06:57:00

Recenzja: Tusz do rzęs Volume Million Lashes Fatale, L'Oreal Paris

Recenzja: Tusz do rzęs Volume Million Lashes Fatale, L'Oreal Paris
Obietnice producenta:
Maskara Volume Million Lashes Fatale dzięki wyjątkowej dwurzędowej szczoteczce Millionizer daje natychmiastowy efekt objętości jednocześnie zapewniając idealne rozdzielenie rzęs. Szczoteczka została zaprojektowana tak, by docierać do każdej rzęsy i umożliwić pokrycie całej jej powierzchni za jednym pociągnięciem. Daje możliwość nadbudowania objętości warstwa po warstwie dla uzyskania jeszcze bardziej uwodzicielskiego efektu. Zapewnia optymalna dozę tuszu bez nadmiaru, bez grudek.
Moim zdaniem:
Z wiekiem bardzo polubiłam maskary z serii Volume Million Lashes i nie jest mi już szkoda zapłacić za nie kilkudziesięciu złotych, bo wiem, że są warte tych pieniędzy. Dlatego ucieszyłam się, gdy Zespół L’Oréal Paris Polska napisał do mnie z propozycją przetestowania Fatale, czyli dziewiątej już maskary z rodziny Volume Million Lashes. 
Maskara Fatale zamknięta jest w charakterystycznym dla całej serii połyskliwym opakowaniu, tym razem w odcieniu mocnego fioletu. Opakowanie jest naprawdę piękne, przykuwające uwagę i cieszące oko, jednak w ogóle nie chciało współpracować z moim aparatem, dlatego przepraszam Was za jakość pierwszego zdjęcia. Silikonowa szczoteczka ma krótkie włoski, które ułożone są spiralnie i pozwalają dotrzeć do każdej rzęsy bez ryzyka pobrudzenia powieki. Szczoteczka zawsze nabiera odpowiednią ilość produktu- nigdy nie musiałam wycierać nadmiaru tuszu o kant opakowania. Pozwala na ładne, szybkie i sprawne pokrycie rzęs tuszem. Maskara ma kremową konsystencję, ale niezbyt mokrą, dlatego łatwiej maluje się nią rzęsy. Jest bezzapachowa i ma odcień intensywnej czerni. 
Volume Million Lashes Fatale w widoczny sposób pogrubia rzęsy, nie sklejając ich, nawet gdy nałożymy dodatkowe warstwy. Efekt można stopniować w zależności od preferencji- na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć moje rzęsy pociągnięte dwiema warstwami tuszu ( plus cień w kredce Faberlic, który znalazłam w Shiny Box'ie "Party Time" ). Oprócz wspomnianego już pogrubienia, maskara ładnie rozdziela rzęsy, wydłuża je oraz świetnie podkręca "otwierając" oko. Trwałość tuszu również oceniam bardzo dobrze- kosmetyk do makijażu oczy L'Oreal Paris nie pozostawia grudek, nie rozmazuje się ani nie osypuje, cały dzień trzyma się swojego miejsca, a wieczorem bez problemu poddaje się demakijażowi. Maskary Fatale używam codziennie od kilku tygodni i nigdy nie wywołała u mnie żadnej reakcji alergicznej. 
Mascara Volume Million Lashes Fatale L'Oreal ma pojemność 9,4 ml i w zależności od sklepu kosztuje od 30,00 zł do nawet 60,00 zł- najtaniej kupicie w drogeriach internetowych, najdrożej w stacjonarnych, np. w Rossmannie.

07:00:00

ShinyBox "Pretty.Happy.You"

ShinyBox "Pretty.Happy.You"
Od początku roku stałym punktem w moim blogowaniu jest post ukazujący zawartość Shiny Box'a. W tym miesiącu nie może być inaczej! Przed Wami oto najnowszy, świeżutki i jeszcze ciepły box "Pretty.Happy.You" :D Tym razem bardzo kolorowe, graficzne pudełko skrywa w sobie 5 pełnowymiarowych produktów, kosmetyczny upominek, kilka ulotek oraz kupon rabatowy -20% do wykorzystania w sklepie internetowym Neess
Perełką majowego Shiny Box'a jest głęboko odżywczy krem do twarzy Naobay ( 50 ml/210,00 zł ). Aż 98,85% składników tego kremu jest pochodzenia naturalnego, z czego 20% pochodzi z upraw ekologicznych. Wśród tych składników mamy sok z aloesu, oliwę z oliwek, masło shea oraz olej z awokado. Krem znajduje się w bardzo fajnej tubce ze świetną, drewnianą nakrętką. Całość jest klasyczna i elegancka. Konsystencja kremu jest bardzo delikatna i leciutka, jednak mało podoba mi się jego zapach- nie wiem czemu, ale mnie się kojarzy z męskim żelem do golenia. Odżywczy krem Naobay szybko się wchłania w skórę, pozostawiając ją nawilżoną, miękką w dotyku i ukojoną. 
Kolejnym kosmetykiem z boxa jest nowość marki FA, czyli dezodorant w kulce z serii Soft&Control ( 50 ml/8,99 zł ). Jakiś czas temu przerzuciłam się na antyperspiranty w kulce, więc mimo iż z kosmetykami FA niewiele miałam styczności, to cieszę się z tego produktu. Szklane opakowanie jest naprawdę solidne, kulka się nie zacina, a sam kosmetyk nie brudzi ubrań, nie podrażnia skóry i całkiem przyjemnie pachnie. Jeśli sprawdzi się na dłuższą metę to niewykluczone, że będzie się częściej u mnie pojawiać ;) 
Z marką Creightons nigdy nie miałam styczności ( podobno jej produkty dostępne są w Rossmannie, ale ja ich nie kojarzę ), dlatego jestem bardzo ciekawa szamponu do włosów Argan Smooth ( 250 ml/19,90 zł ), który swoimi gabarytami wypełnił prawie pół boxa :P Wygodna tubka o fajnie dobranej kolorystyce skrywa w sobie prześlicznie pachnący kosmetyk o odpowiednio gęstej konsystencji. Jest to szampon odpowiedni do wszystkich rodzajów włosów. Wśród jego składników znajdziemy marokański olej arganowy, proteiny jedwabiu oraz przeciwutleniacze. Przetestowałam go jeszcze tego samego dnia, w którym dostałam boxa i moje pierwsze wrażenia są pozytywne. Szampon fajnie oczyścił włosy, nie zrobił z nich siana ani nie podrażnił skóry głowy. 
Wymiennymi produktami, które możecie znaleźć w majowym Shiny Box'ie są kosmetyki z serii InstaPerfect Matt&Clear Bielendy oraz z Herbal Care. Z Bielendy może Wam się trafić: krem- żel matująco- nawilżający, serum- korektor, korektor punktowy, peeling 3w1 lub matujące bibułki. Z Hebral Care mogą to być maseczki: nawilżająca z aloesem, z olejkiem arganowym lub z dziką różą, albo peeling z kwiatem migdałowca.
W swoim boxie miałam bibułki matujące Bielendy ( 100 szt./11,13 zł ), które schowane zostały do bardzo fajnego i poręcznego opakowania, które zajmuje niewiele miejsca, dzięki czemu zawsze możemy mieć je pod ręką. W dodatku są bardzo cieniutkie, o takim leciutko szarym kolorze. Wcześniej nie używałam takich bibułek, ale one naprawdę działają! Wystarczy jedną bibułkę przyłożyć delikatnie do świecącej się partii twarzy i lekko docisnąć. Bibułka momentalnie wchłania nadmiar sebum i potu, nie naruszając przy tym makijażu. O ile lekko ją dociskamy, a nie pocieramy nią skóry ;)
Zaś z Herbal Care otrzymałam odżywczą maseczkę do suchej i bardzo suchej skóry z olejkiem arganowym ( 2,50 zł/2x5 ml ). Oprócz olejku arganowego zawiera jeszcze kolagen, proteiny pszenicy, a także oligosacharydy z drzewa Tara, które zapobiegają utracie wody z naskórka, długotrwale ją nawilżając. Efektem stosowania maseczki ma być skóra pozbawiona uczucia suchości, odżywiona, zregenerowana, jędrna, gładka i miła w dotyku. Brzmi bajecznie, prawda :)?
W boxie był też zestaw pielęgnacyjny Synchroline składający się z czterech próbek kremów do twarzy: anti-aging z witaminą C, do skóry pozbawionej blasku i elastyczności, rozjaśniający z filtrem spf 50+ oraz do skóry pozbawionej blasku. Każdy z nich należy zużyć w ciągu miesiąca od otwarcia. 
Podsumowując, zestaw próbek Synchroline oraz maseczkę HerbalCare powędrują do mojej mamy. Maseczka dlatego, że przeznaczona jest do bardzo suchej skóry, a ja mam mieszaną, poza tym bardziej przyda się mojej mamie. A próbki dlatego, że moja rodzicielka, w przeciwieństwie do mnie, bardzo lubi ich używać :P Reszta kosmetyków zostaje u mnie, bo praktycznie już wszystkie poszły w ruch :D Bibułki Bielendy wrzuciłam do torebki, bo nigdy nie wiadomo kiedy mogą się przydać. Dezodorantu Fa też już użyłam kilka razy, ale ogólnie to poczeka aż dna dobije antyperspirant z Ziaji, który jest obecnie w użyciu. Kremu Naobay używam w porannej pielęgnacji, czasami smaruję nim również dłonie. A szampon już od pierwszego dnia stoi pod prysznicem i pozwala mi się rozkoszować jego zapachem :D 

07:32:00

Recenzja: Nawilżająca odżywka do skóry głowy i włosów, Bionigree

Recenzja: Nawilżająca odżywka do skóry głowy i włosów, Bionigree
Obietnice producenta:
Odżywka nawilżająca do skóry głowy i włosów Bionigree to jednocześnie polski, wyjątkowo unikalny i bardzo skuteczny kosmetyk trychologiczny stanowiący trzeci w kolejności produkt do prawidłowej pielęgnacji skóry głowy i włosów ( po serum oczyszczającym skórę głowy i szamponie do włosów ) linii Basic. Odżywka nawilżająca skórę głowy i włosy to naturalny kosmetyk trychologiczny o działaniu intensywnie nawilżającym, odbudowującym i odżywiającym skórę głowy i włosy zniszczone zabiegami kosmetycznymi i nieprawidłową ich pielęgnacją. Odżywka dodatkowo wzmacnia włosy i cebulki włosowe oraz zapobiega elektryzowaniu się włosów. Zapewnia właściwą ochronę skóry głowy i włosów przed szkodliwymi czynnikami.

Moim zdaniem:
Znacie mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że unikam aplikowania odżywek i masek do włosów bezpośrednio przy ich nasadzie, obawiając się ich obciążenia i szybkiego przetłuszczenia. Wiecie też, że nigdy w życiu nie miałam kosmetyku przeznaczonego stricte do skóry głowy. Jednak dla specjalistycznego, typowo trychologicznego produktu polskiej marki Bionigree zrobiłam wyjątek, podjęłam ryzyko i przetestowałam go na własnej skórze głowy ;)
Nawilżająca odżywka do skóry głowy i włosów wlana została do plastikowej butelki o pojemności 200 ml, a następnie zakręcona na czarną nakrętkę z pompką. Dotarłam do informacji, że opakowanie zostało wykonane z recyklingu, za co marce należą się duże brawa. Butelka jest przezroczysta, więc stopień zużycia odżywki można kontrolować na bieżąco, a dodatkowo oklejona została nalepką z takimi informacjami jak właściwości, skład, sposób użycia i datą ważności. Z nalepki nic się nie ściera, a ona sama dobrze trzyma się swojego miejsca, mimo iż stojąc po prysznicem codziennie narażona jest na spore ilości wody. Pompka działa bez zarzutu, ani razu się nie zacięła i ułatwia aplikację odżywki, która ma zaskakująco płynną konsystencję. Produkt ma biały kolor i mnie osobiście kojarzy się z mlekiem :P Odżywka w swoim składzie ma ekstrakt z czarnej porzeczki, której to nuta zdecydowanie przebija się w zapachu kosmetyku. Jest ona wyraźna, ale jednocześnie subtelna i jak nie przepadam za czarną porzeczką, tak jej aromat w odżywce bardzo mi się podoba.
Odżywka, mimo iż wcale jej sobie nie szczędzę i aplikuję nawet po 5-6 pompek, okazała się bardzo wydajnym kosmetykiem. Używam jej co drugie mycie ( czyli dwa razy w tygodniu ) i chociaż mam ją już od kilku tygodni, nadal sporo zostało jej w butelce. Odżywkę najpierw aplikuję na ręce, a następnie wcieram w skórę głowy i rozprowadzam po całej długości włosów, zostawiając na 10-15 minut. Większych problemów ze skórą głowy nie mam, ale zdarza mi się odczuwać dyskomfort w postaci swędzenia. Odkąd używam tej odżywki zapomniałam już o tym uczuciu, kosmetyk skutecznie nawilżył skórę głowy i złagodził objawy swędzenia. Dzięki zawartości betainy włosy mniej się elektryzują, a olejek rycynowy wzmacnia je już od samej nasady, odbijając włosy, dzięki czemu zyskują na delikatnej objętości. Obawiałam się czy odżywka nie sprawi, że włosy będą szybciej się przetłuszczać, przez co zmuszona będę je częściej myć, ale nic takiego się nie stało, z czego jestem naprawdę mocno zadowolona. Produkt Bionigree nie wywołał też żadnych niepożądanych reakcji, na przykład łupieżu. 
Nie da się ukryć, że odżywka do najtańszych nie należy, ale pamiętajcie o tym, że jest to nasz, rodzimy produkt trychologiczny, dodatkowo naturalny, o dobrym składzie ( tutaj go znajdziecie ), w którym nie znajdziecie składników pochodzenia zwierzęcego. 

Na koniec mam jeszcze ważny komunikat, a właściwie dwa. Po pierwsze, do 31 maja br. ( lub do wyczerpania zapasów ) możecie kupić Oczyszczające serum do skóry głowy Bionigree taniej o 25%. Wystarczy w odpowiednim polu wpisać kod zamówienia "SERUM2017PW02" (serum2017pw02 też działa). Po drugie, możecie zamówić próbki kosmetyków Bionigree oraz bezpłatny zestaw próbek- w tym przypadku pokrywacie tylko koszt wysyłki, min. 5,20 zł za polecony list ekonomiczny wg cennika Poczty Polskiej. I jak, jesteście zainteresowane?

07:00:00

Gąbeczka do makijażu Miracle Complexion Sponge, Real Techniques

Gąbeczka do makijażu Miracle Complexion Sponge, Real Techniques
Jakiś czas temu, po wielu miesiącach używania i chwalenia sobie, mój ulubiony pędzel do rozprowadznia podkładu, Hakuro H50, poszedł w odstawkę, ponieważ znalazłam nowego faworyta do nakładania podkładu. Jest nim pomarańczowa gąbeczka Miracle Complexion Sponge, Real Techniques. Nie pomyślałabym, że do tak niepozornego gadżetu zapałam tak dużym, kosmetycznym uczuciem, bo nasza znajomość nie zaczęła się zbyt dobrze...
Dwupak gąbeczek Real Techniques zamówiłam prawie rok temu w jednej z internetowych drogerii w promocyjnej za mniej więcej 40,00 zł. Była to naprawdę okazyjna cena, bo pojedynczo kupiona gąbeczka kosztuje średnio około 25,00 zł. Obejrzałam kilka filmików na YT jak należy się z nią obchodzić, jak aplikować nią podkład, jak utrzymywać w czystości i tym podobne. Bogatsza o potrzebną wiedzę, usiadłam z zamiarem wykonania pierwszego makijażu przy jej pomocy, co skończyło się totalną porażką, niezadowoleniem, przypadkowym zrobieniem dziury w gąbeczce i koniec końców rzuceniem jej w kąt. Mimo, że zmoczyłam gąbkę pod bieżącą wodą, odcisnęłam jej nadmiar w papierowy ręcznik i dopiero zaczęłam aplikować nią podkład, to coś poszło źle, bo po skończeniu makijażu, twarz nie wyglądała na umalowaną. Chodzi mi o to, że wszystkie niedoskonałości, zaczerwienienia, nierówny koloryt cery nie zostały zatuszowane, a skóra wyglądała tak, jakby w ogóle nie widziała podkładu. Ten jeden raz mocno mnie zniechęcił do używania jej przez następnych kilka miesięcy. Jednak jakiś czas temu, przy okazji porządków przypomniałam sobie o niej i nawet rozważałam albo jej wyrzucenie albo mocne skrytykowanie na blogu, ale w przypadku pierwszej możliwości było mi trochę szkoda tych pieniędzy, które za nią dałam, a w przypadku drugiej sytuacji nie mogłam napisać negatywnej recenzji po jednym jej użyciu. Postanowiłam więc dać jej jeszcze jedną szansę, a ona wykorzystała to w 100% :)
Co takiego się stało, że zmieniłam zdanie o gąbeczce Miracle Complexion Sponge? Bardzo prosta rzecz: nie moczę jej pod bieżącą wodą, bo znalazłam inny sposób zwilżania jej- do buteleczki z atomizerem wlewam wodę i spryskuję gąbeczkę wodną mgiełką, a nadmiar wyciskam w chusteczkę higieniczną. Taka mała zmiana sprawiła, że gąbeczka pokazała na co naprawdę ją stać, tym samym zostając moim ulubionym akcesorium do makijażu. Myślę, że zmoczona pod kranem, nawet po wyciśnięciu w chusteczkę, nadal ma w sobie zbyt dużo wody, przez co i ona i aplikowany podkład tracą na swoich właściwościach. Pod wpływem wody gąbka powiększa się, jest przez to wygodniejsza w użyciu, lepiej trzyma się w dłoni. Poza tym jest milsza w dotyku, a podkład nakładany takim zwilżonym "narzędziem" ładniej stapia się ze skórą. 
Używanie gąbeczki jest dziecinnie proste. Najpierw wyciskam pompkę lub dwie podkładu na wierzch dłoni, a następnie delikatnie maczam gąbeczkę w podkładzie i dopiero nanoszę na skórę. Płaską częścią aplikuję podkład, rozprowadzając go po całej twarzy ( najpierw rozcierając, aby ujednolicić koloryt skóry, a następnie stemplując, kryjąc tym samym niedoskonałości ), a do mniej dostępnych miejsc, np. przy skrzydełkach nosa, używam punktowego czubka. Gąbeczkę mam już parę miesięcy, więc zdążyłam sprawdzić jak współpracuje z różnymi podkładami. Jak dla mnie, gadżet Real Techniques świetnie "dogaduje się" z wszystkimi podkładami, zarówno z tymi tańszymi, jak na przykład Matte&Moisture Smart Girls Get More, jak i z tymi z wyższej półki, dajmy na to z ColorStay Revlon. Gąbeczka wchłania nadmiar podkładu, pozostawiając na swojej powierzchni ilość odpowiednią do uzyskania naturalnego wykończenia bez smug. Przy metodzie stemplowania, gąbka bardzo dobrze kryje niedoskonałości i tuszuje cienie pod oczami. Podkład nałożony za jej pomocą świetnie stapia się z cerą, stając się niemal niewidocznym. 
Gąbeczkę jest bardzo łatwo utrzymać w czystości. Na co dzień spryskuję ją wodą i odciskam w chusteczkę, dzięki czemu większość podkładu z niej znika, a raz w tygodniu myję ją pod bieżącą wodą z dodatkiem mydła lub uszlachetnionego olejku arganowego do oczyszczania i mycia skóry, o którym niedługo poczytacie na blogu, a następnie zostawiam, aby sama wyschła. Dbam o nią tak już od kilku tygodni i widzę, że taki sposób czyszczenia jej służy. 
Wcześniej nie rozumiałam fenomenu tej gąbeczki, ale na własnej skórze przekonałam się, że szum wokół niej jest jak najbardziej uzasadniony, bo choć niepozorna, to jest genialna!

07:00:00

Recenzja: Antybakteryjny żel do mycia twarzy Clarina, Himalaya Herbals

Recenzja: Antybakteryjny żel do mycia twarzy Clarina, Himalaya Herbals
Obietnice producenta:
Żel usuwa zanieczyszczenia i łagodzi stany zapalne skóry. Żel jest wzbogacony ekstraktami z ziół o działaniu przeciwbakteryjnym, przeciwzapalnym, złuszczającym i zapobiegającym tworzeniu się nowych punktów zapalnych. Preparat obniża aktywność gruczołów łojowych - jednej z głównych przyczyn powstania trądziku.

60ml/13,50 zł w sklepie internetowym Magiczne Indie
Moim zdaniem:
Himalaya Herbals to jedna z najbardziej znanych marek kosmetycznych, tworzonych z naturalnych kosmetyków, których bazą są wyciągi z ziół, pochodzących z najczystszych ekologicznie terenów świata, czyli Himalajów. W szerokiej gamie ich kosmetyków znajdziemy produkty do pielęgnacji włosów, skóry twarzy i całego ciała. Mnie przez jakiś czas w codziennej pielęgnacji twarzy towarzyszył antybakteryjny żel do mycia twarzy z serii Clarina.
Biała, elastyczna tubka z zielonymi akcentami ma pojemność 60 ml. Kryje w sobie gęstą konsystencję, przezroczystą o bursztynowym zabarwieniu. W kontakcie z wodą żel wytwarza bardzo dużo delikatnej, myjącej piany. Nie trzeba go dużo, wystarczy ilość widoczna na zdjęciu poniżej ( a nawet mniej ), aby porządnie oczyścić skórę twarzy z nagromadzonych w ciągu dnia zabrudzeń. Opakowanie, konsystencja, wydajność- wszystko to mi odpowiada, jest jednak jedna rzecz, która w stosowaniu tego żelu strasznie mi przeszkadzała. Jest nim zapach produktu, który jest bardzo mydlany, a tym samym męczący i mocno uciążliwy. Zapach jest tak mocny, że podczas mycia twarzy z zamkniętymi oczami zawsze łapię się na myśli czy przypadkiem nie myję twarzy mydłem w kostce, zamiast żelem...
Najważniejsze składniki tego żelu to miodła indyjska, czyli neem, która jest szczególnie zalecana do leczenia zaburzeń skóry, właśnie takich jak trądzik; aloes barbadoski o silnych właściwościach antybakteryjnych, antyseptycznych i przeciwgrzybicznych oraz kojących i łagodzących suchość skóry; oraz kurkuma, która znana jest ze swoich właściwości przeciwzapalnych i wyrównujących koloryt skóry. 
Żel stosowałam czasami raz dziennie, a czasami dwa razy w ciągu dnia, rano i wieczorem. Przez cały okres testowania nie podrażnił mojej skóry ani nie wywołał żadnych zmian alergicznych. Gdy przypadkiem dostanie się do oczu, nie szczypie ani nie powoduje zaczerwienienia gałki ocznej, o ile szybko się go wypłucze dużą ilością wody. Żel działa trochę wysuszająco na skórę, sprawiając, że jest ona delikatnie ściągnięta, ale porcja kremu do twarzy przywraca jej komfort, a nieprzyjemne uczucie ściągnięcia mija. Jak na dobry produkty myjący przystało, kosmetyk od Himalaya Herbals dogłębnie oczyszcza skórę z pozostałości po makijażu i całego brudu i kurzu, które nagromadziły się przez cały dzień. Po spłukaniu żelu, skóra jest czysta, odświeżona i matowa. Systematycznie stosowany sprawia, że skóra mniej się błyszczy, bo wydzielanie sebum jest unormowane, a jej niedoskonałości szybciej się goją i znikają. 
Podsumowując, oprócz męczącego, mydlanego zapachu nie mam nic do zarzucenia temu żelowi. Nie jest drogi, wystarcza na dłuższy czas, ma wygodne opakowanie i dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Z dostępnością też nie ma problemu, znajdziecie go albo w aptekach albo w sklepach internetowych, np. w Magicznych Indiach

07:00:00

Czas pędzi jak szalony, czyli MintElegance obchodzi 6.urodziny!

Czas pędzi jak szalony, czyli MintElegance obchodzi 6.urodziny!
Pisanie tego postu zaczęłam już kilka tygodni temu, wracając do niego co jakiś czas, modyfikując go na różne sposoby, bo kompletnie nie miałam na niego pomysłu. Do tej pory nie wiem, czy wpis, którym chciałabym uczcić kolejne, już szóste urodziny MintElegance, w pełni mnie usatysfakcjonuje i odda wszystko to, co chciałabym Wam przekazać. Po dłuższym namyśle stwierdziłam, że nie będę lała wody, tylko napiszę krótki i zwięzły wpis. 
Chciałabym zacząć od faktów, czyli statystyki. Przez te sześć lat odwiedziłyście mnie prawie 700 tysięcy razy, zostawiłyście ponad 42 tysiące komentarzy pod postami, których napisałam blisko 1000 !! Około 2 tysięcy Was postanowiło zostać ze mną na dłużej i zaobserwować mojego bloga. Nie zliczę, ile czasu spędziłam na robieniu zdjęć i pisaniu postów- takimi żebyście chciały jeszcze to oglądać i czytać, ale wiem, że było warto. Jesteście moją motywacją, inspiracją, źródłem wiedzy, weny i dobrych pomysłów. Gdyby nie Wy, nie wiem czy chciałoby mi się tworzyć to miejsce, rozwijać, sprawiać, aby coraz bardziej Wam się tutaj podobało. Być może już to kiedyś pisałam, ale mało obchodzą mnie liczby, nie one są dla mnie wyznacznikiem sukcesu bloga, tylko Wy, Wasze komentarze, wiadomości, wszystkie miłe słowa i konstruktywne krytyki. To dla Was piszę i mam nadzieję, że ta przyjemność będzie trwała jeszcze bardzo, bardzo długo. Dziękuję Wam, że jesteście :* I proszę, żebyście jeszcze ze mną zostały :)
źródło to oczywiście niezawodny Wujek Google


PS. Do zobaczenia już jutro na Meet Beauty Conference :D 

07:07:00

Odżywczy płyn micelarny- tonik 2w1, Vianek

Odżywczy płyn micelarny- tonik 2w1, Vianek
Obietnice producenta:
Delikatny preparat łączy w sobie funkcje płynu micelarnego, skutecznie usuwającego makijaż oraz toniku o działaniu nawilżającym o kojącym. Przeznaczony do każdego rodzaju skóry. Dzięki zawartości oleju rokitnikowegooleju z pestek moreli i lecytyny sojowej, odżywia i pozostawia ochronną warstwę, która zapobiega przesuszeniu skóry. Ekstrakt z nagietka i panthenol łagodzą podrażnienia i przywracają komfort skórze po demakijażu.

200 ml/16,99 zł w sklepie internetowym Vianek
Moim zdaniem:
Vianek to polska marka kosmetyków, którą na pewno znają wszystkie maniaczki naturalnej pielęgnacji. Cenię sobie naturalną pielęgnację, ale jakąś jej wielką zwolenniczką też nie jestem, jednakże lubię nasze rodzime marki kosmetyczne- dlatego tak mocno chciałam poznać produkty Vianka :) W nowościach stycznia ( dla przypomnienia: klik ) pokazałam Wam trzy kosmetyki z odżywczej serii marki Vianek, które kupiłam w zestawie za 35,00 zł: peeling- maskę, odżywczy krem na noc, o którym pisałam w tym poście oraz płyn micelarny- tonik, który jest bohaterem dzisiejszej recenzji.
Produkty Vianka da się poznać z daleka, ponieważ mają charakterystyczną szatę graficzną. Skromną, kwiatową, ale przejrzystą i przyjemną dla oka. Każda seria ma swój kolor- do serii odżywczej został przypisany pomarańczowy kolor. Oprócz tej wersji mamy jeszcze pięć innych: różową łagodzącą, zieloną orzeźwiającą, niebieską nawilżającą, fioletową kojącą oraz czerwoną ujędrniającą. Płyn micelarny- tonik z odżywczej serii Vianka przeznaczony jest do pielęgnacji każdego rodzaju skóry. Jest przezroczysty i ma przepiękny, kwiatowy zapach okraszony nutką słodyczy, który baaardzo mi się podoba. W jego składzie znajduje się między innymi ekstrakt z nagietka lekarskiego o działaniu przeciwzapalnym i regenerującym, zmiękczający olej z pestek moreli i poprawiający koloryt skóry olej z rokitnika oraz rozjaśniający kwas cytrynowy i fitowy, który pełni rolę konserwującą, a także rozjaśnia i lekko złuszcza. 
Produktu używam głównie jako toniku, raz lub dwa potraktowałam go jako płyn do demakijażu. Bardzo dobrze poradził sobie ze zmyciem makijażu, ładnie rozpuścił wszystkie kosmetyki oraz nie podrażnił oczu. Jednak jak już wspomniałam na początku akapitu, częściej pełni u mnie rolę toniku, którym nasączam wacik, a następnie przemywam twarz po umyciu jej żelem, a przed nałożeniem kremu, olejku bądź serum. Tonik świetnie nawilża i odżywia skórę, a także łagodzi wszelkie podrażnienia. Bardzo dobrze dba o skórę, pozostawia ją bardzo miękką i przygotowuje ją na dalsze etapy pielęgnacji. Płyn nie podrażnia, nie uczula, nie ma też negatywnego wpływu na niedoskonałości cery. Jest bardzo delikatny dla skóry, więc myślę, że świetnie sprawdzi się u osób z wrażliwą cerą. 
Jest to kosmetyk, który należy zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia. Nie miałam z tym problemu, bo tonik do najbardziej wydajnych produktów nie należy. Jest jednak bardzo fajnym, naturalnym i polskim ( !! ) kosmetykiem do pielęgnacji skóry twarzy, który z przyjemnością Wam polecam.

07:00:00

Ratunek dla paznokci, czyli japoński manicure

Ratunek dla paznokci, czyli japoński manicure
Po naprawdę długim czasie noszenia hybryd postanowiłam zrobić sobie dłuższą przerwę. Moje paznokcie tego wymagały, bo nagle zrobiły się cienkie i kruche, a na dodatek łamały się jeden za drugim. Do tej pory przerwy pomiędzy kolejnymi manikiurami hybrydowymi trwały u mnie krótko, bo dzień lub dwa, rzadko kiedy kilka dni, a tym bardziej tygodni. Tym razem zrobiłam sobie ponad półtoramiesięczną przerwę od hybryd, co było moim rekordem. W tym czasie byłam na dwóch zabiegach japońskiego manicure, który miał za zadanie odżywić, wzmocnić i zregenerować moje paznokcie. Jest to zabieg składający się z dwóch prostych kroków. Za pomocą specjalnych polerek w płytkę paznokcia wciera się najpierw pastę z witaminami i minerałami, a następnie specjalny puder, którego właściwości pozwalają zatrzymać naturalne składniki pasty. Ponadto zabieg ten pięknie nabłyszcza paznokcie. 
Na japoński manicure wybrałam się do znajomej kosmetyczki. W ciągu godziny, bo tyle trwał zabieg wraz z przygotowaniem paznokci ( dezynfekcja, nadanie im kształtu, wycięcie skórek ), moje paznokcie przeszły totalną metamorfozę! Z cienkich i łamliwych stały się mocne, twarde i pięknie błyszczące. Paznokcie zrobiły się idealnie gładkie, wszystkie nierówności i bruzdy zniknęły. Ale co ważniejsze, przestały się rozdwajać i zadzierać. Paznokcie zostały wypielęgnowane i przez kilkanaście dni lśniły tak, jakby zostały dopiero co pomalowane bezbarwną odżywką. 
Obecnie z japońskiego manicure jestem bardzo zadowolona, jednak kilka dni po pierwszym zabiegu poczułam rozczarowanie, ponieważ trzy paznokcie złamały się, czego w ogóle się nie spodziewałam. Gdy wybrałam się na kolejny zabieg ( 1,5 tygodnia po pierwszym ), kosmetyczka stwierdziła, że nie jest tak zdziwiona jak ja, bo moja płytka była naprawdę w kiepskim stanie i jeden zabieg diametralnie tego nie naprawił... Ich słaba kondycja to już na szczęście przeszłość, bo kolejny zabieg jeszcze mocniej je odżywił i utwardził i teraz już żaden paznokieć nie odważył mi się złamać. I tak jest do dzisiejszego dnia, a od ostatniego zabiegu minęły już prawie 3 miesiące. 
U mnie w miasteczku japoński manicure u kosmetyczki kosztuje 35,00 zł. Podpatrzyłam, że jest bardzo prosty w wykonaniu  i zastanawiam się czy nie kupić sobie takiego samego zestawu do domowego użytku. Na Allegro zestaw p.shine, którego używają też kosmetyczki, kosztuje nieco ponad 100,00 zł. Wiem, że były by to bardzo dobrze wydane pieniądze, bo japoński manicure jest mega wydajny, a poza tym działa lepiej niż najlepsza odżywka do paznokci!

07:02:00

Recenzja: Eliksir do kąpieli i krystaliczny scrub do ciała od BingoSpa

Recenzja: Eliksir do kąpieli i krystaliczny scrub do ciała od BingoSpa
Obietnice producenta:
Eliksir  do kąpieli o brzoskwiniowym aromacie przeniesie Cię na słoneczne plaże Majorki i otuli zapachem kwitnących sadów brzoskwiniowych. Wzbogacony masłem Shea, znanym ze swych właściwości nawilżających, przywróci naturalne piękno Twojej skóry.

Krystaliczny scrub do ciała z ekstraktami z ekstraktami roślin z Japonii - Camelia Sinensis, Ginkgo Biloba, Panax Ginseng usuwa martwy naskórek, oczyszcza i relaksuje zmęczoną skórę. Przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju skóry, dla kobiet w każdym wieku. Usuwając martwy naskórek, likwiduje szorstkość lub nadmierne łuszczenie, utrzymuje skórę w dobrej kondycji, skutecznie ją regeneruje i odżywia, pozostawia ją gładką, miękką i zrelaksowaną.
Moim zdaniem:
Kilka tygodni temu zakwalifikowałam się do kolejnej edycji testowania kosmetyków BingoSpa. Tym razem wybrałam sobie dwa produkty do pielęgnacji ciała. Pierwszym z nich jest eliksir do kąpieli, a drugim krystaliczny scrub do ciała. Oba te kosmetyki zaprezentuję Wam w dzisiejszej recenzji :)
Zaczniemy od eliksiru do kąpieli, który wlany został do prostej, plastikowej butli o pojemność aż 1000 ml. Butelka zakręcana jest na aluminiową nakrętkę, chociaż osobiście preferowałabym pompkę lub zamknięcie z zatyczką. Chwilowo obywam się bez wanny, więc eliksiru używam pod prysznicem i dlatego ucieszyłabym się, gdyby otwór był mniejszy, niż jak widzicie na zdjęciu wyżej, bo łatwo możecie się domyślić, że nieraz wylałam na gąbkę więcej produktu niż chciałam. Sama butla jest ciężka i średnio wygodna w używaniu, zwłaszcza pod prysznicem. Chociaż może nie powinnam się tego czepiać, ponieważ kosmetyk docelowo przeznaczony jest do kąpieli? Ale skoro już to napisałam, to niech tak zostanie ;)
Eliksir BingoSpa ma świetną, kremową i odpowiednio gęstą konsystencję w energetycznie pomarańczowym kolorze, która w kontakcie z wodą wytwarza naprawdę cały ogrom puszystej, miękkiej piany. A dodatkowo pachnie wprost zniewalająco! W zapachu wyraźnie czuć brzoskwiniową nutę, której słodycz jest idealnie wyważona. 
Litrowa butla płynu do kąpieli wystarczyła mi na około 1,5 miesiąca systematycznego używania, dzień w dzień. Eliksir spełnia swoje podstawowe zadanie, czyli myje, oczyszcza i odświeża, pozostawiając przy tym skórę delikatnie nawilżoną, gładką i miękką w dotyku. Po wyjściu spod prysznica skóra nie jest ściągnięta, nigdy też nie odczułam innego rodzaju dyskomfortu, dlatego eliksiru BingoSpa używałam z dużą przyjemnością. 
No to teraz kosmetyk, którego używałam mniej chętnie, czyli scrub do ciała z zieloną herbatą, ginko biloba oraz żeń-szeniem, który zamknięty został w wygodnym opakowaniu, jakim jest szeroki słoik, dający swobodny dostęp do jego wnętrza. Pachnie dość specyficznie, jak sól do kąpieli, ale jest to zapach ulotny, wyczuwalny tylko w opakowaniu. 
Scrub ma postać dużych kryształków soli, które są po prostu suche i luźne, bo w kosmetyku nie wykorzystano żadnej "scalającej" bazy, która sprawiłaby, że wspomniane kryształki trzymałyby się skóry. Uwierzcie mi, próbowałam wykonać masaż ciała tym kosmetykiem na suchą skórę, na wilgotną, w połączeniu z żelem pod prysznic, a także z balsamem do ciała- w żadnym przypadku się nie sprawdził, za każdym razem kryształki po prostu nie "przyklejały się" do skóry, tylko od razu osypywały się do brodzika. Czytałam na blogach, że inne blogerki wykorzystały go jako sól do kąpieli lub do stóp, ja jednak tego nie robię z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że obecnie nie mam wanny, aby móc sobie fundować relaks z solami, a po drugie- jeśli coś jest nazwane scrubem, to chciałabym używać tego zgodnie z jego przeznaczeniem, a nie szukać dla niego innego sposobu wykorzystania. 
Podsumowując, mimo iż eliksir do kąpieli nie wyróżnia się jakoś niczym szczególnym na tle innych kosmetyków myjących ( może poza swoimi gabarytami ) to uważam, że może znaleźć wielu zwolenników ze względu na swój przyjemny, egzotycznie owocowy zapach, fajną konsystencję oraz naprawdę dobre działanie. I dlatego śmiało mogę go Wam polecić. Odradzam jednak kupno scrubu do ciała, bo jest to produkt, moim zdaniem, nieprzemyślany, któremu bliżej do soli do kąpieli niż do peelingu. 

07:05:00

Kwietniowe denko

Kwietniowe denko
1. Szampon odnowa nawilżenia do włosów suchych i zniszczonych, Pantene Pro-V- polubiłam go za zapach, kremową konsystencję, delikatną piane, która wytwarza w naprawdę dużych ilościach, a przede wszystkim za działanie. Szampon ten dobrze nawilża, zmiękcza i ujarzmia moje skłonne do puszenia się włosy. 
2.Odżywczy oleo- krem do włosów z olejami indyjskimi Caviar, Biovax- te oleje to moringa i tamanu, które odpowiadają za wygładzenie, zmiękczenie, nawilżenie i ujarzmienie suchych włosów. Oleo- krem moim włosom bardzo przypasował ( sprawdził się też w kryzysowej sytuacji do depilacji nóg, gdy nagle zabrakło żelu :P ), dlatego chętnie poznam pozostałe jego wersje. O tym, jakie to są wersje oraz o samym kosmetyku poczytacie w tej recenzji
3. Spajający spray-regeneracja w olejku Fiber Therapy, Gliss Kur- znalazłam go w Shiny Box "Party Time". Ma tylko 100 ml pojemności, okazał się mało wydajny, bo nawet nie wiem kiedy została mi po nim tylko pusta buteleczka... Tak jak innych produktów Gliss Kur w sprayu i tego olejku używałam głównie przed prostowaniem włosów. 
4. Intensywnie nawilżający krem do twarzy na pierwsze zmarszczki, Aqua Pi Cosmetics- bardzo drogi krem ( 50 ml/159,00 zł ), który niczym nie odbiega od wielu tańszych drogeryjnych kremów. Dobrze nawilża i zmiękcza skórę, ale i tak nie jest wart swojej ceny. Pełną recenzję znajdziecie tutaj
5. Regeneracyjny krem pod oczy, L'Orient- to kolejny kosmetyk z Shiny Boxa ;) Jego recenzje znajdziecie kilka postów wcześniej. Ci, którym nie chce się szukać, niech klikną w ten link :D
6. Olejek do opalania i masażu Neroli Essence, Song of India- oddziaływanie olejku na skórę jest naprawdę dobre, ale jego zapach jest nie do wytrzymania i dlatego cieszę się, że udało mi się go zużyć w krótkim czasie. Pod tym linkiem znajdziecie jego recenzje. Jest drogi ( 15 ml/64,00 zł ), ale bardzo wydajny, a poza tym ma naturalny skład ( a za naturę się płaci ;) i naprawdę świetnie działanie.
7. Szampon z naftą kosmetyczną, New Anna Cosmetics- oraz z olejkiem rycynowym i arganowym. Przywiozłam go z Spotkania Łódzkich Blogerek, a jego dokładna recenzja już się pisze.
8. Zmywacz lakieru hybrydowego, BeBeauty- ma także usuwać manicure akrylowy i brokatowy. Przetestowałam na kilku różnych lakierach hybrydowych i nie przy każdym się sprawdził. Jeśli jesteście ciekawe lakierów jakich marek dobrze nie rozpuścił, zapraszam do tego posta
9. Regeneracyjne serum do twarzy, Regenerum- nie tak dawno mogłyście przeczytać jego recenzje: klik. Napisałam w niej między innymi czym różni się serum od kremu. Co do zużytego kosmetyku, to serum nieźle się u mnie sprawdziło. Używałam go nie tylko w pielęgnacji twarzy, ale również szyi i dekoltu, dlatego dość szybko mi się skończyło. 
10. Płyn micelarny z olejkiem arganowym, Garnier- recenzja tego kosmetyku do demakijażu czeka na opublikowanie. Myślę, że w maju pojawi się wpis z moimi odczuciami, co do tego produktu Garniera. 
11. Nawilżający tonik do twarzy Daily Care, Mincer Pharma- przeznaczony do cery normalnej i suchej, ale na mojej mieszanej spisał się bardzo dobrze i dlatego z przyjemnością go używałam. W swoim składzie ma między innymi kwas hialuronowy i skrzyp. Dobrze tonizuje i nawilża, działa kojąco oraz przygotowuje skórę na dalsze etapy pielęgnacji. Otrzymałam go w jednym z Shiny Box'ów. 
12. Intensywnie odżywczy krem do twarzy na noc, Vianek- pisałam o nim recenzję na początku marca: klik. Cudownie pachnie i zaskakuje swym pomarańczowym kolorem. Ma nietłustą konsystencje, która ładnie rozprowadza się po skórze i szybko się wchłania, pozostawiając ją nawilżoną, ukojoną i miękką w dotyku.
13. Pomadka do ust ColorTrend, Avon- w odcieniu Passion, czyli malinowej czerwieni wpadającej w różowe tony. Pomadka znalazła się we wpisie o kosmetycznych zaskoczeniach. Jest dobrze napigmentowana, ma fajną, kremową konsystencje i nawet dobrze trzyma się na ustach, delikatnie je nawilżając. 
14. Korektor w sztyfie Cover Stick, Manhattan- jestem z niego zadowolona. Mimo, że jest "ciężki", to nie ma tendencji do zapychania skóry. Dobrze współpracuje w przeróżnymi podkładami, ładnie się stapia ze skórą, kryjąc jej niedoskonałości. Póki co mam zapas innych korektorów, ale myślę, że jeszcze kiedyś go kupię. 
15. Żel oczyszczający z kwasem salicynowym i cynkiem Czysta Skóra, Garnier- kiedyś seria Czysta Skóra była moją ulubioną, dalej mam do niej coś w rodzaju sentymentu, ale teraz sięgam po kosmetyki z tej serii znacznie rzadziej, bo w pielęgnacji skóry stawiam głównie na nawilżenie, a ta seria jest, niestety, mocno wysuszająca. Dlatego tym żelem myłam twarz nie częściej niż raz w tygodniu. Przyjemnie odświeża, momentami aż chłodzi skórę, ale czasami lubi ją za bardzo ściągnąć. 
16. Rozświetlający podkład Smooth&Light, Joko- to niestety wyrzutek :( Zdecydowałam się go nie zużyć do końca, ponieważ zaczął się rozwarstwiać. Dobrze się rozprowadza, ładnie dopasowuje się do koloru skóry, delikatnie ją rozświetlając. Krycie ma słabe, ale nie jest to przecież podkład kryjący, a poza tym kilka jego warstw umiejętnie zaaplikowanych na zaczerwienienia daje radę je zatuszować. Bardzo go polubiłam i pewnie jeszcze kiedyś u mnie zagości. 
17. Upiększający, wygładzający balsam do ust Beautifying Lip Smoother , Catrice- niestety, nie napiszę Wam jaki miałam odcień, ponieważ wszystkie napisy z tubki pościerały się. Jest to całkiem fajny, nawilżający błyszczyk do ust, który jest wyciskany i aplikuje się go za pomocą sporej, ale mięciutkiej gąbeczki. Nie mam pojęcia czy jest jeszcze dostępny, bo kupiłam go naprawdę dawno temu. 
18. Udoskonalająca baza matująca pod makijaż Stay Matte Primier, Rimmel- kupiłam zachęcona pozytywnymi opiniami na blogach. I faktycznie, baza jest bardzo dobra, ale używana codziennie w za długim okresie może nieźle zapchać. Ma postać białego kremu, troszeczkę tępego w rozprowadzaniu na skórze. Dobrze matuje, wygładza i przedłuża trwałość makijażu. 
19. Podkład do cery tłustej i mieszanej Color Sta, Revlon- jeden z moich ulubionych podkładów, na który zawsze mogę liczyć i wiem, że mnie nie zawiedzie. Kupuję go tylko w drogeriach internetowych, gdzie potrafi kosztować nawet połowę mniej niż w Rossmannie! Obecnie mam jego nową wersję, w buteleczce w pompką, której jeszcze nie testowałam. Używam albo odcienia Buff albo widocznego na zdjęciu Sand Beige. W tamtym roku napisałam recenzje, w której raczej niczego bym nie zmieniła.  
20. ???- przez kompletnie starte napisy nie mam bladego pojęcia, jaki to jest błyszczyk... Kojarzy mi się, że może to być Bell, ale ręki też sobie nie dam uciąć. Niemniej jednak wiem, że go polubiłam, ma fajny aplikator, bardzo przyjemny kolorek i świetnie nawilża oraz zmiękcza usta. Ma bardzo gęstą, kremową konsystencję i podczas zakręcania lubił wypływać spod nakrętki. 
21. Hypoalergiczny błyszczyk do ust, Bell- tu jakość napisów jest znacznie lepsza, bo jak możecie zauważyć żadna literka się nie starła. Mam słabość do błyszczyków Bell, które lubię głównie za konsystencję oraz uczucie nawilżenia, wygładzenia i zmiękczenia warg. 

07:01:00

Only You Box- Rozkwitnij Wiosną

Only You Box- Rozkwitnij Wiosną
Kwiecień obfitował u mnie w kosmetyczne boxy. Standardowo, jak co miesiąc, otrzymałam Shiny Boxa, a poza nim jeszcze Syoss Box oraz Only You Box "Rozkwitnij wiosną", który był najbardziej wypełnionym pudełkiem, jaki widziałam ostatnio na oczy :D W kolorowym pudełku, tym razem przewiązanym zieloną wstążeczką ( wcześniej otrzymałam edycję "Dookoła włosów" z niebieską wstążką ), znalazłam wiele produktów, które dbają o mnie kompleksowo od stóp po czubek głowy. Pełną jego zawartość pokazałam Wam na Instagramie oraz w nowościach kosmetycznych kwietnia. Pisałam też o lakierach Bell, które znalazłam w boxie, a dziś chciałabym Wam pokazać pozostałych dziewięć kosmetyków, które mają sprawić, że zakwitnę wiosną niczym kwiat :D Zaczniemy od czubka głowy, czyli czegoś, co zadba o włosy, a następnie będziemy stopniowo przechodzić w dół, przez pielęgnacje twarzy, otulający ciało zapach, coś do skórek,  na kosmetyku do stóp kończąc :D
Odbudowujący balsam do włosów i intensywnie regenerująca maska z najnowszej serii Opuntia Oil&Mango od Biovax pachną cudownie! W dodatku tak intensywnie, że całe pudełko przesiąknęło ich zapachem :D A mój mąż stwierdził, że mogłabym mieć tak pięknie pachnący balsam ;) Oba produkty pozbawione są silikonów, parabenów, parafiny oraz SLS i SLES. W ich składzie znajdziemy za to kompleks naturalnych substancji lipidowych, czyli olej z opuncji, który sprawia, że włosy są gładkie i lśniące, wygładzające i dyscyplinujące masło mango oraz ceramidy, których zadaniem jest odbudowa włosów. Z kosmetykami Biovax miałam już nie jeden raz do czynienia i są to produkty, które moje włosy wprost uwielbiają! Tak samo jest z tymi z serii Opuntia Oil&Mango, których, tak na marginesie, nie sposób przeoczyć, bo zapakowane zostały w opakowania o cudownym truskawkowo- malinowym kolorze :D
Nawilżająca maska na tkaninie Bioteq zawiera sporo aktywnych składników: intensywnie i długotrwale nawilżające masło shea, kojący i łagodzący ekstrakt z aloesu, zapewniający elastyczność i właściwą gęstość skóry ekstrakt z drzewa herbacianego oraz neutralizujący toksyny i kojący ekstrakt z ogórka. Kartonowe opakowanie skrywa w sobie srebrną saszetkę, do której schowana została nasączona tkanina, pełniąca rolę maseczki. Tkanina nie jest jakaś cieniutka, przy jej rozkładaniu na twarz nie rozrywa się.  Ma też odpowiedniej wielkości otwory na oczy, nos i usta. Maska dobrze trzyma się twarzy, można sobie spokojnie w niej spacerować po mieszkaniu :) Po 15-20 minutach wystarczy tkaninę zdjąć, wyrzucić do kosza, a pozostałości maseczki wklepać w skórę. Maseczka bardzo fajnie nawilża, łagodzi podrażnienia i przyjemnie koi. Skóra robi się miękka w dotyku, delikatnie napięta i wygląda na wypoczętą oraz zapewnia jej odrobinę tak potrzebnego relaksu. 
Odżywczo- regenerujący krem redukujący suchość skóry oraz ekspresowe serum wygładzająco- ujedrniające Antyoksydacja Jaogdy Acai Ziaja to jedna z najnowszych serii kosmetyków marki. Krem znajduje się w granatowej tubce o pojemności 50 ml, a serum zamknięte zostało w białej buteleczce, również mającej 50 ml, zakończonej pompką typu air- less. Kremem podzieliłam się z mamą, serum przetestowałam sama ;) Oba kosmetyki mają bardzo podobne, ładne, subtelnie jagodowe zapachy, ale różnią się swoimi konsystencjami. Krem jest biały, bardziej zbity, serum ma lekko żelową konsystencje, ale oba tak samo dobrze się wchłaniają. Moja mama jest zadowolona z kremu. Twierdzi, że łatwo się rozprowadza, przyjemnie nawilża skórę, redukując jej suchość. Nie zauważyła, by jakoś specjalnie wygładził zmarszczki, ale nie przeszkadza jej to. Kremu używa także w pielęgnacji skóry szyi. Co do serum, to bardzo odpowiada mi jego konsystencja oraz to, że dobrze współpracuje w innymi kremami czy olejkami, które aplikuje w dalszej pielęgnacji, a także z kosmetykami do makijażu, bo nieraz sięgam po niego właśnie rano. Zapomniałam jeszcze dodać, że krem oraz serum mają działać przeciwko efektowi tech neck. Wiecie co to jest? To "technologiczna szyja", czyli zmarszczki na szyi powstałe w wyniku pochylania głowy podczas korzystania z telefonów komórkowych i innych mobilnych urządzeń ;) 
Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami Bandi chciałam wypróbować już dawno i aż zapiszczałam z radości widząc go w Only You Box'ie :D Jest to krem nawilżający, ale o złuszczającym działaniu. Ma usuwać martwe komórki, oczyszczać, zwężać rozszerzone pory, ograniczać błyszczenie się skóry, no i oczywiście nawilżać ;) Piękna jesień tegorocznej wiosny pozwala mi go stosować, mimo to pamiętam, aby chronić swoją skórę przed przebarwieniami wklepując dodatkowo krem przeciwsłoneczny. Na stronie producenta wyczytałam, że najlepsze efekty uzyskuje się po trzech miesiącach systematycznego stosowania, najlepiej dwa razy w roku. Kremu z kwasami Bandi używam dopiero kilkanaście dni, więc jeszcze nie za wiele mogę o nim napisać, ale pierwszymi, subtelnie zauważalnymi efektami mogę się podzielić. Po pierwsze, krem faktycznie dba o to, aby skóra twarzy trzymała odpowiedni poziom nawilżenia. A po drugie, widoczne jest też delikatne złuszczenie skóry, ale nie na tyle mocne, by schodziła płatami. Czuć jednak, że jej faktura jest już subtelnie wyrównana. Mam nadzieję, że z tygodnia na tydzień efekty będą jeszcze lepsze. 
Regenerujący różany olejek do skórek i paznokci Cutilce&Nails, Mollon Pro polubiłam od pierwszego użycia. Najpierw moje serce skradł słodko- różany zapach oliwki, potem jest leciutko żelowa konsystencja ( olejek Semilac jest bardziej płynny ), w której zatopione są pokruszone płatki róż, a na końcu to, jak dobrze wpływa na stan i wygląd moich skórek. Olejek bardzo fajnie nawilża skórki oraz je zmiękcza. Podobno, wcierany w macierz paznokcia, ma odżywiać łamliwe i kruche paznokcie, ale mam go zbyt krótko, aby móc się wypowiedzieć w tej kwestii. Używam go codziennie, dzięki czemu moje skórki zawsze wyglądają nienagannie :) Mollon Pro w swojej ofercie ma jeszcze dwie wersje oliwki do skórek i paznokci: wrzosową i nagietkową. 
Woda perfumowana Secret Blanc Nou to jedyny kosmetyk z całego Only You Box'a, który kompletnie nie przypadł mi do gustu, za to bardzo spodobał się mojemu mężowi ;) Jest to zapach, który przyprawia mnie o ból głowy. Dla mnie jest zbyt intensywny, za bardzo kwiatowy i mocno nachalny. W nucie głowy ma schłodzoną cytrynę, białą herbatę, ananas i rabarbar, w nucie serca jaśmin, peonie i żurawinę, a w bazie paczulę, piżmo i bób tonka. Dla mnie taka mieszanka jest za ostra. 
Maska złuszczająca do stóp w postaci nasączonych skarpetek LC+ zawiera wiele substancji aktywnych, takich jak mocznik, allantoina, olejek z trawy cytrynowej, ekstrakty z nagietka lekarskiego, aloesu oraz kwasy: glikolowy, cytrynowy i salicylowy. Skarpetki nałożyłam na stopy na nieco dłużej niż godzinę, jak to zlecił producent ( dodatkowo zakładając jeszcze skarpetki ), ale tak jak zapewnił, pierwsze efekty złuszczania pojawiły się po około tygodniu. W trakcie zabiegu nie odczuwałam żadnego dyskomfortu, czułam tylko, że stopy są mocne mokre ;) Skóra jeszcze gdzieniegdzie schodzi ze stóp, ale są już gładziutkie, mięciutkie i aż chciałoby się je zaprezentować w sandałkach :D 
Podsumowując, zróżnicowana zawartość Only You Box'a bardzo mi się spodobała, chociaż nie obyło się bez kosmetyku, którego nie polubiłam i z którym za bardzo nie wiem, co zrobić ( woda perfumowana Nou ). Trafiło się za to sporo perełek, których używam z ogromną przyjemnością ( oliwka do skórek Mollon Pro, krem z kwasami Bandi, balsam do włosów Biovax ) i które serdecznie Wam polecam! 

07:06:00

Recenzja: Naturalny pomarańczowy dwufazowy płyn do demakijażu oczu i twarzy, Beaute Marrakech

Recenzja: Naturalny pomarańczowy dwufazowy płyn do demakijażu oczu i twarzy, Beaute Marrakech
Obietnice producenta:
Płyn zawiera dwa 100% naturalne składniki bioaktywne: olej arganowy oraz wodę pomarańczową. Dokładnie i szybko usuwa nawet intensywny i wodoodporny makijaż. Nawilża wrażliwe okolice oczu, powiek i ust, oraz wzmacnia rzęsy. Płyn dwufazowy posiada przyjemny, bardzo delikatny, pomarańczowy zapach i może być stosowany do oczyszczania skóry wrażliwej. Zawarty w nim olej arganowy wzmacnia skórę oraz zapewnia długotrwałą ochronę, a woda pomarańczowa odżywia, wzmacnia naczynia włosowate i koi skórę.

125 ml kosztuje 19,93 zł w Maroko Sklep
Moim zdaniem:
Płyny dwufazowe, zaraz po płynach micelarnych, to moje ulubione produkty do demakijażu. Swego czasu używałam jednego z nich, który wyróżnia się najkrótszym składem kosmetyku do zmywania makijażu, jaki kiedykolwiek widziałam! Bo naturalny, pomarańczowy, dwufazowy płyn do demakijażu oczu i twarzy Beaute Marrakech zawiera tylko dwa, w 100% naturalne, składniki bioaktywne, jakimi są woda z gorzkiej pomarańczy oraz olej arganowy. 
W przypadku tego płynu sprawdza się powiedzenie, że im mniej, tym lepiej. Tylko dwa składniki, a dają naprawdę niesamowite działanie. Na co dzień nie maluję się mocno, bo tylko korektor, podkład, żel do brwi, tusz do rzęs i szminka lub błyszczyk do ust, ale ten płyn świetnie poradził sobie również z mocniejszym makijażem, który wykonała mi wizażystka. Bez problemu rozpuścił też kępki rzęs, pozwalając mi na ich łatwe zdjęcie. Dwufazówka jest lekko oleista, więc na skórze zostawia delikatnie tłustawą warstewkę, która po kilku chwilach wchłania się w skórę, cudownie ją nawilżając, wygładzając, zmiękczając i odżywiając. Zawarte w produkcie składniki dobroczynnie wpływają na moją cerę. Woda pomarańczowa odżywia ją oraz tonizuje. Polecana jest szczególnie w pielęgnacji cery tłustej i mieszanej, której jestem posiadaczką, ze względu na swoje właściwości oczyszczające i antybakteryjne. Zaś olej arganowy zapewnia mojej skórze ochronę, regeneruje ją, wzmacnia i łagodzi. Płyn do demakijażu świetnie oczyszcza skórę, nie przetłuszcza jej, a przywraca jej elastyczność, uspokaja ją i normuje wydzielanie się sebum, dzięki czemu moja cera nie błyszczy się już tak mocno. Płyn nie jest komedogenny, nie podrażnia ani oczu ani skóry. 
Dwufazowy płyn do demakijażu wlany został do niedużej, przezroczystej buteleczki. Zamknięta jest na białą, plastikową nakrętkę, którą należy nacisnąć z jednej strony, by z drugiej odchyliło się wieczko z otworem, przez który płyn łatwo się przelewa. Buteleczka z płynem jest plastikowa, ale jest to plastik dobrej jakości, twardy i mało giętki. 
Produkt do demakijażu Beaute Marrakech ma słodko- gorzki zapach z łagodną cytrusową nutą. Jest dość wyrazisty i intensywny, czuć go w całej łazience, ale da się go lubić. Woda z gorzkiej pomarańczy jest nieco mętna. Wygląda tak, jakby do czystej wody wyciśnięto sok z cytryny. Olejek arganowy ma złote zabarwienie. Po wstrząśnięciu, obie warstwy mieszają się w zmącony płyn. Produkt szybko wraca do swojej dwufazowej postaci, co trochę mnie irytuje. Dlaczego? Dlatego, że chcąc zmoczyć płynem kolejny wacik, muszę go zatykać, ponownie wstrząsać i wlewać na tyle szybko, aby nie zdążył wrócić do swojej stałej formuły. Do mojego demakijażu potrzebuję średnio 4 wacików ( po jednym na oczy i dwa na twarz ), więc trochę muszę się namachać ;) 
Pomarańczowy płyn do demakijażu jest jednym z trzech dwufazówek od Beaute Marrakech, które możecie znaleźć w Maroko Sklep. One również mają tak krótkie składy, których podstawą jest olej arganowy, a które różnią się tylko dodatkiem w postaci wody kwiatowej, która może być różana lub lawendowa, w zależności od Waszych upodobań. 

09:07:00

Nowości kosmetyczne w kwietniu

Nowości kosmetyczne w kwietniu
Jak ten czas szybko leci! Pamiętam jak nie tak dawno pisałam o nowościach kosmetycznych marca ( gdyby ktoś nie widział, zapraszam tutaj ), a już po raz kolejny mam przyjemność zaprosić Was na przegląd tego, co nowego wpadło do mojej kosmetyczki w kwietniu :)
Ostatniego marca obchodziłam urodziny. 18-naste jakby ktoś pytał :D Na pytanie męża, co chciałabym dostać bez wahania odpowiedziałam, że efekt lustra na paznokcie oraz jakiś ładny, letni kolorek lakieru hybrydowego. Najpierw musiałam mu wytłumaczyć, co to jest efekt lustra, a następnie pokierować do odpowiedniego sklepu :P Chłopak podołał zadaniu, jakie przed nim postawiłam, bo otrzymałam upragniony pyłek Metal Manix Indigo oraz top no wipe Semilac :) Lakieru nie kupił, bo nie mógł wybrać koloru :P 
Dawno nie byłam w Rossmannie i nawet nie wiedziałam, że pojawiły się dwa nowe tusze Lovely. Od razu wzięłam z szafy oba :D Pierwszy z nich to Vampire Lashes, który ma zwiększyć objętość rzęs, a drugi to Envy Eyes, który ma podkreślić drapieżność mojego oka, cokolwiek to znaczy :P Maskary Lovely nie są drogie, każda z nich kosztowała około 9,00 zł. W kwietniu kupiłam również sławną w blogosferze proteinową odżywkę Indigo. Na początek kupiłam mniejszą wersję o pojemności 5 ml, za którą zapłaciłam 35,00 zł. Jeśli się sprawdzi, to następnym razem kupię większe opakowanie o pojemności 10 ml, bo bardziej się opłaca. W niewielkiej drogerii kupiłam pomadkę LongStay Golden Rose w promocyjnej cenie 15,00 zł. Mam już odcień nr 04, tym razem wybrałam kolorek nr 17. A w Biedronce skusiłam się na najnowszy błyszczyk Shiny Liquid Lips Bell za około 10,00 zł. 
W marcu otrzymałam OnlyYou Box "Rozkwitnij Wiosną", którego zawartość totalnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się aż tylu kosmetyków! W pudełku było aż 15 kosmetyków, w tym 6 lakierów do paznokci z limitowanej edycji Bell, które z bliska pokazałam Wam kilka wpisów temu, dokładniej w tym. Poza lakierami w pudełku były jeszcze: krem Bandi z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami ( miałam w planach jego zakup, bo czytałam o nim wiele pozytywnych opinii ), maska nawilżająca w płachcie Bioteq, odbudowujący balsam do włosów i maska intensywnie regenerująca Biovax, maska złuszczająca do stóp LC+, regenerujący różany olejek do paznokci i skórek Mollon Pro, owocowo- kwiatowa woda perfumowana Nou, a także krem i serum do twarzy i szyi Ziaja z serii Jagody Acai. Niedługo pojawi się post, w którym napiszę kilka słów o każdym z tych kosmetyków. 
Pod koniec miesiąca dostałam kolejne pudełko wypełnione po same brzegi, tym razem Shiny Box'a "Spełnij marzenia", w którym znalazły się same pełnowymiarowe kosmetyki oraz upominek w postaci saszetki z regenerującym szamponem Lab One. Wśród pełnowymiarowych produktów znalazły się: żel do mycia twarzy z luffą -417, błyszczyk do ust w odcieniu nr 3 Romantic Cream Provoke dr Irena Eris, balsam tlenowy Air Streat Faberlic, rozświetlający krem pod oczy Krynickie Spa oraz spiekany róż do policzków Joko. Krótkie opisy wszystkich kosmetyków z boxa "Spełnij marzenia" znajdziecie tutaj :)
Jeśli chciałybyście otrzymać taki zestaw kosmetyków do pielęgnacji włosów Syoss, a dodatkowo jeszcze prostownicę i suszarkę do włosów, to zapraszam na stronę www.regeneracjaprzyszlosci.pl. Tam wypełnicie krótki test, dzięki któremu możecie wygrać takiego Syoss Boxa :) Lakier do włosów, piankę, farbę, szampon oraz serum, a także wspomnianą już suszarkę i prostownicę otrzymałam jako ambasadorka. 
Wbrew pozorom nie są to łupy z rossmannowskiej promocji -49% :P Powyższe kosmetyki kupiłam przed promocją, bo i tak nie były drogie, a w dniach kiedy promocja obowiązywała nie miałam możliwości pojechania do drogerii, by zrobić zakupy ( przynajmniej tak myślałam... ). Podkłady Bielendy kupiłam po 12,00 zł za sztukę. Wersję matująca już miałam i bardzo polubiłam. Mam nadzieję, że tak samo będzie z fluidem kryjącym. Zaszalałam i za jednym zamachem zaopatrzyłam się w trzy różne produkty do stylizacji brwi. Jednym z nich jest nowość marki Wibo, czyli pomada do brwi za około 24,00 zł. Kupiłam tez dwa zestawy cieni, jeden z Miss Sporty za około 16,00 zł, oraz drugi z Wibo za bodajże 14,00 zł. Zobaczymy, który z tych produktów spisze się najlepiej :)
To zdjęcie już przedstawia moje łupy z promocji -49% w Rossmannie :P plus krem  Effaclar Duo+ La Roche- Posay, który poleciła mi znajoma kosmetyczka, która tez borykała się z takimi samymi niedoskonałościami twarzy jak ja. Jej bardzo pomógł i mam nadzieję, że mi tez pomoże, bo dałam za niego aż 50,00 zł. Co do zakupów w Rossmannie, to oprócz maskary 2000 Calorie Max Factor, reszta kosmetyków jest mi nieznana. Big&Beautiful Style Muse to bodajże mój pierwszy tusz z Astora, w matowej pomadce Bell spodobał mi się kolor, a maskary Eveline zawsze lubiłam. 
Polubiłam nakładanie podkładów za pomocą gąbeczek. Obecnie używam pomarańczowej Real Techniques, ale nie byłabym sobą gdybym nie chciała wypróbować propozycji innych producentów. Na początku zdecydowałam się na niebieściutką gąbeczkę Neess za około 13,00 zł. Jest śliczna, ale dużo twardsza niż Real Techniques. Kupiłam też jeden z moich ulubionych podkładów, kultowy ColorStay od Revlona za niecałe 30,00 zł. 
W ramach kontynuacji współpracy otrzymałam kolejne kosmetyki z serii Regenerum, tym razem serum do rzęs i brwi oraz do włosów. Kosmetyk do włosów już miałam, a serum do rzęs jestem mega ciekawa!

Nawet nie miałam pojęcia, że tyle się tego uzbierało! W maju trzeba będzie pójść na odwyk :P
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger