08:09:00

Trzy zabiegi pielęgnacyjne, których nie lubię wykonywać

Trzy zabiegi pielęgnacyjne, których nie lubię wykonywać
Jestem kobietą i chociaż lubię o siebie dbać, to są takie czynności kosmetyczne, których po prostu nie znoszę i które wykonuję z konieczności. Oto trzy z nich:
* pierwszym takim zabiegiem jest depilacja. Ja nie wiem cośmy takiego przeskrobały, że to na nas spadł ciężar depilowania się. Mimo że jest wiele metod usuwania owłosienia, to każdy ma jakiś mankament: maszynka daje krótkotrwały efekt, wosk i depilator są bolesne, a laser drogi. Nie wspomnę już o wrastających włosach, zacięciach, podrażnieniach. Lubię mieć gładkie nogi, ale cierpnę na samą myśl o konieczności ich depilowania. Gdyby nie narzeczony, ( bo nie ukrywam, że wykonuję ten zabieg również z myślą o nim ) chodziłabym chyba owłosiona jak małpka do samego lata :P
* kolejnym rytuałem kosmetycznym, którego nie lubię wykonywać jest nadawanie kształtu paznokciom. Jakiś czas temu zmieniłam kształt swoich paznokci z kwadratów na migdały i wypiłowanie ich tak, aby chociaż odrobinę były do siebie podobne kosztuje mnie sporo czasu, nerwów i poprawek. A koniec końców i tak nie jestem do końca zadowolona z efektów... 
* ostatnią czynnością jest regulacja brwi i nie ważne czy robię to sama czy oddaję się w ręce kosmetyczki. Moje brwi żyją swoim życiem, każda jest inna, a włoski rosną sobie jak chcą, szczególnie tuż przy nosie: w lewej brwi układają się w łagodny łuk, w prawej są proste jakby "połknęły drut". Nigdy nie mam ochoty na ich regulację, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie ich pozostawić samopas... 

Przedstawiłam Wam trzy rytuały kosmetyczne, których nie lubię wykonywać, ale mimo to robię to, bo czego nie zrobi kobieta, by być piękną, atrakcyjną i zadbaną? Oj tak, w imię piękna jesteśmy gotowe na wiele poświęceń :) 

00:02:00

Recenzja: Szampon do przetłuszczającej się skóry głowy i suchych włosów, Equilibrios S, Actyva, Kemon

Recenzja: Szampon do przetłuszczającej się skóry głowy i suchych włosów, Equilibrios S, Actyva, Kemon
Obietnice producenta:
Z myślą o powszechnie występujących problemach skóry głowy opracowano specjalną linię produktów ACYVA SPECIFICI CUTE, których formuła zawiera olejki eteryczne i wyciągi z roślin mające oczyszczać, równoważyć, łagodzić, nawilżać i przywracać funkcję normalnej, zdrowej skóry. Nie zawiera laurylosiarczanu sodu SLS ani dodecylosiarczanu sodu SLES.

250 ml/ 48,00 zł w sklepie internetowym Sklep Fryz
Moim zdaniem:
Szampon Equilibrios S jest moim pierwszym, typowo fryzjerskim szamponem do mycia włosów ( chyba, o ile mnie moja leciwa pamięć nie sprowadza na manowce ). Przeznaczony jest do mieszanych włosów, czyli przetłuszczających się u nasady i suchych na końcach, dokładnie takich jakie ja mam, bo wiecie, u mnie wszystko musi być mieszane: uroda ( jestem podobna do wszystkich z rodziny, a jednocześnie do nikogo :P ), cera, a nawet włosy :P Szamponu używam systematycznie od grudnia ( co drugi dzień i jeszcze go mam, więc pierwszy jego plus to wydajność ) i najwyższa pora go zrecenzować.
W wąskiej, smukłej oraz lekko wyprofilowanej butelce znajduje się 250 ml szamponu o nieprzeciętnym zapachu, w którym wyczuwam dość wyrazistą korzenną nutę. Jest specyficzny i nie każdemu może się spodobać. Za to konsystencja powinna już przypasować większości: ma ładny perłowy kolor i jest odpowiednio gęsta- odrobina szamponu i wody tworzy bardzo dużo delikatnie myjącej piany. 
Z właściwości pielęgnacyjnych szamponu jestem bardzo zadowolona. Jest łagodny dla skóry głowy i dla samych włosów także, podczas mycia nie plącze ich, a w trakcie rozczesywania nie ciągną się i nie wyrywają; szczotka wchodzi w nie jak w przysłowiowe masło. Bardzo dobrze oczyszcza włosy z zanieczyszczeń, a także z kosmetyków do ich stylizacji, pozostawiając je czyste i świeże. Przywraca równowagę skóry głowy, dzięki czemu włosy odzyskują blask i witalność na całej swej długości. Po umyciu zyskują także na lekkości, są świetnie nawilżone, mięciutkie i bardziej podatne na układanie. Ponadto dyscyplinuje moje niesforne włosy, niwelując ich puszenie i elektryzowanie się. 
Szampon nie należy do najtańszych, ale nie oszukujmy się: żaden profesjonalny kosmetyk nie jest tani. W tym przypadku, za cenę około 50,00 zł, otrzymujemy bardzo wydajny produkt do mycia włosów, bez SLS i SLES, o nietuzinkowym zapachu, który pozwala na bezbolesne rozczesanie włosów, który przywraca włosom równowagę, a także nadaje im miękkości i blasku. Myślę, że warto mieć jeden taki szampon w swoim kosmetycznym arsenale, nasze włosy od czasu do czasu też chcą zostać rozpieszczone :)

02:52:00

"Wytańczyć marzenia" Elaine DePrince,Michaela DePrince

"Wytańczyć marzenia" Elaine DePrince,Michaela DePrince
Bielactwo jest chorobą, a właściwie defektem skóry polegającym na braku pigmentu na skórze, a także włosach i tęczówkach oka, objawiający się białymi plamami, często z ciemniejszymi brzegami. Jest to defekt, który widać na pierwszy rzut oka, którego nie da się go ukryć. Może sprawić, że osoba dotknięta bielactwem będzie wstydzić się swojego wyglądu, będzie unikać kontaktu z ludźmi, będzie starała się skryć przed światem. Lub weźmie przykład z Michaeli de Prince, która przezwyciężyła wstyd związany z jej mankamentem skóry i spełniła swoje marzenie o byciu światowej sławy primabaleriną.
Michaela de Prince, a właściwie Mabnita Bongura, przyszła na świat w 1995 roku w ogarniętej wojną Sierra Leone. Jako mała dziewczynka straciła rodziców, najpierw ojca, którego zamordowali rebelianci, a później w wyniku choroby matkę, Trzyletnia Mabnitą zaopiekował się wujek, który szybko odesłał ja do sierocińca, gdzie nadano jej "imię" o numerze 27. Prześladowana i upokarzana z powodu swojego bielactwa, czuła się samotna i nieszczęśliwa. Jednak los szybko się do niej uśmiechnął, gdy w wieku 4 lat została adoptowana przez amerykańska rodzinę, a wraz z nią jej najlepsza przyjaciółka z sierocińca, dziewczynka o numerze 26. Adopcja, przeprowadzka do Ameryki i wspaniali rodzice pozwoliły jej "sięgnąć gwiazd": rozpoczęła naukę w prestiżowej szkole baletowej Jacqueline Kennedy Onassis, a obecnie jest najmłodszą tancerką Dance Theatre w Harlemie. 
Michalesa wraz ze swoją adopcyjną matką, Elaine, postanowiła spisać historie swojego życia, by podzielić się, jak sama to nazywa, największym błogosławieństwem w jej życiu, jakim jest nadzieja:
" To nadzieja pozwoliła mi przetrwać w Afryce, mierząc się ze znęcaniem, z głodem, bólem i ogromnym niebezpieczeństwem. To nadzieja sprawiła, że ośmieliłam się marzyć, i to nadzieja pomogła mi spełnić te marzenia." ( str. 259 )
Książka jest napisana prostym, ale obrazowym językiem. Czyta się ją jednym tchem, a krótkie rozdziały sprawiają, że czytelnik nawet nie wie kiedy przewraca kartkę za kartką. Przeczytałam kilka książek o podobnej tematyce, ale ta jest jedyna w swoim rodzaju, ponieważ z każdej jej strony emanuje optymizm, ciepło i pozytywna energia. Z każdego zdarzenia w swoim życiu, Michaela wyciąga wnioski na przyszłość albo coś, co pozwala jej przetrwać w trudniejszych chwilach. To czyni, że książka jest bardzo pozytywną opowieścią. Mimo wielu przykryć doświadczeń, straty rodziców, życia w kraju ogarniętym wojną, mimo wielu przykrych słów usłyszanych od innych ludzi na temat swojego koloru skóry i choroby, bohaterka wciąż patrzy na świat przez różowe okulary, realizuje się i na przekór wszystkim i wszystkiego prze do przodu, spełniając swoje marzenia i ciesząc się po prostu życiem. Historia Michaeli ukazuje, że można osiągnąć wszystko to, co się wymarzyło. Wystarczy chcieć, wierzyć i nie poddawać się. Moim zdaniem, jest ona wzorem godnym naśladowania :)

07:51:00

BrushEgg, czyli jajeczko do czyszczenia pędzli

BrushEgg, czyli jajeczko do czyszczenia pędzli
Posiadanie pędzli do makijażu wiąże się z obowiązkiem ich częstego mycia, aby resztki podkładu nie stały się siedliskiem bakterii- przyznam, że czynność ta nie należy do moich ulubionych. W Internecie jest całe mnóstwo porad, trików, wskazówek oraz gadżetów, które mają ułatwić utrzymywanie pędzli w czystości. Jednym z takich gadżetów jest BrushEgg, potocznie zwane jajeczkiem, które otrzymałam w Mikołajkowym Boxie od Moniki
Produkt wykonany jest z miękkiego silikonu. Mimo iż nie posiadam oryginalnej wersji, to silikon, z którego jajeczko zostało wykonane jest wysokiej jakości i nie śmierdzi. Z jednej strony jest owalny, z drugiej, płaskiej strony, posiada okrągłe wypustki do czyszczenia niewielkich pędzli oraz podłużne do mycia tych większych. W dotyku jest "gumiaste", a to, które otrzymałam jest w ładnym, pastelowo- niebieskim kolorze. Jajeczko w środku jest puste ( i gładkie, dzięki czemu nie kaleczy skóry ), można włożyć w nie dwa palce, co wypraktykowałam i co u mnie się nie sprawdziło, bo zsuwało mi się i co chwila musiałam je poprawiać. O wiele lepiej trzyma mi się je w całej dłoni. Jajeczko jest "wymuskane", a mam tu na myśli to, że nie posiada żadnych ostrych elementów, zadziorów czy chropowatej powierzchni, które mogłyby uszkodzić pędzle. 
Zanim zaczęłam używać jajeczko, jego odpowiednikiem były moje palce, na które wylewałam odrobinę szamponu do mycia włosów BabyDream z Rossmanna, a następnie pocierałam namoczony pędzel. Potem wystarczyło tylko opłukać go pod bieżącą wodą i delikatnie osuszyć i voila, pędzel jak nowy! Stosowanie BrushEgg wiele w tym sposobie czyszczenia pędzli nie zmieniło, ot, po prostu trzymam coś w dłoni, coś, co ma wypustki ;) Moim zdaniem, wspomniane wypustki wcale lepiej nie docierają do głębi pędzla doczyszczając go do granic możliwości, palce są w tym równie dobre i nie ważne czy pędzel jest brudny od ciężkiego pudru, lżejszego różu czy mineralnych cieni do powiek. Używanie go wcale też nie skraca czasu mycia pędzli, zajmuje mi to tyle samo czasu, co przy użyciu samej dłoni. Na plus zaliczam mu to, że nawet mocniejsze pocieranie pędzli o jajeczko nie odkształca ich, nie mechaci ani nie rozczapierza. Gadżetu używam od grudnia, przynajmniej raz w tygodniu i jak do tej pory nie zmienił swojego kształtu, nie odbarwił się, jest taki sam, jak w pierwszym dniu, gdy został rozpakowany. Po wymyciu wszystkich pędzli, wystarczy je opłukać wodą i zostawić do wyschnięcia, można też delikatnie wytrzeć ręcznikiem. 
Nieważne czy piorę pędzle używając BrushEgg czy nie, zawsze pilnuję trzech rzeczy: aby nie zmoczyć łączenia włosia z rączką, aby nie myć pędzli w gorącej wodzie i aby robić to zgodnie z kierunkiem włosia, nigdy pod włos, dzięki czemu swoimi kilkoma pędzlami mogę się cieszyć długie miesiące. Cieszę się również, że dzięki Monice miałam okazję poznać BrushEgg, ale szczerze? Nie jest to żaden fenomenalny gadżet, bez którego nie wyobrażam sobie już korzystania z pędzli, bo nie widzę różnicy pomiędzy moim starym sposobem czyszczenia pędzli, a myciem ich przy pomocy tego gadżetu. Nie jest to zły produkt, tylko dla mnie jest zbędny, ale tak to już z tymi wynalazkami jest: mają ułatwiać życie, ale nie wszystkim muszą idealnie pasować :)


A Wy czym myjecie swoje pędzle?

06:52:00

Recenzja: Naturalna szminka do ust, Lily Lolo

Recenzja: Naturalna szminka do ust, Lily Lolo
Obietnice producenta:
Naturalna szminka w odcieniu koralowo-brzoskwiniowym, idealna by dodać codziennemu makijażowi świeżości. Wyjątkowa, naturalna formuła kremowych szminek Lily Lolo gwarantuje głęboki kolor oraz fantastyczne nawilżenie. Każdy odcień daje piękny, naturalny połysk. Ponadto, dzięki zawartości witaminy E oraz ekstraktu z rozmarynu, pomadki Lily Lolo odpowiednio odżywią Twoje usta. Szminka Lily Lolo zawiera odżywczą witaminę E, organiczny olejek jojoba, ekstrakt z rozmarynu. Nie posiada substancji zapachowych.

4 g kosztuje 54,90 zł na stronie Costasy
Skład dla zainteresowanych:
Ricinus communis seed oil, simmondsia chinensis seed oil, candelilla cera, lanolin, isoamyl laurate, caprylic/capric triglyceride, cera alba, copernicia cerifera cera, silica, maltodextrin,tocopherol, helianthus annuus seed oil, ascorbyl palmitate, rosmarinus officinalis leaf extract [+/- ci 77891 (titanium dioxide), ci 77492 (iron oxide), ci 77491 (iron oxide), ci 75470 (carmine)]
Moim zdaniem:
Jak wiecie, kosmetyki mineralne są nowością w mojej kosmetyczce, ale zdobywają ją szturmem. Po korektorze, podkładzie i pudrze, przyszedł czas na wypróbowanie mojego ostatniego zauroczenia produktami do makijażu, jakimi są pomadki do ust- wśród tych drogeryjnych musiała znaleźć się chociaż jedna mineralna :)
Naturalna pomadka Lily Lolo dostępna jest w 13 odcieniach, dla siebie wybrałam kolor Intense Crush, który tak jak opisał producent, jest odcieniem koralowo- brzoskwiniowym. Po pierwszej aplikacji okazało się, że jest to kolor nawet zbliżony do barwy moich ust, tylko bardziej wpadający w koral, przez który przebija się odcień nude. Ma kremową, mięciutką konsystencję, gładko sunie po wargach pokrywając je warstewką koloru- jedna ładnie podkreśla kształt ust subtelnym kolorem, druga nadaje mu głębi i delikatnego połysku. Wybrany przeze mnie kolor jest idealnym dopełnieniem codziennego makijażu, bo mimo możliwości stopniowania jego głębi, nigdy nie będzie on na tyle intensywny, by wysuwać się na pierwszy plan. 
Gama kolorystyczna opakowania, w którym znajduje się pomadka jest charakterystyczna dla marki Lily Lolo: minimalistyczna, matowa i czarno- biała. Całość jest klasyczna, ponadczasowa, a także estetyczna. Sztyft jest niewielki i bardzo wygodny, a fajne jest w nim to, że przy zamykaniu słychać krótkie "klik", dzięki czemu wiem, że pomadka jest dobrze chroniona przed połamaniem się, zdeformowaniem czy przedostaniem bakterii. 
W składzie pomadki znajdziemy olej rycynowy, olej jojoba, olej słonecznikowy, witaminę E, witaminę C, ekstrakt z liści rozmarynu, woski i emolienty pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, wosk pszczeli oraz naturalne barwniki, czyli same dobrocie, które powinny sprostać wymaganiom każdej wymagającej klientki. Ich miks sprawia, że pomadka dba i pielęgnuje usta, nie wysuszając ich. Dzięki zawartości wspomnianych olejków, fajnie nawilża usta, zmiękcza je i wygładza. Szminka jest bardzo lekka, nie wyczuwam jej podczas noszenia ( przez 2-3 godziny od nałożenia nie mam potrzeby nanoszenia poprawek ), nie pozostawia po sobie chemicznego posmaku. Na zakończenie warto też dodać, że pomadka ładnie  i równomiernie schodzi z ust, nie pozostawiając prześwitów. 
Na wstępnie napisałam, że jest to moja jedyna mineralna pomadka do ust, że dużo więcej mam tych drogeryjnych. No cóż, to zapewne tylko kwestia czasu, aby te proporcje się zmieniły :P
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger