27 faktów o mnie na 27 urodziny :)

czwartek, 31 marca 2016 78 komentarzy
Zauważyłam, że ostatnim trendem w blogosferze jest powrót tagu "50 faktów o mnie" w nieco zmienionej formie, albowiem faktów o sobie wymieniamy tyle, ile kończymy lat. Ja już napisałam post, w którym podzieliłam się z Wami faktami ze swojego życia ( klik ), ale dziś, z okazji moich 27. urodzin, mam dla Was kolejny ich zestaw :)
1. Do fryzjera chodzę raz na rok albo jeszcze rzadziej i to tylko po to, by podciąć "końcówki"- słowo wzięte w nawias, bo czasami są to naprawdę same końce włosów o długości 1 cm, a czasami jest to 15-20 cm, w zależności od mojego humoru w dniu, w którym zdecyduję się pójść do fryzjera :P
2. Całe życie zapierałam się rękami i nogami, że w pracy nie będę mieć styczności z matematyką ani z liczbami w ogóle. I co? Po studiach zdecydowałam się na kontynuację nauki w kierunku rachunkowości, bo jedno z moich zajęć zarobkowych jest z tym związane. Ale nie taki diabeł straszny, jak go malują, chociaż w czerwcu piszę egzamin państwowy i troszkę zaczynam się tym stresować ;)
3. Dostałam kiedyś nietypową propozycję blogerskiej współpracy, miałabym przetestować... prezerwatywy :P
4. Drażni mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. W swoim mam włączone wibracje albo i nawet nie, dlatego ciężko się do mnie czasami dodzwonić.
5. Uszy przebiłam dopiero na studiach, chyba na II lub III roku.
6. Często jeżdżę sama samochodem, z radiem włączonym na full, ale mimo tego gadam sama do siebie, bo jakoś mi tak... za cicho :P 
7. Moje obie przyjaciółki znam od 20 lat, z jedną chodziłam do tej samej klasy podstawowej, druga jest moją sąsiadką, a za pół roku świadkową ;) 
8. Ogólnie nie wierzę w zabobony, ale narzeczony nie zobaczy mnie wcześniej w sukni ślubnej niż w dniu ślubu- wiecie, lepiej dmuchać na zimne :P
9. Nigdy bym nie pomyślała, że spodoba mi się film "Mad Max" z 2015 roku, a oglądałam go jak urzeczona!
10. Jak miałam kilka lat, obejrzałam w telewizji jakiś program na faktach z udziałem zwierząt. Był to odcinek poświęcony wężom, a jedna z historii dotyczyła małego chłopczyka, który w niedzielny poranek udał się za potrzebą do ubikacji, podniósł klapę od sedesu i jego i moim oczom ukazał się ogromny, syczący wąż, który uciekł z cyrku i rurami przedostał się do ubikacji. Przez kilka miesięcy bałam się siadać na kibelku, bo wyobrażałam sobie, że kiedy ja będę robić siusiu, wąż wychyli się z rury i dziabnie mnie w zadek :P
11. Jestem jedynym znanym mi dzieckiem, które nie musiało jeść szpinaku ani wątróbki- moja mama nie lubiła ani jednego ani drugiego i stwierdziła, że nie będzie mnie zmuszać do ich jedzenia.
12. Urządzając swoje pierwsze mieszkanie będę inspirować się skandynawskim stylem, który szalenie mi się podoba.
13. Lubię mieć wybór, dlatego mam dużo lakierów do paznokci, książek czy kilka postów napisanych na zapas, bo nigdy nie wiem na jaki kolor będę chciała pomalować paznokcie, jaki gatunek książki będę chciała przeczytać czy jaki post będę chciała opublikować na blogu.
14. W życiu nie ugotowałam rosołu ani bigosu.
15. Jestem antytechnologiczna, to cud, że potrafię obsługiwać telefon komórkowy :P
16. Miałam kiedyś chłopaka, który spędzał więcej czasu w łazience ode mnie, a na urodziny zażyczył sobie... prostownicę do włosów. To nie mogło się dobrze skończyć.
17. Urodziłam się kilka minut przed północą, przy czym mój tata przyjechał kilka minut po północy, 1 kwietnia i gdy powiedzieli mu, że ma córkę wziął to za żart prima aprilisowy :P
18. Moją pierwszą pracą było sprzedawanie opłatków w centrum handlowym w stroju aniołka :P 
19. Lubię kupować ubrania w Lidlu. I wcale się nie wstydzę tego, że 1/3 mojej szafy pochodzi z supermarketu. 
20. Jako uczennica szkoły podstawowej, codziennie po lekcjach chodziłam do biblioteki, głównie po komiksy o Smerfach lub Kaczorze Donaldzie- pamiętacie serię Gigant :D? 
21. Na brodzie mam bliznę po swojej pierwszej wizycie na lodowisku. I jak się później okazało, ostatniej. 
22. Jak piosenka wpadnie mi w ucho, potrafię jej słuchać non stop, godzinami, przez calutki dzień.
23. Był okres, gdy w mojej szafie nie było ani jednej sukienki i ani jednej pary adidasów czy trampek. Dziś mam jednego i drugiego pod dostatkiem, ale i tak ciągle mi mało :P
24. Uwielbiam zapach świeżo mielonej kawy, ale sama pijam tylko rozpuszczalną. 
25. Raz jedyny zasnęłam w kinie. Byłam z koleżanką na "Weronika postanawia umrzeć", który tak bardzo chciałam obejrzeć...
26. Z moim narzeczonym znamy się od gimnazjum, ale parą jesteśmy od 4 lat.
27. Wkurzają mnie reklamy na Polsacie.
Czytaj więcej »

Recenzja: Wody perfumowane od Perfumik.pl

poniedziałek, 28 marca 2016 44 komentarze
Uwielbiam wszelkie nowości kosmetyczne, rzadko kiedy jestem wierna określonej marce, czy konkretnemu produktowi, ale zawsze musi trafić się jakiś wyjątek. W moim przypadku taki wyjątkiem potwierdzającym regułę są perfumy. "Swoje" zapachy znalazłam już kilka lat temu i są to: J'adore Diora, Coco Chanel Mademoiselle oraz Be Delicious DKNY. Jeśli pachnę czymś innym to oznacza, że a) dostałam perfumy w prezencie, lub b) nawiązałam współpracę z perfumerią ;) I faktycznie, ostatnio pachnę nieco inaczej, a to za sprawą Perfumika, czyli internetowej perfumerii, od której otrzymałam dwa wybrane przez siebie zapachy. Z kilkudziesięciu dostępnych zapachów ( damskich i męskich ), zdecydowałam się na:
nr 131, inspirowany zapachem Valentina: To zapach, który jest hołdem dla współczesnej kobiety. Z dynamizmem, wyrafinowaniem i niespodziewanymi cechami, bukiet perfumy harmonizuje zuchwałe Włochy, kwiaty i orient. Ten zapach to niebywała mieszanka bergamotki, połączona z aromatem trufli, kwiatów pomarańczy, wonią tuberozy i słodkich truskawek. Całość oparta na bazie cedru i ambry. Nuty zapachowe: bergamotka, biała trufla, kwiat pomarańczy, tuberoza, jaśmin, poziomka, bursztyn, drzewo cedrowe.
nr 172, czyli odpowiednik Black OpiumBlack Opium marki Yves Saint Laurent to orientalno - przyprawowe perfumy dla kobiet. To kwiatowo - drzewno - piżmowe perfumy dla kobiet. Nutami głowy są czarna porzeczka, gruszka, zielona mandarynka i cytrusy; nutami serca są jaśmin, herbata, kwiat pomarańczy i kawa; nutami bazy są białe piżmo i białe drewna.
Perfumetki mają postać smukłych, szklanych, przezroczystych buteleczek. U ich wylotu znajdują się proste, sprawnie działające atomizery, które po naciśnięciu uwalniają subtelną mgiełkę, otulając skórę zapachem. Jak możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej, zamykane są na gładkie nakrętki z logo perfumerii oraz numerem zapachu. Ich nieduże gabaryty umożliwiają zabieranie ich, gdzie tylko się chce: wygodne i lekkie nie zajmują dużo miejsca w szufladzie biurka, w torebce, wyjazdowej kosmetyczce czy po prostu na toaletce. Ich plusem jest również to, że zapakowane są dodatkowo w kartoniki z wysuwaną "szufladą", dzięki czemu bezpiecznie przetrwały transport. 
Przyznam się, że zapachy wybrałam w ciemno, kierując się tylko opisem na stronie perfumerii. No i po troszku wyglądem oryginalnych flakonów :P I o ile z miejsca zakochałam się w Black Opium, tak moja miłość do Valentiny musiała powoli dojrzewać. Ale po kolei, zacznijmy od zapachu, który z miejsca zdobył moje serce, czyli od Black Opium. Jest to zapach taki, jaki lubię: orientalny, intensywny, śmiały i niekonwencjonalny. Idealnie skomponował się z moją skórą, ładnie się rozwija i jest fantastycznie trwały. Nie jest to zapach na zbliżające się wiosenne i letnie dni, bo nie jest ani lekki ani rześki. Jest mocny, momentami słodki, intrygujący, nie do opisania prostymi słowami ;) Na pierwszy plan wysuwa się czarna porzeczka, nieśmiało za nią próbuje przebić się herbata oraz piżmo, a cytrusowe nuty pozostają gdzieś w tle. Nie jest to zapach dla grzecznej dziewczynki, kobieta, która zdecyduje się na Black Opium musi być taka jak on: charakterna, zadziorna i zmysłowa. 
Kompletnie odmiennym zapachem jest Valentina. Do jej wyboru skusił mnie aromat poziomek, truskawek i cedru, ale żadna z tych nut nie jest przeze mnie wyczuwalna. Wyraźnie przebijają kwiatowe nuty, w szczególności jaśminu, które jak wiecie, nie należą do moich ulubieńców. Gdzieś daleko za nimi czuć subtelnie orzeźwiającą nutę bergamotki i kwiatu pomarańczy. Oczekiwałam uwodzicielskiego, eleganckiego, wręcz wyrafinowanego zapachu, niestety Valentina okazała się zbyt ostra, uciążliwa, przytłaczająca. Na szczęście jest taka tylko na początku, po kilku chwilach nabiera łagodności, staje się bardziej wyważona, ale też kusząca, a przenikliwy jaśmin gdzieś się ulatnia, ustępując miejsca subtelniejszym nutom. Valentina jest zapachem, który można nosić cały dzień, ale lepiej zostawić go sobie na specjalne okazje. Moim zdaniem, jest to zapach, który trudno jest polubić od samego początku, potrzebuje czasu, aby się do niego przekonać i się w nim zatracić. 
Perfumetki są bardzo trwałe, a kupić je można na stronie Perfumik. Do wyboru jest ponad kilkadziesiąt zapachów, zarówno męskich jak i damskich. Każda ma pojemność 33 ml i kosztuje tylko 15,00 zł.
Czytaj więcej »

Wesołego Alleluja!

sobota, 26 marca 2016 34 komentarze
Życzę Wam radosnych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy,
odpoczynku, smacznego jajka,
czasu spędzonego w gronie najbliższych Wam osób,
mokrego Śmingusa Dyngusa,
pogody ducha oraz samych słonecznych dni :)
Wesołych Świąt!
Czytaj więcej »

Recenzja: Nawilżający peeling do suchej i normalnej skóry twarzy, Nacomi

środa, 23 marca 2016 53 komentarze
Obietnice producenta:
Wyjątkowy, naturalny peeling do twarzy na bazie korundu o działaniu nawilżającym stworzony przez Nacomi z myślą o wykonaniu mikrodermabrazji w zaciszu własnego domu.Peeling z ekstraktami roślinnymi, prosto z serca natury, które posiadają właściwości zabiegu mikrodermabrazji. Peeling do twarzy, który proponuje firma Nacomi nie zostawia na twarzy tłustej poświaty mimo iż stworzony został z olejów. Peeling ma postać żelu stworzonego z połączenia drogocennych olejków, które przez dodanie do nich korundu dają efekt peelingu. Wersja nawilżająca posiada w swoim składzie ekstrakt z kakaowca oraz olejek inca inchi.

Składniki: Prunus Amygdalus Dulcis Oil (Olej ze słodkich migdałów), Alumina (Korund), Vitis Vinifera Seed Oil (Olej z pestek winogron), Glycerine, Helianthus Annuus Seed Oil (Olej słonecznikowy), Tocopheryl Acetate (Wit. E), Aqua, Sucrose Laurate, Theobroma Cacao Extract, Plukenetia Volubilis (Sacha Inchi) Seed Oil, Orange Oil, Annato Seed Extract, Citral, Citronellol, Limonene, Linalool.
Moim zdaniem:
Korund jest tlenkiem aluminium, ma postać drobniutkich kryształków. Przeznaczony jest do mechanicznego peelingu zewnętrznych warstw skóry: usuwa martwe komórki naskórka, zapewnia masaż skóry, pobudzając jej naturalny metabolizm, dzięki czemu substancje aktywne zawarte w maseczkach czy kremach docierają do głębszych warstw skóry, co sprawia, że ich działanie jest bardziej efektywne. Wykorzystywany jest do zabiegów mikrodermabrazji wykonywanej zarówno w profesjonalnych gabinetach kosmetycznych, jak w i domowym zaciszu, np. przy użyciu jednego z peelingów do skóry twarzy Nacomi, gdzie korund znajduje się na drugim miejscu w składzie. 
Kilka miesięcy temu otrzymałam jeden z takich peelingów Nacomi, z dostępnych czterech wybrałam nawilżający z dodatkiem oleju inca inchi oraz kakaowca. Peeling znajduje się w zgrabnej i poręcznej tubce, o bezbarwnych ściankach i sprawnie działającym zamknięciu "na klik". Nieduże oczko ma odpowiedni rozmiar, precyzyjnie dozuje produkt i nie zatyka się. Szata graficzna jest przejrzysta i przyjemna dla oka. 
Konsystencja, w żółtym kolorze, ma postać nieco żelowego kremu, w kontakcie z wodą zmienia się w białą emulsję z wyraźnie wyczuwalnymi drobinkami. Na początku, przy rozprowadzaniu po skórze jest jakby delikatnie "tępa", po kilku chwilach nabiera śliskości. Zapach jest przyjemny, ale nie spektakularny, nie ma się nad czym rozwodzić. Przy regularnym stosowaniu raz-dwa razy w tygodniu, produkt wystarczył mi na około dwa miesiące. 
Drobinki korundu są malusieńkie, ale jak to zdarza się mówić niektórym panom "to nie rozmiar się liczy" :P Ziarenka są drobniutkie, ale bardzo ostre. Bardzo dobrze ścierają martwy naskórek, wygładzając skórę. Po zmyciu skóra jest zaczerwieniona, ale nie podrażniona. Dzięki zawartości kilku różnych olejków, jest także dogłębnie odżywiona i nawilżona, nie ma mowy o uczuciu przesuszenia lub ściągnięcia, ponadto nie zapycha skóry. Nawilżenie nie jest chwilowe ani powierzchowne, odczuwalne jest jeszcze długo po zabiegu, po którym nie ma potrzeby wklepywania w skórę kremu. Systematyczne stosowanie peelingu sprawiło, że przebarwienia są delikatnie rozjaśnione, a skóra lepiej oczyszczona i przyjemnie zmiękczona. 
Oprócz nawilżającego, Nacomi ma w swojej ofercie jeszcze trzy rodzaje peelingu do skóry twarzy: wygładzający z borówką i olejem z dzikiem róży do cery suchej i normalnej, z olejem jojoba oraz pokrzywą i skrzypem polnym do cery trądzikowej, tłustej i mieszanej, a także z mango i olejem marula do cery suchej i normalnej o działaniu przeciwzmarszczkowym. Wszystkie znajdują się w tubkach o pojemności 75 ml i kosztują 25,00 zł. 
Czytaj więcej »

Suche szampony Batiste

poniedziałek, 21 marca 2016 49 komentarzy

Obietnice producenta:
Suche szampony Batiste pozwalają na ekspresowe odświeżenie włosów gdy brakuje czasu, ochoty lub możliwości na ich tradycyjne umycie. Batiste błyskawicznie odświeża fryzurę bez użycia wody, włosy zyskują na objętości, stają się miękkie oraz pachnące. Wyjątkowa formuła oparta na skrobi ryżowej nie wymaga wyczesywania – wystarczy spryskać i wmasować. Bez siarczyn, parabenów, silikonów, sztucznych barwników, nietestowane na zwierzętach i odpowiednie dla wegetarian oraz wegan.

200 ml szamponu kosztuje w granicach 12-20 zł w zależności od sklepu
Moim zdaniem:
Suchych szamponów używam od mniej więcej półtora roku. Świetnie sprawdzają się w awaryjnych sytuacjach, kiedy człowiek zaśpi lub nieoczekiwanie zabraknie wody, a trzeba wyjść z domu, chociaż na głowie "smalec"... Przez ten czas przetestowałam kilka różnych rodzajów suchych szamponów Batiste ( mimo konkurencji na rynku, wierna jestem tylko im ), wszystkie sprawdzają się u mnie tak samo, czyli bardzo dobrze ;), jak dla mnie różnią się nieznacznie zapachami lub delikatnie kolorami ( nie miałam wersji dla brunetek, która chyba jest brązowa ).  Na zdjęciu orientalna wersja tego szamponu, której używam od kilku tygodni, ale w tekście odczucia dotyczące wszystkich tych, które do tej pory miałam, razem wziętych.
Suche szampony Batiste znajdują się w takich samych opakowaniach co lakiery do włosów, czyli w owalnych butelkach z atomizerem, zamykanych na plastikowe nakładki, które różnią się tylko szatą graficzną. Mają postać drobno zmielonego proszku, a używanie ich jest bardzo proste: najpierw wstrząsamy butelką, z odległości 20-30 cm rozpylamy niewielką ilość produktu u nasady włosów, wmasowujemy przez kilka sekund, a następnie rozczesujemy i układamy włosy tak, jak zwykle. Istotne jest, aby nie rozpylać szamponu zbyt blisko głowy, albowiem po pierwsze może nierównomiernie się rozpylić, a po drugie może pozostawić biały osad, trudny do wyczesania.
Pierwszym suchym szamponem Batiste jaki miałam był Cool&Crisp Fresh. Kolejnym, który przetestowałam był Original, a następnie Tropical. Obecnie na zmianę używam Wild i wersji Oriental, widoczniej na zdjęciu. Jak już wspomniałam na wstępie, ze wszystkich jestem ( bądź byłam ) zadowolona. Szampony świetnie absorbują sebum, dobrze wyczesane nie są widoczne na skórze głowy ani na włosach, nie nabłyszczają ich, ale też ich jakoś mocno nie matowią, po prostu zapewniają świeży wygląd, nie sklejając ich i delikatnie dodając im objętości. Żaden z szamponów Batiste nie wywołał u mnie uczulenia, podrażnienia czy swędzenia. Bez najmniejszego problemu zmywają się z włosów i skóry głowy tradycyjnym szamponem. Używam ich okazjonalnie, w awaryjnych sytuacjach i jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. 
Podsumowując, moim zdaniem suche szampony są jednym z najlepszych kosmetycznych "wynalazków": skuteczne, banalnie proste w użyciu, wydajne i tanie. Nie są przeznaczone do codziennego stosowania, ale na pewno sprawdzą się na wyjazdach, a także w domu w celu opanowania włosowego kryzysu. Chcę wypróbować pozostałe wersje zapachowe, ponieważ skoro dla mnie nie ma pomiędzy nimi różnicy w działaniu, to nie widzę potrzeby pozostawiania tylko przy jednej ;)
Czytaj więcej »

Recenzja: Nawilżający żel pod prysznic Lilia Wodna, CD

piątek, 18 marca 2016 54 komentarze
Obietnice producenta:
Nawilżający żel pod prysznic CD z naturalnym wyciągiem z lilii wodnej nawilża i ożywia naturalne funkcje skóry. Posiada pH naturalne dla skóry, jest odpowiedni dla wrażliwej skóry, posiada delikatny, ale świeży zapach i został przebadany dermatologicznie. 

250 ml kosztuje około 10,00 zł w drogeriach Hebe
Skład dla zainteresowanych:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Parfum, Nymphaea Alba Flower Extract, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Citric Acid, Sodium Benzoate, Limonene, Hexyl Cinnamal, Linalool
Moim zdaniem:
Marka CD znana jest nie od dziś, posiada ponad 50 lat doświadczenia w produkcji kosmetyków, ale ja nigdy wcześniej nie miałam styczności z jej produktami. Jednak, jak to mówią, na nic nigdy nie jest za późno, więc powoli zapoznaję się z częścią asortymentu marki ;)
Pierwszym kosmetykiem, który zaczęłam testować jest nawilżający żel pod prysznic z wyciągiem z lilii wodnej. Mieści się w plastikowej, prostej, przezroczystej butelce o pojemności 250 ml. Szata graficzna jest nadzwyczaj delikatna i jeśli mam być szczera, to nie wiem czy przykułaby moją uwagę w drogerii. Zamknięcie typu klik i wyprofilowany korek umożliwiają łatwe otwieranie i zamykanie żelu, nawet mokrą ręką. Otwór dozujący jest nie tyle duży, że gęsta konsystencja żelu bez problemu się przez niego przeciska, a jednocześnie na tyle mały, by z butelki nie wylało się za dużo kosmetyku i aby nic się nie zmarnowało. Żel jest całkowicie bezbarwny, posiada dyskretny, kwiatowy zapach. Jest on wyczuwalny podczas mycia, ale na skórze nie utrzymuje się wcale a wcale. 
Żel delikatnie, ale jednocześnie skutecznie, myje, oczyszcza i odświeża skórę.  Bardzo dobrze się pieni, więc wystarczy mała ilość, by móc zatonąć w puszystej pianie :) Po wysuszeniu skóra przez jakiś czas jest miękka i jedwabiście gładka w dotyku. Żel pod prysznic CD nie wysusza skóry, ale mimo iż jest nawilżający, to też jej nie nawilża, bez balsamu po kąpieli, niestety, się nie obejdzie. Zużyłam go już w całości, więc wiem, że nie podrażnia, nie uczula, ani nie powoduje najmniejszego dyskomfortu czy uczucia ściągniętej skóry. 
Oprócz tego żelu, CD ma w swojej ofercie także pielęgnujący żel pod prysznic z owocem granatu oraz odświeżający z wyciągiem z kwiatu lipy i cytryny. Przyznam, że te zapachy są bardziej "moje", bo od kwiatowych zapachów wolę te owocowe i cytrusowe. Dlatego jak będę w okolicach Hebe, gdzie żele i inne kosmetyki CD są do kupienia, to zajrzę i kupię pozostałe wersje zapachowe, bo chociaż niczym szczególnym się nie wyróżnia na tle innych, szerzej dostępnych, drogeryjnych żeli pod prysznic, to polubiłam go :)
Czytaj więcej »

"Od urodzenia" Elisa Albert

środa, 16 marca 2016 31 komentarzy
"Tak opisanego macierzyństwa jeszcze w literaturze nie było… 
Książka określana mianem „skutecznej pigułki antykoncepcyjnej”.
Tego nie można przegapić!"
                                                                                                                                                         Wydawnictwo Kobiece
Nie jestem jeszcze matką, ale zamierzam nią być. I chociaż w telewizji często pokazują wyidealizowany obraz macierzyństwa, to wiem, że w realnym świecie wcale nie jest tak różowo. Przekonała się o tym Ari, feministka i doktorantka, żona o 15 lat starszego męża i matka rocznego szkraba, Walkera. 
Elisa Albert stworzyła coś na miarę pamiętnika, w którym teraźniejszość nieco chaotycznie przeplata się z przeszłością, ze stron którego bohaterka niemym głosem prosi czytelnika o pomoc, bo jest tak samotna, mimo otaczających ją ludzi. W książce nie ma subtelności, łagodnego opisania blasków i cieni macierzyństwa. Jest za to mocno feministyczny punkt widzenia, momentami przerysowany, moim zdaniem, dla lepszego efektu, dla tąpnięcia w głowie czytelnika. Autorka niczego nie ubarwia, nie koloryzuje, nie gloryfikuje macierzyństwa i to wyróżnia jej książkę na tle innych o takiej tematyce. Jeśli bolą ją cycki, ponadgryzane od karmienia- dokładnie tak to nazywa, jeśli ma ochotę pieprzyć się z mężem- mówi o tym bez ogródek. Ponadto nie żałuje sobie przekleństw, ostrych słów, komentarzy i krytyki, unika za to określeń około macierzyńskich do tego stopnia, że o pierwszych urodzinach synka mówi "rocznica mojej operacji". Nie porodu, nie narodzin, tylko właśnie operacji, co przyznam, że mnie zaskoczyło, bo nigdy nie pomyślałam o przyjściu dziecka na świat jak o zabiegu lekarskim czy operacji, czym z medycznego punktu widzenia przecież jest, bo czy kobieta rodzi naturalnie czy przez cesarskie cięcie, otoczona jest lekarzami, położnymi, pielęgniarkami i zawsze kończy się na szwach i bliznach. U bohaterki są to blizny nie tylko widoczne gołym okiem, ale też te głęboko wryte w jej psychikę. 
Z opowiadań koleżanek czy kuzynek wiem, że kochają swoje dzieci nad życie, że gotowe są dla nich na największe poświęcenia, ale z drugiej strony mają ich czasami serdecznie dość. I tak samo jest z Ari: zabiłaby każdego, kto choćby pomyślał o skrzywdzeniu jej syna, nie wyobraża sobie życia bez niego, ale jednocześnie, po przysłowiowe dziurki w nosie, ma karmienia, przewijana, kołysania i przebierania. I notorycznego braku czasu dla siebie. Zapewne dlatego, że nie jestem matką, nie utożsamiałam się z nią, nie mniej jednak nie chciałabym mieć takiej osoby w swoim otoczeniu. Jak dla mnie jest konfliktową i roszczeniową osobą, która robi z siebie ofiarę, bo nikt nie przygotował jej do macierzyństwa. Serio? To nie tabliczka mnożenia, by móc wkuć ją na pamięć. Poza tym skoro ona taka mądra i oczytana, pani doktorantka, dlaczego nie poczytała poradników na temat macierzyństwa, od których aż uginają się półki w księgarniach? Ja wiem, że samo przeczytanie książki sprawy nie załatwi, ale wiedziałaby chociaż czego się spodziewać, prawda? A nie po fakcie ma do wszystkich pretensje, cały świat jest zły ( a w szczególności kobiety ), tylko ona jest teraz taka biedna i nikt jej nie rozumie. 
Czy po lekturze moja percepcja ciąży i macierzyństwa się zmieniła o 180 stopni? Nie. Czy książka słusznie określana jest mianem "pigułki antykoncepcyjnej"? Nie dla mnie. Czy naprawdę jest tak bardzo prowokacyjna, szokująca i emocjonująca? Nie do końca. Nie oznacza to jednak, że nie warto jej przeczytać, bo u niektórych osób może zamieszać w "dzieciopoglądzie". 
Czytaj więcej »

"Już mi niosą suknię z welonem...", czyli kilka słów o przygotowaniach do ślubu :)

poniedziałek, 14 marca 2016 62 komentarze
Mimo iż już za pół roku ( serio?! kiedy to zleciało?! ) wychodzę za mąż, postów ślubnych jest tu jak na lekarstwo. Nie mogę powiedzieć, że tak zatraciłam się w przygotowaniach do tego dnia i przez to nie miałam czasu wszystkiego spisać, bo tak nie jest, wraz z narzeczonym podchodzimy do tematu na luzie. Pomyślałam jednak, że może jesteście ciekawe tego i owego- a na pewno ciekawa jest Agatka :P, więc usiadłam i zebrałam wszystko w całość :)
Salę weselną, zespół, a także fotografa i kamerzystę ( w jednym ) wybraliśmy ponad miesiąc po zaręczynach. Sala nie do końca jest tą, w której chciałam, aby odbyło się wesele ( chciałam czegoś bardziej... wyrafinowanego, a nasza sala jest bardziej taka... swojska, tzn. jest bardzo ładna, niczego jej nie brakuje, ale nie ma w sobie takiego WOW, by po raz drugi powalić gości na kolana [ najpierw powalę ich swoim widokiem :P ]- nie wiem czy wiecie co mam na myśli ;) , ale na jej korzyść przemówiła wygoda ( jest na miejscu ), pokoje dla nowożeńców oraz gości przyjezdnych z daleka, cena i fakt, że jest już sprawdzona, a właścicielka to naprawdę świetna babka, z którą wiem, że się dogadam w każdej kwestii :) Zespół i fotografa- kamerzystę też wybraliśmy sprawdzonych, zarówno jeden jak i drugi byli na weselu mojego przyszłego szwagra, będą też ma weselu kuzyna mojego narzeczonego, więc zobaczę w praktyce jak pracuje jeden i drugi. Ale myślę, że będzie dobrze, bo zarówno wokalista i fotograf to fajne chłopaki, więc na pewno będzie z nimi wesoło i goście będą czuć się przy nich swobodnie :)
Z początkiem roku zaczęłam na poważnie rozglądać się za suknią ślubną. Skończyło się przeglądanie stron internetowych, zaczęły się rajdy po salonach. Pierwszy, na chybił trafił, wybrałam salon w Łodzi, tuż przy Piotrowskiej. W towarzystwie koleżanki spędziłam prawie dwie godziny w przymierzalni. Przymierzyłam chyba z siedem sukienek, z których dwie wywołały zachwyt nie tylko mój, ale też koleżanki, konsultantki, właściciela salonu, a także przyszłej panny młodej, która mierzyła swoją suknię obok. Podczas przymiarek okazało się, że suknia z tiulowym dołem nie jest dla mnie, czułam się tak, jakby ten tiul miał mnie za chwilę pochłonąć, jakbym miała w nim utonąć. Poza tym była cholernie ciężka! Za to jak przysłowiowy milion dolarów ( słowa konsultantki i koleżanki ) wyglądałam w sukni w stylu rybka/syrenka, czyli takiej, która nigdy mi się nie podobała, w której ja się nigdy nie widziałam- i bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze :P W tym samym tygodniu udałam się z mamą do dwóch salonów z sukniami ślubnymi w Zduńskiej Woli. W pierwszym żadna z mierzonych sukien nie wywołała u mnie szybszego bicia serca, za to w drugim- tam znalazłam to, czego szukałam i w czym wyglądam nie jak milion, ale jak miliard dolarów :P Nie pokażę Wam jeszcze mojej wymarzonej sukni, bo jest na to zdecydowanie za wcześnie. Mogę tylko zdradzić, że uszyta będzie z materiału mikado. W tym samym salonie znalazłam również wymarzone buty ślubne: najpiękniejsze, najwygodniejsze i oczywiście cholernie drogie :P 
Na koniec taka moja mała wskazówka dotycząca salonów ślubnych: salon salonowi nie równy. Ten w Łodzi nie posiadał wybiegu, nie mogłam pospacerować sobie w sukni, aby zobaczyć jak się układa. W ostatnim salonie, w którym byłam, taki wybieg jest i możliwość pochodzenia po nim w sukniach wiele mi dała, bo przekonałam się, że muślinowe suknie, nawet mimo halki, plątały mi się pomiędzy nogami, co bardzo mnie irytowało i przez co nie czułam się pewnie i komfortowo. Dlatego uważam, że warto wybrać taki salon, który właśnie taki wybieg posiada, by sprawdzić jak suknia współpracuje z naszym ciałem podczas chodzenia, z naszymi ruchami. 
Bogatsza o wiedzę w jakiej sukni jest mi dobrze, w jakiej fajnie się czuję i jaką chcę mieć tak naprawdę, udałam się do "przetestowanej" krawcowej, gdzie przedyskutowałam projekt, dowiedziałam się gdzie i ile kupić materiału. Nie muszę się spieszyć, ale myślę, że z początkiem kwietnia udam się po materiał, koronkę i inne dodatki. Wiecie jaki jest plus szycia sukni u krawcowej, a nie kupowania jej w salonie? Po pierwsze, jest dużo taniej, a po drugie mam możliwość odebrania jej na dzień-dwa przed ślubem. Moja znajoma wychodzi za mąż kilka tygodni po mnie i musi odebrać swoją suknię trzy tygodnie przed weselem, a przecież przez ten czas jej figura może jeszcze się zmienić i wtedy suknia nie będzie leżała już tak idealnie, będzie musiała chodzić do krawcowej i jeszcze nanosić poprawki. Zamówiła już swoją suknię, ale gdy ostatnio u niej byłam stwierdziła, że przemyślała sobie temat i żałuje, że nie zrobiła tak jak ja. Suknie ślubną mam wybraną, więc teraz dumam nad sukienką na poprawiny. Nie mam jeszcze pomysłu na jej krój, ale na pewno będzie to tak zwana "mała biała" :)
Zarezerwowałam już sobie termin u stylistki paznokci, poumawiałam się również na próbne ślubne fryzury i makijaże. Nawet jestem już po pierwszych próbach jednego i drugiego, ale ani fryzura ani makijaż nie spełniły do końca moich oczekiwań, więc szukam dalej. W międzyczasie zarezerwowałam florystkę i zmieniłam koncepcję kolorystyczną: zrezygnowałam z chabrowego na rzecz delikatnego, pastelowego różu i beżu. Mimo że ślub jest w październiku, już w lutym byliśmy z narzeczonym u księdza ustalić godzinę mszy- powiecie, że za wcześnie, ale dzięki temu nasz ślub jest o godzinie, którą ja chciałam, a nie na tą, która została. W tym samym tygodniu zarezerwowaliśmy też samochód do ślubu, wybraliśmy piosenkę na pierwszy taniec, a ja niedługo zaczynam nauki przedmałżeńskie- tak Agato, w końcu zadzwoniłam do pani, która je prowadzi, możesz być ze mnie dumna :P
Na dziś to już wszystko. Póki co w wolnych chwilach przeglądam projekty zaproszeń ślubnych. A z reszty przygotowań zdam Wam relację za kilka miesięcy, będą też jakieś zdjęcia :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Mineralny cień do powiek i pędzelek do cieni mineralnych, Lily Lolo

czwartek, 10 marca 2016 52 komentarze
Obietnice producenta:
Soft Brown to delikatny, matowy, brązowy cień do powiek z subtelnym, różanym akcentem. Ten delikatnie brązowy cień jest niezastąpiony do stworzenia naturalnego i niemal niewidocznego makijażu. Nie zawiera drażniących substancji chemicznych, nanocząsteczek, parabenów, tlenochlorku bizmutu, talku, sztucznych barwinków i konserwantów. Może być używany przez wegan i wegetarian. Pędzelek Eye Shadow Brush posiada idealny kształt oraz delikatne, sprężyste włosie zapewniające precyzyjną aplikacje cieni sypkich, jak i prasowanych.
Moim zdaniem:
Lubię się malować, sprawia mi to przyjemność, ale szczerze? Nie potrafię tego robić, dlatego ograniczam się do niezbędnego minimum, czyli korektora, podkładu, pudru, tuszu do rzęs i pomadki do ust. Nieczęsto używam kredki do oczu ( od eyelinerów to już w ogóle trzymam się z daleka ), a do niedawna cienie na moich powiekach były tak rzadkim zjawiskiem jak widok yeti ;) Jednak wszystko się zmienia i ku mojemu własnemu zaskoczeniu od kilku tygodni jestem posiadaczką mineralnego cienia do powiek, którego, UWAGA, używam praktycznie codziennie. 
Cień Lily Lolo w odcieniu Soft Brown, bo o nim dziś będzie mowa, zamknięty został w malutkim, bezbarwnym słoiczku z siteczkiem. Słoiczek zakręcany jest na matową, czarną nakrętkę, starannie chroniącą zawartość przed wysypaniem się. Jak przystało na opakowania marki Lily Lolo, i to jest solidnie wykonane, bardzo wytrzymałe i schowane w elegancki, czarno- biały kartonik. 
Cień ma sypką postać o kremowej, mięciutkiej konsystencji, niezwykle delikatnej i bezzapachowej, która po nałożeniu na powiekę nabiera jedwabistości. Z dostępnych odcieni wybrałam bezpieczny, dyskretny brąz z subtelnie mieniącymi się drobinkami złota- mam nadzieję, że na ostatnim zdjęciu udało mi się oddać jego piękno :) W przeciwieństwie do drogeryjnego białego cienia, który aplikuję pod łuk brwiowy celem rozświetlenia oka, cień Lily Lolo nakładam na całą powiekę. Jak na odcień lekkiego brązu, jest nawet dobrze napigmentowany. Już jedna warstwa sprawia, że oko jest ładnie podkreślone. Mam tłuste powieki, na których cienie lubią zbierać się w załamaniach i potrzebują często wsparcia w postaci bazy, to w przypadku cienia Lily Lolo nie mam tego problemu. Nawet po kilku godzinach od aplikacji, wyglądają nieskazitelnie, tak samo jak tuż po nałożeniu ich na skórę i to bez oparcia w bazie. Intensywności koloru nie da się stopniować, przy kolejnych warstwach jest nadal taka sama, ale mnie miłośniczce naturalnych, minimalistycznych makijaży, zupełnie to nie przeszkadza :)
Do mineralnego cienia Lily Lolo dobrałam pędzelek Eye Shadow Brush do jego aplikacji. Wąski i długi trzon pędzelka bardzo dobrze trzyma się w dłoni, co zapewnia mi komfort i wygodę w nakładaniu cieni na powiekę. Zaś bardzo mięciutkie ( tak bardzo, że mogłabym się nim miziać bez końca :P ), gęste i syntetyczne włosie pozwala na przyjemną i precyzyjną aplikację. Pędzel, jak wszystkie opakowania i akcesoria marki, utrzymany jest w biało- czarnym stylu, co czyni go eleganckim, gustownym rekwizytem kosmetycznym. Do malowania powieki pojedynczym cieniem jest niezastąpiony, precyzyjne rozciera cień, także w kąciku oka. Aby utrzymać go w czystości, używam jajeczka Brush Egg, a dokładniej tej jego części z malutkimi wypustkami, które do czyszczenia mniejszych pędzli nadają się doskonale. Pędzelek Eye Shadow Brush jest już po kilku myciach i nadal zachowuje swoją wyśmienitą formę :)
W sklepie internetowym Costasy pędzelek kosztuje 37,90 zł (klik), a 2 gramy mineralnego cienia do powiek 36,90 zł (kilk). Cień dostępny jest w jeszcze w 26 odcieniach, od subtelnych brązów, takich jak posiadany przeze mnie Soft Brown po bardziej wyraziste, jak turkusowy Pixie Sparkle.
Podsumowując, mineralny cień Soft Brown i pędzelek do jego aplikacji to dla mnie duet idealny, przy pomocy którego w moim codziennym makijażu 'coś się dzieje', a mimo to nadal jest taki, jaki lubię najbardziej, czyli naturalny :)
Czytaj więcej »

Dzień Kobiet

wtorek, 8 marca 2016 32 komentarze

Z okazji naszego dzisiejszego święta
chciałabym życzyć Wam wszystkiego najlepszego:
spełnienia w życiu prywatnym oraz zawodowym,
realizacji wszystkich Waszych marzeń i planów,
codziennej pociechy z Partnerów,
którzy niech dziś obdarują Was ogromnym bukietem ulubionych kwiatów
i słodkimi czekoladkami o odchudzających właściwościach :D
Życzę Wam również aby uśmiech nigdy nie schodził z Waszych pięknych twarzy,
a wena nigdy Was nie opuszczała :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Olejek Inca Inchi, Nacomi

sobota, 5 marca 2016 49 komentarzy
Kilka słów od producenta:
Olej Inca Inchi jest dopiero od niedawna dostępny w Polsce, ale coraz bardziej doceniany ze względu na swoje działanie. Posiada bardzo wysoką zawartość nienasyconych kwasów tłuszczowych (nawet 92 % całej masy oleju – co czyni go rekordzistą wśród wszystkich naturalnych olejów roślinnych). W jego składzie znajdziemy również Witaminę E i A. W oleju Inca Inchi odnajdziemy całą gamę kwasów tłuszczowych - Omega-3 alfa-linolenowy (do 54%) i Omega-6 linolowy (33%) oraz protein. Dzięki zawartości tych dobroczynnych składników jego zastosowanie jest bardzo szerokie. Olej ten jest jedynym, znanym do tej pory, aktywnym powierzchniowo olejem. Posiada zdolność odbudowy kolagenu. Efekt wygładzenia i uelastycznienia skóry, a co za tym idzie wyraźnego spłycenia zmarszczek, widać już w drugim tygodniu stosowania. Olejek łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia. Jeśli mocno wysuszamy skórę złym doborem kosmetyków i pojawiają się już na niej pierwsze zmarszczki to olejek Inca Inchi na pewno sobie z tym poradzi. 

30 ml w sklepie Nacomi kosztuje ponad 20,00 zł
Moim zdaniem:
Są rośliny, o których nam się nie śniło, których nazwy nigdy nie obiły nam się o uszy. Dla mnie taką rośliną jest Inca Inchi ( lub też Sacha Inchi ), która pochodzi z peruwiańskiej puszczy i ma bardzo charakterystyczne owoce w kształcie uroczych gwiadek :) Ze względu na swoje szerokie spectrum działania i właściwości roślina ta nazywana jest skarbem Inków. Ja ten skarb miałam okazję bliżej poznać.
Marka Nacomi schowała swój olejek w ciemnobrązową, szklaną butelkę o pojemności 30 ml, zakręcaną na białą, karbowaną nakrętkę. Butelka nie posiada żadnego aplikatora ani pompki, tylko szeroki otwór, więc przy wylewaniu olejku na dłoń trzeba uważać, coby nie wylać za dużo i nie zmarnować żadnej kropelki. Na zdjęciu poniżej olejek wygląda na bezbarwny, ale tak naprawdę ma delikatnie złote zabarwienie i subtelny zapach, w którym da się wyczuć orzechową nutę. Ma wyjątkowo lekką, nietłustą konsystencję, nie obciążającą skóry. 
Olejku używam co wieczór, w zastępstwie kremu na noc, już od jakiś dwóch miesięcy, więc pierwsze, co mogę powiedzieć na jego temat to, to że jest bardzo wydajny. Z drugiej strony, potrzebuje dłużej chwili na wchłonięcie się w skórę. Gdy już się wchłonie, to pozostawia po sobie delikatne, aksamitne wykończenie. Jednocześnie cera nabiera zdrowszego wyglądu, staje się elastyczna, bardziej napięta i gładka. Regularnie stosowany w subtelny sposób poprawia koloryt skóry. Ponadto łagodzi podrażnienia, niweluje suchość i uczucie ściągnięcia skóry. Reguluje także wydzielanie się sebum oraz nadaje skórze miękkości. Olejek delikatnie wklepuje również w okolice oczu, głównie w zewnętrzne kąciki, bo, jak to wyczytałam w skarbnicy wiedzy zwanej Wujkiem Google, olejek Inca Inchi posiada także właściwości przeciwzmarszczkowe, a jak powszechnie wiadomo, lepiej zapobiegać niż leczyć ;) 
Ja używam olejku Inca Inchi w codziennej pielęgnacji cery, ale można go stosować na wiele innych sposobów: włosom dodaje miękkości i połysku, zapobiega rozstępom w czasie ciąży, odżywia i wzmacnia paznokcie oraz zmiękcza skórki wokół nich. Właśnie to w olejkach lubię najbardziej- jeden kosmetyk, a tyle możliwości :)
Czytaj więcej »

Lutowy projekt denko

czwartek, 3 marca 2016 63 komentarze
1. Antyperspirant Aloe Vera, Rexona- nie pierwszy raz znajduje się w denku, skoro do niego tak chętnie wracam wniosek może być tylko jeden: jest wart polecenia. 
2. Żel pod prysznic Lilia Wodna, CD- recenzja w marcu
3. Żel pod prysznic Witaminy i Jogurt, Isana- miałam już tyle żeli Isana, że dziś nie potrafiłabym ich zliczyć. Lubię je za konsystencję, ładne zapachy, wydajność, przyjemne oczyszczanie bez wysuszania i ściągania skóry oraz za bardzo niską cenę. 
4. Micelarna woda do demakijażu twarzy i oczu, Bourjois- recenzję opublikowałam trzy lata temu, ale nic bym w niej nie zmieniła. Nadal uważam, że jest to świetny płyn do demakijażu, który jest jednocześnie delikatny dla skóry. Na pewno jeszcze nie raz wrócę do tego produktu. 
5. Odżywczy krem do paznokci i suchej skóry stóp, SheFoot- już po pierwszym użyciu moje zaniedbane stopy stały się miękkie i przyjemniejsze w dotyku. Przy systematycznym stosowaniu krem odżywia i regeneruje skórę stóp przywracając jej gładkość i ładny wygląd. 
6. Aktywny tonik korygujący Super Power Mezo Tonik, Bielenda- mam mieszane uczucia, spodziewałam się czegoś więcej, a to taki zwykły tonik, który nie robi nic szczególnego z skórą twarzy. Mimo to i tak zamierzam kupić z tej serii serum korygujące ;)
7. Świeży żel zmywający Radiance, Saisona- jeden z nielicznych, niepieniących się żeli do mycia, który polubiłam. Delikatny dla skóry, przy regularnym stosowaniu dodaje jej blasku i ładnego, zdrowszego wyglądu. Pełną recenzję znajdziecie tutaj.
8. Krem nawilżający o przedłużonym działaniu Hyrda In 2, Dermedic- kupiłam przez zupełny przypadek, stanie w długiej kolejce i rozglądanie się po witrynach dla zabicia czasu tak się właśnie u mnie kończy:P Zdarza się, że takie nieplanowane zakupy wychodzą mi na dobre i tak właśnie było z tym kremem. Ma aksamitną konsystencję, delikatną jak śmietanka, subtelny i przyjemny zapach oraz długotrwałe właściwości nawilżające. 
9. Arganowy krem na noc, Nacomi- marka ma rewelacyjne kosmetyki do pielęgnacji ciała, ale w produktach do pielęgnacji skóry twarzy już się nie popisała. O kremie na noc pisałam tutaj, nie podbił on mojego serca, do tej pory pozostał mi po nim jakiś niesmak. 
10. Delikatny żel do mycia twarzy z zieloną herbatą, Green Pharmacy- żel kupiłam chyba za niecałe 5,00 zł i uważam, że było to bardzo dobrze wydane drobniaki. Tak jak obiecuje producent, żel jest naprawdę delikatny, nie podrażnia ani nie powoduje uczucia ściągnięcia skóry. Dobrze oczyszcza, odświeża, przywraca skórze równowagę, a ponadto normalizuje wydzielanie się sebum.
Czytaj więcej »

Luty na zdjęciach

wtorek, 1 marca 2016 65 komentarzy
 osoby wymyślające nazwy dla kolorów farb muszą coś jarać :P | kubków nigdy dość, także tych termicznych | jeden punkt i w indeksie byłyby same piąteczki | taki drobny gest, a buzia sama się uśmiecha :)
 mój mały sukces to Wasza zasługa, dziękuję! | "ja uwielbiam go, on tu jest i tańczy dla mnie" :D no dobra, może nie tańczy, ale jest! nowy sezon Castle'a :D | uwaga, świeżo malowane | z okazji Walentynek Gmina wystawiła w parku taką oto ławeczkę- czyż nie jest piękna :D?
 luty rozpoczęłam rajdem po salonach z sukniami ślubnymi :) wybrałam już tą jedyną, jestem też po pierwszych konsultacjach z krawcową i zastanawiam się czy nie chciałybyście przeczytać postu o dotychczasowych przygotowaniach do ślubu? | niedaleko mojej nowej szkoły jest niewielki sklepik, a w nim między innymi szafa z kosmetykami Sylveco :D | taki uroczy pierścionek podarował mi ostatnio narzeczony :P z Kinder Niespodzianki :P | Deadpool- film, który trzeba obejrzeć! świetna rozrywka gwarantowana :)
przeczytane w lutym | kilka zwykłych słów, a uśmiech na twarzy bezcenny :) | tych, którzy jeszcze nie czytali, zapraszam na recenzję książki "Wytańczyć marzenia" | nowości książkowe z kilku ostatnich tygodni :D
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.