07:21:00

Winter Spa, ShinyBox

Winter Spa, ShinyBox
Wiem, że już na kilku blogach można obejrzeć zawartość lutowego ShinyBoxa "WinterSpa", ale ja też chciałabym poświęcić mu osobny post i napisać o swoich pierwszych wrażeniach po jego otwarciu :) Właściwie to po otwarciu aż dwóch boxów, bo jako Ambasadorka Shiny otrzymałam dodatkowe pudełko wypełnione po brzegi kosmetykami ElfaPharm. Zaczniemy jednak od zawartości boxa, które możecie zamówić za 49,00 zł. Znajduje się w nim 8 kosmetyków i kilka małych upominków :)
Pierwszy kosmetyk to krem do suchych i normalnych włosów Iconic Cream Il Salone ( 250 ml/29,99 zł ). Bardzo cieszę się z tego produktu, bo ma fajny, orzeźwiający zapach i jest dopasowany do potrzeb moich włosów. Liczę, że sprawdzą się zapewnienia producenta i krem da zastrzyk moim włosom, a dodatkowo sprawi, że będą mile zmiękczone i dobrze odżywione. W Waszym boxie może znaleźć się maska do włosów farbowanych.
Żeli pod prysznic nigdy dość, dlatego cieszę się, że w boxie znalazłam żel z oliwką i mlekiem ryżowym Green Pharmacy ( 500 ml/8,99 zł ). Wam może trafić się wersja z masłem shea i zieloną oliwką. Jest to kosmetyk myjący, w którego składzie nie ma silikonów ani parabenów. Ładnie pachnie i ma fajną konsystencję, więc myślę, że się polubimy. 
Rozświetlająca maska w kremie Mincer Pharma ( 75 ml/16,99 zł ) to dodatek dla ambasadorek, w zamówionym dla siebie boxie nie znajdziecie tego produktu. Dzięki ShinyBox będę miała okazję poznać drugi kosmetyk tej marki, bo może pamiętacie, że w boxie InspiredBy U.R.O.K. dostałam tonik nawilżający. Z toniku jestem bardzo zadowolona, więc wiążę spore nadzieję z tą maseczką, która ma za zadanie rozświetlić skórę, nawilżyć ją oraz odżywić. 
W moim pudełku znalazł się również krem do pielęgnacji biustu Mama's o pojemności 50 ml ( pełnowymiarowe opakowanie ma 125 ml/34,90 zł ), ale u Was może to być krem przeciw rozstępom. Marki Mama's nie znam, ale kosmetyk bardzo chętnie zużyję, bo ostatnio nawet miałam kupić sobie jakiś balsam do pielęgnacji biustu. Z tego co wyczytałam, ten produkt ma chronić skórę przed wysuszeniem, poprawiać napięcie, elastyczność i jędrność, a także  zapobiegać wiotczeniu. Jego plusem jest to, iż nie zawiera barwników, parabenów ani substancji zapachowych. 
Odżywczy peeling do ciała z filtratem ze śluzu ślimaka Vis Plantis ( 200 ml/14,99 zł ) jest kolejną dla mnie nowością- właściwie jak wszystko w tym boxie :P Składnikiem wiodącym peelingu są naturalne, ekologiczne i biodegradowalne drobinki, które są wytworzone z pulpy drzewnej certyfikowanych lasów o zrównoważonej gospodarce. Dodatkowe składniki to wspomniany śluz ślimaka, ekstrakty z owoców goji i acai, gliceryna oraz olej macadamia i masło shea. Dostępny jest jeszcze w kilku innych wariantach: nawilżającym, wyszczuplającym i odmładzającym. 
Musujące kulki do kąpieli stóp GoodFoot Delia ( 12 sztuk/7,60 zł ) są wolne od parabenów. Wystarczy wrzucić je do ciepłej wody i moczyć stopy przez min. 5 minut, aby oczyścić skórę stóp, zmiękczyć naskórek, odświeżyć oraz przygotować stopy do pedicure. Trochę szkoda, że kuleczki nie są pakowane oddzielnie, tylko wszystkie są w jednej torebeczce. Plus jednak za to, że jest to torebka strunowa, więc ich intensywnie miętowy zapach szybko nie wywietrzeje. 
W boxie znalazłam też coś z kolorówki, mianowicie korektor pod oczy Reviving Pixie Cosmetics ( 48,00 zł ) w odcieniu creme brulee. O marce czytałam na Waszych blogach, ale dopiero teraz dane mi jest poznać jakiś jej kosmetyk. Jest to produkt naturalny, który ma skorygować niedoskonałości, neutralizować oraz rozjaśniać przebarwienia skóry, a także ukryć cienie pod oczami. Trochę ubolewam nad jego krótkim terminem przydatności, który jest tylko do czerwca, bo tego typu kosmetyki są raczej mocno wydajne. Ale i tak myślę, że za jakiś czas pokuszę się o jego osobną recenzję. 
Ostatnimi pełnowymiarowymi produktami są maseczki Beauty Bar od AA ( sztuka za 3,00 zł/8 ml ). Jedną z nich jest nawilżająca z masłem shea i masłem cupuacu, a druga to oczyszczająca z aktywnym węglem, tlenkiem cynku i peelingującymi drobinkami. Nawilżająca polecana jest do każdego rodzaju cery i ma chronić skórę przed utratą wody oraz niwelować objawy przesuszenia, a zadaniem oczyszczającej jest usuwanie zanieczyszczeń i przywrócenie świeżości cerze tłustej i trądzikowej. 
W boxie znalazłam również próbkę kremu z witaminą C od Farmony oraz miniaturkę preparatu odbudowującego Alpha-H, która jest jedną z kosmetycznych niespodzianek dla osób, które zamówiły pudełko do 19 lutego. A ponieważ nie samymi kosmetykami kobiety żyją, ekipa ShinyBox zadbała o to, aby w pudełku znalazło się też ciasteczko owsiane Consonni ( 200 g/10,50 zł ) o wadze 25 g, które wypieczone zostało zgodnie z amerykańską recepturą. Ja dostałam ciasteczko z czekoladą, które skonsumowałam z aromatyczną herbatką PuErh pomarańcza i imbir Cup&You ( 12 sztuk/39,00 zł ), którą też znalazłam w boxie :) 
Podsumowując, box WinterSpa okazał się pełen dla mnie pełen niespodzianek i samych nowości. Nigdy nie miałam żadnego z pokazanych kosmetyków, dlatego moja ekscytacja ShinyBox'em jest podwójna. Każdy produkt z przyjemnością wypróbuję, z nikim się nie podzielę :P Bo jest to kolejne pudełko, którym jestem zachwycona i z podekscytowaniem czekam już na następne:D
Jako ambasadorka ShinyBox dostałam jeszcze jedno pudełko, a w nim same kosmetyki pielęgnacyjne od Elfa Pharm. Marka postarała się o to, abym była zadbana od stóp po czubek głowy. Naprawdę, zobaczcie same: mamy maskę wzmacniającą do włosów O'Herbal z ekstraktem z korzenia tataraku. Zielony słój ma pojemność 500 ml i kryje w sobie gęstą, kremową konsystencję o trawiastym zapachu :P Następny kosmetyk to orzeźwiający balsam do ciała z werbeną O'Herbal. Kolejne 500 ml opakowanie, tym razem przezroczysta butla z zieloną pompką. Super, tylko kiedy ja zużyję ten i inne balsamy, które mam pochowane po szafkach, bo w jednej się nie mieszczą:P?
O zachowanie młodego wyglądu ma zadbać odmładzające serum z filtratem ze śluzu ślimaka Helic Vital Care Cis Plantis. Według obietnicom producenta, serum sprawi między innymi, że drobne zmarszczki zostaną spłycone, przebarwienia będę rozjaśnione, naskórek delikatnie złuszczony, poprawi się elastyczność skóry, a ona sama sama będzie zauważalnie młodsza i piękniejsza :D Nie zabrakło też kojącego kremu do stóp przeciw pęknięciom Green Pharmacy. W jego składzie mamy działający kojąco olejek z orzechów włoskich, olejek z drzewa herbacianego o działaniu relaksującym oraz ekstrakt z babki szerokolistnej o właściwościach regenerujących. 
Kolejne pudełko, które moim zdaniem skrywa fajną zawartość. Te cztery kosmetyki to też dla mnie same nowości. Jestem monotematyczna, ale tym boxem też jestem zauroczona :D

08:02:00

Recenzja: Płyn micelarny i matujący puder antybakteryjny, Selfie Project

Recenzja: Płyn micelarny i matujący puder antybakteryjny, Selfie Project
Selfie Project to marka kosmetyczna, której produkty przeznaczone są głównie do pielęgnacji młodej cery, często borykającej się z niedoskonałościami. W swojej ofercie marka ma 10 kosmetyków, pogrupowanych na cztery podstawowe etapy pielęgnacji każdej cery: oczyszczanie, złuszczanie, nawilżanie i upiększanie. W ostatnich tygodniach miałam okazję bliżej poznać dwa z nich, a dokładniej płyn micelarny oraz matujący puder antybakteryjny.
Płyn micelarny znajduje się w obłej butelce. Wykonana ona została z przezroczystego plastiku, dzięki czemu widać, ile kosmetyku jeszcze w niej zostało. Tu muszę wspomnieć o wydajności kosmetyku. Nie jest ona powalająca. Mam wrażenie, że płyn schodzi jak przysłowiowa woda. Szybko i wyraźnie widać jak płynu coraz bardziej ubywa, a używam go tylko do wieczornego, pierwszego etapu demakijażu twarzy ( drugim jest żel myjący ). Do samego opakowania nie mam jakiś zastrzeżeń. Jest wygodne, poręczne, nalepka dobrze się trzyma, szata graficzna jest jasna, przejrzysta i czytelna, a otwarcie typu klik jest szczelne i daje się otwierać bez połamanych paznokci ;) 
W składzie płynu micelarnego mamy cynk, który zmniejsza produkcję serum, nawilżający panthenol oraz sok z aloesu, który znany jest ze swoich kojących właściwości. Taka mieszanka składników bardzo pozytywnie wpływa na moją cerę. Poza tym, produkt do demakijażu Selfie Project jest taki, jak lubię. To znaczy, za jednym pociągnięciem wacika rozpuszcza kolorowe kosmetyki i oczyszcza z zanieczyszczeń, które zdążyły się nagromadzić na skórze twarzy w ciągu dnia. Zostawia przy tym skórę czystą, odświeżoną i gotową na dalszą pielęgnację. Z drugiej strony płyn micelarny dba o moją skórę, zapewniając jej optymalną dawkę nawilżenia, a dodatkowo przynosi jej ukojenie po całym dniu i łagodzi podrażnienia.
Matujący puder antybakteryjny jest drobno zmielony i sprasowany, w dotyku jest delikatny i satynowy. Występuje w odcieniu naturalnym. Schowany został do niewielkiego, biało- przezroczystego puzdereczka ze szczelnym zamknięciem, które można łatwo otworzyć, nawet jedną ręką. Tworzywo, z którego zostało wykonane puzdereczko jest dobrej jakości, łatwo nie pęka, a samo opakowanie ogólnie ma przyjemny dla oka design. 
Do pudru nie został dołączony żaden aplikator, ale ja akurat nie mam nic przeciwko temu, bo uważam, że wszelkie pędzelki, gąbeczki czy inne poduszeczki dołączane do pudrów są kiepskiej jakości, do niczego się nie nadają i zawsze je wyrzucam. Do aplikacji pudru Selfie Project używam pędzla For Your Beauty, który dzielnie mi służy już kilka lat. Puder nie pyli, na pędzel zawsze trafi odpowiednia jego ilość, dzięki czemu jego wydajność jest naprawdę dobra. Początkowo używałam go lekko omiatając twarz pędzlem, ale ta metoda się u mnie nie sprawdziła, bo skóra zaczynała się szybko błyszczeć. Lepszym sposobem jego aplikacji jest delikatne "stemplowanie" twarzy, wtedy pokazuje na co go stać. Polubiłam go za to, że nie czuć go ani nie widać na twarzy, że nie wchodzi w zmarszczki i dlatego, że zapewnia bardzo naturalny efekt. Potrafi okiełznać błyszczenie się mojej skóry na kilka godzin. Efekt matu nie jest płaski ani sztuczny, a makijaż jest dobrze utrwalony. W składzie ma antybakteryjny cynk, zwalczającą wolne rodniki witaminę E, wyciąg z matującego skórę Green Bamboo oraz fotoczułe pigmenty, które mają upiększać i optycznie wygładzać skórę. Ich połączenie, tak jak w przypadku płynu micelarnego, też ma korzystny wpływ na moją cerę. 
Oprócz tych dwóch produktów w ofercie marki znajdziecie także chusteczki do demakijażu, żel do mycia twarzy, oczyszczające plastry na nos, maseczkę z glinką i bioaktywnym węglem, kosmetyk 3w1 ( peeling, maseczka i żel myjący ), krem matująco- nawilżający, krem cc i bibułki matujące. Selfie Project jest marką szeroko dostępną, np. w Rossmannie, której kosmetyki nie mają wygórowanych cen. Płyn micelarny kosztuje około 12,00 zł za 250 ml, a cena pudru to tylko 13,00 zł za 9 gramowe opakowanie. 
Moim zdaniem, oba kosmetyki mogą być z powodzeniem stosowane także u osób, które mają więcej niż naście lat. Mi już bliżej do trójki z przodu ( chlip, chlip ), a obu produktów używam z dużą przyjemnością, bo naprawdę fajnie spisują się na mojej cerze. Co więcej, mam okazję wypróbować jeszcze inne kosmetyki Selfie Project, między innymi żel do mycia twarzy, bo marka była jednym ze sponsorów II Spotkania Łódzkich Blogerek :) Myślę, że warto, abym na zakończenie recenzji wspomniała jeszcze, że produkty Selfie Project nie są testowane na zwierzętach, a w ich składach na próżno szukać parabenów, sls, sles czy oleju parafinowego. 

08:14:00

Inspired By U.R.O.K.

Inspired By U.R.O.K.
Gdy w poniedziałek do moich drzwi zapukał kurier byłam przekonana, że ma dla mnie najnowsze pudełko Shiny Box. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam pudełko z ostatniej, X edycji Inspired By U.R.O.K. !! Totalnie się nie spodziewałam, tak samo jak tego, że dwa dni później dostałam nie jedno, ale aż dwa boxy WinterSpa, ale o tym w kolejnym poście. Dziś skupmy się na zawartości zestawu U.R.O.K, która moim zdaniem jest naprawdę fajna :)
W lutowym boxie Inspired By znalazłam pięć pełnowymiarowych produktów, takich producentów jak Mincer Pharma, Lirene, Ava Laboratorium, Fa oraz Elfa Pharm, a także mniejszą wersję maseczki do twarzy i próbkę kuracji naprawczej Alpha-H. Box wraz z przesyłką kurierem kosztuje 49,00 zł. 
Pierwszym kosmetykiem z pudełka jest nawilżający tonik do twarzy Mincer Pharma. To dla mnie nowość, wcześniej nie dane było poznać mi tej marki. Z informacji na opakowaniu wynika, że tonik ten ma głównie nawilżać, wzmacniać i łagodzić. Przeznaczony jest to cery normalnej i suchej, czyli nie do takiej, jaką ja mam. Nie zamierzam jednak nad tym się uskarżać czy komuś go oddawać, bo wiem, że jego aktywne składniki, takie jak kwas hialuronowy i skrzyp, dobrze posłużą mojej cerze. Niebieska butelka ma pojemność 250 ml, a sugerowana cena tego toniku to 12,99 zł. 
W boxie znalazłam też pomidorowo- ogórkowe organiczne serum energetyzujące Ava Laboratorium. Jest to kosmetyk, który można stosować zarówno na noc, jak i na dzień. Ta naturalna kuracja odmładzająco- nawilżająca ma zwalczać drobne zmarszczki, wzmacniać uelastyczniać i nawilżać skórę. Kosmetyk polecany jest dla osób 35+, do każdej cery, w szczególności do wrażliwej i przesuszonej. Serum na postać delikatnego kremu, który szybko się wchłania. Na stare lata chyba wysiada mi zmysł zapachu, bo kosmetyk ten nie pachnie mi ani ogórkiem ani pomidorem, ale surowym kalafiorem :P Jego cena to 31,00 zł za tubkę o pojemności 30 ml.
Żeli pod prysznic nigdy dość, bo nie wiem jak u Was, ale u mnie są to kosmetyki, które kończą mi się najszybciej. W boxie znalazł się kremowy żel pod prysznic Fa o zapachu złotego irysa i ekstraktem z miodu. Żel ma pojemność aż 400 ml i śliczny, subtelnie kwiatowy z przebijającą się miodową nutką zapach.Oczywiście, zdążyłam już go zabrać na kilka dni pod prysznic, coby móc jak najszybciej go przetestować :D Już po pierwszym użyciu bardzo mi przypasował, bo ma to coś, co w tego typu kosmetykach lubię najbardziej: uwodzicielski zapach, otulającą pianę i fakt, że nie wysusza skóry, tylko pozostawia ją przyjemną i miękką w dotyku. Jego średnia cena to 11,00 zł.
Trochę obawiam się produktów samoopalających i brązujących, więc do kolejnego kosmetyku z boxa podchodzę dosyć ostrożnie. A jest nim brązująca mgiełka z dwufazową formułą Lirene. Zamknięta została w plastikowej butelce o pojemności 195 ml, a przed użyciem należy nią mocno wstrząsnąć, tak aby jej warstwy się zmieszały. Wyczytałam, że w składzie mgiełki znajdziemy olej z karotki i ekstrakt z bursztynu. Na razie użyłam jej dwa razy, efektu opalenizny jeszcze nie zaobserwowałam, ale mgiełka zdążyła fajnie nawilżyć skórę i dodać jej miękkości. Zgodnie z obietnicą producenta, szybko się wchłania i nie brudzi ubrań. Jej sugerowana cena to 24,95 zł. 
Ostatnim, pełnowymiarowym produktem z Inspired By U.R.O.K. jest krem do stóp Elfa Pharm. Do mnie trafiła wersja odświeżająca i usuwająca zmęczenie z ekstraktem z aronii. Są jeszcze dwie inne, dezodoryzująca i druga na suche oraz popękane pięty. Tak na marginesie, kilka miesięcy temu dowiedziałam, że w Chociwiu położonym około 30 km od mojego miejsca zamieszkania, znajduje się produkcja kosmetyków Elfa Pharm- gdyby kiedyś zabrakło mi kosmetyków, mogę się u nich zatrudnić i podbierać nowości dla siebie :P Wróćmy jednak do samego kremu. Ma on wodnistą konsystencję i delikatny zapach męskiego żelu pod prysznic. Utrzymana w zielonych kolorach tubka ma pojemność 75 ml. Krem możemy kupić za 8,99 zł. 
Dwie białe tubki to kosmetyki Alpha-H, producenta, z którym wcześniej nie miałam styczności. Większa, o pojemności 30 ml, kryje w sobie maseczkę złuszczająco- odbudowującą z kwasem glikolowym. Pełnowymiarowe opakowanie ma pojemność 100 ml i kosztuje 195,00 zł. Maseczka jest dodatkowym produktem dla Ambasadorek ShinyBox. Mniejsza ma pojemność 5 ml i w jej środku znajduje się kuracja naprawcza o wodnistej konsystencji. Jej regularna cena wynosi aż 159,00 zł za tubkę o pojemności 100 ml. 
Podsumowując, X edycję Inspired By oceniam bardzo dobrze. Z każdego produktu jestem zadowolona, każdy chętnie przetestuję i poznam bliżej, a te fajniejsze na pewno zrecenzuję na blogu :)

07:20:00

Fluid matujący Make-Up Academie, Bielenda

Fluid matujący Make-Up Academie, Bielenda
Obietnice producenta:
Matujący fluid w doskonały sposób poprawia wygląd cery mieszanej i tłustej. Idealnie i na długo matuje skórę, nadaje jej aksamitnego  wykończenia oraz jednolitego wyglądu. Wyjątkowe połączenie pigmentów i składników pudrowych korzystnie wpływa na wygląd skóry: poprawia jej odcień, tuszuje niedoskonałości, przebarwienia i drobne zmarszczki. Fluid doskonale dopasowuje się do cery, dając naturalny i świeży efekt, a ultra lekka nietłusta konsystencja nie obciąża jej. Fluid zawiera witaminę B3, która reguluje wydzielanie sebum, ogranicza błyszczenie i zmniejsza widoczność porów.

30 ml/ok.12,00 zł
Moim zdaniem:
Bielenda jest jedną z tych marek kosmetycznych, która średnio mnie pociągała. Nie pytajcie jednak dlaczego, bo nie znalazłabym racjonalnej odpowiedzi. Ostatnio jednak testowałam sobie kosmetyk, który powoli zmienia moje podejście do Bielendy, po której kosmetyki sięgam coraz chętniej i częściej :) Mowa o matującym fluidzie Make-Up Academie, który przywiozłam z ostatniej konferencji Meet Beauty, a zaczęłam używać dopiero pod koniec minionego roku. 
Nieduża, beżowo- złotka tubka kryje w sobie 30 ml przyjemnej i nietłustej konsystencji, która z jednej strony jest mocno kremowa i gęsta, a z drugiej lekka i niesprawiająca trudności w rozprowadzeniu po skórze. Bardzo podoba mi się szata graficzna opakowania. Moim zdaniem połączenie beżu, złota i granatu jest naprawdę mocno udane. Sama tubka jest wygodna, bez problemu można postawić ją na złotej nakrętce oraz wycisnąć z niej odpowiednią ilość fluidu. Wykonana jest z elastycznego i giętkiego tworzywa, a napisy z tubki nie ścierają się. 
Fluid Bielenda przeznaczony jest do mieszanej i tłustej cery, a dostępny jest w trzech odcieniach: naturalnym, beżowym i karmelowym. Ja posiadam odcień nr 01, czyli naturalny. Jest to ładny beżowy kolor wpadający w żółte tony, który świetnie pasuje do mojej karnacji. Mimo iż jest to odcień pierwszy z brzegu, do najjaśniejszych nie należy. Wygląda na leciutko opalony, więc nie sprawdzi się u typowych bladziochów. Podkład ma delikatny zapach, z wyczuwalną ostrzejszą nutą, która nie wszystkim może się spodobać, jednak szybko się ulatnia i łatwo o niej zapomnieć. 
Nie oczekiwałam za wiele po tym fluidzie, podeszłam do niego dosyć sceptycznie i z rezerwą, a teraz jest jednym z moich ulubionych podkładów! Jak już napisałam wcześniej, kosmetyk bardzo dobrze się rozprowadza po skórze, pozostawiając ją wygładzoną i przyjemną w dotyku. Fluid świetnie maskuje wszelakie niedoskonałości cery i zaczerwienienia, pokrywając skórę nieobciążającą ją warstewką, która ładnie ujednolica koloryt skóry. Jego krycie jest naprawdę dobre, chociaż przy większych zaczerwienieniach potrzebuje wsparcia korektora. Mnie jednak stopień jego krycia odpowiada. Tak samo jak efekt matu, który nie jest sztuczny ani płaski. Powiedziałabym, że jest to taki troszkę satynowy mat z subtelnym, naturalnym połyskiem. Jak każdy podkład, i ten z Bielendy, lekko przypudrowuje, aby makijaż lepiej się trzymał. Czasami zdarza mi się o tym zapomnieć, jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu wiem, że sam fluid Bielendy zapewnia mojej skórze mat na 3-4 godziny. Później skóra wymaga już małego przypudrowania, ale w przypadku mojej cery jest to najnormalniejsza rzecz na świecie. Kosmetyk mocno zaskoczył mnie swoją trwałością. Nie spływa z twarzy, nie ściera się, nie znika po kilku godzinach od nałożenia. Podkład ten daje bardzo naturalny efekt, nie tworzy maski, ładnie się rozciera, idealnie łącząc się z odcieniem skóry. Ponadto jest to fluid, który nie ciemnieje i nie mający negatywnego wpływu na cerę. Używam go często i nie zaobserwowałam żadnych przykrych niespodzianek, żadnego uczulenia cz podrażnienia skóry. 
O ile się nie mylę, jest to mój pierwszy podkład Bielendy, ale zapewniam Was, że na tej jednej tubce nie poprzestanę. Jestem wręcz oczarowana tym fluidem, na mojej mieszanej cerze sprawdza się fenomenalnie! Jest to naprawdę świetny produkt, polskiej firmy kosmetycznej ( !! ), który kosztuje niewiele. Uważam, że naprawdę warto go wypróbować. 

07:05:00

Recenzja: Nawilżający mus do ciała Ciasteczko, Bioamare

Recenzja: Nawilżający mus do ciała Ciasteczko, Bioamare
Obietnice producenta:
Lekki mus do ciała o wyjątkowych właściwościach ujędrniających. Zawartość oleju arganowego i oleju z pestek winogron doskonale nawilżają i regenerują skórę, nadając jej piękny, zdrowy wygląd. Ekstrakt z kakaowca posiada silne właściwości nawilżające, tonizujące i odżywcze, dzięki temu nasza skóra staje się jedwabiście gładka i ujędrniona.
Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Vitis Vinifera Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Cera Alba, Helianthus Annus Sunflower Seed Oil, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Cetyl Alcohol, Cocoa Bean Extract, Tocopheryl Acetate, Parfum

150 ml kosztuje około 25,00 zł ( w promocji w granicach 18,00 zł ) w Tesco
Moim zdaniem:
Znamy się już bardzo długo, więc wiecie, że moja skóra nie jest zbyt wymagająca. Nie oznacza to jednak, że odpuszczam sobie jej pielęgnację. Nic z tych rzeczy, każdego wieczoru dbam o to, aby odpowiednio ją nawilżyć. Przerobiłam już bardzo wiele balsamów do ciała, lepszych lub gorszych. Obecnie używam ciasteczkowego musu do ciała Bioamare.
Kosmetyk zamknięty jest w wygodnym słoiczku z aluminiową nakrętką. Opakowanie jest przezroczyste, więc jak na dłoni widać, ile produkty jeszcze zostało. W słoiczku podoba mi się jego szeroki otwór, umożliwiający bezproblemowe wydobycie musu i wykorzystanie go do ostatniego grama. Sam mus ma konsystencję puszystej pianki, która pod wpływem ciepła naszego ciała roztapia się, zmieniając swoją treściwą formułę w oleistą emulsję. Łatwo rozprowadza się po ciele, otulając zmysły swoim aromatycznym, słodkim zapachem kruchych ciasteczek z kawałkami czekolady. 
Wysoko w składzie kosmetyku znajduje się masło shea oraz olej z pestek winogron i ze względu na ich obecność mus natłuszcza skórę i nie od razu się wchłania, dlatego, moim zdaniem, lepiej jego aplikacje zostawić sobie na wieczór. Po wchłonięciu wyczuwalny jest jeszcze delikatny film na skórze, ale nie na tyle tłusty, by mocno przeszkadzać. Ja zakochałam się w tym balsamie od pierwszego użycia. Uwielbiam, wręcz ubóstwiam używać ciasteczkowego musu Bioamare, bo fantastycznie dba o moją skórę. Dogłębnie ją nawilża, mocno odżywia i wygładza. Po jego użyciu skóra jest elastyczna, mięciutka w dotyku i słodko pachnąca. Efekt wypielęgnowanej skóry jest bardzo trwały, nie znika po kolejnym myciu. Mus ten zdecydowanie skradł moje serce i chcę go więcej i więcej i więcej. 
Nie wiem czy wiecie, ale Bioamare to kosmetyki pochodzące od tego samego producenta, co Nacomi. Miałam przyjemność współpracować z tą marką i niektóre z Was mogą pamiętać, że jakieś dwa lata temu testowałam identyczny mus od Nacomi ( klik ). Ciasteczkowy zapach obu tych musów jest na pewno jednym z moich ukochanych kosmetycznych aromatów. Kosmetyki Bioamare, tak jak Nacomi, są w 100% naturalne, maja proste i przyjazne składy oraz nie są testowane na zwierzętach. Są jednak łatwiej dostępne, bo znaleźć je można w każdym markecie Tesco. Więc szukajcie ich, szukajcie :D
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger