem, nigdy nie aplikowałam go rano, więc nie powiem Wam czy dobrze współpracuje z kosmetykami do makijażu. O działaniu przeciwzmarszczkowym też się zbytnio nie wypowiem, bo jest na to za wcześnie. Niemniej jednak uważam, że jest to krem wart Waszej uwagi z kilku różnych powodów. Między innymi dlatego, że świetnie nawilża skórę, zmiękcza i wygładza. Po kilku tygodniach stosowania go zauważyłam, że delikatnie ujednolicił koloryt mojej skóry i nieznacznie dodał jej blasku. Krem ten wykazuje też właściwości kojące, potrafi całkiem nieźle zregenerować skórę i sprawić, że jest ładnie zmatowiona. Nie zauważyłam, aby wpłynął na niedoskonałości mojej cery, ale na pewno nie jest komedogenny, więc używam go bez obaw, że nagle pojawią się kolejne wypryski na mojej twarzy. 
Kosmetyki D'Alchemy, niestety, są drogie: 100 ml płynu micelarnego kosztuje 119,00 zł; 30 ml olejku do twarzy 190,00 zł; 50 ml lotionu do twarzy 160,00 zł. Warto jednak pamiętać, że są to kosmetyki naturalne, które nie zawierają szkodliwych składników takich jak: syntetyczne konserwanty, zapachy i barwniki, formaldehyd, parabeny, parafina czy silikony. Z pełnym składem każdego z kosmetyków możecie zapoznać się na stronie producenta, w zakładce INCI pokaże Wam się szczegółowy skład, a kiedy kliknie się w którykolwiek ze składników, to zostaniemy przekierowani do jego dokładnego opisu, z którego można dowiedzieć się wielu ciekawych informacji. W ofercie marki znajdziecie nie tylko kosmetyki do pielęgnacji twarzy, ale też do ciała oraz przeznaczone stricte do skóry na szyi, dekolcie i pod oczami. Dostępne są tylko internetowo, na stronie marki. 

16:49:00

Matujący podkład do cery tłustej i normalnej FitMe! od Maybelline New York

Matujący podkład do cery tłustej i normalnej FitMe! od Maybelline New York

Obietnice producenta:
Poznaj matujący podkład do twarzy Fit Me! Matte&Poreless dedykowany skórze tłustej i normalnej. Zapewnij sobie matowy efekt przez cały dzień, ukryj niedoskonałości i widoczne pory na twarzy, pozbądź się nierównomiernej tekstury skóry. Postaw na komfort i naturalne wykończenie makijażu.

30 ml kosztuje około 25,00-30,00 zł w drogeriach
Moim zdaniem:
Matujący podkład FitMe! kupiłam, jak zwykle to bywa, skuszona wieloma pozytywnymi recenzjami na jego temat. W mojej kosmetyczce jest już od paru miesięcy, ale używać go zaczęłam dosyć niedawno, raptem kilka tygodni temu, jednak zdążyłam wyrobić sobie opinie na jego temat. Mimo iż kupowany był w ciemno, w jednej z internetowych drogerii, to nawet trafiłam z odpowiednim kolorem, który ma jednak pewną wadę, przez którą u mnie ten podkład będzie raczej skreślony. Chyba, że Wy poratujecie mnie dobrą radą. 
Odcień, jaki posiadam, to nr 115, i jak już wspomniałam wcześniej, udało mi się go dopasować do kolorytu mojej skóry twarzy. Dominują w nim ciepłe odcienie, nie ma w sobie nic z różowych tonów. Po nałożeniu, podkład Maybelline New York nie odcina się od reszty ciała, jednak na mojej mieszanej cerze lubi ciemniej i to mocno, więc po kilku godzinach od zaaplikowania aż boję się spojrzeć w lustro... Próbowałam go lekko rozjaśniać białym podkładem, łączyć z różnymi bazami i kremami, nakładałam go też bezpośrednio na skórę, ale efekt za każdym razem jest taki sam, co momentami doprowadza mnie prawie do płaczu.  Trochę przesadziłam, ale naprawdę jest to bardzo denerwujące... FitMe! prędzej czy później wymaga przypudrowania, bo skóra zaczyna się świecić, ale jak pisałam Wam już przy okazji innych recenzji podkładów: w przypadku mojej cery każdy fluid muszę upudrować po paru godzinach od zaaplikowania. Konsystencja podkładu od Maybelline New York jest lekka, rzadka i bardzo lejąca. Taka, z którą trzeba uważać, bo lubi niespostrzeżenie kapnąć, np. na spodnie, a wtedy to człowieka tylko złość łapie... Zwłaszcza, gdy maluje się z samego rana, tuż przed wyjściem do pracy :P
Ogólnie rzecz ujmując i pomijając to, że ciemnieje na buzi, to mogłabym napisać, że jestem z tego podkładu zadowolona i rozumiem dlaczego zdobył taką sympatię wśród blogerek beauty. Nadaje on skórze satynowe wykończenie, bez efektu przesadzonego, sztucznego matu. Jest przyjemnie lekki, komfortowy w noszeniu i właściwie nie czuć go na skórze. Podkład nie tworzy smug, a jedyne, co bym w nim poprawiła, to krycie, które określiłabym jako średnie. Mnie ono nie do końca zadowala, bo mam zaczerwienienia i blizny potrądzikowe, które wymagają mocniejszego zakamuflowania. Myślę, że warto jeszcze wspomnieć, że mimo iż jest to podkład matujący, to w najmniejszym stopniu nie wysusza skóry, a po zmyciu go nie czuć, by była ściągnięta. Nie zauważyłam też, aby zapychał skórę czy też powodował pojawienie się wyprysków, a przecież był okres, gdy używałam go praktycznie dzień w dzień, sprawdzając czego on potrzebuje, aby nie ciemnieć. 
Klasyczna tubka ma pojemność 30 ml. Jest ładna, ale też nie ma w niej niczego zachwycającego. Podkład FitMe! kosztuje około 30,00 zł, przy czym ja kupiłam go znacznie taniej, bo chyba za 22,00 zł. Jest dostępny w wielu drogeriach, często nawet w promocyjnych cenach, więc na pewno nie będziecie miały problemu z jego kupnem. Ja ponownie go nie kupię, bo pierwsze dlatego, że mam ogromny zapas podkładów, a po drugie dlatego, że nie mogę poradzić sobie z tym, że ciemnieje na mojej twarzy, co wygląda nieładnie i nieestetycznie. Chyba że, tak jak wspomniałam na wstępie, poratujecie mnie jakąś dobrą radą, jak okiełznać to, że lubi tak oksydować? Może znacie jakieś magiczne sztuczki czy zaklęcia, o których ja jeszcze nie wiem?

12:14:00

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja ciała

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja ciała
Ulubieńców 2017 roku ciąg dalszy! Poznałyście już moich niekosmetycznych faworytów minionych dwunastu miesięcy ( klik ) oraz tych makijażowych ( klik ), a dzisiaj pokażę Wam ulubione kosmetyki- i nie tylko- do pielęgnacji ciała.
Zaczniemy od multifazowego, zmysłowego olejku do ciała z czarną porzeczką od Bielendy, który charakteryzuje się nie tylko świetnym działaniem, ale też superowym wyglądem oraz bajecznym zapachem! Olejek ma trójfazową konsystencję, różowo- fioletową, która po porządnym wstrząśnięciu zamienia się w liliową :) Pachnie fenomenalnie: tak bardzo słodko, ciepło, świeżo, kwiatowo z lekką kokosową nutą. Dla mnie jest to jeden z piękniej pachnących kosmetyków do pielęgnacji ciała. W olejku polubiłam to, że nie jest tłusty, szybko się wchłania, pozostawiając skórę nawilżoną, przyjemną i miękką w dotyku oraz ładnie pachnącą. Znajduje się w bardzo wygodnej, estetycznej i miłej dla oka butelce z praktycznym atomizerem. Jest to kolejny kosmetyk Bielendy, który pozytywnie mnie zaskoczył i sprawił, że patrzę na markę przychylniejszym okiem ;)
Moim odkryciem w 2017 roku są peelingi Organic Shop. Na zdjęciu widzicie wersję o aromacie cynamonu i miodu, ale tak prawdę powiedziawszy to każdy wariant zapachowy mi się podoba, a co ważniejsze, każdy super się u mnie sprawdza. Latem opisałam jeden z nich na blogu, konkretnie malinowy, więc jeśli jesteście ciekawe, to zapraszam Was do tego konkretnego posta: klik. Scruby do ciała Organic Shop są z kategorii tych mocniejszych, ale nie są to typowe zdzieraki, po których skóra jest aż czerwona. Ścierające kryształki są duże i jest ich naprawdę sporo. Nie rozpuszczają się zaraz po zetknięciu się z wodą, więc na spokojnie można wykonać porządny masaż całego ciała. Peelingi świetnie złuszczają martwy naskórek, pozostawiając skórę gładką, przyjemną w dotyku, nawilżoną i lekko ujędrnioną. 
Odżywczy krem do rąk Vianek to tylko jeden z kosmetyków marki, który bardzo polubiłam w ostatnim roku. A seria odżywcza, według mnie, jest po prostu genialna. Dodatkowo bardzo ładnie pachnie: kwiatowo, ale słodko i trochę też owocowo. Konsystencja oraz sam kolor kremu przypomina mi brzoskwiniowy jogurt :D Krem do rąk jest lekki, szybko się wchłania, otulając skórę subtelną ochronną otoczką i pozostawiając dłonie świetnie nawilżone, gładkie, delikatne oraz miękkie w dotyku. Uwielbiam go używać, więc robię to praktycznie każdego dnia :)
Zapach Cat DeLuxe At Night Naomi Campbell to jeden z moich ostatnich zakupów w 2017 roku, ale szybko zdążył podbić moje serce. Najpierw zwróciłam uwagę na flakon z uroczym puszkiem :P, a potem spodobał mi się zapach. Pachnie mieszanką egzotycznych owoców, ma jednak w sobie też coś ze świeżości kwiatów oraz kwasowości czarnej porzeczki, która przebija się na pierwszym planie. Dopiero po jakimś czasie oddaje swoje podium słodkości i rześkości. Dla mnie są idealne do stosowania na co dzień, ale sprawdzą się też wieczorową porą. Ten zapach ma w sobie coś kobiecego, seksownego, wabiącego. 
Na koniec zostawiłam jedyny gadżet, który chciałam Wam przedstawić jako mojego ulubieńca, być może trochę naciągniętego pod kategorię pielęgnacja ciała, czyli diamentową lampę do manicure hybrydowego ( 12 WCCFL+24WLED ), w szampańskim kolorze- to nie jest mój wymysł, to był jeden z kolorów do wyboru :P Lampę zakupiłam na Allegro po tym jak moja poprzednia, tzw. mosteczek, popsuła się. Ta w kształcie diamentu bardziej mi odpowiada, ponieważ jest na tyle duża, że mieści się w niej cała dłoń, nie muszę każdego paznokcia utwardzać oddzielnie, co znacznie skraca czas wykonywania manicure hybrydowego. Fajne jest w niej też to, że ma trzy tryby pracy: 10, 30 i 60 sekund oraz automatyczny wyłącznik czasu. Jest zaskakująco lekka, zajmuje trochę miejsca, ale za to wygląda bardzo ładnie, prawda :D?

17:10:00

Rumiankowy żel do mycia twarzy, Sylveco

Rumiankowy żel do mycia twarzy, Sylveco
Obietnice producenta:
Hypoalergiczny, głęboko oczyszczający żel do mycia twarzy z kwasem salicylowym (2%) o aktywnym działaniu antybakteryjnym. Zawiera bardzo łagodny, ale jednocześnie skuteczny środek myjący, który nie podrażnia nawet najbardziej wrażliwej skóry. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, odblokowuje pory i reguluje procesy odnowy komórek naskórka. Żel został wzbogacony olejkiem z rumianku lekarskiego, który posiada właściwości przeciwzapalne, gojące i łagodzące. Systematyczne stosowanie pozwala zachować gładką, miękką, zdrową skórę.


Skład: WodaGlukozyd laurylowyGlicerynaKwas salicylowyPanthenolWodorowęglan soduBenzoesan soduOlejek rumiankowy

150 ml kosztuje około 20,00 zł w aptekach, niewielkich drogeriach z szafami Sylveco oraz w sklepach internetowych
Moim zdaniem:
Swoją przygodę z Sylveco i Viankiem zaczęłam stosunkowo niedawno, ale póki co nasza znajomość jest bardzo udana. W mojej kosmetyczce przewinęło się już naprawdę dużo produktów obu tych marek, ale wierzcie mi lub nie, na żadnym się nie zawiodłam, każdy się u mnie sprawdził ( lepiej lub gorzej, ale raczej to pierwsze ;), żaden mnie nie uczulił ani nie podrażnił. Są wśród nich takie, do których regularnie powracam i bez których nie wyobrażam sobie już codziennej pielęgnacji. Rumiankowy żel do mycia twarzy ma predyspozycje do tego, aby właśnie stać się jednym z nich.  Jest on przeznaczony do codziennej pielęgnacji cery, takiej jak moja, czyli zanieczyszczonej i skłonnej do niedoskonałości. Jego formuła opiera się na dwóch aktywnych składnikach, czyli olejku rumiankowym, który wykazuje silne działanie przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze i łagodzące; oraz na kwasie salicylowym o stężeniu 2%, który posiada właściwości złuszczające, dzięki czemu pomaga pozbyć się zaskórników, rozjaśnia przebarwienia i zmniejsza blizny potrądzikowe.
Żel zamknięty jest w wygodnej buteleczce z pompką. Jest ona plastikowa, w kolorze mocno brązowym. Nalepka na opakowaniu jest świetnej jakości, bo pod wpływem wody nie odkleja się ani nie strzępi. Wypisane są na niej najważniejsze informacje dotyczące żelu. Pompka działa bez zarzutu, pomimo iż po pierwszym upadku oderwała się od buteleczki i muszę pilnować, aby jej nie zgubić :P Żel jest właściwie przezroczysty, dość gęsty, przez co mocno wydajny: do umycia twarzy używam przeważnie pompki lub dwóch. Rumiankowy żel zaczęłam stosować jakieś 2-3 miesiące temu, dopełniając nim wieczorny demakijaż i dopiero teraz dobija dna. Myślę, że w buteleczce zostało mi go jeszcze na jakieś trzy- cztery mycia. Żel podczas mycia właściwie się nie pieni, po dodaniu wody tworzy delikatną emulsje. Ma dość specyficzny zapach, mocno wyczuwalny, taki kwaśno- ziołowy, który z pewnością nie każdemu będzie odpowiadać. Z czasem jednak da się do niego przyzwyczaić. 
Żel jest bardzo skuteczny w działaniu, a przy tym łagodny dla skóry. Nie podrażnia jej ani nie wysusza. Pomimo tej swojej delikatności wręcz perfekcyjnie odświeża i oczyszcza skórę, domywa resztki makijażu i inne zanieczyszczenia. Pozostawia skórę czystą, nieściągniętą, lekko nawilżoną ( ale nie na tyle, by odpuścić sobie krem ), przyjemnie miękką i gładszą w dotyku. Ponadto żel reguluje wydzielanie sebum, dzięki czemu moja cera mniej się błyszczy, dodatkowo łagodzi również podrażnienia i wypryski. Po coraz mniejszych zaczerwienieniach pozostałych po kilku niedoskonałościach widzę, że przyspiesza także złuszczanie naskórka. Ogólnie rzecz ujmując, spełnia swoje podstawowe zadanie, pozwalając mi tym samym zachować kontrolę nad moją problematyczną cerą. 
Jakiś czas temu na jednym z blogów przeczytałam wpis o produktach, którymi można wykonać peeling skóry głowy. Niemałym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że takowy zabieg można wykonać właśnie rumiankowym żelem do mycia twarzy Sylveco. Podobno wystarczy przed umyciem włosów nałożyć go na skórę głowy, zostawić na kilka minut, po czym umyć włosy tak, jak zawsze. Przyznam się Wam, że jeszcze nie próbowałam tej metody, ale ciągle mam ją z tyłu głowy i pewnego dnia na pewno przetestuję. Taki peeling można też zrobić drugim z żeli do mycia twarzy, który Sylveco ma w swojej ofercie, czyli tymiankowym, którego działanie też zamierzam sprawdzić na swojej skórze- najpierw twarzy, a potem kto wie, może i głowy też ;)  

06:43:00

Grudniowy projekt denko

Grudniowy projekt denko
Nie wiem czy właśnie nie pokazuję Wam ostatniego denka na moim blogu. Z jednej strony znudziło mnie już gromadzenie pustych opakowań po kosmetykach, czasami nawet nachodzi mnie myśl, że jestem na to za stara :P Jednak z drugiej strony, nawyk ich odkładania wszedł mi tak w krew, że nie wiem czy zdołam się go kiedykolwiek pozbyć :P Już raz na poważnie myślałam o zrezygnowaniu z tej serii postów, a jednak przez ostatni rok, miesiąc w miesiąc, pisałam krótkie recenzje zużytych kosmetyków, bo nadal jest to seria, którą bardzo lubicie ;) Dziś też zapraszam Was na kolejny wpis o denkach, tym razem z grudnia, a czy pojawią się podobne, to jak mówią- pożyjemy i zobaczymy.
Krystaliczne mydło pod prysznic z olejem z orzechów brazylijskich i makadamia Ziaja ( 1 ) ma bardzo fajny zapach, który jest tak intensywny, że czuć go w łazience jeszcze długo po kąpieli. W żelu podoba mi się również jego gęsta konsystencja w kolorze czekoladowym, przyjemne oczyszczanie oraz fakt, iż nie wysusza skóry. Szampon do włosów Regenerate Nourishment marki Dove ( 2 ) otrzymałam niespodziewanie od organizatorów MeetBeauty. Jest fajny, ale nie szałowy, trochę też obciąża włosy. Wątpię, abym skusiła się na drugą tubkę. Słoiczek maski do ciemnych włosów Henna Wax NaturClassic od Pilomax ( 3 ) zużyłam do depilacji nóg- zastąpiłam nim żel do golenia, który skończył się w najmniej oczekiwanym momencie :P W tej roli sprawdził się znakomicie! W kremie do rąk z Indigo ( 4 ), na początku, podobało mi się wszystko: opakowanie, zapach i oczywiście, działanie. Im jednak dłużej go używałam tym bardziej działał mi na nerwy. Z czasem pompka zaczęła się zatykać, więc miałam problem z dozowaniem kosmetyku. Potem zapach też przestał być tak przyjemny, jak na początku. Działanie również pozostawiało wiele do życzenia... Krem do rąk nawilża skórę, ale bardzo powierzchownie i krótkotrwale. Odżywka do włosów w spray'u Liquid Silk z Gliss Kur ( 5 ) jest jedną z moich ulubionych i często powraca do mojej kosmetyczki, niczym bumerang :) Równie często wracam do peelingów Organic Shop, które poznałam dopiero w minionym roku, ale z miejsca zdobyły moją ogromną sympatię. Większość z nich bardzo ładnie pachnie, a wszystkie świetnie ścierają martwy naskórek, pozostawiając gładką i przyjemną w dotyku skórę. W grudniu zużyłam wersję z trawą cytrynową z Prowansji ( 6 ). Scrub do ciała świetnie pachnie, trochę jak werbena. Jeśli lubicie lekko cytrusowe zapachy, to na pewno Wam się spodoba. 
Płyn micelarny z rumiankiem Green Pharmacy ( 7 ) był kiedyś moim ulubionym, ale być może zmienili skład albo trafił mi się jaki felerny egzemplarz, bo zaczął powodować, że oczy szczypią mnie i dodatkowo jeszcze łzawią przy demakijażu. Zraziłam się i nie wiem czy kiedyś jeszcze do niego powrócę, mimo że przecież wykończyłam już tyle jego butelek. Olejowy syndet do mycia twarzy OilAge z Dermedic ( 8 ) to nowość w ofercie marki, o której pisałam w tej recenzji: klik. O peelingu do twarzy Mediterraneum ( 9 ) pojawi się osobny wpis, na który już serdecznie zapraszam :) Podkład do cery tłustej i mieszanej Colorstay od Revlon ( 10 ) to jeden z moich ulubieńców. Zużyłam już bardzo wiele buteleczek i zawsze mam kolejną w zapasie. Popełniłam już jego recenzję, więc odsyłam Was do tego wpisu: klik. Tusz do rzęs Mystik Warsaw ( 11 ) opisywałam już w tym poście: klik, więc nie będę się rozpisywać na jego temat. Wszystkiego na jej temat wiecie gdzie szukać :D Pomadka do ust Long Lasting Love marki Smart Girls Get More ( 12 ) jest trudno dostępna stacjonarnie, ale ponoć szafy z kosmetykami SMGM widywane są w Drogeriach Natura. O tym, jak się sprawdziła na moich ustach, poczytacie w recenzji: klik. Matowa pomadka do ust Velvet Matte Golden Rose ( 13 ) w kolorze nr 02 to kolejna z tych pomadek, które udało mi się zużyć w minionych roku. Fajne są te pomadki, ale miałam ich chyba z siedem albo więcej, więc mam już ich po dziurki w nosie i prędko kolejnej nie kupię :P Być może nawet już nigdy. Matujący puder antybakteryjny Selfie Project ( 14 ) fajnie sprawdza się, gdy aplikowany jest metodą "stemplowania", przynajmniej u mnie tak było. Więcej o jego możliwościach poczytacie w tej recenzji: klik

06:42:00

Ulubieńcy roku 2017: makijaż

Ulubieńcy roku 2017: makijaż
Przed Świętami pokazałam Wam niekosmetycznych ulubieńców 2017 roku, teraz nadeszła pora, abyście w końcu poznały kosmetyki, które podbiły moje serce w minionym roku ;) Dzisiaj pokażę Wam moich faworytów w kategorii makijaż. Długo się zastanawiałam i wybierałam ze swoich zapasów kosmetycznych te produkty, które powinny się znaleźć w tym zestawieniu, ale myślę, że koniec końców dokonałam dobrego wyboru, bo pokażę Wam te, których w minionym roku używałam najczęściej :) Powinnyście jeszcze wiedzieć, że w każdej z kategorii ulubieńców kosmetycznych ograniczałam się do 5 produktów, tak jak w tamtym roku. 
Zestaw do makijażu brwi Eyebrow Shaping Kit Dark od Wibo kupiłam w Rossmannie, dosłownie "w locie"- wpadłam, chwyciłam z szafy i pobiegłam do kasy :D Sama już nie pamiętam, dlaczego tak szybko to wtedy trwało, ale zakup tej paletki okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Pomijając dołączony pędzelek, którego rączka jest tak krótka, że aż boli ręka, gdy ma się z niego skorzystać ;) Jednak same cienie są super! Podoba mi się w nich dosłownie wszystko, poczynając od satynowej konsystencji. Cienie te są bardzo dobrze napigmentowane, więc ich nadmiar muszę wycierać, bo w przeciwnym wypadku uzyskałabym efekt zbyt przerysowanych brwi. Gładko suną po brwiach, wypełniając wszelkie luki, podkreślając je i nadając im ładny kształt. Są zaskakująco trwałe: nałożone przed 7:00 rano, trwają na swoim miejscu aż do późnego wieczora. W ciągu tych godzin ich kolor nie traci na intensywności, nie ścierają się ani nie osypują. I jak pozostałe kosmetyki marki, są przystępne cenowo- z tego co pamiętam kosztowały około 15,00 zł. Dla mnie ten zestaw cieni jest lepszy nawet od słynnej pomady Wibo.
Matową pomadkę do ust Provoke dr Irena Eris mam już dłuższy czas, ale w minionym roku to właśnie nią najczęściej malowałam usta. A po kilkutygodniowych obietnicach nawet napisałam jej recenzję :P Jej stonowany, ciepły odcień różu bardzo mi odpowiada, tak samo jak jej kremowa, miękka konsystencja. Pomadka jest niby matowa, ale dla mnie jej wykończenie jest na pół matowe, a na pół satynowe, z lekkim i bardzo subtelnym połyskiem. Jest bardzo trwała, ale od czasu do czasu potrzebuje, aby trochę ją poprawić. Lekko nawilża usta, jest też bardzo komfortowa w noszeniu, w ogóle jej nie czuć, nie pozostawia też chemicznego posmaku. Dodatkowo jej opakowanie jest bardzo eleganckie, zamykane na magnesik, który jest na tyle mocny, że nie ma obaw, iż pomadka sama się otworzy w kosmetyczce. Jej cena jest lekko prowokująca, dlatego najlepiej kupić ją podczas promocji. 
Jeśli poszukujecie dobrego, a taniego podkładu, to fluid matujący Make Up Academie od Bielendy na pewno Was nie zawiedzie. Szczerze? Nie spodziewałam się, że podkład za pi razy drzwi 10,00 zł może być tak genialny! Zachwalałam go już w tej recenzji. Od czasu jej opublikowania zużyłam już chyba dwie tubki, a kolejne dwie mam chyba jeszcze w zapasie ;) Wiecie, to dlatego, że obawiam się, iż kolejny fajny produkt może zostać wycofany, dlatego poczyniłam pewne zapasy :P Po ten matujący fluid sięgam kilka razy w tygodniu i dla tych z Was, które borykają się z niedoskonałościami twarzy ważną informacją będzie to, że ani razu mnie nie zapchał, nie wywołał wysypu pryszczy. Jednym słowem, obszedł się z moja skórą bardzo dobrze i z ręką na sercu mogę go polecić osobom z problematyczną cerą. I między innymi dlatego tak bardzo go polubiłam. Czym jeszcze mnie zachwycił, że znalazł się w tym zestawieniu? Łatwością w aplikacji ( nakładanie go gąbeczką to czysta bajka ), niezłym kryciem, matowym wykończeniem makijażu, które nie jest sztuczne oraz ładnym i naturalnym efektem, jaki zapewnia mojej skórze na parę godzin. Po ich upływie muszę go przypudrować, ale mam już tak z większością używanych przeze mnie podkładów. 
Na zestaw pomadka i baza do ust Lipfinity Lip Colour Max Factor czaiłam się od dłuższego czasu, ale do niedawna ciągle było mi z nim nie po drodze. Teraz, w jednej z drogerii, w koszyczku czekają na mnie inne odcienie tej pomadki :D Jest ona zdecydowanie najbardziej trwałą szminką, jaką miałam. Mogę jeść i pić bez umiaru, a ona jest nie do zdarcia. Jest to też taki mały jej minus, bo przy demakijażu trzeba się trochę napracować, aby ją dobrze zmyć. Dla mnie jednak jej poważniejszym mankamentem jest nieco perłowe wykończenie, które nie każdemu będzie odpowiadać i pasować. Mnie samej on do końca się nie podoba, ale i tak jestem zakochana w tym duecie po uszy. Odcień, który mam, jest kolorem ciemniejszego różu, leciutko wpadającego w fioletowe tony. Jest to kolor nieoczywisty i mogłabym powiedzieć też, że trochę trudny, nie nadający się do każdego typu urody. Jest jednak bardzo ładny i charakterystyczny, zwraca na niego uwagę bardzo wiele osób, a ja dobrze się w nim czuję. 
Kredka do oczu z gąbeczką Luxurios Color z Revlona okazała się być bardzo dobrym zakupem, mimo iż tak jak zestaw cieni do brwi Wibo, też zrobionym w ciemno i za grosze ;) Jest świetnie napigmentowana, bardzo mięciutka, wręcz plastyczna i ma świetną, kremową konsystencję. Z łatwością maluje się nią oko, super się też rozciera dołączoną gąbeczką, tworząc ładny efekt smoky eye. Głównie zagęszczam nią dolną linię brew, nadając spojrzeniu głębi. Lubię ją też za to, że nie rozmazuje się pod okiem. Przetestowałam już bardzo dużo kredek do oczu i ta sprawdziła się u mnie najlepiej. 

Chętnie poznam Wasze ulubione kosmetyki do makijażu z 2017 roku- piszcie w komentarze co podbiło Wasze serca :)

15:54:00

10 rzeczy, które zamierzam zrobić w 2018 roku

10 rzeczy, które zamierzam zrobić w 2018 roku
1. Przeczytać 52 książki, bo to mój cel na każdy rok.
2. Pomyśleć nad powiększeniem rodziny ;)
3. Przeprowadzić się do naszego M4, planowo na Wielkanoc.
4. Pojechać na wczasy, bo w ubiegłym roku niestety się nie udało...
5. Przestać kupować tyle rzeczy: ubrań, kosmetyków, kubków, itp. :P
6. Ale nowy samochód muszę kupić !
7. Pojechać na Meet Beauty, może w tym roku uda mi się na dwa dni.
8. Schudnąć ;)
9. W końcu wymienić okulary- zbieram się za to chyba już od roku...
10. Lepiej organizować sobie wolny czas.


Rok temu opublikowałam podobną listę rzeczy, które chciałam zrobić w 2017 roku. Jesteście ciekawi, które punkty udało mi się zrealizować? No więc tak: zdałam egzamin z kwalifikacji rozliczanie wynagrodzeń i danin publicznych, pojechałam na Targi Kosmetyczne, byłam na MeetBeauty oraz na spotkaniu blogerek. Zamierzałam przeczytać 52 książki, ale udało się tylko 40. Chciałam schudnąć pięć kilo, schudłam tylko dwa. Nie udało mi się przeprowadzić na swoje, pojechać nad morze, rozwinąć instagramowych znajomości i pojeździć więcej samochodem... Za rok zobaczymy ile udało mi się zrealizować z dzisiejszej listy ;) 

13:10:00

Shiny Box "Where the magic happens"

Shiny Box "Where the magic happens"
Cześć :) Dziś przybywam do Was z postem, w którym pokażę zawartość grudniowego Shiny Box'a "Where the magic happens". Trochę późno, ale lepiej tak niż wcale ;) W swoim pudełku, które jest standardowej wielkości, znalazłam 6 pełnowymiarowych produktów oraz jedną próbkę kremu do rąk Orphica, która wraz z (nie)pachnącą pocztówką Max Benjamin została nazwana "upominkiem". Klientki, których grudniowy ShinyBox był przynajmniej drugim w ramach jednej i tej samej subskrypcji lub aktywnego pakietu otrzymały prezent w postaci peelingu Kueshi o wartości 61,00 zł. Zaś te, które zamówiły boxa w wersji XXL znalazły w nim dodatkowo nawilżający balsam do ciała Barnangen. 
Ta mała, szklana buteleczka z pipetką skrywa w sobie koncentrat komórek macierzystych Farmona, którego termin ważności kończy się już w kwietniu 2018 roku. Jest to produkt wymienny z kilkoma innym kosmetykami tej marki lub produktami Ideepharm. Kosmetyk może być stosowany na dzień oraz na noc. Przeznaczony jest do skóry wymagającej odmłodzenia, z utratą jędrności i ze zmarszczkami. Stosowanie tego koncentratu ma sprawić, że naskórek zostanie zregenerowany, zmarszczki zredukowane, a skóra odzyska sprężystość oraz będzie ujędrniona. Obietnice producenta ja zawsze brzmią bardzo zachęcająco, zobaczymy jak sprawdzą się w rzeczywistości ;) Dalej mamy wodę termalną z Podhala marki Termissa,  która jest produktem wymiennym z zestawem Macadamia Professional lub kremem do rąk Shea Line od marki The Secret Soap. Jej zadaniem jest nawilżać, ukoić i złagodzić podrażnienia oraz działać antyoksydacyjnie, czyli opóźniać proces starzenia się skóry. Kiedyś, bardzo dawno temu, używałam wody termalnej, teraz fajnie będzie sobie przypomnieć jej działanie. Kolejny produkt to duża butla kremowego żelu pod prysznic od Barnangen. Przeznaczony jest on do wrażliwej skóry. Mimo, iż jest to żel pod prysznic, w składzie ma krem ochronny. Każdego z tych kosmetyków jestem bardzo ciekawa i już zacieram ręce na pierwsze testy :)
Dwuetapowy zestaw do pielęgnacji dłoni Efektima, czyli peeling oraz maska, już kiedyś miałam, ale nie pamiętam przy jakiej to było okazji. Jest to zabieg, który ma zregenerować, wygładzić oraz nawilżyć skórę dłoni. Przyda się, gdy w końcu podołamy wykańczaniu mieszkania i przeprowadzce ;) Hydrożelowe płatki pod oczy Exlucive Cosmetics otrzymały tytuł "Laur Konsumenta: Odkrycie 2015". Zawierają olej arganowy, dzięki któremu mają odmłodzić, nawilżyć, odżywić oraz napiąć skórę pod oczami. Też je zostawię na czas po remontach, kiedy to zrobię sobie jedno wielkie spa w swojej nowiutkiej łazieneczce :D Batonik Foods By Ann już kiedyś pojawił się w Shiny Box'ie ( tak samo jak produkt marki Barnangen ), ale tym razem trafiła mi się inna wersja smakowa, mianowicie kokos&kakao. Jeszcze nie próbowałam, ale liczę na to, że skoro jest kokosowy, to musi być dobry :P Skład ma rewelacyjny, bo oprócz wymienionego kokosa oraz kakao zawiera tylko daktyle. 
Ogólnie rzecz ujmując, zawartość grudniowego Shiny Box'a przypadła mi do gustu, chociaż brakuje mi w niej czegoś magicznego i świątecznego, jak to sugeruje nazwa boxa. Dajmy na to herbatki o smaku piernika :P Trochę też szkoda, że nie pojawiło się nic z kolorówki- najlepiej jakiś błyszczyk w ładnym odcieniu ;)  A Wam jak się spodobało grudniowe pudełeczko?

17:31:00

Recenzja: Krem pod oczy z serii HydraIn3 Hialuro od Dermedic

Recenzja: Krem pod oczy z serii HydraIn3 Hialuro od Dermedic
Obietnice producenta:
Skutecznie pielęgnuje delikatną skórę wokół oczu. Zapobiega procesowi starzenia skóry wokół oczu. Przeciwdziała tworzeniu się opuchlizny wokół oczu. Do stosowania również pod makijaż. Wzmacnia fibroplasty odpowiadające za produkcję włókien kolagenowych i elastynowych.

15 ml kremu kosztuje około 30,00 zł w aptekach
Moim zdaniem:
Dawno już nie było wpisu poświęconego pielęgnacji okolic oczu. Ostatni pojawił się, bodajże, w okolicach września. Kremów pod oczy używam już od paru ładnych lat, ale tak systematycznie, dzień w dzień, to może od roku lub dwóch- bywają takie nawyki, które trudno sobie wyrobić... Nie przyzwyczaiłam się do żadnego konkretnego, poza tym jest zbyt wiele produktów pielęgnacyjnych, abym ograniczała się tylko do jednego ;) Do niedawna stosowałam upiększający krem pod oczy z serii Magic Rose od Evree ( klik ), a kiedy się skończył jego miejsce zajął krem HydraIn3 Hialuro marki Dermedic. Wszystkich zainteresowanych tym czy podołał on moim oczekiwaniom zapraszam do dalszej lektury posta, który jest jednocześnie pierwszą kosmetyczną recenzją w 2018 roku! :)
Opakowanie kremu to malutka, biała tubka o pojemności 15 ml. Jej szata graficzna jest bardzo skromna i minimalistyczna, utrzymana w kilku odcieniach niebieskiego. Tubeczka zakończona jest wąskim aplikatorem, który pozwala na higieniczne oraz wygodne korzystanie. W moim odczuciu krem pod oczy Dermedic jest tak naprawdę żelem. Przynajmniej taką ma konsystencję: bardzo lekką, wodnistą, która łatwo się rozprowadza, szybko wchłania, nie pozostawiając przy tym uczucia lepkości. Kremu używam na noc, ale myślę, że sprawdziłby się również zaaplikowany rano, pod makijaż- wątpliwe mi jest, aby korektor czy podkład się zrolował bądź zważył na tym kosmetyku. 
To nie jest tak, że ten krem nie robi nic, ale robi niezbyt wiele. Zaraz po zaaplikowaniu daje się odczuć delikatne nawilżenie i ukojenie skóry pod oczami. Jednak uczucie to mija dość szybko i po kilku chwilach mam wrażenie, że "ups, chyba zapomniałam o kremie pod oczy!", bo już go nie czuć. W swoim składzie krem ma wiele aktywnych składników, takich jak kwas hialuronowy, witamina E, olej migdałowy czy alantoina, ale chyba w małym stężeniu, bo jakoś nieszczególnie odczułam ich działanie. Kremu używam od kilku tygodni, a jedyne efekty, jakie zaobserwowałam to nawilżenie skóry pod oczami oraz delikatne jej wygładzenie. 
Nie jest to zły produkt: nie podrażnia, nie uczula, nie pogarsza stanu skóry, ogólnie nie robi jej żadnej krzywdy. Dla mnie po prostu okazał się zbyt zbyt lekki. Moja 29- letnia skóra pod oczami potrzebuje "mocniejszego" kosmetyku, bardziej odżywczego i treściwszego. Krem pod oczy HydraIn3 Hialuro mogłabym polecić młodym dziewczynom, nawet nastolatkom, które zaczynają swoją przygodę z różnymi kosmetykami i których skóra nie jest jeszcze tak wymagająca, bo tak naprawdę potrzebuje tylko dobrego nawilżenia. 

06:44:00

Nowości kosmetyczne w grudniu

Nowości kosmetyczne w grudniu
Witam Was w Nowym Roku :) I zapraszam do małego powrotu do przeszłości, bo chciałabym pokazać Wam nowości kosmetyczne, które przybyły do mnie w grudniu. A jest tego niemało! 
Płyn micelarny oraz krem pod oczy z dodatkiem olejki arganowego to przesyłka- niespodzianka od marki Equilibra. Kompletnie się jej nie spodziewałam, a że dotarła do mnie idealnie 6 grudnia, to marce chciałabym tu i teraz bardzo podziękować za mikołajkowy upominek :) Kremu już używam od kilku dni i na razie sprawuje się bardzo dobrze. Płynów micelarnych mam kilka, więc ten będzie musiał swoje odczekać.
Nie pamiętam z jakiej to było okazji, ale Semilac zrobił promocję -25% na wszystkie swoje produkty, więc oczywiście skorzystałam :D Akurat kończyła mi się baza pod lakiery, to kupiłam kolejną, bo jednak ta z Semilaca sprawdza się u mnie najlepiej. Zamówiłam również jeden kolor z najnowszej serii Business Line, czyli odcień nr 220 Nugat Beige. 
W grudniu nawiązałam współpracę z marką D'Alchemy, w ramach której miałam wybrać sobie jeden produkt, a okazało się, że otrzymałam aż trzy: płyn micelarny do demakijażu, przeciwzmarszczkowy lotion do cery tłustej i mieszanej oraz intensywnie regenerujący olejek do twarzy. Póki co, kosmetyki fajnie się u mnie sprawdzają, ale z ich recenzjami jeszcze chwilkę poczekam. 
Moje małe, jak widać bardzo skromne, grudniowe zakupy. Lakier hybrydowy Vasco kupiłam z ciekawości, bo naczytałam się już kilka recenzji; bazę dostałam gratis i właściwie nie wiem za co :P, a płyny micelarne z Garniera zawsze muszą u mnie być- wracam do nich niczym bumerang.
Nie tak dawno pokazywałam Was przesyłkę, którą otrzymałam w ramach blogowych wymianek mikołajkowych. Wszystko to, co w niej znalazłam zobaczycie w tym poście, a tu pokażę tylko kosmetyki, które w niej były, czyli: maseczki do twarzy, peeling do ciała o zapachu kokosowym, płyn micelarny, wygładzający balsam do ciała, ochronną pomadkę oraz stempel do paznokci. 
W grudniowych nowościach oczywiście nie mogło zabraknąć Shiny Box'a "Where the magic happens", którego zawartości jeszcze nie pokazywałam na blogu, ale post pomalutku się tworzy i lada dzień go opublikuję. Zresztą, pewnie widziałyście już na niejednym blogu co się w nim skrywa ;) 
W grudniu wzbogaciłam się o dwa nowe zapachy. Pierwszy z nich to At Night by Naomi Campbell, który kupiłam sobie sama na początku grudnia, a drugie perfumy, czyli Euphoria by Calvin Klein, znalazłam pod choinką ;) Jeden i drugi zapach znałam już wcześniej. Oba bardzo mi się podobają, dlatego zdecydowałam się na nie po raz kolejny. 
1 grudnia otrzymałam przesyłkę w ramach blogowych mikołajek. Całą jej zawartość zaprezentowałam Wam tutaj, a w tym poście, tak na szybko, wymienię kosmetyki, które były w tej paczce, czyli lakier hybrydowy Semilac, krem do rąk Evree oraz płyn micelarny Perfecta.
To już wszystkie kosmetyczne nowości, które przybyły do mnie w końcówce 2017 roku. Dajcie znać o jakie kosmetyki Wy się wzbogaciłyście w grudniu oraz czy chcecie, abym w tym roku dalej kontynuowała serię postów z nowościami w mojej kosmetyczce :) Buziaki!
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger