00:20:00

Recenzja: Błyszczyk do ust Wild Rose, Lumene

Recenzja: Błyszczyk do ust Wild Rose, Lumene
Obietnice producenta:
Wyjątkowym składnikiem wyróżniającym ten kosmetyk jest olej z nasion fińskiej róży. Dzięki jej obecności błyszczyk Lumene Wild Rosenawilża usta, czyniąc je miękkimi i jedwabiście gładkimi. Konsystencja kosmetyku nie skleja ust i zapewnia uczucie naturalności. Błyszczyk daje "lustrzany efekt", który w doskonały sposób podkreśla wargi, nadając całemu makijażowi piękno i czarujący wygląd. Ponadto aplikator nabiera odpowiednią ilość kosmetyku, dzięki temu nie powstają smugi. Kosmetyk doskonały na każdą porę dnia! 

6 ml błyszczyku kosztuje w promocyjnej cenie 22,90 zł w sklepie internetowym BodyLand
Moim zdaniem:
Jeszcze na początku wakacji o kosmetykach Lumene, kojarzących mi się z trudno dostępnymi produktami wyżej jakości, czytałam tylko w Internecie. Aż pewnego pięknego dnia moja kosmetyczka wzbogaciła się nie o jeden, ale od razu o trzy kosmetyki Lumene, dzięki współpracy ze sklepem internetowym BodyLand.pl, w ramach której otrzymałam matującą bazę pod makijaż, wydłużający tusz do rzęs oraz błyszczyk do ust, któremu poświęcony jest ten piątkowy wpis :)
Błyszczyk ma gęstą, kremową konsystencją i pachnie mocno owocowo. Konsystencja wydaje się być lepka, mimo to nie skleja warg nawet po nałożeniu dodatkowych warstw. Błyszczyk dobrze trzyma się ust, nie wylewa się poza ich kontur, nie podkreśla suchych skórek ani nie wchodzi w załamania. Schodzi równomiernie po mniej więcej 3-4 godzinach.
Już samo opakowanie błyszczyka przykuwa wzrok potencjalnej nabywczyni ;) Kształtem przypomina łagodnie zarysowaną klepsydrę, utrzymane jest w delikatnej kolorystyce, dzięki czemu wygląda elegancko i klasycznie. Aplikator to podłużna, puchata gąbeczka ścięta z jednej strony, która gładko sunie po ustach pokrywając je równo pięknym, połyskliwym kolorem.  W pacynce znajduje się nieduże wgłębienie, w którym zbiera się nadmiar kosmetyku. 
Miałam możliwość sama wybrać sobie odcień i mój wybór padł na kolor nr 05, czyli jasny, cukierkowy róż z delikatnymi, malusieńkimi rozświetlającymi drobinkami. Błyszczyk nadaje ustom lustrzany blask, efekt tzw. mokrej tafli, dzięki czemu usta wyglądają niezwykle zmysłowo i ponętnie. Nie wysusza ust, wręcz przeciwnie- bardzo dobrze je nawilża, wygładza i zmiękcza.
Używam go na co dzień, bo jak zobaczycie na zdjęciu poniżej, efekt jest bardzo subtelny, nie rzucający się w oczy, ale jednocześnie podkreślający kształt i naturalny kolor ust oraz dodający świeżości całemu makijażowi. 
Tak odcień nr 05 prezentuje się na ustach :)

14:02:00

10 rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie dnia

10 rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie dnia
Aby oderwać się trochę od kosmetycznych wpisów pomyślałam, że dam Wam się jeszcze bliżej poznać i troszkę z przymrużeniem oka napisać o 10 rzeczach ( w kolejności przypadkowej ), bez których nie wyobrażam sobie dnia :)
1. Mój to najwspanialszy facet na świecie! Nieco małomówny, ale skutecznie nadrabiam za nas dwoje :P
2. Bez telefonu jak bez ręki. Mój ledwo zipiący pełni rolę nie tylko telefonu, ale też aparatu, odtwarzacza muzyki, zegarka, budzika, kalendarza, kalkulatora, zakładki do książki, a także młotka :P
3. Choćbym nie wiem jak była zajęta w ciągu dnia, jak bardzo zmęczona i padająca na pyszczek, zawsze znajdę chwilę na przeczytanie chociażby dwóch stron. Nawet budzik mam nastawiony wcześniej, by w spokoju móc trochę poczytać książkę
4. Blog to moja pasja i moje uzależnienie :) Zaglądam tu przed pracą, w pracy ( ciii ! ), po pracy, w poczekalni u kosmetyczki, u TŻ, na zakupach czy o drugiej w nocy, a gdy nie mam dostępu do Internetu, a więc i do bloga, zaczynam dostawać drgawek i toczyć pianę z ust :P 
5. Pudelek, Kozaczek, Zeberka- co zrobić, no co zrobić, lubię tu zaglądać, czytać nagłówki plotek, a na co ciekawsze nawet zajrzeć i zapoznać się z całością 'artykułu' :P
6. 2-3 lata temu jeden z tuszy MNY tak mnie załatwił, że do dzisiejszego dnia to odczuwam... Ulgę przynoszą mi tylko krople nawilżające, ale wystarczy, że raz o nich zapomnę, a oczy już dają o sobie znać, szczególnie rano...
7. Mogę chodzić brudna, w podartych ubraniach, z nieświeżymi włosami, ale bez tuszu do rzęs?! Po moim trupie :P
8. Nie pierwszy raz piszę o tym, że jestem serialomaniczką jakich mało. Tak więc w tym zestawieniu nie mogło zabraknąć seriali umilających mi wolny czas lub obowiązki domowe. Wiecie jak się fajnie prasuje jednym okiem oglądając powtórkę ulubionego serialu :)?
9. Czy to zima czy lato, środek dnia czy nocy, bal sylwestrowy czy busz na drugim końcu świata pomalowane paznokcie u stóp i dłoni muszę mieć, bo inaczej kąsam, gryzę i drapię :P Cóż poradzić, tak mam i koniec kropka. 
10. Jeszcze jakiś czas temu kawę piłam sporadycznie, a dziś każdy dzień zaczynam kubkiem ulubionej kawy z mlekiem.

A Wy bez czego nie wyobrażacie sobie dnia :)?

07:15:00

Recenzja: Wzmacniająca kuracja przeciw wypadaniu włosów, Equilibra

Recenzja: Wzmacniająca kuracja przeciw wypadaniu włosów, Equilibra
Obietnice producenta:
Dzięki zastosowaniu specjalnie dobranych składników kuracja wzmacnia włosy oraz znacznie ogranicza ich skłonność do wypadania. Najlepsze efekty przynosi stosowanie preparatu  razem z szamponem przeciw wypadaniu włosów Equilibra. 
Zawiera:
- Witaminy A, E, C, H, B5 i B6: odżywiają włosy i skórę głowy oraz wzmacniają cebulki włosów
- Proteiny sojowe: stymulują wzrost cebulki włosów
- Tauryna: wzmacnia cebulkę włosa
- Zielona herbata i czerwone wino: pobudza mikro krążenie skóry głowy
- Phytosinergia: kompleks roślinny o działaniu regenerującym w jego skład wchodzi: Aloes, Olejek Arganowy, Keratyna.

75ml/ około 28zł w dobrych aptekach i sklepach zielarskich
Skład: Aqua, Alcohol Denat, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Argania Spinosa Kernel Oil, Hydrolyzed Wheat Protein, Vitis Vinifera Fruit Meristem Cell Culture, Taurine, Borageo Officinalis Seed Oil, Biotin, Camelia Sinensis Leaf Extract, Panthenol, Hydrolyzed Soy Protein, Retinyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, Nasturcium Officinale Extract, Propylene Glycol, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil, Acrylate Crosspolymer, Menthol, Camphor, Benzyl Nicotinate, Laurdimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin, Capsicum Frutescens Fruit Extract, Pyridoxine, Glycerin, Sodium Ascorbyl Phosphate, Sorbitol, Lecithin, Maltodextrin, Laurdimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Soy Protein, Peg-5 Cocomonium Methosulfate, Glyceryl Linoleate, Sodium Glutamate, Xanthan Gum, Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Cocoyl Glutamate, Gylcine, Sodium Hydroxide, Sodium Phytate, Parfum.
Moim zdaniem:
Wcierki do włosów to produkty, których nie znajdziecie w mojej łazience. Nie są mi do szczęście potrzebne, w pielęgnacji włosów świetnie daję sobie bez nich radę. Pewnie było by tak po dzisiejszy dzień i każdy następny, gdyby nie Pani Sylwia z Equilibry, która tym razem przesłała mi do przetestowania kurację wzmacniającą przeciw wypadaniu włosów.
Produkt otrzymałam w zielono-białym kartoniku, w środku którego znajdowała się mała buteleczka zakończona odkręcanym, zwężającym się aplikatorem, który w praktyce okazał się bardzo poręczny i wygodny. 
Skład jest prawie tak długi jak Mur Chiński, ale z informacji, które wygrzebałam w Internecie jasno wynika, że jest bardzo dobry. Co prawda na drugim miejscu jak byk stoi alkohol, ale po piętach goni mu między innymi sok z aloesu i olej arganowy, a nieco dalej mamy olej z ogórecznika lekarskiego ( stosowany w przypadku nadmiernego wypadania i łamania włosów ), ekstrakt z zielonej herbaty ( polecany przy włosach z łupieżem i przetłuszczających się ) oraz ekstrakt z papryczki, który pobudza krążenie i stymuluje wzrost włosów.
Kuracja ma postać bezbarwnego, wodnistego żelu. Zapach jest średnio przyjemny, wyraźnie czuć alkohol, coś ziołowego i mentolowego. Woń jest na tyle intensywna i mocna, że czasami aż szczypią mnie oczy. Na szczęście szybko się ulatnia i jest niewyczuwalny na włosach. Pomimo niewielkiej pojemności kuracja okazała się bardzo wydajna, w torebce z Projektu Denko znalazła się po około 5 tygodniach regularnego stosowania 3-4 razy w tygodniu.
Jak stosowałam kurację? Po umyciu włosów i nałożeniu odżywki, wyciskałam żel na dłonie, a następnie wcierałam w skórę głowy. Przez kilka minut odczuwałam delikatne mrowienie- nie mam porównania z innymi wcierkami, ale to chyba dobrze ;)? Bo ja odniosłam wrażenie, że produkt działa, że składniki wnikają w skórę i pobudzają włosy. 
Pierwsze efekty systematycznego wcierania kosmetyku zaobserwowałam w połowie kuracji. Pojawiło się, wcale nie tak mało, tzw. baby hair, a włosy zostały wzmocnione, bo przestały wypadać jak szalone. Po skończonej kuracji włosy wciąż trzymają się swojego miejsca na głowie. Nadal kilka znajduję na szczotce, ale jest ich dużo, dużo mniej. Kuracja nie podrażniła skóry, nie przyczyniła się do powstawania łupieżu ani do szybszego przetłuszczania się włosów, a alkohol w składzie nie wysuszył ich. 
Zbierając w jedno moje dzisiejsze wypociny ogłaszam wszem i wobec, że kuracja wzmacniająca Equilibry naprawdę działa. Jeśli więc wypadające włosy spędzają Wam sen z powiek, nie zastanawiajcie się i jeszcze dziś idźcie do apteki po ten specyfik- efekty gwarantowane :)

00:01:00

Cudowna moc spiruliny

Cudowna moc spiruliny
Po wielu latach mycia, wcierania, przecierania, pocierania, wklepywania i każdego innego rodzaju ciapciania i chlastania twarzy drogeryjnymi kosmetykami postanowiłam nieco odciążyć moją umęczoną buźkę i ograniczyć wszelkie kremy, maści, żele oraz inne cuda wianki do minimum, przechodzą na jaśniejszą stronę mocy, czyli pielęgnację naturalną. Nie ukrywam, że spora w tym Wasza zasługa- w całej mojej blogowej karierze naczytałam się ogromu wpisów, w których wychwalałyście produkty naturalne, z których same uwarzyłyście, zmieszałyście i wytworzyłyście własne kosmetyki. Nie jestem tak oblatana jak niektóre z Was w tych kwestiach, jeszcze nie odważyłam się zrobić sobie samej krem, żel czy serum, ale proste w wykonaniu maseczki śmigam jak ta lala :) Głównie z różnokolorowych glinek, ale o nich napisałam już tyle postów, że tym razem napiszę o innym cudzie natury, czyli aldze zwanej spiruliną. 
Na początek kilka słów o niej samej, zaczerpniętych ze strony ZróbSobieKrem, z której najczęściej kupuję  to zielone cacuszko:
Spirulina  to zielono-niebieska mikroalga, posiadająca formę spirali. Jest najbardziej niezwykłą rośliną odżywczą, jaka została odkryta przez człowieka. Do dnia dzisiejszego nie znaleziono na naszym globie żadnego organizmu, żadnej rośliny, ani też żadnego środka kosmetycznego, który zawierałby tak bogatą kombinację naturalnych, łatwo przyswajalnych i bezpiecznych dla człowieka substancji odżywczych. Działa na skórę jak serum,  które maksymalnie i natychmiast po kuracji poprawia ukrwienie, reguluje czynności gruczołów łojowych, poprawia koloryt skóry oraz jej wygląd, co zauważalne jest niemalże natychmiast. Przy tym pomaga regulować równowagę kwasowo– zasadową, dzięki czemu cera staje się elastyczna. Wzmacnia naczynia krwionośne, chroniąc je przed pękaniem. Dzięki właściwością odżywczym i ściągającym pory, maseczka z alg nakładana jest np. po zabiegach oczyszczających skórę lub do zabiegów mających na celu maksymalne odżywienie skóry.
Stworzenie maseczki o dobroczynnym wpływie na cerę jest tak proste jak obsługa cepa: czubatą łyżeczkę zielonego proszku mieszam z kilkoma kroplami wody ( którą można zastąpić ulubionym hydrolatem ) oraz olejku ( np. z nasion konopi indyjskiej, arganowanego, z awokado ), a jak mam pod ręką to i kroplą kwasu hialuronowego. Uzyskaną papkę rozprowadzam po twarzy, zatykam nos, pozostawiam na 15-20 minut, po czym spłukuję i wklepuję krem. W czasie wspomnianego kwadransa nie wychylam nosa z łazienki, aby nie doprowadzić reszty domowników do stanu (przed)zawałowego- na zdjęciu niżej zobaczycie dlaczego ;) Uważam także przy wycieraniu twarzy z niedomytych resztek spiruliny, albowiem brudzi ona wszystko w promieniu 20 metrów, a ręcznik, którym początkowo wycierałam twarz wymagał później nawet trzykrotnego prania... Z czasem nauczyłam się wycierać twarz ręcznikiem papierowym, dzięki czemu rodzicielka nie chce już powyrywać mi nóg z czterech liter :P
Tak jak pisałam wcześniej, spirulinę kupuję w internetowym sklepie Zrób Sobie Krem, gdzie dostępna jest w opakowaniach o pojemności: 10g za 3,49zł, 30g za 9,77zł, 60g za 18,17zł oraz 150g za 42,57zł. Otrzymuję ją w białym, aptecznym słoiczku zamykanym na plastikowe wieczko. Przy pierwszym jego uchyleniu moje zmysły węchu i wzroku doznały szoku. Zapoznałam się z wieloma recenzjami spiruliny, więc byłam przygotowana na rybi zapach i ciemny proszek, ale nie myślałam, że zapach pokarmu dla rybek będzie tak intensywny i mocny, a zieleń tak ciemna, że aż prawie czarna. 
Działanie tej mikroalgi na moją problematyczną cerę, mogłabym w skrócie ująć w samych 'ochach' i 'achach'. Spirulina naprawdę dobrze oczyszcza skórę i reguluje pracę gruczołów łojowych, dzięki czemu jest długotrwale matowa. Ma dobroczynny wpływ na skórę, która jest zauważalnie bardziej wygładzona, napięta i elastyczna. Zaczerwienienia są uspokojone i rozjaśnione, a blizny potrądzikowe szybciej się goją. Skóra jest zregenerowana, odżywiona, spirulina intensywnie i głęboko ją nawilża oraz wyrównuje jej koloryt, dzięki czemu wydaje się być promienna, wypoczęta, zdrowsza i po prostu czystsza.
Oprócz śmierdzącego smrodu ( wiem, masło maślane masłem posmarowane ), spirulina nie ma żadnych innych mankamentów, jest to produkt wręcz idealny. Przez wspomniany rybi smród, seans z maseczką na twarzy nie należy do tych najbardziej relaksujących, ale warto się przemóc, aby tak jak ja zaobserwować fenomenalne efekty :)
Proszę, nie przestraszcie się :P

07:24:00

Recenzja: Mleczko nawilżające z masłem shea, olejem migdałowym i arganowm, Le Petit Marseillais

Recenzja: Mleczko nawilżające z masłem shea, olejem migdałowym i arganowm, Le Petit Marseillais
Obietnice producenta:
W linii `Receptury Śródziemnomorskie` Le Petit Marseillais stworzył kompozycję, która spełnia potrzeby bardzo suchej skóry. Połączył trzy wyjątkowe składniki z Południa: masło Shea, które odżywia i optymalnie nawilża, niezwykły olejek arganowy, magicznie wygładzający skórę, oraz wspomagające ich działanie słodkie migdały. Dzięki lekkiej konsystencji mleczko nawilżające Le Petit Marseillais w jednej chwili wnika w głąb skóry, spełniając jej potrzeby i zapewniając komfort. Skóra relaksuje się, jest miękka, nawilżona i pachnąca.

Skład: Aqua, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Paraffinum Liquidum, PEG-6-Stearate, Dimethicone, Octyldodecyl Myristate, Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii Butter, Argania Spinosa Kernel Oil, prunus Amygdalus Dulcis Oil, Glyceryl Stearate, Cera Microcristallina, Paraffin, Ceteth-20, Steareth-20, Polysorbate 85, Acrylates/Acrylamide, Copolymer, Carbomer, Methylparaben, DMDM Hydantoin, Ethylparaben, Parfum (10.04.2014.) 

około 16,00 zł za 250 ml

Moim zdaniem:
Jak dobrze pamiętacie ( a jak nie, to ja już Wam przypomnę :P ), dzięki Rekomenduj.to mam przyjemność testowania francuskich kosmetyków Le Petit Marseillais. Kilka dni temu podzieliłam się z Wami swoją opinią na temat żelu pod prysznic Kwiat Pomarańczy, a dziś zapraszam Was na wpis o mleczku nawilżającym do skóry suchej i bardzo suchej. 
Mleczko znajduje się w plastikowej butelce o pojemności 250 ml. Szata graficzna opakowania utrzymana jest w pomarańczach z brązowymi akcentami. Moim zdaniem jest to udane połączenie kolorystyczne, estetyczne i przyjemne dla oka. Produkt posiada pompkę, która się nie zacina i zawsze dozuje odpowiednią ilość balsamu. Pompka 'nie wypluwa' mleczka, tylko powoli je wyciąga z czeluści opakowania, więc żadna kropelka się nie zmarnuje. Butelka, w której znajduje się mleczko nie ma przezroczystych ścianek, ale wystarczy podstawić opakowanie pod światło, by sprawdzić ile jeszcze produktu zostało. Dzięki temu trikowi wiem, że po ponad miesiącu regularnego stosowania zużyłam dopiero połowę mleczka. 
Konsystencja jest lekka i delikatna, właśnie taka jaką mleczko do ciała powinno mieć. Świetnie rozprowadza się po skórze, szybko się wchłania nie pozostawiając po sobie żadnego dyskomfortu w postaci tłustej lub lepkiej warstwy czy nieprzyjemnego uczucia ściągniętej skóry. Niewątpliwą zaletą mleczka jest jego zapach. Lekko słodkawy, lecz nienachalny, bez chemicznej nuty.
Mleczko doskonale nawilża moją normalną, niewymagającą skórę. Jednocześnie przynosi jej ukojenie, w szczególności po depilacji oraz po opalaniu. Systematyczne stosowanie balsamu sprawia, że jest ona miła w dotyku, miękka i elastyczna. Czyni skórę delikatną i gładziutką jak pupka niemowlaczka :)
Mleczko zdecydowanie bardziej przypasowało mi niż żel pod prysznic i to praktycznie pod każdym względem- opakowania, zapachu i oddziałania na skórę. Bardzo polubiłam się z tym produktem i mimo zapasów mazideł do ciała już rozglądam się za kolejnymi wersjami do wypróbowania :)
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger