10:41:00

Podkład CATRICE HD LIQUID COVERAGE FOUNDATION

Podkład CATRICE HD LIQUID COVERAGE FOUNDATION
Z nowościami jestem mocno w tyle... Jestem świadoma, że mam zbyt wiele kosmetyków i to głównie wstrzymuje mnie przed zachłannym rzucaniem się na nowości ;) Prędzej czy później i tak kupię coś, co cieszyło się ogromnym zainteresowaniem, bo jednak moja kobieca i kosmetyczna ciekawość bierze górę :P Przykładem jest podkład HD Liquid Coverage Foundation, który już dawno nie jest kosmetyczną nowinką. Ba! kilka marek nawet wypuściło swoje produkty na podobieństwo podkładu Catrice, które wyglądem/konsystencją/działaniem niewiele od niego odbiegają, które też miały swoje 5 minut w blogosferze i których ja jeszcze nie zdążyłam poznać :P Swego czasu recenzje HD Liquid Coverage Foundation wyrastały w blogosferze jak grzyby po deszczu, a ja używam go stosunkowo od niedawna. Zdążyłam sobie wyrobić opinię na jego temat, dlatego zapraszam Was na jego recenzję. Być może dla jednych z Was będzie to "odgrzewany kotlet" wcześniejszych recenzji, ale innym może przypomnieć, że mieli zamiar go przetestować albo dać mu jeszcze jedną szansę ;) 
O ile mnie moja leciwa pamięć nie myli :P, podkład kupiłam w jednej z wielu internetowych drogerii. Buteleczka ma pojemność 30 ml i zapłaciłam za nią mniej niż 25,00 zł. Opakowanie z podkładem jest szklane i ciężkie. Higienicznym i praktycznym rozwiązaniem w przypadku tak płynnego kosmetyku, jakim jest właśnie ten podkład, jest pipetka ( chociaż pompka też by się dobrze sprawdziła ), dzięki której można dozować ilość produktu, co wpływa na jego wydajność. Swoja drogą, podkład i tak jest bardzo wydajny. Jedna pompka to naprawdę wystarczająca ilość na wykonanie makijażu twarzy. Podkład ma niestety ubogą gamę kolorystyczną, albowiem dostępny jest bodajże tylko w czterech odcieniach. Ja posiadam najjaśniejszy z nich, czyli 010 Light Beige. Przy aplikowaniu wygląda na ładny, jasny, wpadający w żółtą tonację. Niestety, po pewnym czasie zaczyna oksydować, lekko zmieniając swój kolor na szarawy. Na jednym z blogów wyczytałam, że warto go wymieszać z podkładem Healthy Mix od Bourjois i wtedy nie ciemnieje ani nie zmienia koloru. Muszę wypróbować, bo w zależności od światła, wygląda albo fajnie albo nie ;) Piszę tego posta późnym popołudniem, przy zapalonym świetle i gdy patrzę w lusterko podoba mi się jak wygląda, bo idealnie stapia się z szyją. W świetle dziennym, jednego dnia wydaje mi się, że jest zbyt ciemny, drugiego już wygląda bardzo naturalnie. Nie nakładam go na żadną bazę ani krem, utrwalam cały czas jednym i tym samym pudrem, a stan mojej cery nie uległ zmianie. Rozumiem różnicę w wyglądzie podkładu w świetle sztucznym i dziennym, ale rozbieżności w tym jak się prezentuje w niektóre dni nie umiem już wytłumaczyć, więc może Wy mi to jakoś wyjaśnicie? 
Podkład Catrice zauroczył mnie wieloma rzeczami. Mojej mieszanej cerze, z tendencją do błyszczenia się w strefie T, daje przepiękne wykończenie, optycznie wygładzając skórę i zapewniając jej naturalny, promienny, zdrowy wygląd z matowym wykończeniem, które nie jest ani płaskie ani sztuczne. Świetnie stapia się ze skórą, ponadto bardzo odpowiada mi jego krycie, bo nawet bez użycia korektora ładnie zakrywa niedoskonałości, przebarwienia i blizny. Jest fantastycznie trwały, nawet późnym wieczorem, po wielu godzinach od aplikacji, nie ściera się i wygląda po prostu dobrze. Przy tym podkładzie sprawdza się powiedzenie, że im mniej, tym lepiej, a to wszystko bez strat w kryciu, wygładzeniu czy trwałości. Nie mogę używać go codziennie, w ciągu tygodnia muszę zrobić chociaż jeden dzień przerwy, bo inaczej czuję, jak moja skóra zaczyna się lekko wysuszać. Obawiałam się, że może źle wpłynąć na stan mojej cery, ale okazało się, że mimo częstego używania go, nie zapchał moich porów ani nie wywołał żadnego wysypu niedoskonałości. Od dawna już aplikuje wszystkie podkłady gąbeczkami- jest to metoda, która bardzo przypadła mi do gustu i która w przypadku podkładu Catrice również bardzo fajnie mi się sprawdza. 
Cofając się pamięcią o kilka miesięcy wstecz odnoszę wrażenie, że podkład Catrice był jednym z najbardziej pożądanych kosmetyków do makijażu. Porównywany był do Double Wear czy Revlona. Pierwszego nie znam, drugiego zużyłam kilka buteleczek i mogę potwierdzić, że krycie i wygląd ma podobny do podkładu ColorStay. I dlatego, że odnajduję w nim spore podobieństwo do jednego z moich ulubionych podkładów mogę Wam powiedzieć, że HD Liquid Coverage Foundation również jest jednym z fajniejszych, które dane było mi zużywać- mimo iż bywa, że jednego dnia prezentuje się nieco gorzej niż kolejnego. I po kilkutygodniowym przetestowaniu go mogę zrozumieć dlaczego swego czasu z jego dostępnością było naprawdę ciężko. Ja jestem usatysfakcjonowana jego działaniem, chętnie kupię kolejną buteleczkę, ale jestem ciekawa jakie są Wasze doświadczenia z tym podkładem od Catrice :)?

Kochane, życzę Wam zdrowych, rodzinnych i wesołych Świąt Wielkanocnych :*

21:31:00

Recenzja: Łagodzące mleczko do demakijażu Tolerans Sensitive od Dermedic

Recenzja: Łagodzące mleczko do demakijażu Tolerans Sensitive od Dermedic
Lata temu zrezygnowałam z mleczek do demakijażu na rzecz płynów dwufazowych lub micelarnych. W porównaniu z nimi mleczka zaczęły wydawać mi się jakieś takie tłuste, cięższe, ogólnie wypadały mniej korzystnie. Jednak, gdy jakiś czas temu przeglądałam ofertę marki Dermedic, to po wielu, wielu latach, po raz pierwszy zainteresowało mnie pewne mleczko oczyszczające, o którym chciałam dziś co nieco napisać. Produkt do demakijażu z serii Tolerans Sensitive przeznaczony jest do skóry wrażliwej, alergicznej, a za zadanie ma łagodzić objawy nadreaktywności skóry, utrzymać prawidłowy poziom nawilżenia oraz skutecznie oczyszczać. Zaraz opowiem Wam o tym, jak te wszystkie obietnice producenta mają się do rzeczywistości.
Recenzję zaczniemy jednak od tego, co zwykle, czyli spraw czysto technicznych :) Łagodne mleczko oczyszczające od Dermedic wlane zostało do prostej, plastikowej buteleczki, zakręcanej na zwykłą nakrętkę, którą trzeba nacisnąć z jednej strony, aby z drugiej pojawił się dzióbek, przez który można przelać kosmetyk na wacik. Ogólnie rzecz ujmując, opakowanie jest praktyczne, wygodnie mi się z niego korzysta, bo nie wyślizguje się z dłoni. Mleczko ma bardzo lekką konsystencję, zaskakująco rzadką- zawsze, gdy go używałam, pierwsze skojarzenie jakie mi się nasuwało to "micelarne" ;) Ten kosmetyk mógłby mieć też w swojej nazwie "chłodzące", bo mimo iż nigdy nie stało obok lodówki, to zawsze, ale to zawsze, gdy aplikowałam mleczko na skórę odczuwałam przyjemne chłodzenie, które działało bardzo kojąco i uspokajająco na moją skórę. Fenomenalne uczucie po całym dniu ;) Kosmetyk ma subtelny, przyjemny zapach, który na pewno nie jednej osobie przypadnie do gustu. 
Mleczko jest naprawdę łagodne, nie tylko dla skóry, ale też dla makijażu. Niestety, w porównaniu do płynów micelarnych, trochę gorzej radzi sobie z demakijażem, przez co musiałam zużywać więcej wacików, aby zmyć makijaż. Na tym etapie wieczorne oczyszczanie mojej skóry, oczywiście, się nie kończy, bo nie ważne czy demakijaż wykonuję płynem micelarnym czy mleczkiem, dodatkowo zawsze sięgam jeszcze po żel do mycia twarzy. Mimo że używałam więcej wacików i większej ilości kosmetyku, to i tak okazał się być stosunkowo wydajny- mleczko stosowałam co wieczór przez około półtora miesiąca. Myślę, że jest to dobry wynik wydajności ;) Mleczko nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, a na oczach wrażenia mgły. Błyskawicznie się wchłania, pozostawiając skórę przyjemnie gładką i miękką w dotyku. Kosmetyk do oczyszczania marki Dermedic jest bardzo delikatny dla skóry oraz oczu, nie ma w ogóle takiej możliwości, aby w jakikolwiek sposób podrażnił. Nie wysusza skóry i nie powoduje jej ściągnięcia. Wręcz przeciwnie, po każdym użyciu sprawia, że skóra jest nawilżona, zmiękczona i ukojona. Dodatkowo łagodzi wszelkie podrażnienia i nie pogarsza stanu cery. 
Łagodne mleczko oczyszczające Tolerans Sensitive ma pojemność 200 ml, dostępny jest w aptekach, gdzie dostaniecie go już za około 15,00 zł. Można zmyć nim makijaż, odświeżyć skórę w ciągu dnia lub, gdy tego potrzebuje, ukoić ją, przynosząc jej upragnioną ulgę. 

20:04:00

Mój pierwszy be Glossy :)

Mój pierwszy be Glossy :)
"Jestem Kobietą" to mój pierwszy box beGlossy :) Na początku miesiąca kupiłam sobie trzymiesięczną subskrypcję, bo Shiny Box to dla mnie chyba za mało :P Pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne, ale o tym za chwilę. Na początku chciałam pochwalić ekipę beGlossy za ekspresową przesyłkę- w czwartek wieczorem otrzymałam wiadomość, że pudełko zostało wysłane, a w piątek do południa było już w moich rękach! Utrzymując to tempo, już dziś, w sobotę, zapraszam Was na moją opinię o tym co się w tym box'ie znalazło. 
Na początku porozmawiajmy o mniejszych produktach z pudełka, czyli ochronnej pomadce do ust, hybrydowym lakierze do paznokci oraz miniaturce kremu do twarzy. Regenerującą pomadkę Enilome zdążyłam poznać na początku zimy, kiedy to kupiłam ją sobie, aby mieć czym nawilżać usta w pracy. Jest to taka najzwyklejsza ochronna pomadka, bezbarwna, bezzapachowa i bez smaku. Trochę taka nijaka, tak samo jak jej opakowanie ;) Proste, plastikowe, minimalistyczne, wizualnie nie przykuwające wzorku. Pomadka spełnia jednak swoje podstawowe, czyli dba o to, aby usta były nawilżone, gładkie i miękkie. Na stronie apteki DOZ kosztuje 4,99 zł. Wiecie jakiego kosmetyku zawsze brakowało mi w Shiny Box? Lakieru hybrydowego. Dlatego niezmiernie ucieszyłam się, gdy do moich uszu doszła wieść, że w box'ie beGlossy znajdę właśnie jeden z nich. Jest to lakier hybrydowy z NeoNail, z najnowszej kolekcji Boho. Kolory wysyłane były losowo, mnie trafił się Violet Garden, który jest odcieniem fioletowo- różowym. Jeszcze nie pomalowałam nim paznokci, ale mam nadzieję, że bardziej będzie wpadał w róż niż w fiolet ;) Buteleczka ma pojemność 6 ml i na stronie producenta kosztuje 28,90 zł. W tym uroczo wyglądającym, malutkim słoiczku znajduje się miniaturka kremu do twarzy Aqualia Thermal od Vichy. Pełnowymiarowe opakowanie ma pojemność 50 ml i kosztuje około 70,00 zł. Wersja z boxa ma 15 ml, więc pi razy drzwi, mogłaby kosztować około 20,00 zł. Krem ma ziołowy zapach i konsystencję podobną do śmietanki do kawy. Póki co użyłam go tylko raz, więc za wiele nie mogę Wam o nim opowiedzieć. Jednak póki co jestem nim mocno zauroczona, bo cudownie lekko się rozprowadza po skórze, dając jej natychmiastowe uczucie ukojenia, miękkości i nawilżenia. I są to efekty, które utrzymują się naprawdę przez długi czas. 
Doskonale wiecie, że uwielbiam kokosowe kosmetyki, bo często gęsto o tym piszę. Dlatego pewnie zaskoczy Was to, że z kremu do rąk Botame Body o zapachy kokosa niezbyt się ucieszyłam... Ale tylko i wyłącznie dlatego, że na początku miesiąca kupiłam go sobie sama w aptece DOZ :P I nie wierzę, że to piszę, ale w box'ie wolałabym natrafić na wersję borówkową tego kremu :P Ech, być kobietą :D Mimo wszystko, kremu i tak nikomu nie oddam, bo jestem w nim zakochana po uszy. Fenomenalnie pachnie i jest to zapach, który czuć jeszcze długo po zaaplikowaniu go na skórę. Poza zjawiskowym aromatem, charakteryzuje się również godnym podziwu działaniem, albowiem super nawilża skórę, regeneruje i odżywia, pozostawiając ją niesamowicie miękką i gładką. Myślę, że jest to krem, który sprosta wymaganiom nawet mocniej wysuszonej skóry dłoni.  Ma pojemność 30 ml, więc jest naprawdę niewielki i można go nosić ze sobą wszędzie, a kosztuje tylko 9,99 zł. Kolejnym pełnowymiarowym produktem z box'a jest serum do twarzy BotoLift X od Mincer Pharma. Jest przeznaczone dla osób 40+, czyli nieco ponad dekadę starszych ode mnie ;) Myślę jednak, że nikomu go nie oddam, na własnej skórze chcę przetestować jak się sprawdza. Bo producent obiecuje naprawdę wiele: napiętą, nawilżoną, wygładzoną i dogłębnie zregenerowaną skórę; natychmiastową poprawę wyglądu cery, a także świetną bazę pod makijaż. Szklana buteleczka zakończona wygodną i higieniczną pompką ma pojemność 30  ml i w Rossmannie kosztuje ponad 45,00 zł. 
Na koniec zostawiłam produkty w saszetkach. Pierwszy z nich to samoopalająca chusteczka do twarzy i ciała Efektima. Ja nie używam żadnych samoopalaczy, balsamów brązujących, itp., więc dla mnie jest to kosmetyk zbędny, mogłoby go nie być, a z pozostałej zawartości boxa i tak byłabym zadowolona. Jeszcze nie wiem w czyje ręce trafi, ale mam nadzieję, że u tej osoby sprawdzą się obietnice producenta, czyli że skóra będzie opalona i zadbana, bez smug i przebarwień. Opakowanie zawiera jedną chusteczkę i kosztuje 2,49 zł. Druga saszetka skrywa próbkę nawilżająco- wzmacniającego boostera od Vichy. Poczytałam sobie trochę o tym kosmetyku w Internecie i przyznam, że wolałabym pełnowymiarową jego wersję :P Niestety, w życiu nie można mieć wszystkiego... Chlip, chlip :P
Jak już wspomniałam, w marcu zamówiłam trzymiesięczną subskrypcję beGlossy. Za całość zapłaciłam jednorazowo 141,00 zł, czyli 47,00 zł za jedno pudełko. Po podliczeniu wyszło mi, że gdybym chciała kupić każdy produkt osobno, musiałabym wydać ponad 110,00 zł. Wychodzi na to, że inwestycja w beGlossy bardziej mi się opłaciła ;) Oprócz chusteczek samoopalających, nie znalazłam produktu, którego obecność w pudełku by mi przeszkadzała. Oby tak dalej!

19:21:00

Trzymajcie się od nich z daleka, czyli buble kosmetyczne

Trzymajcie się od nich z daleka, czyli buble kosmetyczne
Ostatni post o kosmetycznych rozczarowaniach pojawił się na blogu w czerwcu, a więc prawie rok temu! Są to posty, które w całej blogosferze ciągle cieszą się dużym zainteresowaniem- powinnam więc częściej takie pisać :P Dziś pokażę Wam trzy produkty, które już na początku tego roku zawiodły mnie swym (nie)działaniem i które mogę głośno nazwać kosmetycznymi bublami, na które szkoda pieniędzy, czasu i nerwów. 
Po około dwóch latach właściwie ciągłego noszenia hybryd, moje paznokcie się zbuntowały i po zdjęciu ostatniego manicuru pokazały mi w jakim kiepskim są stanie- cienkie jak bibułka, łamiące się przy każdej okazji. Postanowiłam więc dać im się zregenerować i zrezygnowałam z hybryd dopóki, dopóty płytka paznokcia nie odrośnie w całości. Tak więc już ponad miesiąc chodzę bez pomalowanych paznokci, co jest dla mnie sporym wyczynem ;) Aby pomóc moim paznokciom zaczęłam także zażywać skrzyp polny, wcierać różne olejki, a także zakupiłam wzmacniającą odżywkę do osłabionych i pękających paznokci Maximum Strength Sally Hansen. Gdyby spełniała ona obietnice producenta, dziś moje paznokcie były by jak nowe. Miała je wzmocnić, chronić, zwiększyć ich odporność na uszkodzenia, a efekty miały być widoczne po tygodniu systematycznego stosowania. W to ostatnie zapewnienie akurat nie uwierzyłam, bo wiem z doświadczenia, że tego typu produkty trzeba stosować regularnie i przez dłuższy czas. Liczyłam jednak, że po trzech tygodniach codziennego malowania nią paznokci, jakieś efekty jednak uda mi się zaobserwować. Odżywka nie jest przezroczysta ani błyszcząca, po wyschnięciu zostawia na paznokciach matową warstewkę w jasno różowym kolorze, która ściera się nawet nie wiadomo kiedy. Nie wiem czy jest osoba, która lubi, gdy lakier do połowy paznokcia jest zdarty. Kosztowała mnie około 15,00 zł. Niby nie dużo, ale jakoś mi żal wydanych na nią pieniędzy... Na szczęście moje paznokcie mają się już coraz lepiej, w kwietniu może już coś na nich zmaluję ;), ale nie jest to zasługą tej odżywki. 
Od lat prostuję włosy, więc gdy widzę jakikolwiek nowy produkt, który ma sprawić, że będą jeszcze prostsze, kupuję go od razu w ciemno :P Czasami takie spontaniczne zakupy mi się opłacają, lub jak w przypadku eliksiru prostującego włosy Marion, są to pieniądze wyrzucone w błoto. Po pierwsze, nie wiem czy jest to praktyka producenta, czy wzięłam jakieś trefne opakowanie, ale moja buteleczka nie była wypełniona w całości, tylko gdzieś tak do 2/3 jej wysokości. Niestety, przez nieprzezroczyste ścianki nie było tego widać, w przeciwnym wypadku szukałabym opakowania, w którym było by więcej kosmetyku. Chociaż, mając wiedzę, którą mam teraz, odłożyłabym buteleczkę na miejsce i zawinęła się na pięcie ;) Eliksir to tak naprawdę tłusty, ciężki olejek, który nałożony w zbyt małej ilość na włosy nie robi z nimi nic, ale już ociupinka więcej sprawia, że włosy są oklapnięte, a posklejane końcówki przypominają strągi. Jednym słowem, włosy wyglądają tak, jakbym nie myła ich przez tydzień albo jeszcze dłużej. Nigdy nie udało mi się dobrać odpowiedniej jego ilości, co kończyło się tym, że po każdym jego użyciu tylko się denerwowałam. No może raz mi się poszczęściło i zaaplikowałam go w idealnej proporcji, ale to nie znaczy, że z efektu jego działania byłam zadowolona. Z informacji na buteleczce wynikało, że eliksir powinien zapewnić moim włosom ochronę przed wilgocią i długotrwałe wygładzenie. Faktycznie, tego dnia były miękkie, gładsze, ale odrobina wilgoci nadal sprawiała, że zaczynały się wykręcać każdy w swoją stronę... 
Kolagenowa maska na usta Pilaten okazała się dość cienka, musiałam ostrożnie się z nią obchodzić, aby jej nie uszkodzić. Jej galaretowata konsystencja była w porządku, szkoda tylko, że zbytnio nie chciała trzymać się skóry- chodząc musiałam co jakiś czas ją poprawiać. Do tej pory nie rozumiem czemu ona musiała być też taka wielka? Niby maska na usta, a zakrywa sporą część twarzy. Jej użycie miało intensywnie nawilżyć usta, miały być wygładzone, pełniejsze i ujędrnione. Zrobiłam wszystko to, co zalecił producent: umyłam skórę wokół ust, przemyłam tonikiem, maseczkę nałożyłam na usta na ponad 20 minut, a resztę kosmetyku wklepałam w wargi. No i zaczęłam doszukiwać się jakichkolwiek efektów. A tu nic, nul, nada, zero. Ani nawilżenia, ani wygładzenia. Żadnego ujędrnienia, odżywienia czy czegokolwiek. Ta maska fajne ma tylko opakowanie. Różowe, dziewczyńskie, przesłodzone. Sama maseczka wygląda śmiesznie, ale przymknęłabym na to oko, gdyby wykazała jakiekolwiek właściwości. Bo czego kobieta nie zrobi dla swej urody, nawet założy śmieszną maskę na twarz :P Moja mama kupiła dwie te maseczki, po niecałe 3 zł za sztukę, więc tragedii cenowej nie ma. Jedną wykorzystałam, drugą pożyczyłam na potrzeby zdjęcia i zaraz jej oddałam ;) Z tego co wiem, jeszcze jej nie testowała, ale śmiem wątpić, by spełniła jej oczekiwania... Jest nieco bardziej wymagająca niż ja :P

A jakie kosmetyki, w ostatnim czasie, nie spełniły Waszych oczekiwań ?

08:55:00

Pobudzający krem do rąk Cannabis&Kukui od Evree

Pobudzający krem do rąk Cannabis&Kukui od Evree
Tej zimy używam jeden krem do rąk za drugim. Wiatr, zimno, sezon grzewczy i suche powietrze, ale też malowanie, gruntowanie, sprzątanie i inne prace w urządzanym przeze mnie i męża mieszkaniu nie pozostają bez wpływu na kondycję mojej skóry na dłoniach. Przez to jeśli, przynajmniej raz na dzień, nie posmaruje ich kremem to mam wrażenie, że są szorstkie i przesuszone. Dlatego kremy do pielęgnacji skóry rąk mam dosłownie wszędzie: w pracy, w torebce, przy łóżku i przy komputerze. Jednym z ostatnio używanych przeze mnie kosmetyków do dłoni jest, a właściwie to już był, pobudzający krem Cannabis&Kukui od Evree. 
W serii kremów do rąk z olejkiem cannabis, czyli olejkiem z konopi, znajdziecie trzy różne wersje: pobudzający z olejkiem kukui, energizujący z olejkiem z papai oraz orzeźwiający z olejkiem z cytryny. Każdy z nich brzmi kusząco ;) Wszystkie mają pojemność 30 ml i w zależności od drogerii kosztują gdzieś pomiędzy 10,00 zł a 15,00 zł. Aluminiowe tubki, do których zostały wciśnięte po same brzegi, są niewielkiej wielkości, przez co wyglądają jakoś tak sympatycznie i uroczo :D A ponadto zmieszczą się nawet w malutkiej torebce. Szatę graficzną też mają fajną i przyjemną dla oka. Zakończone są plastikową nakręteczką, na której można stabilnie postawić opakowanie z kremem na biurku, szafce, czy w łazience. W składzie tych kremów nie znajdziecie olejów mineralnych, parabenów ani sls. 
Pobudzający krem do rąk Evree ma gęstą i treściwą formułę, która mnie skojarzyła się z konsystencją maseł do ciała. Bardzo dobrze rozprowadza się po skórze, lekko się po niej ślizgając. Krem wchłania się błyskawicznie i nie pozostawia na skórze lepkiej warstewki, tylko taką bardzo delikatną, ochronną. Krem do rąk ma pistacjowy kolor, a także egzotyczny, rześki zapach. Wystarczy jego niewielka ilość, aby poczuć jak zaskakująco dobrze potrafi zatroszczyć się o skórę dłoni. Już jedno użycie kremu Evree potrafi sprawić, że skóra jest momentalnie nawilżona, odżywiona i zregenerowana. I nie jest to uczucie powierzchowne, ale wyczuwalne jeszcze długo po nałożeniu kremu. Zmęczonym dłoniom przynosi ukojenie i w widoczny sposób poprawia ich kondycje. Kosmetyk ten pozwala również skórze odzyskać elastyczność, miękkość oraz gładkość. Po zaaplikowaniu kremu, dłonie wyglądają na wypielęgnowane, zadbane, mimo ciężkich warunków, na które też są ostatnio wystawione, i aż chce się je pokazywać światu :) 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger