Recenzja: Odżywka- utwardzacz do paznokci, Herome Nail Hardener Sensitive

wtorek, 30 sierpnia 2016 36 komentarzy
Obietnice producenta:
Herome Nail Hardener Sensitive to rewelacyjny utwardzacz do paznokci o delikatnym działaniu, stworzony aby wyleczyć i wzmocnić słabe, szybko pękające i rozdwajające się paznokcie. Pędzelek o długości 1.5 cm pozwala na dokładne rozprowadzenie lakieru, a specjalny kształt nakrętki służy do odsuwania skórek paznokci. Sam lakier nie jest zbyt wodnisty, szybko schnie, nadaje połysk paznokciom i nie ma intensywnego czy przykrego zapachu. 

10 ml odżywki to wydatek 59,20 zł. W promocji można kupić prawie połowę taniej, za 38,50 zł w sklepie internetowym BodyLand
Moim zdaniem:
Aby przetestować odżywkę- utwardzacz do paznokci Herome Nail Hardener Sensitive, na trzy tygodnie musiałam zrezygnować z hybryd. Ba!, nawet ze zwykłych lakierów do paznokci. Wyobrażacie to sobie? To się nazywa poświęcenie dla sprawy ;) Jednak, czy było warto?
W białym, prostym kartoniku znajduje się niewielka szklana buteleczka, która wraz z nakrętką tworzy stożkowaty kształt. Nakrętka jest bardzo długa, wręcz za długa. Jest mało wygodna, źle mi się ją trzyma i aplikuje odżywkę na paznokcie. Zaś pędzelek jest prosty i cienki. Zbiera za dużo lakieru, jego nadmiar trzeba wytrzeć o brzeg buteleczki. 
Odżywka ma jasny kolor, fioletowo- różowy, ale na paznokciach jest przezroczysta. Szybko wysycha, zostawiając na paznokciach subtelny połysk. Pachnie też bardzo delikatnie. Ma lejącą się konsystencję, dlatego malując nią paznokcie należy uważać przy skórkach, aby ich nie zalać. Nie zawiera szkodliwego formaldehydu, a po otwarciu powinno się ją zużyć w ciągu 12 miesięcy.
Kuracja odżywką powinna trwać 21 dni, którą w ciągu roku można przeprowadzić maksymalnie 2 razy. Pierwszego dnia nanosi się pierwszą warstwę utwardzacza, drugiego kolejną, aby trzeciego dnia zmyć je obie i powtórzyć proces od nowa. I tak przez trzy tygodnie. Po pełnej kuracji odżywki Herome można używać raz- dwa razy w tygodniu jako bazy pod lakier kolorowy. 
Przeprowadzenie całej kuracji nie było dla mnie prostą sprawą, bo niepomalowane paznokcie to u mnie rzecz niespotykana. Tak jak Yeti. Stwierdziłam jednak, że moim paznokciom po kilku miesiącach noszenia hybryd przyda się coś wzmacniającego i odżywczego. Po trzech tygodniach wiem, że moja trzytygodniowa rezygnacja z malowania paznokci poszła na marne. Postępowałam zgodnie ze wskazaniami producenta, mimo to stan moich paznokci nie poprawił się. Nie spełniła się żadna z obietnic producenta. Preparat nie wzmocnił paznokci, są w takiej samej kondycji jak przed rozpoczęciem kuracji. Utwardzacz jedynie czemu troszkę zaradził, to rozdwajanie się paznokci, jednak to dla mnie trochę za mało na kosmetyk, którego regularna cena wynosi około 60,00 zł. 
Niestety, wyjątkowo nie mogę polecić Wam tego produktu. Jestem negatywnie zaskoczona, że odżywka okazała się tak kiepska, bo jak pamiętacie, niedawno pisałam o kremie do skórek Herome ( klik ), który bardzo polubiłam i myślałam, że wszystkie kosmetyki marki są tak samo świetne. Jak się okazało, pomyliłam się. Przede mną jeszcze testy ostatniego produktu Herome, czyli peelingu do skórek. Mam nadzieję, że będzie mu bliżej do kremu na skórki niż do tej odżywki. 
Czytaj więcej »

Olejek po kąpieli Raspberry Love, Indigo Nail Lab

sobota, 27 sierpnia 2016 44 komentarze
Obietnice producenta: 
Olejek po kąpieli Indigo łączy w sobie wszystkie wyjątkowe cechy olejku arganowego z rewelacyjnym olejkiem ze słodkich migdałów, jednym z najlepszych we współczesnej kosmetyce. Wygładza skórę i ma bardzo wysokie zdolności nawilżające. Zawiera dużą ilość kwasu linolowego, który  jest podstawą funkcjonowania cementu międzykomórkowej, rogowej warstwy naskórka. Wzmacnia barierę hydrolipidową skóry. Olejek migdałowy działa jak eliksir młodości - nie pozwala na tworzenie się zmarszczek.


100 ml olejku kosztuje 29,00 zł w sklepie internetowym Indigo

Moim zdaniem:
Te z Was, które były na II Konferencji Meet Beauty, zapewne jeszcze dobrze pamiętają duże, złote torby z logo Indigo, w których kryła się cała masa upominków ;) Do dzisiejszej, porannej kawki przygotowałam Wam do poczytania recenzję jednego z nich, czyli olejku po kąpieli. 
Olejek Raspberry Love pachnie tak pięknie, że nie ma słów, by to opisać. To trzeba poczuć własnym nosem, ale OSTRZEGAM!- od tego zapachy szybko można się uzależnić. Konsystencja jest lekka, wodnista, niezbyt oleista. Olejek jest bezbarwny. Butelka z aplikatorem, w której otrzymałam olejek, pozwala na poręczne i higieniczne korzystanie z olejku. Pompka sprawnie działa, a butelkę wygodnie trzyma się w dłoni. 
Olejek może być stosowany na sucho lub na mokro, tuż po kąpieli. Dzięki zawartości olejku arganowego i migdałowego, skóra jest bardzo dobrze nawilżona, odżywiona i w dużo lepszej kondycji. Tak jak obiecuje producent, odzyskuje swój naturalny blask i staje się niesamowicie gładka i miękka w dotyku. Olejek świetnie sprawdza się też do pielęgnacji skórek wokół paznokci, nawilżając je i dbając o ich ładny wygląd. Na stronie producenta, wyczytałam, że olejek może też być stosowany jako serum do włosów przed ich umyciem. Przetestowałam go i na włosach, ale po swojemu, czyli wtarłam niewielką ilość olejku w końcówki włosów, ale po ich umyciu. Rozsądna ilość olejku nie obciążyła ani nie przetłuściła włosów, tylko spełniła obietnice producenta. Włosy faktycznie stały się nawilżone, miękkie, pachnące i błyszczące. 
Dostępnych jeszcze pięć innych zapachów tego olejku. Każda wersja ma swojego odpowiednika w różowej butelce. Różnica polega na tym, że dodane zostały delikatne, rozświetlające drobinki, opalizujące się na skórze. Wszystkie mają pojemność 100 ml i kosztują 29,00 zł. I jeśli pachną tak pięknie i mają tak fantastyczne właściwości, jak Raspberry Love, to chcę mieć je wszystki! Po kolei! :D
Czytaj więcej »

O przesądach ślubnych z przymrużeniem oka

czwartek, 25 sierpnia 2016 30 komentarzy
W jedno z sierpniowych popołudni, wraz z przyszłym ślubnym, pojechaliśmy rozejrzeć się za garniturem, coby mi Pan Młody w jeansach nie przyszedł przed ołtarz. W pewnej chwili dzwoni telefon, na wyświetlaczu pojawia się "Mama", więc odbieram. I słyszę takie oto słowa: "Pamiętaj, póki ja pamiętam, aby chrzestna do buta ślubnego włożyła Ci stówkę. Aha, i macie nie czytać swoich zapowiedzi! Bo to przynosi nieszczęście!", po których moja rodzicielka się rozłączyła, nie dając mi możliwości nawet zająknięcia się. Od tamtego czasu, w rozmowach dotyczących mego zamążpójścia, pojawiło się jeszcze kilka ślubnych przesądów, mniej lub bardziej absurdalnych, co stało się dla mnie inspiracją do napisania dzisiejszego posta ;)
1. Ślubu nie należy zawierać w miesiącach, w których nazwie nie występuje litera „r"- no dobra, jest to przesąd, który wyjątkowo miałam na uwadze wybierając datę ślubu. Mam jednak usprawiedliwienie! To wszystko z troski o moje przyszłe dzieci, coby ładnie się wysławiały :P ( u mnie w okolicy ślub w miesiącu bez literki "r" oznacza, że przyszłe dzieci będą mieć problem z jej wymawianiem ). No przecież dobra matka dla swoich dzieci zrobi wszystko, nawet w zabobon uwierzy :P 
2.  Narzeczona powinna kupić swojemu wybrankowi koszulę do ślubu, a on jej pantofelki- gdyby mój luby zobaczył, ile mnie kosztowały te pantofelki do ślubu, to by z krzesła spadł :P Poza tym nie dałabym mu kupić nawet breloczka w kształcie buta, bo moja mama całe życie mi powtarzała, że jak podaruje się komuś obuwie, to ta osoba odejdzie. Dosłownie lub w przenośni. Trochę powiało grozą... 
3. Jeżeli Para Młoda pomyli słowa przysięgi, oznacza to szczęście w ich przyszłym związku- spoko, da się zrobić. Obyśmy tylko imion nie pomylili :P
4. Jeśli w czasie ślubu rąbek sukni zasłoni but pana młodego, mąż będzie pod pantoflem żony- jeśli jest w tym chociaż odrobinę prawdy, to ja narzeczonemu całą suknią przykryję te buty :P Bo pyskaty mi się robi :P
5. Im więcej szkła stłucze się w trakcie ślubu, tym szczęśliwsze będzie życie pary młodej- to ja już wiem, dlaczego na greckich weselach tłucze się talerze. No cóż, jeśli to faktycznie ma zadziałać, to sama wytłukę całą zastawę na sali. Tylko nie wiem, kto za to później zapłaci...
6. Na kilka dni przed ślubem Panna Młoda powinna położyć swoje ślubne buty na parapecie, aby wleciało do nich szczęście, a w dniu ślubu była piękna pogoda- jeśli to ma być takie proste, to ja zastawię wszystkie parapety butami :P Parapetów i butów mam dużo, więc szczęście i piękna pogoda gwarantowane! 
7. Świadkiem powinna być osoba stanu wolnego- a guzik, u mnie będzie mężatka! 
8. Pan Młody powinien swoją przyszłą żonę prowadzić do ołtarza po lewej stronie, prawą ręką natomiast ma "odganiać" złe moce- to ja nie wiedziałam, że mój wybranek życia potrafi takie rzeczy! Skubany, nigdy mi się tym nie pochwalił! Może ma też jakieś inne magiczne moce, np. umie przewidzieć wygrane liczby w totka? Dobrze by było :D
9. W noc przed ślubem Panna Młoda powinna spać z parasolem pod poduszką, żeby zapewnić sobie dobrą pogodę na ślub- kolejny przesąd dotyczący ładnej pogody w dniu uroczystości. Tym razem jednak nie wiem jak to skomentować... Już wolę te buty na parapecie zostawić. 
10. Sukni pani młodej nie powinny przymierzać jej młodsze siostry, grozi im to staropanieństwem- jak dobrze, że nie mam młodszej siostry, chociaż jeden problem z głowy mniej...

Słowem, kreatywność ludzka nie zna granic. Nie wiem gdzie i z jakiego powodu zostały wymyślone, ale ktoś naprawdę chciał utrudnić życie sobie i przyszłym młodym parom ;) Brakuje mi tylko zabobonu, który, bez diety i ćwiczeń, obiecałby mi figurę modelki w dniu ślubu :D A jak jest z Wami, wierzycie w przesądy?
Czytaj więcej »

Recenzja: Krem na dzień dobry i dobranoc 30+ oraz Maseczka na każdą porę dnia, Janda

poniedziałek, 22 sierpnia 2016 26 komentarzy
Obietnice producenta:
Krem dedykowany dla skóry tłustej oraz mieszanej dla osób powyżej 30 roku życia. Skutecznie redukuje drobne zmarszczki czy szorstkość oraz normalizuje wydzielanie sebum. Rewolucyjna taktyka hydronasycenia, szybko poprawia nawilżenie i kondycję skóry oraz zapewnia komfort.
Maseczka na każdą porę dnia, szczególnie polecana do skóry potrzebującej  silnego wygładzenia i nawilżenia. Natychmiastowo przywraca skórze miekkość i jedwabistość. Hialuronowe systemy nawilżające działają na wielu poziomach w skórze zapewniając jej doskonałe „nawodnienie” i redukcję zmarszczek od wewnątrz. 

krem: 50 ml/ 46,00 zł ( klik ) oraz maseczka: 10 ml/ 4,99 zł ( klik ) dostępne są w Rossmannie
Moim zdaniem:
Kiedyś nie rozumiałam, że moja mieszana cera potrzebuje odpowiedniej dawki nawilżenia, tak samo jak skóra normalna czy sucha. Odstawienie wysuszających kosmetyków, często na bazie alkoholu, znacznie przyczyniło się do poprawy stanu mojej skóry. Teraz w swojej pielęgnacji stawiam na nawilżanie, bo wiem, że moja skóra tego potrzebuje. Ostatnimi dniami o jej optymalny stopień nawilżenia dba krem na dzień dobry i dobranoc Janda.
Krem zachwycał mnie stopniowo. Zaczęło się od dopracowanego w każdym szczególe słoiczka, który zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych estetycznie i wizualnie. Ciemnofioletowe szkło w połączeniu z biało- złotymi detalami tworzy wyszukaną całość, elegancką, z wyższej półki. Słoiczek z kremem Jandy zdecydowanie błyszczy wśród innych, które w jego towarzystwie wypadają dosyć marnie.
Konsystencja jak śmietanka, leciutka, aksamitna i delikatna, jest kolejną składową kremu, która mnie ujęła. Przyjemnie rozprowadza się po skórze, otulając ją cienką, nietłustą warstewką ochronną. Krem jest bardzo wydajny, szybko się wchłania, pozostawiając skórę miękką i miłą w dotyku. Dobrze współpracuje z podkładami płynnymi i mineralnymi. Żaden mi się na nim nie waży ani nie ciemnieje. 
Skóra, podczas stosowania kremu, jest jedwabista i wygładzona. Krem delikatnie matuje, ale na krótki czas. Daje za to długotrwałe uczucie ukojenia, łagodzi podrażnienia i naprawdę dobrze nawilża. Jest to zapewne zasługa zawartych w kremie olejów, w tym arganowego i z nasiona chia, a także hydrokreatora hialuronowego, który działa silniej niż kwas hialuronowy. Jak jeszcze działa krem? Na pewno nie obciąża skóry ani nie jest komedogenny. 
Krem można stosować zarówno na noc, jak i na dzień. Moją wieczorną pielęgnację wieńczy serum lub olejek, czyli coś bardziej odżywczego i treściwszego, co mocniej zadba o moją cerę. Dlatego kremu Jandy używam rano, ewentualnie po południu, gdy wrócę z pracy i zmywam makijaż, bo wiem, że już nigdzie nie będę wychodzić. 
Według producenta, krem przeznaczony jest dla osób 30+. Ja mam jeszcze nieco mniej :P, ale nie przeszkadza mi to w codziennym stosowaniu kremu. Mojej mamie "wiekowa sugestia" też nie wadzi i mimo iż ma 25 lat więcej ode mnie, każdego dnia podkrada mi ten krem :P 
Oprócz kremu, otrzymałam też maseczkę na każdą porę dnia, która, zgodnie z tym, co producent napisał na saszetce, ma zapewnić skórze zastrzyk nawilżenia. Już może w tamtym roku odeszłam od takich gotowych maseczek na rzecz sproszkowanych, do własnoręcznego przygotowania. Praktycznie zapomniałam jak to jest używać takich maseczek :P Ale do rzeczy. Maseczka ma 10 ml; jedna duża saszetka została podzielona na dwie mniejsze, po 5 ml. Nałożona oszczędnie, cienką warstwą, wystarczyłaby na 4-5 użyć. Mnie skończyła się po dwóch, ale to dlatego, że wcale jej nie oszczędzałam, od razu nakładałam całą zawartość pojedynczej saszetki na skórę ;) Maseczka ma postać średnio gęstego kremu, który całkowicie się nie wchłania. Tłustą warstewkę, która pozostaje na skórze, zmywam pod bieżącą wodą. I co widzę, co odczuwam? Pełnię nawilżenia, którą obiecał mi producent. Ponadto zmiękczenie i delikatne wygładzenie. I jeszcze ukojenie dla zmęczonej skóry, a dla mnie chwilę relaksu. 
Podczas trzymania maseczki na twarzy, nie odczuwa się żadnego dyskomfortu. Maseczka nie podrażnia, nie ściąga skóry, nie powoduje pieczenia. Na mojej mieszanej cerze spisała się znakomicie i myślę, że osoby z normalną lub suchą skórą też mogłyby ją polubić :)
Czytaj więcej »

Brązowy żel stylizujący do brwi, Eyebrow Stylist, Wibo

sobota, 20 sierpnia 2016 39 komentarzy
Obietnice producenta:
Eyebrow Stylist, to brązowy tusz do stylizacji brwi, dzięki któremu w prosty i szybki sposób, będziemy mogli podkreślić brwi i nadać im idealny kształt. Kosmetyk pozwoli skorygować niedoskonałości brwi: optycznie je zagęści, doda koloru oraz zatuszuje nierówności, dopasuje brwi do kształtu twarzy i wyeksponuje kolor oczu. Dodatkową zaletą tuszu jest żelowa konsystencja, która pozwala na równomierną i dokładną aplikację kosmetyku.

6 ml kosztuje około 9,00 zł w Rossmannie
Moim zdaniem:
Długo, może nawet za długo, nie przykładałam uwagi do tego, jak wyglądają moje brwi. Przez lata wystarczał mi kształt nadany przez kosmetyczkę, ich gęstość i kolor. Denerwowało to, że są niezdyscyplinowane i rosną jak chcą, ale do tego też się przyzwyczaiłam. Dlatego sama sobie się dziwiłam, gdy na niedawnej promocji -49% na kosmetyki kolorowe w Rossmannie, bez przyczyny czy jakiegokolwiek zastanowienia, w swoje ręce wzięłam brązujący żel stylizujący do brwi Wibo. Pomyślałam, że jeśli nawet okaże się niewypałem, to nie będzie mi żal tych czterech złotych z groszami, które na niego wydałam. Nie przeszło mi jednak przez myśl, że będzie tak rewelacyjnym produktem, bez którego nie będę mogła już wyobrazić sobie swojego codziennego makijażu.
Produkt na pierwszy rzut oka wygląda jak tusz do rzęs. Zamknięty został w smukłym, okrągłym opakowaniu w brązowo- kremowej kolorystyce. Posiada aplikator w postaci wąskiej szczoteczki z włoskami ułożonymi spiralnie. Jest cieniutka, więc sprawdzi się u osób, których natura nie obdarzyła zbyt grubymi brwiami. Szczoteczka jest bardzo wygodna, mnie osobiście bardzo dobrze maluje się nią brwi. Uważam, że jej gabaryty są odpowiednie, chociaż zauważyłam, że nabiera nieco za dużo produktu, dlatego przed malowaniem brwi, nadmiar znajdujący się na szczoteczce wycieram o krawędź opakowania. Tym samym, zawsze uda mi się nieco zaoszczędzić tego żelu, przez co z produktu bardzo wydajnego stał się meeega wydajnym. 
Żel ma brązowy kolor z domieszką szarości, który jest tylko ociupinkę ciemniejszy od naturalnego koloru moich brwi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, ze maskara do brwi Wibo ma w sobie zanurzone jakieś rozświetlające, złote drobinki, ale widoczne są one tylko na szczoteczce. 
Szczoteczka- spiralka perfekcyjnie i równo pokrywa brwi kolorem, bez brudzenia skóry. W ciągu dnia kolor nie traci na swej intensywności, żel się nie rozmazuje ani nie osypuje, daje się łatwo zmyć podczas demakijażu. Maskara do brwi jest dobrze napigmentowana i jak już Wam pisałam, w odcieniu bardzo podobnym do naturalnego koloru moich brwi. Nigdy nie zdarzyło mi się przedobrzyć, nigdy nie uzyskałam przerysowanego, nienaturalnego efektu. Używam jej, aby "podbić", nieco przyciemnić ich kolor, aby były bardziej wyraziste. Malując brwi, maskara jednocześnie ładnie je rozczesuje, ujarzmia i nadaje odpowiedni kształt, dzięki czemu wyglądają jeszcze lepiej. 
Brązujący żel do stylizacji brwi Wibo kosztuje około 9,00 zł, czyli bardzo niewiele, a często jest też na niego promocja. Ja za ten żel zapłaciłam niecałe 5,00 zł. Tego samego dnia kupiłam jeszcze jeden produkt do brwi Wibo, mianowicie bezbarwny żel utrwalający brwi. Nie jest to najgorszy kosmetyk, ale stanowczo umywa się do swojego kompana, bohatera dzisiejszego postu. Dla mnie, obecnie, brązujący żel do stylizacji brwi jest nie do zastąpienia. 
Czytaj więcej »

Biały podkład, czyli recenzja Makeup Revolution The One Foundation

czwartek, 18 sierpnia 2016 39 komentarzy
Lubię poznawać nowe podkłady, ale nie lubię ich kupować. Dlaczego? Bo zawsze mam problem z doborem odpowiedniego odcienia. Przeważnie wybieram zbyt ciemny, a potem głowię się jak go rozjaśnić, by jakoś pasował do mojej karnacji. Kiedyś eksperymentowałam z kremami do twarzy, które mieszałam z podkładem, ale szybko okazało się, że taka mieszanka sprawia, iż fluid traci na swoich właściwościach, zwłaszcza kryjących. Na szczęście mam Was, koleżanki- blogerki, bo to dzięki Wam odkryłam w końcu produkt, dzięki któremu mogę rozjaśnić zbyt ciemny podkład zachowując jego wszelkie właściwości :) 
Mowa o podkładzie Makeup Revolution The One Foundation w odcieniu nr 1, który, cytując, "przeznaczony jest do mieszania z ciemnymi podkładami, aby rozjaśnić je od jednego do kilku tonów". Jest to odcień totalnie biały! Dodatkowo produkt jest bardzo wodnisty i ma praktycznie niewyczuwalny zapach.
Malutka buteleczka, utrzymana w minimalistycznym stylu, zakończona jest dzióbkiem, dzięki czemu podkład możemy bezpiecznie dozować, bez obaw, że wypłynie go za dużo. Materiał, z którego została wykonana, jest bardzo miękki i giętki, co sprawia, że wykorzystanie produktu do ostatniej kropelki jest banalnie proste, bo wszystko ładnie się wyciska z buteleczki. Zakręcana jest na czarny korek, szczelnie chroniący przed wylaniem się kosmetyku. 
Jak używam Makeup Revolution The One Foundation? Na wierzch dłoni aplikuję pompkę klasycznego podkładu, a następnie kroplę lub dwie białego. Następnie mieszam ze sobą oba kolory i za pomocą pędzla/gąbeczki/palców nakładam na twarz, jak każdy inny fluid. Makeup Revolution The One Foundation, dodany w racjonalnej ilości, nie zmienia konsystencji podstawowego podkładu, nie zaburza też jego właściwości matujących czy rozświetlających. Jednakże, jego mocno płynna konsystencja może sprawić, że podkład może stracić na swoim kryciu. Dlatego białego podkładu należy używać oszczędnie, co ma też swoje plusy, bo zyskuje na wydajności. 
Makeup Revolution The One Foundation przetestowałam na kilku różnych podkładach, od tych tańszych po te nieco droższe. Przy żadnym z nich nie doszło do ich zważenia się, rozwarstwienia czy czegokolwiek innego. Na twarzy zachowywały się tak samo, jak przed wymieszaniem ich z kosmetykiem wyglądającym jak szkolny korektor :P 
Biały podkład ma niestandardową pojemność 29 ml i potrafi kosztować grosze: w drogerii internetowej Ekobieca kosztuje tylko 9,99zł ! Dostępny jest jeszcze w 15 innych odcieniach, ale mnie interesuje tylko ten jeden ;) 
Czytaj więcej »

Recenzja: Odżywczy krem na zniszczone skórki paznokci, Herome Cuticle Cream

poniedziałek, 15 sierpnia 2016 31 komentarzy
Obietnice producenta:
Krem do skórek Cuticle Creme przywraca skórkom właściwy wygląd, zapobiega infekcjom zdarzającym się przy pozadzieranych, uszkodzonych skórkach. Zmiękcza skórki, odżywia je i przywraca im piękny, zdrowy wygląd. Preparat zawiera alantoinę, ekstrakt z aloesu i witaminę E. 

15 ml kosztuje ok. 40,00 zł, ale obecnie w sklepie internetowym BodyLand jest w promocji za 29,99 zł
Moim zdaniem:
W mojej kosmetyczce pojawia się coraz więcej produktów do pielęgnacji skórek wokół paznokci. Preparaty do ich usuwania, olejki nawilżające, peelingi ( do tej pory jestem zdumiona, że coś takiego w ogóle jest ), a ostatnio także odżywczy krem na zniszczone skórki paznokci Herome Cuticle Cream. 
W granatowo- białym kartoniku kryje się niewielka tubka, o pojemności 15 ml. Wykonana została z elastycznego tworzywa, podatnego na nacisk, przez co jej zawartość z łatwością da się wycisnąć i wydostać przez wąziutki aplikator, skrywający się pod prosta, plastikową nakrętką. Odżywczy krem do skórek nie zajmuje wiele miejsca, można go nosić wszędzie ze sobą i używać tak często, jak tylko ma się ochotę. Ja preparatu do pielęgnacji skórek Herome Cuticle Cream, o gęstej konsystencji w żółtawym kolorze i kremowym zapachu, używam na noc. Odpowiednią ilość kremu nanoszę na skórki, a następnie wcieram go. Gdy ja śpię i śnię o przygotowaniach do ślubu, krem wchłania się w skórki, aby zapewnić im piękny, zdrowy wygląd. 
W składzie kremu znajdziemy alantionę, ekstrakt z aloesu i witaminę E. Wszystkie te składniki wykazują się właściwościami nawilżającymi. Co trzy nawilżające składniki, to nie jeden, więc krem siłą rzeczy musi działać. I działa, bo rano skórki wyglądają naprawdę ładnie, żadna się nie zadziera, a efekt utrzymuje się nawet do kilku dni. Gołym okiem widać, że są odżywione, zmiękczone i dobrze nawilżone. Preparat na zniszczone skórki do najtańszych nie należy, ale nadrabia wydajnością. 
Kiedyś namiętnie wycinałam skórki wokół paznokci. Dziś nadal mi się to zdarza, ale odkąd w mojej kosmetyczce zagościły produkty do ich pielęgnacji, robię to coraz rzadziej. Odżywczy krem na zniszczone skórki paznokci sprawia, że nawet wykonując manicure w domowym zaciszu mogę cieszyć się efektem jak po wyjściu od profesjonalnej kosmetyczki. Preparat Herome Cuticle Cream sprawia, że skórki wyglądają bardzo dobrze, mimo moczenia ich w acetonie średnio dwa razy w miesiącu- te z Was, które wykonują manicure hybrydowy, wiedzą jak mocno wysuszający jest to środek i że skóra dłoni, w tym także skórek wokół paznokci, wymaga odpowiedniej pielęgnacji. 
Czytaj więcej »

Odżywcza pomadka z peelingiem, Sylveco

piątek, 12 sierpnia 2016 46 komentarzy
Odżywczej pomadki z peelingiem Sylveco nie muszę nikomu przedstawiać. Jeśli jej nie miałyście, to na pewno, chociaż raz, spotkałyście się z jej recenzją. Jeśli nie, to teraz macie okazję poczytać o niej u mnie ;)
Peelingująca pomadka przeznaczona jest do regeneracji ust spękanych, przesuszonych i wrażliwych. Sztyft pachnie słodko i cukierkowo i tak samo smakuje :D Jest dość twardy, ale zaskakująco łatwo sunie po ustach. Jak pomadkę należy stosować, każdy na pewno wie ;) Podczas aplikowania jej na usta, czuć jak zanurzone w niej drobinki drapią wargi. Uczucie to jest intensywne, ale nie nieprzyjemne. Za złuszczanie i wygładzanie ust odpowiadają naturalne drobinki ścierające w postaci brązowego cukru trzcinowego. Są dość spore i ostre. Ponadto jest ich naprawdę dużo i zatopione są w całej pomadce. Kryształki cukru można zlizać lub, pocierając usta, wykonać masaż warg, aż do ich rozpuszczenia. Peeling poprawia ukrwienie ust, dzięki czemu kolor ust jest wyraźniejszy i ładniejszy, a suche skórki odchodzą w zapomnienie. Pomadka długo i doskonale nawilża, odżywia, regeneruje oraz natłuszcza usta.  
W ofercie Sylveco znajdują się jeszcze dwie pomadki: rokitnikowa o zapachu cynamonu oraz brzozowa z betuliną. W peelingującej pomadce również znajdziemy ten aktywny składnik, a oprócz niego jeszcze: olej sojowy, z gorzkich migdałów i z wiesiołka, masło karite i kakaowe, wosk carnauba ( naturalna żywica roślinna pozyskiwana z liści palmowych copernicia cerifera, o działaniu natłuszczającym i  zmiękczającym ) i pszczeli, a także lanolinę i cukier trzcinowy. Skład jest w 100% naturalny, więc oblizując usta, nie zjadam niepotrzebnej chemii, którą bywają naszpikowane inne pomadki do pielęgnacji ust. 
Pomadka Sylveco ma 4,6 g i kosztuje około 10,00 zł. Używam jej codziennie, ale jest w miarę wydajna. Smaruję nią usta na noc, przeważnie nakładam troszkę grubszą warstwę. Rano są mięciutkie, wygładzone i gotowe na pomalowanie kolorową szminką :)
Czytaj więcej »

Dwufazowy płyn do demakijażu oczu, Lirene

wtorek, 9 sierpnia 2016 37 komentarzy
Dawno, dawno temu, zanim poznałam pierwsze płyny micelarne, do demakijażu oczu używałam tzw. dwufazówek. I chociaż chwaliłam je sobie za skuteczność, to bywało, że przeszkadzała mi w nich olejowa warstwa, którą po sobie zostawiały i nie rzadkie wrażenie mgły na oczach. Sama dla siebie rzadko kupuję dwufazówki, dla mnie nie do zastąpienia są jednak płyny micelarne, ale czasami zdarza się, że do mojej kosmetyczki wpadnie taki produkt. Jeden z nich przywiozłam ze sobą z II Konferencji Meet Beauty. 
Dwufazowy płyn do demakijażu oczu Lirene wlany został do niedużej, plastikowej buteleczki o pojemności 125 ml. Buteleczka zamykana jest na klapkę, pod którą skrywa się malutka dziurka, przez którą z łatwością przelatuje płyn. Nakrętka od butelki jest wklęsła z jednej strony, przez co podważanie klapki jest wygodniejsze i bezpieczniejsze dla paznokci ;) Przez małe gabaryty płynu dwufazowego, chętnie zabieram go ze sobą na wyjazdy, bo nie jest ciężki, zajmuje mało miejsca w kosmetyczce i jest na tyle uniwersalny, że mogę wykonać nim także demakijaż twarzy. 
Kosmetyk jest bezzapachowy i jak przystało na dwufazówkę, ma oleistą konsystencję. Na zdjęciach tego nie widać, bo jest wstrząśnięty i zmieszany :P, ale składa się z dwóch warstw. Górna to miks olejków, które odpowiedzialne są na usuwanie makijażu. Dolna tonizuje i koi skórę. Przed użyciem, obie warstwy należy ze sobą wymieszać. 
Płyn jest bardzo skuteczny. Szybko rozprawia się z tuszami, kredkami i cieniami, nie rozmazując ich pod oczami. Nie trzeba nic pocierać, wystarczy na kilka sekund przyłożyć nasączony wacik do oka, by wszystko ładnie się rozpuściło i przylgnęło do wacika. Jednocześnie jest bezpieczny i delikatny, nie szczypie, nie powoduje łzawienia, ogólnie nie podrażnia. Mimo tego, że płyn przeznaczony jest do oczu, to zdarza mi się wykonać nim demakijaż całej twarzy. I okazuje się, że zmywa resztki makijażu i zanieczyszczenia tak samo dobrze, jak lubiane przeze mnie płyny micelarne. 
Dwufazówki mają tendencję do pozostawiania tzw. mgły na oczach. Jest to uczucie krótkotrwałe, ale troszkę uciążliwe i niekomfortowe. Płyn Lirene też może zasnuć oczy mgłą, ale tylko wtedy, gdy jest go za dużo na waciku. 
Lirene stworzyło kosmetyk, który, przy regularnym stosowaniu, ma dodatkowo pielęgnować i wydłużać rzęsy, nawet o 15% w ciągu 4 tygodni. Oczywiście, im płyn jest częściej i dłużej stosowany, tym rzęsy mają być jeszcze dłuższe. Ja, niestety, nie byłam zbyt systematyczna w jego używaniu, bo jednocześnie kończyłam płyn micelarny, więc, mimo szczerych chęci, nie dowiecie się ode mnie czy stworzony przez Laboratorium Naukowe Lirene kompleks wydłużający rzęsy przynosi obiecywane efekty. Niemniej jednak, sam płyn dwufazowy do demakijażu jak najbardziej Wam polecam :)
Czytaj więcej »

Recenzja: Wielozadaniowy tusz do rzęs Multitasking Mascara, Mexmo

sobota, 6 sierpnia 2016 42 komentarze
Obietnice producenta:
Wielozadaniowy tusz do rzęs z kompleksem active lash i witaminami, które wzmacniają rzęsy, wypełniają ubytki włosów i odbudowują strukturę rzęs. Multitasking Mascara zapobiega wypadaniu włosków, co powoduje ich zagęszczenie. Efekt? Rzęsy są znacznie pogrubione, wydłużone i precyzyjnie rozdzielone. Produkt hipoalergiczny, może być stosowany przez osoby noszące szkła kontaktowe. 

10 ml maskary kosztuje równe 30 zł w sklepie internetowym Mexmo
Moim zdaniem:
Dawno nie napisałam recenzji tuszu do rzęs. Powód jest bardzo prosty: nie testowałam żadnej nowej maskary, używałam na zmianę moich ulubieńców ( m. in. Max Factor 2000 Calorie ), których recenzje znajdziecie już na blogu. Wystarczy tylko dobrze poszukać :P Dopiero ostatnio w moje ręce wpadła nowość, czyli wielozadaniowy tusz do rzęs polskiej marki kosmetycznej Mexmo. 
Szata graficzna opakowania nie mogła być bardziej minimalistyczna. Na czarnym tle, białymi literami, wypisana jest nazwa producenta, a pod nią nazwa maskary. W owalnym, smukłym opakowaniu znajduje się 10 ml bardzo gęstej, mocno kremowej konsystencji. Prosta, silikonowa szczoteczka nabiera dużo tuszu, dlatego jego nadmiar trzeba wytrzeć o krawędź. Szczoteczka bardzo mi odpowiada, jest wygodna w używaniu i dociera do wszystkich rzęs. 
Tusz przede wszystkim ładnie podkręca i wydłuża rzęsy. Dobrze je rozczesuje i nawet fajnie rozdziela. Nie tworzy spektakularnej firanki rzęs. Efekt, jaki zapewnia jest taki zwykły, codzienny. Tusz nadaje rzęsom odcienia mocnej czerni, która nie blednie w ciągu dnia. Maskara Mexmo nie osypuje się, nie tworzy grudek, czasami tylko lubi delikatnie rozmazać się pod okiem. Jest trwała, a jednocześnie łatwo poddaje się demakijażowi: zmyć ją można wszystkim, zarówno płynem micelarnym, jak i bardziej treściwą dwufazówką. Według producenta, zawarte w tuszu witaminy mają zapobiegać wypadaniu rzęs. Nie napiszę Wam, ile jest w tym prawdy, bo o ile włosy z głowy mi wypadają ( ale tak w granicach normy ), tak rzęsy mocno trzymają się swojego miejsca. 
Obecnie tuszu Multitasking Mascara używam codziennie. Oprócz wymienionych wcześniej jego zalet, chwalę go sobie jeszcze za to, że nie podrażnia, nie uczula ani nie powoduje łzawienia czy szczypania oczu. A efekt jaki można uzyskać po wytuszowaniu nim rzęs, zobaczycie na zdjęciu poniżej :)
Kosmetyki do makijażu Mexmo ( a także lakiery do paznokci, pędzle i inne akcesoria ) dostępne są głównie w Internecie ( klik ), ale marka ma też swoje trzy stacjonarne stoiska: w Galerii Reduta w Warszawie, w Galerii Polonia w Śremie oraz w Galerii Rzeszów. 
Czytaj więcej »

Lipcowe denko

czwartek, 4 sierpnia 2016 47 komentarzy
1. Szampon zwiększający objętość włosów z wyciągiem z malwy, Yves Rocher- produkty do włosów Yves Rocher bardzo mnie zaskakują. I to w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Szampon z wyciągiem z malwy dobrze oczyszcza włosy, odbijając je od nasady. Ponadto nie wysusza włosów ani nie podrażnia skóry włosy.
2. Antycellulitowe masło do ciała, Pinacolada, Perfecta- zapewnienia o antycellulitowych właściwościach tego mazidła można włożyć między bajki, ale i tak jestem z niego zadowolona. Niezbyt intensywny, egzotyczny i słodkawy zapach, fajna konsystencja i przyjemne uczucie nawilżenia i zmiękczenia to jego główne walory. 
3. Hydro- żel do mycia ciała, Zmysłowa Malina, AA- pięknie pachnący żel pod prysznic, który jeszcze świetnie się pieni, myje i oczyszcza, ale przede wszystkim nie wysusza skóry ani nie powoduje jej ściągnięcia. 
4. Dezodorant w kulce, Kwiat pomarańczy, CD- wcale nie najgorszy antyperspirant. Jednak nie do stosowania zaraz po depilacji. Dlaczego? O tym i nie tylko o tym poczytacie w tejże recenzji
5. Nawilżający balsam pod prysznic, Morska Alga, Lirene- nie tak dawno, bo w lipcu :P, napisałam recenzję tego balsamu. W ramach przypomnienia napiszę tylko, że jest wart Waszej uwagi ;)
6. Antyperspirant Bloker, Ziaja- godny zastępca drogiego Etiaxilu. W pełni spełnia swoje zadanie, czyli naprawdę skutecznie reguluje wydzielanie potu. Więcej na jego temat poczytacie w tej recenzji
7. Kremowy żel pod prysznic, Keep Calm, Isana- kolejny żel Isany o przyjemnym zapachu, który kupiłam za naprawdę śmieszne pieniądze, bo za około 2,00 zł z groszami. Nie wysusza, dobrze myje i świetnie się pieni, czyli spełnia moje wymagania, mnie nic więcej już nie trzeba. 
8. Perfumy Armani Code, Giorgio Armani- bladego pojęcia nie mam skąd u mnie ta perfumetka :P Jednak zapach przypadł mi do gustu, więc z przyjemnością ją zużyłam. I to nawet nie wiem kiedy.
9. Kremowy płyn do higieny intymnej z kwasem laktobionowym, Ziaja Intima- płyny z serii Intima już tak często widziałyście w moim denku, że już chyba nie ma sensu powtarzać, że są moimi ulubieńcami. 
10. Tonik łagodzący, Intensywne Nawilżenie, AA- tonik jak tonik. Niczym mnie nie zachwycił, ale też nie wyrządził żadnej szkody. Łagodny, dobrze nawilżał, przygotowując skórę na dalszą pielęgnację. W ciągu dnia fajnie odświeżał skórę, spisywał się także jako dodatek do sproszkowanych maseczek. 
11. Płyn micelarny 3w1, Garnier- recenzja napisana ponad 2 lata temu, a ja nic bym w niej nie zmieniła. Za jednym pociągnięciem zmywa wszelkie zanieczyszczenia i resztki makijażu. Jest łagodny dla oczu. Zużyłam już kilka butli i jeszcze nie jedną zużyję w przyszłości. 
12. Profesjonalny utrwalacz makijażu, TheaTric Professional- mój pierwszy utrwalacz do makijażu i jak na razie najlepszy. Pełną recenzję znajdziecie tutaj
13. Bio olej arganowy, Biotanic- uwielbiam i nie zamierzam zaprzestać jego używania. Więcej o jego szerokich właściwościach pielęgnacyjnych przeczytacie w recenzji.
14. Serum na rozszerzone pory, Normacne Preventi, Dermedic- miało być tak pięknie... A serum nie zrobiło nic, kompletnie, mimo mojej systematyczności i zużycia calutkiej buteleczki. 
15. Podkład The One Foundation, Revolution- biały podkład, który świetnie rozjaśnia te niezbyt trafione kolorystycznie, czyli ciut za ciemne. Szykuję jego recenzję, także cierpliwości :)
16. Pomadka ochronna, Multi Vitamin, AA- całkiem przyjemna ochronna pomadka, która fajnie nawilża, wygładza i zmiękcza usta. Pewnie jeszcze kiedyś się spotkamy. 
17. Maskara 2000 calorie, Max Factor- na blogu znajdziecie recenzję tego tuszu, którą napisałam aż trzy lata temu ( !!! ), ale tak jak w przypadku płynu micelarnego z Garniera, nic bym w niej nie zmieniła. 
18. Maskara Lash Extension, Lovely- miałam kilka tuszy do rzęs Lovely, ale ten był chyba najgorszy. Zbyt rzadka konsystencja sprawiała, że tusz zamiast ładnie rozczesywać rzęsy, sklejał je. 
Czytaj więcej »

Lipiec na zdjęciach

poniedziałek, 1 sierpnia 2016 37 komentarzy
 taki drobiażdżek dostałam od świadkowej :D | jeszcze dwa miesiące! a ja już tak nie mogę się doczekać tego dnia... | iście letnie kolory na paznokciach :P | eh, a miałam się odchudzić przed ślubem...
 ostatnio udało mi się nawiązać kilka współprac, między innymi z marką BioOleo. już niedługo recenzje otrzymanych olejków | okazało się, że wuja mojego przyszłego ślubnego pracuje w firmie kosmetycznej. no i dostałam balsam do ciała ( jakbym miała ich mało :P ) oraz płyn micelarny, oba o zabójczej pojemności 500 ml! w życiu nie wyjdę z tych zapasów :P | moja nowa torebkowa miłość <3 | wyprzedaże trwają, grzech nie skorzystać :D 
tylu obserwatorów <3 ps. kto jeszcze nie obserwuje, ten trąba i niech szybko nadrabia zaległość :P trzeba wejść w ten link , a następnie kliknąć "obserwuj"- proste, prawda :P? | w lipcu znów nie miałam czasu na czytanie... | ... stąd tylko dwie przeczytane książki | za to nowości w biblioteczce trochę więcej :D 
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.