16:15:00

Ujędrniający olejek wodny Water Oil Firming Geranium od Skin79

Ujędrniający olejek wodny Water Oil Firming Geranium od Skin79
Wodny olejek to zupełna nowość w mojej pielęgnacji, ale taka, która "chodziła" za mną już od dłuższego czasu. Jest to produkt, który został stworzony z myślą o natychmiastowym zaspokojeniu potrzeb skóry. Ma zapewnić silne nawilżenie, utrzymanie wilgoci oraz pielęgnację bez tłustej powłoki, która mogłaby obciążyć funkcjonowanie skóry. Takie informacje wyczytałam na stronie Skin79, skąd zamówiłam mój pierwszy wodny olejek- ujędrniający Water Oil Firming Geranium. Dostępny jest jeszcze wariant nawilżający tego olejku, ale na początek wybrałam ten w brązowej buteleczce, albowiem jest polecany do skóry z niedoskonałościami. 
Koreańskie kosmetyki mają to do siebie, że zaskakują mnie swoimi konsystencjami. W przypadku tego olejku nie jest inaczej, albowiem swoim wyglądem naprawdę przypomina wodę. Jest przezroczysty, bardzo rzadki i nie ma w sobie nic z powierzchowności olejku. Nie jest tłusty, oleisty ani też nie jest taki "treściwszy" w swojej formule. Błyskawicznie się wchłania w skórę i już podczas aplikacji czuć jak świetnie ją koi i nawilża. Pachnie kwiatami, ale jest to zapach neutralny i subtelny. Mnie, osobie, która nie przepada za kwiatowymi zapachami w kosmetykach, bardzo się on podoba. 
Szklana buteleczka w brązowym kolorze ma dołączoną pipetkę, która jest idealnym rozwiązaniem w tego typu produkcie. Odmierza odpowiednią porcję olejku- jedna doza wystarcza na rozprowadzenie kosmetyku po twarzy. Ujędrniający olejek znalazł stałe miejsce w mojej pielęgnacji, jednak nie używam go codziennie. Staram się go aplikować tak co drugi dzień, dzięki czemu starczy mi na dłużej, a jego działanie przy takiej częstotliwości nadal jest mocno zauważalne. Jako że nie aplikuję go każdego dnia mogę powiedzieć, że jest wydajny. Mam go od ponad miesiąca i zauważyłam, że z buteleczki ubyło mniej więcej 1/3 zawartości. 
Wodny olejek Skin79 to kosmetyk wielozadaniowy, który można wykorzystać na wiele różnych sposobów, na przykład jako bazę pod makijaż lub dodatek do ulubionego kremu. Wyczytałam również, że kropla lub dwie tego olejku zmienia sypki podkład mineralny w płynny ( ten sposób muszę koniecznie wypróbować, ale to latem ), a dodanie do cięższego w konsystencji podkładu sprawia, że jest łatwiejszy w aplikowaniu. U mnie olejek ten jest jednym z elementów wieczornej pielęgnacji, ale kilka razy wypróbowałam go też jako bazę pod makijaż i w tej roli sprawdził się naprawdę świetnie. Podkład lekko się rozprowadza na skórze potraktowanej olejkiem wodnym, nie ciemnieje ani nie zmienia swojego koloru, ładnie stapia się ze skórą i nie waży. Jako kosmetyk pielęgnacyjny dba o skórę w sposób wyjątkowy, tak że moja skóra czuje się dopieszczona na wszystkie sposoby. Zaraz po zaaplikowaniu jest ukojona, miękka i nawilżona. Mam też wrażenie, że moja skóra jest odprężona, jakaś taka mocniejsza, a jej koloryt bardziej wyrównany. Zauważyłam, że odkąd wprowadziłam ujędrniający olejek wodny do swojej pielęgnacji produkcja sebum mojej skóry unormowała się, ona sama mniej się przetłuszcza i błyszczy. Tak jak pisałam wcześniej, olejek wodny polecany jest do skóry z niedoskonałościami, albowiem wykazuje właściwości przeciwzapalne i antyseptyczne. Borykam się głównie z podskórnymi grudkami. Kosmetyk nie sprawił, że znikły, ale nie pojawiły się kolejne. 
Wodny olejek dostępny jest w internetowym sklepie Skin79. Ma pojemność 20 ml i standardowo kosztuje 79,00 zł. Mnie udało się go kupić podczas wyprzedaży za nieco ponad 50,00 zł z przesyłką, co uważam za bardzo atrakcyjną cenę :) Uważam, że dobrze wydałam te pieniążki, bo z olejku jestem naprawdę zadowolona i z czystym sercem mogę go Wam polecić. 

16:22:00

Recenzja: Odświeżający peeling do twarzy, Mediterraneum

Recenzja: Odświeżający peeling do twarzy, Mediterraneum
Każdy dermatolog czy kosmetyczka powie Wam, że regularne złuszczanie martwego naskórka jest kluczowym elementem pielęgnacji. Oczyszczona skóra będzie lepiej reagować na produkty pielęgnacyjne, takie jak kremy czy maseczki. Na rynku kosmetycznym dostępnych jest cała gama przeróżnych scrubów do twarzy i ciała. Delikatniejsze, mocniejsze, enzymatyczne, itd., więc każda z Was znajdzie odpowiedni kosmetyk dla siebie i swojej cery. Ja dziś chciałabym opowiedzieć co nieco o peelingu greckiej marki Mediterraneum. 
Większość znanych mi peelingów do twarzy znajduje się w tubce albo w słoiczku. Kosmetyk Mediterraneum jest chyba pierwszym, który zamknięty został w buteleczce z pompką. Myślałam, że nie będzie to dobre rozwiązanie, jednak peeling ma lekką konsystencję, przez którą pompka się nie zacina i do samego końca sprawnie działa. Dozuje niewielkie porcje, dwie pompki są jednak wystarczające do wykonania dokładnego masażu twarzy. Jak już wspomniałam wcześniej, formuła peelingu jest lekka, przypominająca emulsję, w której zatopione są drobinki pestek oliwek. Nie są mocne i na pewno nie podrażnią nawet delikatniejszej skóry. Poza tym, przecież można stopniować ich nacisk na skórę w zależności od własnych preferencji ;) Peeling ma ładny, odprężający zapach. 
Scrub okazał się być bardzo dobrym produktem. Świetnie złuszcza martwy naskórek, sprawiając, że skóra zyskuje na gładkości i miękkości. Jest oczyszczona i odświeżona. Peeling nie wysusza skóry, wręcz miewałam wrażenie, że poziom jej nawilżenia utrzymuje na dość wysokim poziomie. Ponadto produkt nie ściąga ani nie podrażnia skóry. Pozostawia ją delikatną w dotyku i gotową na dalsze etapy pielęgnacji. 
Peeling jest bardzo wydajny, używany raz- dwa razy w tygodniu wystarcza na kilka miesięcy. Jak inne kosmetyki Mediterraneum, dostępny jest tylko na Allegro. Opakowanie tego peelingu do twarzy ma pojemność 100 ml i kosztuje 43,50 zł- kupicie go tutaj

17:02:00

Nowe antyperspiranty Adidas AdiPower dla niej i dla niego

Nowe antyperspiranty Adidas AdiPower dla niej i dla niego
Od dłuższego czasu jestem zarejestrowana na stronie TRND, która daje mi możliwość uczestniczenia w przeróżnych projektach i testowania szerokiego wachlarza produktów i usług. Do tej pory wzięłam udział między innymi w kampaniach promocyjnych Zalanado, Always, Oral-B czy Monte :) Jednym z najnowszych projektów jest AdiPower Adidas, w ramach którego otrzymałam zestaw dwóch antyperspirantów, dla niej i dla niego. Czyli dla mnie i dla mojego męża :D Przyznacie mi chyba rację, że Adidas to jedna z najpopularniejszych marek i najbardziej rozpoznawalna. W swoim asortymencie ma nie tylko sportowe ubrania czy gadżety, ale też kosmetyki. Przyznam szczerze, że nigdy nie "ciągnęło" mnie do produktów do pielęgnacji sygnowanych logiem tej marki, ale u mojego męża od czasu do czasu widuje żel pod prysznic czy wodę toaletową Adidas. 
Antyperspiranty mają być dostępne już od marca w Rossmannie. Udało mi się znaleźć informację, że kosztować będę około 10-15 zł. Oba mają pojemność 150 ml. Opakowanie damskiej wersji jest delikatnie wyprofilowane, przy tym także wyższe i smuklejsze od opakowania wariantu męskiego, które jest bardziej toporne i takie kołkowate :P Mój antyperspirant jest poręczny w użytkowaniu, a atomizer działa bez zarzutu. Z tego co wiem, w kosmetyku mojego męża też nic się nie zacina. Zapach kobiecego antyperspirantu jest subtelny, świeży i nie gryzie się z perfumami. Męski zapach jest według mnie charakterystyczny dla antyperspirantów dla płci brzydszej. Jest przyjemny, wyrazisty, ale bardzo intensywny i znacznie dłużej unosi się w powietrzu. Oba antyperspiranty należy aplikować na skórę z większej odległości i w niezbyt dużej ilości. W przeciwnym wypadku pozostawiają na skórze pod pachami białą, pudrową warstewkę. Trzeba też odczekać parę minut z ubraniem się, bo niestety mają tendencję do brudzenia, do zostawiania białych plam. 
Producent zapewnia, że jego antyperspiranty zapewniają aż 72 godziny ochrony przed poceniem, bez względu na stopień naszej aktywności. Ma to być zasługą inteligentnej, najnowszej technologii, reagującej na wzrost ciepłoty ciała podczas wysiłku. Od razu napiszę, że ani ja ani mój mąż nie testowaliśmy ich tak długo, bo żadne z nas nie wyobraża sobie nie myć się przez trzy dni :P Warto, abyście wiedzieli też, że oboje nie mamy większych problemów z nadmierną potliwością ( chociaż ja swego czasu borykałam się z tym utrapieniem ). Antyperspirantów AdiPower używamy codziennie, swój przetestowałam także w bardziej wymagających warunkach, czyli na balu, gdzie naprawdę dużo tańczyliśmy :D U nas sprawdzają się dobrze, chroniąc nas przed potem i zapewniając nam uczucie świeżości na długie godziny. Tak więc, ze swojej strony możemy je polecić :)

16:37:00

O kilku kosmetykach Oriflame słów parę :)

O kilku kosmetykach Oriflame słów parę :)
Nie jestem pewna czy przez tyle lat blogowania wspomniałam kiedykolwiek o tym, że pociąg do kosmetyków miałam już jako nastolatka :D A właściwie to jeszcze wcześniej, już jako mała dziewczynka, tylko wtedy podkradałam mamie kosmetyki i rozmazywałam je na dywanie :P Oj, nie raz oberwałam za to po uszach, bo moja mama nie kupowała tanich kosmetyków :P Nie wiem jak było u Was, ale kiedy ja byłam w gimnazjum wśród moich koleżanek panował szał na Avon oraz Oriflame, któremu ja także uległam i to na lata. Na studiach, dokładniej na pierwszym roku studiów, miałam nawet epizod bycia konsultantką, ale kariery, niestety, nie zrobiłam, bo większość kosmetyków i tak zamawiałam dla siebie :P Po studiach zaniechałam kupowania kosmetyków katalogowych, ale chyba tylko i wyłącznie dlatego, że wśród moich znajomych nie ma żadnej konsultantki, więc siłą rzeczy katalogu nie miałam w rękach przez kilka lat. Teraz jednak nadarzyła się okazja, aby przypomnieć sobie czy, a jeśli tak to za co, tak lubiłam zamawiać kosmetyki z katalogów :) Odświeżanie pamięci zaczęłam od marki Oriflame, z której mam obecnie pięć kosmetyków, w tym dwa do makijażu i trzy do ogólnie pojętej pielęgnacji. 
Giordani Gold to seria kosmetyków, których między innymi używała moja mama. Mnie, jako małej dziewczynce, kojarzyły się wtedy z klasą, elegancją i luksusem. To chyba głównie przez te opakowania, które już wtedy były bardzo szykowne oraz dopracowane w najmniejszym szczególne. Ot, takie małe dzieła sztuki ;) Teraz ja używam kosmetyków Giordani Gold, konkretnie dwóch i są to pomadka do ust w odcieniu Lucent Pink oraz prasowany, transparentny puder do twarzy. Pomadka ma wagę 4 g i kosztuje 49,90 zł, puder waży 9 g, a kosztuje 69,90 zł. Oba kosmetyki znajdują się w złotych opakowaniach: sztyft pomadki jest cały w tym kolorze, puzdereczko z lusterkiem w połowie jest czarne. Opakowania są dobrej jakości. Po tym, w którym znajduje się pomadka wcale nie widać, że jest plastikowe, a błyszczy się tak, że widać je z daleka :D Puderniczka już raz mi upadła na kafelki ( oczywiście niechcący, żeby nie było podejrzeń :P ), ale nic się z nią nie stało, nie ma na niej nawet najmniejszej ryski. Do pudru dołączona była również gąbeczka, która wylądowała w koszu, bo jak dobrze wiecie preferuje aplikowanie pudru szerokim pędzlem. Obu kosmetyków używam głównie na co dzień, ale towarzyszyły mi także na balu, na którym byłam wraz z mężem w styczniu, więc przetestowałam je też w nieco bardziej wymagających warunkach ;) 
Najbardziej polubiłam się z pomadką, która ma kilka niedoskonałości, ale mimo to jest bardzo fajna. Ma ładny, malinowy odcień, który bardzo mi się podoba. Jej konsystencja jest miękka i kremowa, dzięki czemu z lekkością sunie po ustach, pokrywając je warstewką koloru. Nie jest to matowa pomadka, po nałożeniu pozostawia na ustach delikatny, satynowy połysk. Jest tak lekka, że właściwie nie czuć, że ma się ją na ustach, a co ważniejsze nie pozostawia chemicznego posmaku. Ponadto ma ładny i delikatny zapach, który jest praktycznie niewyczuwalny. W swoim składzie pomadka ma olejek arganowy, dzięki któremu jest komfortowa w noszeniu, bo nie wysusza ust ani nie powoduje uczucia ich ściągnięcia. Dodatkowo, zawartość tego olejku sprawia, że usta są cały czas nawilżone i miękkie. Pomadka nie zastyga na ustach, nawet po kilku godzinach od zaaplikowania pozostawia po sobie ślady, np. na filiżance. Nie jest też jakoś mocno napigmentowana, ale ładnie i równomiernie pokrywa usta kolorem. Co do trwałości, to będę z Wami szczera: z jedzeniem przegrywa dość szybko i schodzi z ust poczynając od ich środka, co nie jest znów takie złe, bo szybko i nawet bez lusterka można nanieść małe poprawki.
Puder do twarzy dostępny jest w trzech odcieniach: transparentnym, który posiadam, oraz light i natural. W puderniczce osadzone jest lustereczko, więc makijaż można poprawić w każdej chwili i to bez konieczności szukania łazienki lub przeglądania się w sklepowej witrynie :P Sama nigdy nie praktykowałam tego drugiego sposobu, ale nieraz zdarzyło mi się widzieć panią, która nanosiła poprawki w makijażu przeglądając się w szybie sklepu :P Puder jest prasowany, satynowy i gładki w dotyku. Bardzo dobrze aplikuje mi się go szerokim pędzlem, ale muszę uważać, albowiem lubi się trochę pylić. Utrwala makijaż oraz matuje moją mieszaną cerę na kilka godzin. Odcień transparentny nie zmienia koloru podkładu, nie utlenia się i nie daje efektu płaskiego matu. Zapewnia naturalne wykończenie makijażu, bez podkreślania zmarszczek i suchych skórek. Ładnie wygładza skórę, nie jest ciężki ani komedogenny. Ponadto nie wysusza ani nie ściąga skóry.
Złuszczający scrub do ciała ma 150 ml i w normalnej cenie kosztuje 39,90 zł. Schowany został do plastikowego słoika z szerokim otworem, przez który łatwo można wydobyć kosmetyk. W opakowaniu wygląda na gęsty i mocno zbity, ale przy rozprowadzaniu go po ciele czuć wyraźnie, że jest to peeling z rodzaju tych delikatniejszych. Kryształki ścierające martwy naskórek nie są za ostre, ale jest ich naprawdę dużo. Można go stosować przy wrażliwszej skórze bez obawy, że ją podrażni. Jest lekko pomarańczowy, gdzieniegdzie zatopione są brązowe drobinki. Wśród składników scrubu znajdziemy między innymi olej ze słodkich migdałów oraz imbir, który w kosmetyce znany jest z właściwości tonizujących oraz antyoksydacyjnych. Peeling ma intrygujący, orzeźwiający i rześki zapach, w którym na pierwszy plan wybija się wspomniany już imbir, okraszony cytrusową nutą. Długo unosi się w powietrzu, a jeszcze dłużej czuć ten zapach na skórze. Scrub bardzo dobrze radzi sobie ze złuszczaniem martwego naskórka, pozostawiając skórę miękką oraz gładką. Po zmyciu peelingu na skórze zostaje delikatna, nietłusta, ochronna warstewka, która sprawia, że skóra jest lekko natłuszczona. Nie ma już potrzeby balsamowania skóry, bo jest odpowiednio nawilżona i odżywiona. 
Ostatnio mam manię kupowania ( zużywania na szczęście też :P ) kremów do rąk, dlatego też składając zamówienie z Oriflame wiedziałam, że koniecznie muszę wypróbować jakikolwiek krem, który marka ma w swojej ofercie. Mój wybór padł na krem do rąk Praline, który ma pojemność 75 ml i kosztuje 16,90 zł. Znajduje się on w uroczej tubce, utrzymanej w pastelowych odcieniach różu i zieleni. Opakowanie tego kremu, włącznie z narysowanymi serduszkami i ozdobną czcionką, wygląda tak wdzięcznie, dziewczyńsko i przesłodko :D Tubka jest niewielka, więc bez problemu pomieści się w torebce, ale można też stabilnie ustawić ją szafce nocnej. Wykonana została z dobrego tworzywa, nie odkształca się, nie pęka, a napisy się nie ścierają. Konsystencja kremu jest bardzo lekka i wodnista. Gładko rozprowadza się po skórze, otaczając dłonie subtelną otoczką, która błyskawicznie się wchłania. Krem ma kolor leciutko różowy, ale w niektórym świetle wydaje się być delikatnie brązowy. Ma przyjemny zapach, jak dla mnie, gorzkiej czekolady, w którym wyczuwalna jest też, niestety, odrobina sztuczności. Mnie ona nie przeszkadza, ale osobom o wrażliwszych nosach już może. W moim odczuciu nie jest to krem, który sprosta dłoniom mocno wysuszonym, które potrzebują porządnego odżywienia i zregenerowania. Jest to raczej krem z rodzaju tych, które mają utrzymać skórę dłoni w odpowiedniej kondycji, zapewniając im gładkość, miękkość i pewien stopień nawilżenia. U mnie on się sprawdza, bo moje dłonie nie są szczególnie wymagające. 
Szampon z pszenicą i olejem kokosowym możecie zamówić w dwóch pojemnościach: 250 ml za 17,90 zł lub 500 ml za 29,90 zł. Wlany został do przezroczystej, plastikowej butelki zamykanej na nakrętkę z klapką. Butelka jest poręczna, nie wyślizguje się z mokrych dłoni, a znajdująca się na niej nalepka nie strzępi się ani nie odkleja pod wpływem wody. Szampon ma taki sobie kolor, jakby beżowo- szary z perłowym połyskiem. Za to pachnie fenomenalnie, bo kokosowo, a bardzo dobrze wiecie, że kocham takie egzotyczne zapachy w kosmetykach :D Jest odpowiednio gęsty oraz przyjemnie się pieni. Zużyłam już chyba około pół butelki i nie zauważyłam, aby podrażnił lub wysuszył skórę głowy, nie przyczynił się też do powstania łupieżu. Jest przeznaczony do pielęgnacji suchych włosów, jednak moich nie nawilża tak, jakbym tego oczekiwała, bo po ich umyciu muszę zaaplikować olejek lub odżywkę. Szampon ogólnie rzecz ujmując dobrze myje i oczyszcza włosy z zanieczyszczeń oraz kosmetyków do ich stylizacji. Szampon nie wysusza włosów, nie robi z nich siana, nie sprawia również, że włosy się puszą bądź elektryzują. 
Podsumowując, Oriflame nadal ma fajne kosmetyki, tak jak je zapamiętałam z czasów młodości. Jeju, zabrzmiało to tak jakbym była pod pięćdziesiątkę, a nie trzydziestkę :P W każdym z tych pięciu produktów , które dziś Wam pokazałam, znalazłam coś, co mi się podoba: pomadka ma piękny kolor i lekko mi się ją nosi; puder przyjemnie matuje i utrwala makijaż; peeling ma energetyczny zapach i dobrze ściera martwy naskórek; krem do rąk pozwala utrzymać moje dłonie w dobrej kondycji; a szampon jest trochę taki nijaki, ale za to pięknie pachnie kokosami! Z całej tej piątki to peeling i pomadkę polubiłam najbardziej, a szampon chyba najmniej. 
Jakie jest Wasze doświadczenie z kosmetykami Oriflame :)?

16:32:00

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja włosów

Ulubieńcy roku 2017: pielęgnacja włosów
Wiem, że jest już połowa lutego, a ja wyskakuje jeszcze z ulubieńcami minionego roku ;) Nie chciałam jednak publikować jednego posta za drugim, aby Was nie zanudzać. A że postów takich napisałam aż pięć, to trochę to potrwało. Dzisiejszy wpis jest już jednak ostatnim, a zaprezentuje w nim ulubione produkty do włosów. Dwa z nich przeznaczone są do stylizacji, pozostałe trzy do ich pielęgnacji. 
Termoochronny spray do włosów Tresemme jest jedynym produktem, który kupiłam z polecenia jednej z najpopularniejszych polskich blogerek, czyli Fashionelki. Ma pojemność 350 ml, jest dostępny tylko na Allegro ( przynajmniej ja nie widziałam go nigdzie indziej ) za około 20,00 zł. Ma bardzo wygodne opakowanie, a pompka w ogóle się nie zacina. Rozpyla lekką, ale gęstą mgiełkę, która otula włosy ochronną i pachnącą warstewką. Mgiełka sprawia, że gorąco płynące z prostownicy nie wysusza włosów, pozwala im utrzymać nawilżenie na wysokim poziomie. Po jej użyciu włosy są wygładzone, miękkie i elastyczne. Nie są "sztywne", tylko sprężyste i fajnie się układają. Są przy tym zdyscyplinowane, nie elektryzują się, a sam spray ich nie przetłuszcza. Bardzo polubiłam ten produkt i mimo iż z jego dostępnością jest słabo, to będę do niej często wracać. 
Nawilżający szampon do włosów suchych i normalnych Vianek przywiozłam chyba z ostatniego Meet Beauty. Jest przezroczysty, ma bardzo delikatny zapach, a jedyne co mi w nim nie pasuje to to, że słabo się pieni, ale taka wada to właściwie nie wada ;) Po umyciu włosów szamponem Vianka nie muszę już aplikować odżywki, bo są odpowiednio nawilżone i lekko się rozczesują. Oczyszcza łagodnie, ale skutecznie. Włosy są gładkie, mięciutkie i elastyczne oraz odbite od nasady. Są podatniejsze na układanie i bardzo lśniące. Ponadto szampon nie podrażnia skóry głowy ani nie powoduje łupieżu czy elektryzowania się włosów. 
Eliksir do suchych i zniszczonych włosów Daily Oil-Elixir Gliss Kur znam od wielu, wielu lat i nie pamiętam już ile buteleczek wykończyłam. Ma pojemność 75 ml, ale z racji, że używa się go w minimalnej ilości, wystarcza na bardzo długo. Ma olejową, niezbyt tłustą konsystencję. Aplikuję go głównie po umyciu włosów, na jeszcze mokre ich końce. Eliksir sprawia, że końcówki są "sklejone", chyba tak mogę to nazwać, dzięki czemu włosy wyglądają zdrowo. Olejek wnika we włosy co sprawia, że są wygładzone i ładnie się błyszczą. Kosmetyk od Gliss Kura znakomicie uelastycznia moje włosy oraz sprawia, że są zadbane, a także miękkie i przyjemne w dotyku. 
Odżywka do włosów Organix uwiodła mnie nie tylko działaniem, ale przede wszystkim kokosowym zapachem :D W jej składzie jest mleczko kokosowe oraz proteiny białka kurzego, co nie ukrywam było dla mnie zaskoczeniem :P Jest bardzo treściwa i gęsta, więc wystarczy jej niewiele, aby zadziałała na włosy. Używam jej od połowy długości włosów, jak każdą odżywkę. Produkt Organix świetnie odżywia, nawilża i uelastycznia moje włosy. Sprawia przy tym, że są sprężyste, błyszczące, miękkie oraz delikatne i przyjemne w dotyku. Nie obciąża moich włosów, nawet gdy nałożę jej ciut za dużo.
Prostownica do włosów Ionic Wet&Dry Babyliss to prezent od męża :) Jest o niebo lepsza od mojej poprzedniej prostownicy! Nie ważne czy używam jej na suche włosy czy wcześniej spryskam je termoochronną mgiełką, efekt końcowy zawsze mnie zadowala. Jedno pociągnięcie wystarczy, by moje włosy były proste, a jednocześnie sprężyste oraz gładkie i lśniące. Nie zauważyłam, aby niszczyła lub wysuszała włosy, a moja fryzjerka jest zawsze pod wrażeniem wiedząc, że mam tak zadbane włosy mimo codziennego traktowania ich prostownicą ;) Model Ionic Wet&Dry posiada funkcję jonizacji, która wpływa na poprawę ich kondycji, a dodatkowo dodaje blasku i zapobiega ich elektryzowaniu. Błyskawicznie się nagrzewa, a samo prostowanie przebiega szybko, na pewno dużo krócej niż w przypadku moich pozostałych sprzętów. Prostownica jest lekka, ma regulacje temperatury do 235 stopni oraz pokrowiec, w którym może bezpiecznie podróżować. Miałam inne prostownice, ale ta jest najlepsza i mam nadzieję, że będzie mi służyć latami :)
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger