07:24:00

Recenzja: Korektor mineralny, Lily Lolo

Recenzja: Korektor mineralny, Lily Lolo
Obietnice producenta:
Jasny korektor idealny do tuszowania skaz i wyprysków skórnych, który zapewnia również doskonałe krycie cieni pod oczami. Barely Beige jest idealny dla osób o jasnej karnacji. Sugerowane odcienie podkładów, z którymi Barely Beige współgra kolorystycznie to: Blondie, Warm Peach, Candy Cane i Barely Buff. Dzięki zawartości kaolinu (znanego również pod nazwą glinka porcelanowa) Barely Beige daje długotrwałe krycie. Będziesz zachwycona naturalnym efektem jaki pozwolą Ci uzyskać nasze mineralne korektory.

korektor można kupić na stronie Costasy za  51,90 zł za 5gr; jest dostępny jeszcze w pięciu innych odcieniach. 
Moim zdaniem:
Kosmetyków mineralnych Lily Lolo nie muszę nikomu przedstawiać, albowiem już dawno na dobre rozgościły się w urodowej blogosferze. Mimo iż kusiły mnie od dłuższego czasu, wstrzymywałam się z ich zakupem, głównie ze względu na zgromadzone zapasy kosmetyków do makijażu. Jednak i tak kilka z nich znalazło się w moich rękach, a nasz pierwszy kontakt zakończył się sukcesem :)
Dzisiejszą recenzję chciałabym poświęcić jednemu z nich, mianowicie korektorowi, który posiadam w jasnym odcieniu Barely Beige. Kolor okazał się strzałem w dziesiątkę, a to wszystko dzięki Pani Aleksandrze, która po krótkiej charakterystyce mojej cery trafnie wytypowała odcienie kosmetyków idealnie wtapiających się w moją skórę i jej potrzeby. Zresztą, na stronie Costasy znajdują się wskazówki jak dobrać idealny odcień mineralnych kosmetyków i jak się okazało, wybrałam właśnie te, które potem zasugerowała mi Pani Ola, więc znając swój typu urody, bez problemu można dobrać odpowiednią ich kolorystykę.
Korektor znajduje się w słoiczku z sitkiem, w którym mogłoby się wydawać, jest niby tylko 5g, ale coś mi się wydaję, że korektor ten posłuży mi znacznie dłużej niż inne, tradycyjne, np. w sztyfcie ;) Posiada zabezpieczającą sitko folię, a dodatkowo zapakowany jest w czarno-biały kartonik. Słoiczek z korektorem jest malutki, przez to poręczny oraz bardzo dobrze i solidnie wykonany. Zakrętka szczelnie chroni jego zawartość przed wysypaniem się oraz przed dostaniem się do środka zanieczyszczeń, a także służy mi do łatwego aplikowania korektora: wysypuję odrobinę produktu na wieczko, nabieram palcem, otrzepuję nadmiar i zabieram się do tuszowania tego i owego. 
Korektor Lily Lolo ma postać bezzapachowego, drobniutko zmielonego proszku. Nie posiadam pędzla do korektora, więc tak jak już napisałam nakładam go opuszkiem palca, delikatnie wklepując w miejsca, które wymagają zatuszowania- bardzo dobrze trzyma się skóry i się nie osypuje. Mam na twarzy kilka zaczerwienień oraz blizn, które chcę ukryć i mineralny korektor sprawdza się w tej roli znakomicie. Początkowo nie chciało mi się wierzyć, że sypki produkt może zapewnić dobre krycie, ale jak zwykle okazało się, że moje wyobrażenie jest dalekie od rzeczywistości ;) Korektor jest dobrze napigmentowany, dzięki czemu pozwala na zakrycie nawet bardziej widocznych skaz skóry. Idealnie stapia się ze skórą ( UWAGA! podstawą sukcesu kosmetyków mineralnych jest bardzo dobrze nawilżona skóra! ) i praktycznie po niedoskonałościach nie ma śladu. Uzyskany efekt jest naturalny, korektor pozwala skórze oddychać, dodatkowo pozytywnie wpływa na wypryski- nie zatyka porów, nie zapycha i nie pozwala nieproszonym gościom się powiększać. Poza tym jest bardzo trwały, nie ściera się ze skóry, a dodatkowo, na co zaczęłam zwracać bardzo dużą uwagę, nie ciemnieje w ciągu dnia i się nie odznacza. 
Podsumowując, jestem ogromnie zadowolona z mineralnego korektora Lily Lolo. Ten w 100% naturalny korektor deklasuje inne znane mi drogeryjne produkty do tuszowania niedoskonałości. Pozornie wysoka cena zrekompensowana jest króciutkim, naturalnym składem, dużą wydajnością oraz  świetnym kryciem bez obciążania cery :)

06:45:00

Co mi dało blogowanie?

Co mi dało blogowanie?
Blogowanie wciąga, pochłania, uzależnia. Bo blogowanie jest jak narkotyk. Bo jak już zaczniesz blogować, to nie przestaniesz. Bo blogowanie potrafi zmienić życie. Bo blogowanie potrafi wiele nauczyć oraz wiele dać.
1. Pasja
Wspomniałam już o tym przy poście "Czego nauczyło mnie blogowanie?", bo tego też trzeba się nauczyć. Blogowania nigdy nie traktowałam jako źródła zarobku, chociaż fajnie jest otrzymywać pieniądze za to, co się lubi robić najbardziej, ja nie mam tzw. parcia na szkło. Dla mnie wynagrodzeniem jest ogromna radość, jaką odczuwam z pasji prowadzenia bloga :)
2. Czytelnicy
Niektórzy blogerzy mogą teraz popukać się w głowę, ale dla mnie nieistotne są statystyki, nie analizuję liczby wejść na bloga, zbytnio nie ogarniam nawet Google Analytics :P Dla mnie arcyważni jesteście Wy, moi czytelnicy, każdy Wasz komentarz, mail, miłe słowo. Bo wyświetlenia bloga są takie... bezosobowe, a za każdym komentarzem stoi prawdziwa ludzka istota, która poświęciła swój czas, by zostawić u mnie kilka słów.
3. Satysfakcja i motywacja
Jest to poniekąd nawiązanie do punktu wyżej. To niesamowicie miłe uczucie czytać Wasze komentarze, widzieć, że podoba Wam się to, co robię. Lubię też Waszą konstruktywną krytykę, bo dajecie mi znać, że muszę jeszcze nad czymś popracować, Wasze spostrzeżenia, porady i wskazówki są dla mnie bardzo cenne. To wszystko mnie bardzo motywuje, sprawia, że chcę się rozwijać, doskonalić, by to moje małe miejsce w sieci czynić lepszym.
4. Nowe znajomości
Blogowanie daje możliwość poznania wielu wspaniałych, kreatywnych, inspirujących ludzi o podobnych pasjach. Pochodzę z małej miejscowości i dłuuugo myślałam, że jako jedyna prowadzę bloga. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy odkryłam, że jest jeszcze jedna duszyczka, która pisze bloga raptem kilka ulic ode mnie- jakbym miała porządną lornetkę, to może nawet zobaczyłabym jej dom z okna swojego pokoju :D Mowa oczywiście o Mademoiselle Magdalene, z którą w szkole byłam na 'cześć", a dzięki blogosferze mogłyśmy się lepiej poznać, zacieśnić znajomość, spalić kilka kalorii latem na rowerach, wypić niejednego drinka, zorganizować blogerskie spotkanie i umówić się, że wraz z koleżankami zaśpiewa na moim ślubie :D 
5. Poznawanie nowych marek kosmetycznych
Nie ukrywajmy, gdyby nie blogowanie i możliwość nawiązywania współprac, a także opinie na Waszych blogach, nigdy nie poznałabym wielu świetnych kosmetyków, jak na przykład suchy szampon Batiste, tusz do rzęs 2000 Calorie Max Factor czy maniucre hybrydowego :D

00:16:00

Hybrydowy manicure- wszyscy mają, mam i ja :)

Hybrydowy manicure- wszyscy mają, mam i ja :)
Ja, lakieroholiczka, uwielbiająca zmieniać kolor na paznokciach tak często, jak tylko się da, zdecydowałam się na lakiery hybrydowe, które wytrzymują bez skazy ( pomijając odrosty ) kilka tygodni. Wiecie jak wytłumaczyłam zakup zestawu do wykonywania manicure hybrydowego narzeczonemu i bliskim, którzy wypomnieli mi to, że w koszyczku stojącym na komodzie jest blisko setka innych lakierów? A tym, że myślę przyszłościowo, że teraz mam czas, by mimo obowiązków, pozwalać sobie na częste zmienianie koloru na paznokciach, ale jak w przyszłości cały dom będzie na mojej głowie, dzieci, mąż i praca, to już nie będę mieć tyle wolnego czasu ( który wolałabym poświęcić dzieciom  i mężowi ;) ani siły na malowanie paznokci :P A tak, usiądę sobie raz na dwa tygodnie, poświęcę godzinkę i będę miała manicure pierwsza klasa :D
Swój zestaw do hybrydowego manicure zamówiłam na Allegro już kilka miesięcy temu. Również kilka miesięcy temu miał pojawić się ten wpis na blogu, ale jakoś zeszło mi z jego napisaniem do dzisiejszego dnia... Jednak do rzeczy: za nieco ponad 240 zł ( z wysyłką ) otrzymałam: lampę LED o mocy 9W w białym kolorze, która wyglądem przypomina słuchawkę telefoniczną lub mostek- jest niewielka i bardzo poręczna; bazę, top i trzy wybrane kolory lakierów Semilac, tzw. efekt syrenki ( oczywiście wiedziałam, że zapomniałam czegoś sfotografować... ), odtłuszczacz oraz aceton Semilac, oba o pojemności 125 ml ( aceton idzie u mnie jak woda, więc dość szybko zaopatrzyłam się w półtoralitrową butlę ), bezpyłkowe waciki w ilości 500 sztuk, 10 drewnianych patyczków do odsuwania skórek, pilnik oraz blok polerski, a także radełko z kopytkiem, którego nie używam i dlatego też nie ma go na zdjęciu ( no dobra, o nim też zapomniałam... ). Zestaw, chociaż kupiony w ciemno, bo wcześniej nigdy nie miałam styczności z hybrydami, okazał się strzałem w dziesiątkę, jest wystarczająco dobry do wykonywania manicure w domowym zaciszu. 
Uważam, że był to bardzo dobry wydatek, który szybko mi się zwrócił ( w mojej małej mieścince hybrydy u kosmetyczki to wydatek 40-50 zł ), zaś amatorskie wykonywanie hybryd wcale nie jest trudne, a lista ich zalet nie ma końca: hybrydowy manicure jest trwały, nie odpryskuje, nie zmienia koloru ani jego intensywności, przez cały okres noszenia zachowuje swój połysk, idealnie sprawdza się na dłuższych wyjazdach i okolicznych imprezach, a paznokcie są utwardzone i nie łamią się. 
Na zakończenie zaprezentuję Wam, jaki manicure gości u mnie od kilku dni, wykonany oczywiście lakierami hybrydowymi Semilac: na przekór paskudnej pogodzie za oknem, u mnie na paznokciach trochę błyszcząco, trochę jasno i pastelowo, dzięki połączeniu brokatowego Pink Gold (094) z delikatnym Sleeping Beauty (130), na którym dumnie prezentuje się naklejka-dmuchawiec, czyli szczyt moich zdolności w kwestii ozdabiania paznokci :P
W blogowych planach mam jeszcze kilka wpisów poświęconych hybrydom, bo jest to moja najnowsza kosmetyczna miłość- między innymi pokażę Wam swoją kolekcję lakierów Semilac, która w ekspresowym tempie się powiększa :D, oraz opowiem trochę o nowości marki jaką jest top no wipe ;)

00:06:00

Recenzja: Tusze do rzęs Volume Milion Lashes Feline oraz Volume Milion Lashes So Couture, L'Oreal Paris

Recenzja: Tusze do rzęs Volume Milion Lashes Feline oraz Volume Milion Lashes So Couture, L'Oreal Paris
Obietnice producenta:
So Couture to tusz do rzęs z nowej linii Volume Million Lashes zwiększający objętość. Z ekstraktem z jedwabiu o zniewalającym zapachu. Maskara L’Oreal Paris Volume Million Lashes Feline posiada wyprofilowaną szczoteczkę Millionizer, któa nadaje rzęsom objętość i podkręcenie, aż po same końce. Błyszcząca formuła z drogocennymi olejkami: arganowym, kameliowym i z kwiatu lotosu nadaje rzęsom zmysłową objętość.

oba tusze mają 9 ml pojemności, a ich cena waha się w okolicach 50-60 zł w większości drogerii stacjonarnych, np. w Rossmannie lub nawet połowę tej kwoty w dobrych drogeriach internetowych ;)
Moim zdaniem:
Kilka tygodni temu marka L'Oreal uraczyła mnie pięknym zestawem swoich czterech maskar: klasyczną Milion Lash, 'milionizującą' Excess, najnowszą So Couture oraz Feline, z drogocennymi olejkami. Dwie ostatnie są ochoczo używane przeze mnie i moją mamę, także dziś mogę Wam o nich co nieco opowiedzieć :)
Opakowania są charakterystyczne dla maskar Volumne Milion Lashes, są bardzo  do siebie podobne, a różni je tylko kolorystyka: Feline znajduje się w złoto-zielonym, a So Couture w złoto-fioletowym obłym, błyszczącym pojemniczku. Oba opakowania mają pojemność 9 ml oraz są bardzo eleganckie, wyglądają luksusowo, jak z tzw. górnej półki. W przeciwieństwie do opakowań, silikonowe szczoteczki maskar nie są do siebie już tak podobne: Feline posiada lekko wyprofilowaną szczoteczkę, łagodnie zwężającą się ku końcowi, zaś So Couture prostą i delikatnie wybrzuszoną. Nakrętki z szczoteczkami wygodnie trzymają się między palcami, nimi samymi z łatwością operuje się przy oku, a cieniutkie igiełki precyzyjnie docierają do wszystkich rzęs. Maskary L'Oreal mają to do siebie, że tuż po otwarciu są rzadkie lub, jak ja to nazywam, bardzo 'mokre', przez co sklejają rzęsy, ale po jakiś 2-3 tygodniach nieco gęstnieją i podsychają, w pełni ukazując całą swoją wielkość.
Efekt jaki dają na rzęsach obie maskary z gamy Volume Milion Lashes bardzo mi się podoba. Feline jest o jeden odcień ciemniejszą maskarą, która ładnie wydłuża rzęsy, ale nie tak dobrze, jak robi to So Couture, która wyciąga rzęsy mocno do góry. Obie maskary świetnie rozczesują rzęsy, przy czym, moim zdaniem, So Couture robi to lepiej, co fajnie widać na zdjęciu poniżej, na którym starałam się jak najlepiej ukazać Wam efekt obu tuszy :) Jeśli dobrze się przyjrzycie, to zauważycie też, że Feline nieco bardziej pogrubia rzęsy u ich nasady. Zarówno Feline, jak i So Couture pięknie podkręcają rzęsy, 'otwierając' oko. Im więcej warstw ( ale bez przesady, bo rzęsy się nieestetycznie posklejają! ), tym efekt jest wyraźniejszy. Maskary łączy to, że po aplikacji szybko wysychają, nie odbijają się na powiece i nie tworzą grudek, mogą się jednak rozmazywać w kąciku oka i chociaż tarcie im nie straszne, to kobiece łzy, przede wszystkim łzy szczęścia, już tak ;)
Cóż mogę jeszcze dodać na zakończenie, jeśli zainteresowałam Was tymi maskarami i macie chęć je wypróbować, to polecam poszukać ich w Internecie, gdzie ich ceny są mniejsze nawet o połowę od tych w drogeriach stacjonarnych, jak np. w Rossmannie. 
na górze So Couture, na dole Feline

17:58:00

Lniana maska do włosów, Sylveco

Lniana maska do włosów, Sylveco
Obietnice producenta:
Hypoalergiczna maska do włosów z ekstraktem z nasion lnu zwyczajnego i olejem kokosowym przeznaczona jest do pielęgnacji włosów suchych i łamliwych. Jest bogata w składniki nawilżające i odżywcze, pozwala poprawić wygląd i kondycję włosów. Olej kokosowy, dzięki swoim wyjątkowym właściwościom, wykazuje zdolność przenikania do struktury włosa, zwiększa nawilżenie końcówek, zapobiega także ich rozdwajaniu się. Związki śluzowe, zawarte w nasionach lnu, powlekają i chronią włosy, znakomicie je wygładzając. Nałożenie maski po umyciu ułatwia rozczesanie włosów, zapewnia efekt miękkich, lekkich i lśniących kosmyków. Stosowanie maski jako kompresu, przed myciem, zdecydowanie poprawia nawilżenie i zwiększa elastyczność włosów.

150 ml kosztuje 26,20 zł, a dostępna jest między innymi w internetowym sklepie producenta
Moim zdaniem:
Do niedawna produkty Sylveco znałam tylko z Waszych blogów. Czytałam Wasze opinie i po cichu marzyłam, by i w moje łapki dostał się choć jeden kosmetyk tej polskiej marki. Jak wiecie, marzenia prędzej czy później się sprawdzają, moje też, bo z ostatniego spotkania blogerek przywiozłam nie jeden, ale aż cztery produkty Sylveco! Na recenzje jednego z nich, czyli lnianej maski do włosów, zapraszam Was już dzisiaj :)
Producent zapakował maskę do niedużego, plastikowego i mocno brązowego słoiczka, który schował jeszcze do biało-niebieskiego kartonika, gdzie wypisał wszystkie te informacje, które konsumentkę interesują najbardziej. W słoiczku jest 150 ml maski, szczelnie chronionej przez aluminiową nakrętkę. Jak możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej, opakowanie posiada szeroki otwór, umożliwiający wygodną aplikację oraz subtelną, przyjemną dla oka, niebiesko-białą szatę graficzną.
Maska ma bardzo wiele zalet ( właściwie to ma same dobre strony, ale o tym w dalszej części recenzji ), a jednym z nich jest urzekający, cudowny, obłędny kokosowy zapach, z gatunku tych łagodnych i subtelnych. Idzie się zakochać! Równie fantastyczna jest konsystencja maski: leciutka, aksamitna, przypominająca piankę czy delikatny mus. Spodziewałam się więc, że będę musiała nałożyć jej sporo, przez co szybko dobije dna, ale zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Naprawdę wystarczy niewielka ilość, by zauważyć efekty działania maski, dzięki czemu mimo małych gabarytów, jest wydajna i starcza na bardzo długo. 
Maska przeznaczona jest do łamliwych i suchych włosów, które ma przede wszystkim bardzo dobrze nawilżyć. Pomóc w tym mają składniki zawarte w masce, takie jak ekstrakt z nasion lnu plasujący się na drugim miejscu, olej kokosowy zajmujący czwarte miejsce w składzie czy też olej z pestek winogron z siódmego miejsca. O tych, a także pozostałych składnikach lnianej maski możecie szczegółowo poczytać w leksykonie składników na stronie Sylveco :)
Na koniec zostawiłam to, co najlepsze i najważniejsze zarazem, czyli działanie maski. Nie będę Was trzymać w napięciu i od razu napiszę, że maska spisała się koncertowo! :D Każde zapewnienie producenta zostało spełnione w 100%. Maska cudownie nawilża i wygładza włosy, które stają się sypkie, mięciutkie, lśniące i pięknie pachnące. Zdecydowanie ułatwia rozczesywanie włosów, po jej użyciu moim włosom nie potrzebna jest już żadna odżywka. Dociąża, ale nie obciąża włosów, pomaga mi je ujarzmić i zdyscyplinować, sprawia, że są puszyste w dotyku. Kompleksowo odżywia i regeneruje włosy, poprawiając ich ogólną kondycję i zapewniając im ładny, zdrowy wygląd. 
Jeśli inne kosmetyki Sylveco są tak fenomenalne jak ta maska, to chcę mieć je wszystkie :D
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger