07:39:00

Recenzja: Peeling domowa mikrodermabrazja do skóry trądzikowej,mieszanej i tłustej, Bioamare

Recenzja: Peeling domowa mikrodermabrazja do skóry trądzikowej,mieszanej i tłustej, Bioamare
Mikrodermabrazja jest zabiegiem kosmetycznym, polegającym na ścieraniu kolejnych warstw martwego naskórka przez mikrokryształki. Najczęściej wykorzystywany w tym zabiegu jest korund. Profesjonalnemu zabiegowi mikrodermabrazji można poddać się w każdym gabinecie kosmetycznym ( tylko nie róbcie tego w pierwszym lepszym, zdecydujcie się na sprawdzony, o dobrej opinii ), ale można mieć też jego namiastkę w zaciszu własnej łazienki, wykorzystując do tego np. peeling do skóry trądzikowej, mieszanej i tłustej Bioamare.
Nieduża, poręczna tubka ma przyjemną szatę graficzną, a przez jej przezroczyste ścianki widać stopień zużycia peelingu. Sam peeling ma jasny, zielony kolor i gęstą, zbitą konsystencję, która ma w sobie mnóstwo drobniutkich kryształków ścierających martwy naskórek. W kontakcie z wodą zmienia się w lekki, biały krem. 
Drobinki zanurzone w peelingu są bardzo malusieńkie, ale wystarczająco ostre, aby skutecznie złuszczyć martwy naskórek, pozbyć się wszystkich suchych skórek, zostawiając tym samym skórę gładszą i bardziej miękką w dotyku. Obecność oleju jojoba sprawia, że skóra po zabiegu jest również dobrze nawilżona i odżywiona. Regularne wykonywanie domowej mikrodermabrazji przy pomocy peelingu Bioamare przyczynia się także do poprawy jędrności, elastyczności i kolorytu skóry. W trakcie i po wykonaniu peelingu nie czuć żadnego dyskomfortu, żadnego pieczenia lub ściągnięcia skóry. W składzie peelingu, oprócz drobinek korundu, znajdują się także olej jojoba i skrzyp polny, które mają dobroczynny wpływ na skórę problematyczną, z niedoskonałościami. Skóra jest uspokojona, zaczerwienienia z czasem robią się coraz jaśniejsze, a pory są ładnie oczyszczone. 
Podobny peeling opisałam w marcu tego roku, tylko innej marki kosmetycznej, mianowicie Nacomi ( klik ). Jak dla mnie, peeling Bioamare jest tańszą ( około 14,00 zł za 75 ml ), łatwiej dostępną ( w każdym Tesco ), ale równie dobrą wersją peelingu Nacomi. 

09:36:00

Bodetko Lash- początek kuracji

Bodetko Lash- początek kuracji
Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i na temat. Nie będzie recenzji, denka, ślubnego wpisu ani zdjęciowego mixa. Będzie oszczędny post informujący o tym, że nadszedł dzień, w którym zaczynam kurację serum do rzęs Bodetko Lash.
Obecnie moje rzęsy prezentują się tak, jak to widać na załączonym powyżej zdjęciu. Nie są zbyt krótkie, ale też nie za długie, a moim marzeniem jest prawdziwa firanka rzęs. Podejrzałam kilka zdjęć ukazujących efekt przed i po kuracji odżywką Bodetko Lash- niektóre są naprawdę zachwycające, dlatego produkt ma wysoko ustawioną poprzeczkę. Za 3 miesiące dam Wam znać jak się mają moje rzęsy ;)

17:41:00

Wszystkie moje pomadki Velvet Matte Golden Rose

Wszystkie moje pomadki Velvet Matte Golden Rose
Pomadek Velvet Matte Golden Rose nie muszę Wam przedstawiać. Są znane wzdłuż i wszerz w blogsferze, każda blogerka miała choćby jedną z nich i mimo ich kilkuletniej już obecności na rynku ciągle mają swoje pięć minut i cały czas cieszą się ogromną popularnością. Dowód? W 2014 roku zyskały tytuł Kosmetyk Roku. W kolejnym- tytuł Najlepszego Produktu Roku. W bieżącym otrzymały miano Kosmetyk Wszech Czasów na portalu Wizaż. Wniosek? Tylko jeden- obok nich nie można przejść obojętnie, co więcej: ich nie da się nie lubić. Dowód? Moja skromna osoba, która przygotowała dla Was wpis pokazujący wszystkie posiadane przeze mnie pomadki Velvet Matte ;)
Obecnie marka ma w swojej ofercie aż 39 odcieni matowych pomadek Velvet Matte. Ja mam zaledwie 1/5 wszystkich kolorów ( chlip, chlip ), a jest ich jeszcze tyle, które chciałabym mieć! Prościej będzie chyba wymienić te odcienie, których jednak bym nie przygarnęła, a są takie trzy: nr 28, czyli bardzo ciemny fiolet; nr 29, jakim jest mocne bordo oraz nr 33, który to jest po prostu czarny. W żadnym z tych kolorów nie wyobrażam sobie wyjść do ludzi, nawet w Halloween. Za to w tych odcieniach, które mam bardzo często pokazuję się innym :D
Pomadek Velvet Matte mam siedem i większość z nich jest w "bezpiecznych", neutralnych odcieniach różowego, brzoskwiniowego i nude. Wyjątkiem są dwa odcienie: nr 05, który jest kolorem chłodnej i przygaszonej pomarańczy oraz nr 09, czyli prawdziwy, słodki róż. Pozostałe moje kolory to:
02- który jest odcieniem pudrowego różu z domieszką brązu. 
03- czyli bardzo przyjemny kolor cieplutkiego beżu z brzoskwiniową nutą. 
10- mój ulubieniec :) Neutralny, zbliżony do koloru ust, ale jednak ciemniejszy.
26- najdelikatniejszy i najcieplejszy odcień, jaki mam, najbardziej wpadający w brzoskwinkę. 
31- typowy nudziak, nieco ciemniejszy i chłodniejszy niż odcień 03. 
od dołu odcienie nr: 02, 03, 05, 09, 10, 26, 31

Pomadki Velvet Matte zamknięte są w eleganckich opakowaniach utrzymanych w bordowo- czarnej kolorystyce z złotymi napisami. W międzyczasie marka zmieniła swoje logo ( wygrawerowane duże GR ), które podoba mi się znacznie bardziej. Opakowania są bardzo solidne, nie łamią się ani nie pękają przy upadku, nie zostały wykonane z byle jakiego tworzywa. Wyglądają schludnie, estetycznie, zgrabnie i lekko. 
Pomadki te charakteryzują się delikatnym, leciutko słodkim zapachem i aksamitno- matowym wykończeniem. Ich konsystencja nie jest "tępa", tylko kremowo- satynowa, a dzięki składnikom nawilżającym i witaminie E, które znajdziemy w ich składzie, łączą one w sobie trwałość matowej pomadki i delikatną pielęgnację oraz lekkość w noszeniu na ustach, jaką dają szminki nawilżające. 
Pomadki Golden Rose są dobrze napigmentowane, pokrywają usta jednolitym kolorem bez prześwitów i smug już przy pierwszej warstwie. Są dość trwałe, jednak zostawiają swoje ślady, np. na brzegach szklanek i po jakimś czasie zaczynają się ścierać od środka ust, ale ich uzupełnienie jest bardzo łatwe i możliwe w każdej sytuacji, nawet bez lusterka. Nie ważą się na ustach ani też nie brudzą zębów. Przy dłuższym, codziennym malowaniu nimi ust, mogą je delikatnie wysuszyć, dlatego należy pamiętać o systematycznej pielęgnacji. 
Oprócz szerokiej gamy odcieni do wyboru i tych kilku zalet, które wymieniłam kilka linijek wyżej, pomadki Golden Rose mogą pochwalić się też niewygórowaną ceną ( 11,90 zł za 4,2 g ) oraz dobrą dostępnością ( sklepy internetowe, stoiska w galeriach handlowych, nieduże osiedlowe drogerie ).

PS. Przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć. Aparat chwilowo odmówił mi posłuszeństwa, więc musiałam zadowolić się tym w telefonie... 
Na Instagrama robi fajne zdjęcia, ale na bloga już mniej...

07:12:00

Recenzja: Krystaliczny żel pod prysznic Orientalna Magnolia, Lirene

Recenzja: Krystaliczny żel pod prysznic Orientalna Magnolia, Lirene
Obietnice producenta:
Rozkosz dla skóry oraz egzotyczną podróż dla zmysłów zapewnią kosmetyki Lirene Flower Collection. Spraw sobie i swojej skórze podwójną radość pod prysznicem. Zawarta w żelu esencja kwiatu orientalnej magnolii działa wygładzająco, nawilżająco i chroni skórę przed przesuszeniem. Żel wzbogacono w substancje stopniowo i delikatnie złuszczające, dzięki którym kosmetyk skutecznie oczyszcza i odświeża naskórek, sprawiając, że dzień po dniu skóra staje się gładsza i bardziej miękka w dotyku. Proteiny ryżu pomagają utrzymać prawidłowe nawilżenie skóry. Żel nie tylko pielęgnuje ciało, ale też koi zmysły. Jego rozkoszny kwiatowy zapach otula ciało orientalną nutą, która wprawia w doskonały nastrój na cały dzień.

200 ml/ ok.9,00 zł w drogeriach, np. Rossmann
Moim zdaniem:
Żele pod prysznic to kosmetyki, które zmieniam zdecydowanie najczęściej. I rzadko wracam do wypróbowanego już produktu do mycia ciała, chociaż zdarza się i tak. Czy krystaliczny żel Orientalna Magnolia od Lirene znajdzie się wśród tych, do których planuję powrót? Tego dowiedzie się z postu, zapraszam do czytania :)
Żel znajduje się w elastycznej, giętkiej tubce o przyjemnej dla oka szacie graficznej, utrzymanej w biało- różowym tonie. Nieduże oczko umożliwia optymalne dozowanie produktu, w ogóle całość tubki jest wygodna i poręczna w codziennym używaniu. Nawet gdy żel dobija już dna, nie ma problemu z wyciśnięciem go z opakowania.
Jak możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej żel, jest przezroczysty o delikatnym różowym zabarwieniu. Ma odpowiednio gęstą i jednocześnie lejącą się konsystencję o subtelnym, kwiatowym zapachu. Mimo iż nie przepadam za kwiatowymi zapachami, ten mi zupełnie nie przeszkadza. Jest naprawdę łagodny, trzeba się mocno skupić, aby wyczuć jego woń. "Nie kłóci" się z zapachami innych kosmetyków, np. balsamem do ciała, i w ogóle nie utrzymuje się na skórze.
Wiecie, tak naprawdę to nie lubię pisać o żelach pod prysznic, bo dla mnie wszystkie są takie same i mają takie same właściwości. Nie trafiłam na taki, który jakkolwiek negatywnie wpłynął by na moja skórę. Krystaliczny żel Lirene jest taki, jak wiele żeli pod prysznic dostępnych na rynku kosmetycznym. I jak każdy z nich robi to, co ma robić: dobrze oczyszcza, zapewnia uczucie czystości i świeżości, nie wysusza ani nie podrażnia skóry. 
Podsumowując, mimo iż krystaliczny żel pod prysznic marki Lirene jest dobrym kosmetykiem do mycia, to jednak niczym szczególnym się nie wyróżnia, nie zapada w pamięć, więc nasze drogi już chyba się nie skrzyżują.  

06:55:00

Październikowy projekt denko

Październikowy projekt denko
1. Suchy szampon do włosów, Batiste- ogólnie o suchych szamponach napisałam w tym poście. Wersja Wild, która znalazła się w denku, sprawdza się tak samo, jak każda inna odmiana szamponu Batiste, czyli absorbuje serum sprawiając tym samym, że włosy na szybko nabierają świeżości i zyskują niewielką objętość. 
2. Kojący balsam do ciała, Sylveco- na początku nie wzbudził pozytywnego wrażenia. Długo się wchłaniał, był zbyt wodnisty, niezbyt dobrze nawilżał, w ogóle pozostawiał po sobie jakiś taki niedosyt. Odstawiłam go na jakiś czas i nagle zmienił się o 180 stopni. Konsystencja zrobiła się jakby bardziej treściwa ( magia chyba! ), lepiej się rozprowadzał i wchłaniał, a ponadto poprawiły się jego właściwości pielęgnacyjne- dużo mocniej nawilżał, działał bardziej łagodząco i zmiękczająco. 
3. Odżywczy balsam do włosów, Cosmo Natura- najczęściej używałam go jako tradycyjnej odżywki do włosów bez spłukiwania. Balsam zmiękcza i wygładza włosy, a nakładany systematycznie dodaje im sprężystości oraz je odżywia. Jeśli jesteście nim zainteresowane, zajrzyjcie do jego pełnej recenzji
4. Żel pod prysznic Malina i trawa cytrynowa, Balea- kolejny fajny żel Balea, który porządnie wywiązuje się ze swojego działania. I bardzo ładnie pachnie. I tyle w temacie, bo co tu się rozpisywać? 
5. Krystaliczny peeling cukrowy złuszczająco- wygładzający, Ziaja- o jejku, jak ten peeling pachnie! Dosłowna rozkosz dla zmysłów. Na samą myśl o przesłodkim, aromatycznym, pysznym zapachu peelingu Ziaja rozpływam się w zachwytach... Nie tylko zapach jest czarujący, działanie też jest dobre, bo kosmetyk doskonale wywiązuje się ze swojego zadania, czyli ściera martwy naskórek, wygładza, zmiękcza i nawilża skórę. 
6. Olejek BioO Oil- zużyłam go do codziennego nawilżania skóry, więc ta niewielka buteleczka szybko się skończyła. W zwyczajnej pielęgnacji ciała spisał się bardzo dobrze, odżywiając i porządnie nawilżając skórę. 
7. Perfumetka o zapachu Valentina- jeden z zapachów, który otrzymałam w ramach współpracy z perfumerią internetową Perfumik ( recenzja ). Valentina, początkowo przytłaczająca i surowa, z czasem zyskuje na łagodności, staje się wyważona i kusząca jednocześnie. Potrzebuje czasu, aby oswoić się z tym zapachem i go polubić. 
8. Krem ratunek do rąk Instant Help, Evree- mam słabość do kosmetyków Evree, jeszcze żaden mnie nie zawiódł, dlatego recenzja kremu- ratunku dla dłoni nie mogła być inna, jak tylko pozytywna. Krem rozpieszcza dłonie, dba i odpowiednio pielęgnuje ich skórę. Dodatkowo jest bardzo wydajny i niewiele kosztuje. 
9. Żel oczyszczający z kwasem migdałowym Mandelic Acid, Norel- świetny żel, który początkowo działał cuda z moją cerą. Niestety, i do niego moja skóra się przyzwyczaiła, więc z czasem jego działanie było coraz gorsze. Zawiera 6% kwas migdałowy, który dogłębnie oczyszczał skórę z wszelkich zanieczyszczeń, poprawiał jej koloryt i redukował zaczerwienienia. 
10. Hamamelisowy tonik do twarzy, Evree- myślałam, że ten tonik już nigdy się nie skończy! Mimo iż wystarczył mi na bardzo długo, mimo iż używałam go codziennie, do samego końca miał dobroczynny wpływ na moją cerę. O jego wszystkich właściwościach przeczytacie w  recenzji
11. Krem na dzień dobry i dobranoc 30+ do cery tłustej i mieszanej, Janda- krem, który systematycznie podkradała mi mama, dlatego szybko znalazł się w denku :P Ja jednak też go trochę po testowałam i powiem Wam, że jest to naprawdę przyzwoity krem. Ma aksamitną konsystencję, szybko się wchłania, pozostawiając skórę mięciutką, gładką, odpowiednio nawilżoną. W sierpniu ukazała się jego recenzja, do której odsyłam te z Was, które chciałyby się o nim więcej dowiedzieć. 
12. Krem na niedoskonałości z LHA i jonami srebra, Norel- po pewnym czasie miałam tak dosyć tego kremu, że jego resztki zużyłam jako balsam do rąk. Nie dlatego, że był zły, że podrażnił lub zapchał, ale dlatego, że moja skóra bardzo szybko się do niego przyzwyczaiła, krem przestał już na nią działać, więc zaczęło nosić mnie, by w końcu zacząć używać czego innego. 
13. Peeling glikolowy 12%, Le'Maadr- Moja cera obecnie ma się troszkę gorzej, coś jej musi nie służyć, ale jeszcze nie wiem co, dlatego w tym roku zamierzam o nią zadbać mocniejszą wersją tego peelingu, 15%. Mam nadzieję, że efekty będą jeszcze lepsze. O jakich efektach mowa, dowiecie się z recenzji, która choć ukazała się rok temu, to raczej nic bym w niej nie zmieniła. 
14. Olejek do twarzy Essential Oils, Evree- ten olejek, tak samo jak BioOil, zużyłam do pielęgnacji ciała, ale tym razem dlatego, że zbliżał się koniec terminu przydatności, a nie chciałam żeby się zmarnował. Fajnie nawilżał skórę, wygładzał i zmiękczał, działając też kojąco. 
15. Podkład korygujący cerę 123 Perfect, Bourjois- jeden z moich ulubieńców wśród podkładów. Nie jest za ciężki, nałożony pędzlem ładnie zakrywa niedoskonałości, wyrównuje koloryt skóry i delikatnie ją nawilża. Więcej o jego właściwościach przeczytacie w recenzji
16. Wielozadaniowy tusz do rzęs, Mexmo- dla mnie ten tusz był niespodzianką. Nie wiem czemu, ale niewiele się po nim spodziewałam, ale pozytywnie mnie zaskoczył. Wygodna, silikonowa szczoteczka ładnie rozdziela rzęsy, nadaje im koloru mocnej czerni i podkręca, wyciągając je ku górze. Więcej o tym, co jeszcze potrafi zrobić z rzęsami przeczytacie w  recenzji
17. Błyszczyk do ust Indus, Diadem- błyszczyk, który polubiłam dość szybko i z chęcią malowałam nim usta. Bardzo delikatnie barwił usta na subtelny odcień różu, a dodatkowo przyjemnie je zmiękczał i nawilżał. W zeszłym roku znalazła się nawet jego recenzja.
18. Lip gloss matowy do ust Extra Lasting, Lovely- powszechnie znana i wydaję mi się, lubiana matowa pomadka w płynie. Ja ją nawet polubiłam, jednak zdecydowanie bardziej wolę pomadki Golden Rose lub Bourjois, głównie ze względu na większ wybór kolorów. Dla tej pomadki brawa za trwałość.
19. Korektor do twarzy, Golden Rose- całkiem dobry korektor, który tuszuje to, co trzeba, jednak jest zbyt ciężki i lubi zapychać skórę. Podoba mi się jego "pomadkowa" forma, ponadto jest niedrogi ( kosztuje mniej niż 10,00 zł ) i baardzo wydajny. 
Copyright © 2016 MintElegance , Blogger