Recenzja: Specjalistyczna emulsja, żel i probiotyk do higieny intymnej, Provag

sobota, 30 lipca 2016 27 komentarzy
Obietnice producenta:
prOVag® emulsja to specjalistyczna emulsja do higieny intymnej dla kobiet i dzieci, która:
  • pomaga zapobiegać problemom intymnym,
  • delikatnie myje i pielęgnuje,
  • łagodzi podrażnienia, nawilża, przyspiesza regenerację,
  • eliminuje nieprzyjemne zapachy.
Wykazuje działanie hamujące rozwój niekorzystnych drobnoustrojów, przy jednoczesnej promocji wzrostu Lactobacillus. Zawiera naturalne składniki aktywne w postaci metabolitów bakterii z rodzaju Lactobacillus. Bakterie te są nieodłącznym składnikiem prawidłowej mikroflory pochwy i stanowią naturalną barierę ochronną okolic intymnych. Zawarte w emulsji metabolity baterii z rodzaju Lactobacillus działają przeciwdrobnoustrojowo i pomagają zapobiegać rozwojowi niekorzystnych mikroorganizmów.

Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Glycerin, PEG-18 Glyceryl Oleate/Cocoate, Lactobacillus Ferment, Cocamide DEA, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Allantoin, Panthenol, Lactic Acid, Phenethyl Alcohol, Caprylyl Glycol, Parfum.

150 ml kosztuje około 10,00 zł w dobrych aptekach
Moim zdaniem:
O ile żele pod prysznic zmieniam jak przysłowiowe rękawiczki, tak w kwestii płynów do higieny intymnej jestem monotematyczna. Od lat używam Ziaja Intima, chociaż zdarza się, że w łazience pojawi się coś innego, ale to przede wszystkim sprawka mojej mamy :P Wyjątkiem od tej reguły jest totalna dla mnie nowość, czyli specjalistyczna emulsja Provag, którą otrzymałam w ramach współpracy od portalu Uroda i Zdrowie
Emulsja mieści się w prostej, białej buteleczce o pojemności 150 ml. Jej szata graficzna jest przyjemna dla oka i estetyczna, ale też bardzo okrojona. Buteleczka zakończona jest higieniczną i wygodną pompką. Dozownik ten działa bez zarzutu, nic się nie zacina, i dozuje odpowiednią ilość produktu. Z ilością kosmetyków do higieny intymnej nie ma co przesadzać, jedna pompka żelu wystarczy na dokładne umycie miejsc intymnych. Emulsja jest bezbarwna i bezzapachowa. Ma wodnisto- żelową konsystencję, która w kontakcie z wodą delikatnie się pieni.
Emulsji używam codziennie, od dnia, w którym ją dostałam. Akurat tego samego dnia skończył mi się płyn Ziaja Intima ;) Zgodnie z poleceniem producenta, emulsję najpierw delikatnie rozcieńczam wodą i dopiero myję miejsca intymne. Kosmetyk myjący Provag zaskakuje swoją delikatności i skutecznością. Nie podrażnia ani nie wysusza skóry. Jest hipoalergiczny i może być stosowany u  kobiet, a także i dzieci, nawet z bardzo wrażliwą skórą, ze skłonnościami do podrażnień oraz atopowej. Bardzo dobrze o nią dba, nawilża i pielęgnuje. Ponadto działa łagodząco. Po użyciu emulsji czuję się komfortowo, świeżo i czysto przez długi czas. 
Emulsja zawiera tylko naturalne substancje myjące. Brak w niej konserwantów, barwników, parabenów, sls, sles i mydła. W jej składzie znajdziemy między innymi ekstrat z aloesu, który wspomaga naturalne procesy regeneracyjne skóry, odżywia i nawilża; kwas mlekowy, zapewniający kwaśne pH i tym samym zapewnia naturalną ochronę miejsc intymnych;  glikol kaprylowy, który nawilża i zmiękcza skórę; metabolity bakterii z rodzaju Lactobacillus, które chronią okolice intymne przed rozwojem niekorzystnych drobnoustrojów i wspomagają utrzymanie prawidłowej flory bakteryjnej, a także glicerynę, pantenol i alantoinę.
W skład linii Provag wchodzą jeszcze dwa produkty: żel, który zapobiega i wspomaga leczenie zakażeń okolic intymnych oraz łagodzi skutki tych zakażeń, a także probiotyk w postaci kapsułek, których doustne przyjmowanie wywiera korzystny wpływa na biocenozę pochwy, czyli stopień jej czystości. 
Żel Provag jest bezzapachowy i bezbarwny, dzięki czemu nie brudzi bielizny. Nie zawiera alergenów, konserwantów ani barwników. Znajduje się w opakowaniu z pompką typu air- less, która zapewnia higieniczne i wygodne korzystanie z produktu. Żel jest bardzo wydajny. Może być stosowany codziennie lub doraźnie, nie tylko przez kobiety, ale również dzieci od 3. roku życia. Pomaga utrzymać kwaśne pH, zapewniając tym samym naturalną ochronę miejsc intymnych. Działa też przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo. Ponadto nawilża, odświeża i łagodzi podrażnienia. 
Kapsułki Provag są łatwe do przełykania. Trzeba je przyjmować przynajmniej przez 20 dni z rzędu, po 1 kapsułce dziennie. Zaleca się je stosować w przypadku problemów intymnych, szczególnie tych nawracających, oraz jako dodatkową osłonę układu pokarmowego i moczowo- płciowego podczas antybiotykoterapii i antykoncepcji. Polecane są także do stosowania w trakcie i po menstruacji, w okresie klimakterium, w połogu, po ingerencjach medycznych w obrębie układu moczowo- płciowego. A także dla kobiet które dużo podróżują, są aktywne fizycznie lub często korzystają z basenu, sauny lub jacuzzi. 
Tak jak emulsja, pozostałe produkty Provag są do kupienia w dobrych aptekach. Cena 30 ml żelu waha się w granicach 15-20 zł. Probiotyk dostępny jest w opakowaniach po 10 i 20 kapsułek. Mniejsze opakowanie kosztuje około 20 zł, większe około 30 zł. 
Czytaj więcej »

Mgiełka do utrwalania makijażu, Fixer Mist Make-up Academie, Bielenda

czwartek, 28 lipca 2016 33 komentarze
Obietnice producenta:
Mgiełka do utrwalania makijażu `Fixer Mist` marki Bielenda na wiele godzin utrzymuje make-up w nienagannym stanie, zachowuje właściwe kolory i długotrwały mat. Mgiełka błyskawicznie wysycha, nie zostawia na skórze tłustej warstwy, a jedynie transparentny ochronny film. Bardzo dobrze zmywa się klasycznymi środkami do demakijażu. Cera pokryta delikatną transparentną powłoką zabezpieczona jest przed niekorzystnymi warunkami zewnętrznymi (np. pot, upał, deszcz) rozmazywaniem i ścieraniem – sprawdza się w sytuacjach, w których makijaż musi pozostać nienaruszony na długi czas.

75 ml kosztuje około 10-15 zł w drogeriach, np. w Rossmannie
Moim zdaniem:
Swój pierwszy utrwalacz makijażu, marki TheaTric Professional, kupiłam rok temu w Rossmannie ( recenzja dla przypomnienia ). Byłam z niego bardzo zadowolona ( byłam, bo niedawno mi się skończył ) i przekonał mnie do stosowania tego typu kosmetyków, szczególnie na większe wyjścia. Dlatego też będąc na kosmetycznych zakupach rozglądałam się za kolejnym fixerem do przetestowania. Wiecie, jest tyle marek kosmetycznych, że szkoda ciągle trwać przy jednej i tej samej, prawda ;) ? Zdecydowałam się na utrwalającą mgiełkę Bielendy, czyli nowość w jej ofercie, ale dziś wiem, że nie był to mój najlepszy zakup.
Mgiełka znajduje się w niewielkiej, plastikowej buteleczce o pojemności 75 ml. Butelka jest przezroczysta, a więc gołym okiem widać, ile produktu już nam ubyło. U jej wylotu znajduje się zwykła pompka, która nie zacina się podczas stosowania. Naciśnięcie atomizera uwalnia pojedynczą mgiełkę- wiecie, tak jak w perfumach. Kosmetyk ma subtelny, cytrusowy zapach. Nie czuć w nim alkoholowej nuty, tak jak w fixerze TheaTric Professional.
Stosowanie mgiełki do utrwalania makijażu Bielendy jest proste- po ukończeniu makijażu zamykam oczy, wstrzymuje na chwilkę oddech i kilkakrotnie naciskając na atomizer, spryskuje delikatnie twarz, trzymając pojemnik na wyciągnięcie ręki. Bardziej odpowiadała mi aplikacja utrwalacza TheaTric Professional, ponieważ wystarczyło, abym raz nacisnęła aplikator, by uwolnić utrwalającą makijaż "chmurkę", taką jak w lakierze do włosów. Fixer Bielendy, w porównaniu do TheaTric Professional, jest bardziej "mokry" i chociaż nie spryskuję nim twarzy na odległość mniejszą niż na wyciągnięcie ręki, to za każdym użyciem odnoszę wrażenie, że na skórze lądują zbyt duże krople utrwalacza. Ponadto, fixer Bielenda, w przeciwieństwie do utrwalacza TheaTric Professional, który wchłania się błyskawicznie, potrzebuje chwili na całkowite wniknięcie w skórę.
Mgiełka do utrwalania makijażu Bielendy jest lżejsza od utrwalacza TheaTric Professional. W jej składzie również znajdziemy alkohol, ale mimo, iż zdarza mi się jej używać przez kilka dni z rzędu, nie pogorszyła stanu mojej cery. Co do jej głównego zadania, czyli utrwalenia makijażu i długotrwałego matu, to jest kiepsko. Nieważne czy użyję fixera Bielendy czy nie, trwałość mojego makijażu się nie zmienia. To samo tyczy się utrzymania matu. Oczekiwałam, że makijaż będzie nieskazitelny przez długie godziny, a okazało się, że obietnice producenta można włożyć między bajki... Aby nie być jednak tak bardzo krytyczną, to na plus mgiełki przemawia brak jakiegokolwiek dyskomfortu po zaaplikowaniu, np. uczucia ściągnięcia skóry.
Podsumowując, fixer Bielendy mnie nie zachwycił. Cieszę się, że nie jest to pierwszy utrwalacz makijażu, jaki przetestowałam, bo zraziłby mnie do wypróbowania innych,  jemu podobnych.  Utrwalacz TheaTric Professional jest jakby "cięższy", ale być może przez to też znacznie bardziej skuteczny od Bielendy. Więc, jeśli myślicie o wprowadzeniu tego typu produktu do swojego makijażu, to naprawdę, dołóżcie te kilka złotych i sprawdźcie TheaTric Professional. Fixer Bielenda może Was tylko zrazić. 
Czytaj więcej »

Zestaw do przygotowywania maseczek

poniedziałek, 25 lipca 2016 33 komentarze
Nie jestem osobą, która lubi otaczać się różnymi fajnymi gadżetami. Są jednak takie, które warto mieć, bo są naprawdę przydatne. Dla mnie takim gadżetem jest zestaw do przygotowywania maseczek.
Swój zestaw kupiłam bodajże na Allegro za około 15, 00 zł z przesyłką. Z kilku dostępnych kolorów wybrałam odcień pastelowo niebieski, bo wydał mi się najładniejszy. W zestawie znajduje się miseczka, 3 miarki o różnych pojemnościach: 2,5 ml, 5 ml oraz 15 ml, pędzelek i szpatułka, której brakuje na zdjęciach. Nie używam jej, więc zapomniałam ją sfotografować... Miseczka jest giętka i elastyczna. Wykonana została z silikonu, który nie śmierdzi ani się nie odbarwia. Miarki oraz szpatułka są plastikowe, tak samo jak pędzelek. Jednak plastik, z którego został wykonany jest już inny. Włosie jest sztuczne, ale przyjemne i miłe w dotyku. Nie drapie po skórze ani też nie wypada. Całość jest bardzo łatwa w utrzymaniu w czystości. Resztki maseczki zmywają się pod bieżącą wodą, tak samo jak pozostałości na włosiu pędzelka. 
Zestawu używam do przygotowywania maseczek, głównie moich ulubionych, z glinek. Miarki są ze sobą połączone, więc jeszcze nigdzie mi się nie zawieruszyły :P Umożliwiają precyzyjne odmierzenie ilość proszku oraz wody, dzięki czemu po zmieszaniu maseczka ma idealną konsystencję, jest bez grudek i jest łatwa do nałożenia. Maseczkę mieszam pędzelkiem i nim też aplikuję ją na skórę. 
Jeśli jesteście fankami sproszkowanych maseczek, taki zestaw jest dla Was wręcz niezbędny. W łazience zajmuje niewiele miejsca, a jest bardzo praktyczny i pożyteczny, bo nadaje się także do rozdrabniania farb do włosów. Ja swojej miseczki używam też do przygotowywania "pasty" wybielającej do zębów z kapsułek ze sproszkowanym czarnym węglem ;)
Czytaj więcej »

Matowa pomadka do ust w płynie, Longstay Liquid Matte Lipstick, Golden Rose

piątek, 22 lipca 2016 46 komentarzy
Obietnice producenta:
Pomadka w płynie gwarantuje perfekcyjne, pełne pokrycie ust matowym kolorem przez wiele godzin, bez uczucia przesuszenia i lepkości. Lekka formuła wzbogacona w witaminę E i olej z awokado sprawia, że usta stają się niezwykle nawilżone i gładkie. Elastyczny aplikator i kremowa konsystencja zapewniają wygodne rozprowadzanie produktu. Po aplikacji należy odczekać chwilę, aby uniknąć rozmazania. Produkt łatwo można zmyć przy pomocy dwufazowego płynu do demakijażu.
5,5 ml/ 19,90 zł na stoiskach Golden Rose, w drogeriach i sklepach z szafami marki lub w sklepie internetowym
Moim zdaniem:
Lekką ręką licząc, mazideł do ust wszelkiej maści mam kilkadziesiąt. Nie przeszkodziło mi to jednak w zakupie kolejnej sztuki, czyli matowej pomadki w płynie Longstay Liquid Matte Lipstick od Golden Rose ;)
Z 12 dostępnych odcieni, dla siebie wybrałam nr 04. Jest to kolor, który zaskakuje, bo w opakowaniu wygląda na ciemniejszy koral, na aplikatorze wpada w intensywny róż, tak jak na zdjęciach poniżej, a na ustach, po kilku godzinach od aplikacji, przybiera bardzo ładny, przygaszony odcień malinowej czerwieni. 
Aplikator, jaki jest każdy widzi na zdjęciu wyżej. To miękka, nieduża gąbeczka, bardzo wygodna w używaniu. Jest zaokrąglona na końcu, co nieco ułatwia obrysowanie konturu ust bez wspomagania się konturówką ( którą jednak warto mieć ). Konsystencja i formuła pomadki mają to do siebie, że wymagają precyzyjnego pomalowania ust, a to już wyższa szkoła jazdy :P Która jeszcze wymaga czasu! Jeśli jednak rano poświęci się kilka minut więcej na dokładny makijaż ust, to później w ciągu dnia wystarczą delikatne i nieliczne poprawki, aby ich wygląd cały czas był nieskazitelny. Pomadka Golden Rose jest mega trwała, przez co demakijaż nie należy do najłatwiejszych. Mocno "wżera" się w skórę, zmyć ją może tylko produkt o nieco tłustej konsystencji, np. z zawartością olejku lub płyn dwufazowy. Zwykły micel jej nie ruszy, o czym przestrzega producent. Sprawdziłam i ma rację.  
Pomadka Longstay Liquid Matte Lipstick przepięknie pachnie! Jej zapach jest słodki, waniliowy, cukierkowy. Ma kremową konsystencję, jest mocno napigmentowana, więc zapewnia pełne pokrycie kolorem już przy jednej warstwie. Szybko zasycha i wtedy jest już praktycznie nie do zdarcia. Co prawda, lekko zjada się od środka i z czasem traci też na swej intensywności, ale jak wspomniałam akapit wcześniej, wystarczy lekka poprawka, wyrównanie "ubytków" odrobiną koloru, by dalej cieszyć się pięknie pomalowanymi ustami. 
Matową pomadką w płynie Golden Rose nie maluję ust codziennie, więc nie zauważyłam, by je mocno wysuszała. Nie bez znaczenia jest jednak to, że co wieczór na noc nakładam na wargi pomadkę nawilżającą, a kilka razy w tygodniu wykonuję delikatny masaż peelingującą pomadką Sylveco. Bo usta pod matową pomadką muszą być bardzo zadbane, gładkie, bez suchych skórek, które przez pomadkę o takiej, a nie innej formule, zostają mocno i nieładnie podkreślone. Zgodnie z tym, co obiecuje producent, pomadka nie skleja ust i jeśli nałożymy ją w rozsądnej ilości, nie robi się "ciężka". Gwarantuje matowo- satynowe wykończenie, które bardzo mi odpowiada. 
Ja, ze swojej pomadki Golden Rose, jestem bardzo zadowolona. Za niewielką kwotę znalazłam bardzo dobrą matową pomadkę, która jakością dorównuje tym z wyższej półki za dużo większe sumy. Jestem z niej zadowolona na tyle, że waham się czy nie domówić jeszcze jednego koloru... Albo i dwóch :P
Czytaj więcej »

Plastyka piersi, czyli o ich pomniejszaniu i powiększaniu

wtorek, 19 lipca 2016 26 komentarzy
Kobiecy biust jest pierwszą częścią ciała, na którą uwagę zwraca brzydsza płeć ;) I możecie wierzyć mi na słowo, nieważne czy nasze piersi są duże jak u Pameli Anderson czy znacznie mniejsze, podobają im się tak samo. To my, kobiety, dopatrujemy się w nich jakiś mankamentów: że za  duże, że nie asymetryczne, że nie taki mają kształt, itp. Niektórym te drobne niedoskonałości przeszkadzają na tyle, że decydują się na ich koretkę. I ten temat chciałabym dziś poruszyć na blogu.
Zabieg powiększania piersi to inaczej augmentacja,  a ich pomniejszania mammoplastyka. Oba polegają na chirurgicznej korekcie wielkości i rozmiaru kobiecego biustu. I oba cieszą się bardzo dużą popularność wśród kobiet. W samych Stanach Zjednoczonych w 2013 roku przeprowadzono 313 000 operacji powiększania biustu! Powody, dla których kobiety decydują się na plastykę piersi, są różne: ogólna chęć poprawy swojego wyglądu, w przypadku znacznej asymetrii biustu, po przebytej mastektomii , po ciąży, czy przy zaburzeniach, np. zespole Polanda, czyli rzadkim zespole wad wrodzonych, które charakteryzują się jednostronnym niedorozwojem klatki piersiowej.
Są jednak pewne przeciwwskazania, które wykluczają możliwość poddania się korekcie biustu. Zabiegu powiększania bądź pomniejszania piersi nie można wykonać, jeżeli u pacjentki występuje jakakolwiek infekcja. Augmentacji czy mammoplastyki, z przyczyn oczywistych, nie przeprowadza się u kobiet w ciąży i karmiących. Ponadto u pacjentki, która ma jakiekolwiek zmiany w piersiach, jest obciążona genetycznie, występuje u niej ryzyko nowotworu, ma problemy z krzepliwością krwi, cukrzycą cz nadciśnieniem, również nie wykonuje się tego rodzaju operacji.
Korektora wielkości i rozmiaru biustu to poważna operacja, którą powinny ( !!! ) poprzedzić konsultacje z lekarzem i szereg badań. Przez zabiegiem lekarz chirurg ocenia wzrost, wagę, umiejscowienie piersi oraz kształt klatki piersiowej, aby następnie przedstawić zainteresowanej informacje na temat efektu pooperacyjnego. Bada się także ogólny stan zdrowia pacjentki oraz wykonuje mammografię. Kobieta musi udać się również na konsultacje ginekologiczną. Prowadzący ją lekarz ginekolog musi wydać opinię o stanie zdrowia pacjentki, zwłaszcza, jeżeli przyjmuje ona antykoncepcję hormonalną, którą należy odstawić najmniej miesiąc przed zabiegiem. Obowiązkowy jest także wywiad, uwzględniający informacje o przyjmowanych lekach, szczególnie zawierających witaminę E oraz kwas acetylosalicylowy, które mogą spowodować zwiększenie krwawienia podczas operacji. Na co najmniej 6 godzin przez operacją nie można jeść, pić i palić papierosów.  
Operacja biustu jest stosunkowo bezpieczną procedurą. Nie mniej jednak jak każda ingerencja, zabieg plastyki biustu niesie ze sobą ryzyko pewnych komplikacji, o których pacjentka powinna zostać poinformowana przez chirurga, który będzie ja operował. Zabieg trwa około 1-2 godzin. Przeprowadza się go na bloku operacyjnym, w znieczuleniu ogólnym, pod nadzorem anestezjologa i pielęgniarki, która stale monitoruje parametry medyczne.
Czas rekonwalescencji różni się od indywidualnych cech pacjentki, średnio trwa 6-9 tygodni. Pierwsze dni pacjentka spędza w szpitalu, jest pod stałą kontrolą lekarzy i pielęgniarek. Po mniej więcej tygodniu szwy są ściągane, a po dwóch zasinienia i obrzęki zmniejszają się, ale trzeba pamiętać o regularnym stosowaniu maści na blizny. Aby były jak najmniej widoczne, trzeba odczekać około pół roku.
Na wstępie recenzji proteinowego serum modelującego biust Ziaja ( klik ) napisałam, że ja ze swoich piersi jestem zadowolona ( narzeczony też nie narzeka :P ) i na zabieg ich korekty się nie zdecyduję. Wpływ na moją decyzję ma także to, że w swoich życiu przeszłam już tyle operacji, że dobrowolnie nie dam się pokroić.  Niemniej ciekawi mnie jednak czy Wy jesteście zadowolone ze swoich biustów? Myślałyście o ich zmniejszeniu czy też powiększeniu? Jeśli rozważacie którąś z opcji, to pod tym linkiem  znajdziecie listę klinik oferujących takie zabiegi wraz z cenami. 
Czytaj więcej »

Recenzja: Nawilżający balsam pod prysznic Morska Alga, Lirene

sobota, 16 lipca 2016 28 komentarzy
Obietnice producenta:
Ekspresowe nawilżenie w czasie kąpieli, bez czekania na wchłoniecie oraz bez konieczności stosowania dodatkowego balsamu! Nawilżający balsam pod prysznic swoje intensywne działanie nawilżające i zmiękczające zawdzięcza unikalnemu ekstraktowi z morskiej błękitnej algi. Dzięki zawartym w nim witaminom i minerałom balsam głęboko odżywia, wygładza i przywraca skórze elastyczność. Zawarty w formule kompleks Hydro Condition zapewnia natychmiastowe uczucie przyjemnie miękkiej skóry. Dodatkowo sprzyja utrzymaniu właściwego poziomu nawilżenia. Skóra jedwabista w dotyku, otulona zmysłowym zapachem!

200 ml kosztuje około 14,00 zł w drogeriach internetowych, stacjonarnych oraz w sklepie producenta
Moim zdaniem:
Z pierwszymi balsamami pod prysznic spotkałam się dwa lata temu. Były to balsamy Eveline, ujędrniająco- wygładzający i intensywnie nawilżający ( recenzja ), które przekonały mnie do tego typu produktów do pielęgnacji ciała. Niestety, przez ten czas, nadmiar wszelkich mazideł uniemożliwił mi poznanie balsamów do ciała pod prysznic innych marek kosmetycznych. Niedawno jednak napisały do mnie Panie z Lirene, proponując współpracę. I w otrzymanej od nich przesyłce znalazłam między innymi właśnie taki balsam, a konkretniej nawilżający  z ekstraktem morskiej algi :)
Balsam znajduje się w tubce o pojemności 200 ml. Jej szata graficzna utrzymana jest w biało- niebieskiej kolorystyce. Nie jest przekombinowana, prezentuje się jasno, jest taka... harmonijna i spójna. Prosta, plastikowa zakrętka z klapką daje stabilne podłoże dla tubki, a jej szczelność zabezpiecza produkt przed przypadkowym wylaniem się, a także przed przedostawaniem się do środka bakterii i innych zanieczyszczeń. Tubka wykonana została z miękkiego, bardzo elastycznego tworzywa, które łatwo poddaje się pod naciskiem dłoni, wydobywając ze środka, przez nieduży otworek, tyle balsamu, ile w danej chwili potrzebujemy. Nie ma takiej opcji, żeby zmarnowała się chociaż kropelka. 
Balsam ma bardzo delikatny, niebieski kolor. Pachnie kremowo, z subtelną morską nutą. Ma fantastyczną konsystencję, gęstą i kremową, a zarazem leciutką jak śmietanka. 
Balsam aplikuję na umytą skórę, z której spłukałam już żel myjący. W trakcie rozprowadzania po ciele, kosmetyk się nie wchłania, tylko pozostawia tłustawą, śliską otoczkę, której nadmiar należy spłukać pod bieżącą wodą, a następnie wytrzeć skórę ręcznikiem. I już można się ubierać, nie trzeba niczego wcierać ani czekać aż kosmetyk całkowicie się wchłonie. Skóra, zaraz po użyciu, jest przyjemnie miękka w dotyku i gładka. Ponadto to jest także nawilżona, ale delikatnie, dlatego wydaję mi się, że u osób z bardzo suchą skórą balsam Lirene może się nie sprawdzić. Moja skóra obecnie nie wymaga specjalnej pielęgnacji, więc ten produkt daje radę. Balsam pod prysznic pomaga utrzymać ją w dobrej kondycji.  Używam go codziennie, chociaż raz w tygodniu sięgam po tradycyjny, bardziej odżywczy balsam do ciała. Nadal podtrzymuję swoje zdanie, że tego typu balsamy pod prysznic pozwalają na zaoszczędzenie kilku chwil, że są świetną alternatywą klasycznych mazideł dla osób zabieganych lub nielubiących zwyczajnych balsamów do ciała. 
Porównując balsam pod prysznic z dzisiejszego wpisu z tymi Eveline, o których wspomniałam na wstępie, jestem zdania, że produkt Lirene jest dużo lepszym kosmetykiem do pielęgnacji ciała. W recenzji balsamów Eveline pisałam, że po kilku godzinach od ich aplikacji, odczuwałam swędzenie i wysuszenie. Balsam Lirene nie zafundował mi tak niemiłej niespodzianki. I dlatego sądzę, że jeszcze się spotkamy :)
Czytaj więcej »

Soniczna szczoteczka do mycia twarzy

środa, 13 lipca 2016 46 komentarzy
Pierwszą soniczną szczoteczką, o jakiej usłyszałam, była Foreo Luna. Zbierała same mega pozytywne recenzje, a ja już od jakiegoś czasu uważałam, że mojej skórze twarzy przydałby się jakiś "kopniak" podczas oczyszczania, więc szybko wpisałam w Wujka Google "kup foreo luna". I mało co nie spadłam z fotela, widząc jej cenę. Prawie 800,00 zł?! Po moim trupie, pomyślałam, ale z zakupu sonicznej szczoteczki nie zrezygnowałam. Po prostu zdecydowałam się na jej dużo tańszą wersję z Allegro, za którą, wraz z przesyłką, zapłaciłam około 60,00 zł. 
Moja szczoteczka jest bardzo podobna do oryginalnej Luny 2 ( zobaczcie sami ). Ma identyczny, owalny kształt, taką samą przezroczystą płytkę u spodu i układ na panelu. Od frontu ma silikonowe, miękkie i malutkie wypustki, włącznik, który jest jednocześnie wyłącznikiem oraz znaki + i -, które służą do regulowania mocy i szybkości wibracji, w które szczoteczka wpada po włączeniu. Z tyłu jest bardziej wypukła, z liniowymi wypustkami. Jest to strona anti-aging, redukująca widoczność mimicznych zmarszczek. Do tej pory rzadko korzystałam z tej strony szczoteczki. Jednak w moim wieku powinnam chyba bardziej się nią zainteresować ;)
Mój gadżet do oczyszczania twarzy jest w kolorze jasnego różu. Wykonany został z bardzo dobrej jakości silikonu, który nie śmierdzi, nie odbarwia się, wypustki się nie odkształciły, w ogóle nic się z nie dzieje, a szczoteczki używam systematycznie od ponad pół roku. Jest zasilana na dwie baterie AA. Mam ją od grudnia, a dopiero raz, chyba w maju, wymieniałam w niej baterie. Kryją się one pod przezroczystym spodem szczoteczki, dzięki któremu ładnie stoi na umywalce. Ta podstawka jest bardzo szczelna, nie przepuszcza wody do środka. Mocno trzyma się swojego miejsca, więc aby wymienić baterie potrzebna jest męska ręka, która wyciągnie płytkę i umieści w środku nowe bateryjki.  Szczoteczka jest nieduża ( mieści się w dłoni ), poręczna i leciutka, więc często zabieram ją w podróże. 
Mojej "Luny" używam codziennie, głównie podczas wieczornej pielęgnacji. Po zmyciu makijażu, lekko zwilżam twarz, na wypustki aplikuję porcję żelu do oczyszczania, włącznikiem wprawiam szczoteczkę w drżenie i przykładam do skóry. Masaż wykonuję okrężnymi ruchami, rozprowadzając tym samym żel po całej twarzy. Staram się zbyt mocno nie przyciskać szczoteczki do twarz, bo co ma zrobić, i tak zrobi, nawet bez użycia siły ;) Zabieg oczyszczania skóry jest przyjemny i relaksujący, przeważnie trwa on u mnie minutę lub dwie. Po zakończeniu tego etapu pielęgnacji, wystarczy wyłączyć szczoteczkę, pod bieżącą wodą spłukać z niej resztki produktu i odstawić do wyschnięcia. 
W ciągu tych kilku miesięcy, szczoteczkę zdążyłam wypróbować już z kilkoma różnymi żelami. Z moich obserwacji wynika, że wywoływane przez nią drgania potęgują ilość wytwarzanej przez kosmetyk piany. Zauważyłam to podczas mycia skóry czarnym mydłem w płynie, które ładnie się pieniło, gdy myłam twarz szczoteczką, ale za nic nie chciało się spienić, gdy w ruch szły palce. Wiecie, że lubię, gdy produkt myjący dobrze się pieni, więc szczoteczka ta ma u mnie za to dodatkowy plus. 
Z regularnego używania szczoteczki płyną same korzyści dla skóry. Wypustki docierają w głąb skóry, tym samym dokładniej "wymiatając" z niej brud, zanieczyszczenia, tłuszcz i resztki makijażu. Jest czysta jak nigdy dotąd. Skóra jest miękka, bardziej promienna i jędrniejsza. Jej faktura jest gładsza, przestała też tak intensywnie wydzielać sebum. Szczoteczka peelinguje skórę, delikatnie złuszczając martwy naskórek i usuwając suche skórki. Masaż, jaki funduje nam soniczna szczoteczka, pobudza mikrokrążenie skóry, dzięki czemu kosmetyki, których użyjemy po umyciu twarzy, lepiej się wchłaniają i dają dużo lepsze efekty. 
Nie mam porównania z oryginalną szczoteczką Foreo Luna, ale ja z tej swojej podróbki jestem bardzo zadowolona. Na tyle, że nie widzę sensu wydawać fortuny na oryginał. Sądzę, że Luna dałaby taki sam efekt, tylko za dużo większą kasę. Posiadana przeze mnie szczoteczka w pełni spełnia moje wymagania, podniosła moją pielęgnację twarzy na wyższy poziom i nie wyobrażam sobie powrotu do zwykłego, manualnego oczyszczania skóry.
Czytaj więcej »

Recenzja: Liposomowe serum do twarzy na bazie stabilnej witaminy C, C Intense, Cosmobell

niedziela, 10 lipca 2016 32 komentarze
Obietnice producenta:
C Intense to nowoczesny preparat przeznaczony do pielęgnacji skóry twarzy i ciała. Dzięki zastosowaniu najnowszych osiągnięć nanotechnologii C Intense wyróżnia się niezwykłą głębokością wnikania składników aktywnych, która zapewnia nieosiągalną dotąd skuteczność działania! Przewagą serum C Intense jest zastosowanie nanotechnologii. Obecnie ta metoda jest jedną z bardziej interesujących dla kosmetologów metodą przenikania substancji aktywnych przez skórę. Większość produktów kosmetycznych działa na powierzchniowe warstwy skóry, nie docierając do jej żywych warstw. W wyniku wieloletnich badań udało się opracować metodę umożliwiającą transport cennych składników do głębszych warstw skóry. 
SKŁAD: AQUA, GLYCERIN, PROPANEDIOL, ASCORBYL GLUCOSIDE, MORUS ALBA ROOT EXTRACT, PALMITOYL TRIPEPTIDE-5, SODIUM HYALURONATE, XANTHAN GUM, TRIDECETH-9, PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL, LECITHIN, ALCOHOL, POLYSORBATE 20, PROPYLENE GLYCOL, SODIUM HYDROXIDE, SODIUM CHLORIDE, SODIUM CHOLATE, RETINYL PALMITATE, TOCOPHEROL, PHENOXYETHANOL, ETHYLHEXYLGLYCERIN, PARFUM, D-LIMONENE, LINALOOL, CITRAL, CITRONELLOL.
30 ml kosztuje 109,00 zł w dobrych sklepach internetowych, np. w tym
Moim zdaniem:
Witaminy C nie muszę nikomu przedstawiać. Znana od pokoleń ze swoich właściwości wspomagających odporność, znalazła również swoje zastosowanie w kosmetyce. Zawarty w niej kwas askorbinowy jest silnym przeciwutleniaczem wolnych rodników, tym samym spowalnia procesy starzenia się skóry. W wieku 27 lat powinnam pomyśleć o przyszłości mojej skóry, co by jej młodym wyglądem cieszyć się jak najdłużej, dlatego do swojej codziennej pielęgnacji twarzy wprowadziłam liposomowe serum C Intense na bazie stabilnej witaminy C. 
To, że serum Cosmobell jest liposomowe oznacza, że jego aktywne składniki, takie jak tytułowa witamina C, a także kwas hialuronowy, tripeptyd kwasu palmitynowego oraz ekstrakt z korzenia białej morwy, zamknięte są w strukturach, które ułatwiają ich przenikanie do wnętrza skóry. Oznacza to, że serum nie działa powierzchownie, ale dociera do głębszych warstw skóry. 
W niedużej, ciemnobrązowej szklanej buteleczce znajduje się 30 ml produktu o żelowo- wodnistej konsystencji oraz delikatnie kremowym, półprzezroczystym zabarwieniu. Buteleczka wyposażona jest w prostą pipetkę, która bardzo ułatwia aplikację i pozwala na wygodne oraz higieniczne stosowanie serum. Pipetka ma białe, gumowe zakończenie, otoczone grubą obrączką w kolorze matowego złota. Całość sprawia wrażenie luksusowego produktu. Coś w tym jest, bo cena kosmetyku sięga powyżej 100,00 zł.
Serum ma troszkę cierpki, cytrusowy zapach. Nie wszystkim może się spodobać, mnie zupełnie nie przeszkadza, że czuć kwaskowatą nutę podczas aplikowania. Serum jest bardzo wydajne, zawartość jednej pipetki pozwala na wsmarowanie produktu w skórę twarzy i szyi. Liposomowy kosmetyk stosuję na noc, po dokładnym demakijażu i oczyszczeniu skóry. Jest ostatnim etapem mojej wieczornej pielęgnacji, chociaż zdarzyło mi się raz czy dwa wpuścić kilka jego kropel do maseczki, np. ze spiruliny, dzięki czemu jej oddziaływanie na skórę było jeszcze lepsze. Serum rozprowadzam kulistymi ruchami po twarzy i szyi. Bardzo szybko się wchłania. Nie pozostawia po sobie lepkiego czy tłustego filmu, nie powoduje żadnego dyskomfortu, chociaż natychmiast po nałożeniu lekko napina skórę, ale równie szybko "puszcza". Serum C Intense nie podrażnia, nie uczula, ani nie przesusza. Nie pojawiają się po nim żadne zaczerwienienia, nie zapycha porów, nie ma przykrych niespodzianek podczas jego stosowania. Przeznaczone jest dla wszystkich typów cery. 
Na efekty działania serum musiałam chwilę poczekać, nie jest to produkt dający błyskawiczne efekty. Wierzę jednak, że warto było na nie czekać i że będą długofalowe ;) Jak już wiecie, serum stosuję na noc. O poranku skóra jest uspokojona i delikatnie nawilżona. Przy regularnym stosowaniu, zauważyłam poprawę w jędrności i napięciu skóry, a także nieznaczną sprężystości. Ponadto koloryt skóry jest wyrównany, a wydzielanie sebum i błyszczenie skóry unormowane.  Dodatkowo przyuważyłam, że przebarwienia szybciej bledną ( w końcu! ). Dzięki serum kondycja skóry ma się lepiej, a ponadto mniejsze zmarszczki są wygładzone. Myślę, że jeszcze troszkę i te większe też będą "podprasowane". No i mam nadzieję, że, gdy serum dobije dna, efekt odmłodzenia tylko się wzmocni ;) Równocześnie z serum Cosmobell zaczęłam stosować żel do mycia twarzy z kwasem migdałowym Norel ( myślę, że jego recenzja też ukaże się na blogu ) i albo mi się wydaje, albo ta dwójka okaże się moim wybawieniem w potyczkach z podskórnymi grudkami. Nie chcę zapeszyć, ale odkąd produkty te zagościły w mojej pielęgnacji, zauważyłam, że są one jakby drobniejsze, jest ich jakby mniej, słabiej rzucają się w oczy, dają się ładniej zakamuflować makijażem.
Uważam, że liposomowe serum do twarzy na bazie stabilnej witaminy C Cosmobell jest świetnym produktem, który zadba o naszą skórę sprawiając, że na długo pozostanie młoda, piękna i zdrowa. Serum to skutecznie przekonało mnie do kosmetycznych właściwości witaminy C, którą zamierzam na stałe wprowadzić do pielęgnacji mojej problematycznej skóry twarzy. 
Czytaj więcej »

Łagodzący krem pod oczy, Sylveco

piątek, 8 lipca 2016 43 komentarze
Obietnice producenta:
Hypoalergiczny, łagodzący krem pod oczy przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji wrażliwej i delikatnej skóry wokół oczu. W jego składzie znalazły się ekstrakty z kory brzozy, chabru bławatka oraz świetlika, które działają łagodząco, kojąco i zmniejszają obrzęki. Dzięki specjalnie dobranej, bezzapachowej formule, krem poprawia strukturę skóry, przywracając jej właściwy poziom nawilżenia oraz sprężystość. Usuwa objawy zmęczenia i zaczerwienienia, hamuje procesy starzenia się skóry.

30 ml kremu kosztuje w okolicach 30,00 zł 
Moim zdaniem:
Nie muszę Wam mówić, że dobry krem pod oczy to podstawa pielęgnacji delikatnej skóry wokół nich. Mimo że wiedziałam o tym od dawna, dość długo zajęło mi wyrobienie w sobie nawyku systematycznego wklepywania kremu w okolice oczu. Dziś nie mam z tym problemu, a moim sprzymierzeńcem w dbaniu o skórę pod oczami, od kilku tygodni, jest łagodzący krem Sylveco z chabrem, świetlikiem i brzozą.
Owalną buteleczkę o pojemności 30 ml otrzymujemy w kartoniku. Zarówno pudełeczko, jak i sama buteleczka, utrzymane są w skromnej, przejrzystej, jaśniutkiej kolorystyce z niebieskim akcentem, takim jak rysunek chabru. Krem pod oczy Sylveco wyposażony jest w pompkę airless, która zapewnia wygodne, ale przede wszystkim higieniczne dozowanie produktu. Całość, łącznie z chroniącą nasadką, wykonana jest z mocnego, grubego tworzywa, któremu upadki na kafelki w łazience są niestraszne. Jak już wspomniałam, pojemność kremu to 30 ml, którą należałoby zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Oj, chyba będę miała problem z wyrobieniem się w tym czasie, bo krem jest bardzo wydajny. Niecała pompka wystarcza mi na wklepanie kremu w skórę pod oczami i na powieki. 
Według producenta, krem jest bezzapachowy, ja jednak wyczuwam delikatny zapaszek, trochę taki kremowy, a troszkę ziołowy. Przyjemny i szybko ulatniający się.  Konsystencja kremu jest leciutka niczym śmietanka. 
Rano, cienką warstwę kremu, delikatnie wklepuje opuszkiem palca w okolice oczu i na powieki. Kosmetyk dobrze współpracuje z korektorami, chroniąc wrażliwą skórę przed ich bezpośrednim oddziaływaniem czy wysuszaniem. Wieczorem, przynajmniej raz- dwa razy w tygodniu, używam kremu jako swoistą maseczkę pod oczy, nakładając grubszą warstwę. Tak zastosowany krem wykazuje dużo większe właściwości nawilżające i łagodzące. Rano, skóra pod oczami wygląda na wypoczętą i promienną. Ogólnie rzecz ujmując, krem łatwo się rozprowadza, szybko się wchłania, nie pozostawia tłustego bądź też lepkiego filmu. Chroni delikatną skórę pod oczami, poprawia jej napięcie i elastyczność, łagodnie rozświetla i dobrze nawilża. Krem doceniłam także za to, że nie podrażnił delikatnej skóry wokół oczu, że nie szczypie w oczy, nie powoduje łzawienia ani żadnego innego dyskomfortu. 
Cena łagodzącego kremu pod oczy Sylvevo nie przekracza 30,00 zł. Dostępny jest w sklepach zielarskich lub też w drogeriach internetowych. Myślę, że moja skóra pod oczami będzie mi wdzięczna za ten krem w przyszłości. Chętnie jeszcze do niego powrócę, ale po drodze zamierzam poznać jeszcze inne kremy do pielęgnacji skóry pod oczami. Na rynku kosmetycznym jest tak wiele nowości, że szkoda było by wiernie trwać tylko przy jednym produkcie :P
Czytaj więcej »

Recenzja: Dezodoranty- atomizery Lilia Wodna i Kwiat Pomarańczy, CD

środa, 6 lipca 2016 35 komentarzy
Obietnice producenta:
Dezodorant CD Happy w formie atomizera o świeżym i pobudzającym zapachu kwiatu pomarańczy, zapewnia zastrzyk energii oraz niezawodną ochronę przed nieprzyjemnym zapachem aż do 24 godzin. Dezodorant CD w atomizerze z naturalnym wyciągiem z lilii wodnej zapewnia długotrwałą świeżość, pewność i pielęgnację skóry.
  • Przebadany dermatologicznie
  • Odpowiedni dla skóry wrażliwej
  • Nie pozostawia białych śladów
  • Nie zawiera soli aluminium
Moim zdaniem:
W letnie, upalne dni wiele kosmetyków zamieniam na ich lżejsze odpowiedniki. Z recenzji błyszczyka 3D Smart Girls Get More wiecie już, że zastąpiłam nim matowe pomadki, a ulubiony podkład ColorStay Revlon lżejszymi fluidami lub kremem BB. Ukochane perfumy też chwilowo odstawiłam w dalszy róg toaletki, bo w zasięgu ręki postawiłam dwa dezodoranty CD, o zapachu lilii wodnej i kwiatu pomarańczy.
Producent nazwał swój produkt dezodorantem, o działaniu przeciwpotowym, chroniącym przez 24 godziny, nie pozostawiającym białych śladów. Jednocześnie zaopatrzył go w wyrazisty zapach i atomizer, który uwalnia pojedynczą zapachową mgiełkę. Jedno z drugim jakoś mi się "gryzie". I bądź tu, blogerko, mądra i napisz recenzję... 
Dezodoranty zostały umieszczone w wąskich, szklanych butelkach. Posiadają sprawnie działające atomizery. Przy okazji recenzji żelu pod prysznic ( klik dla zainteresowanych ) wspomniałam, że szata graficzna nie przykułaby mojej uwagi podczas zakupów i nadal podtrzymuję to zdanie. Jest ona czytelna, przyjemna dla oka, ale nie ma w sobie tego czegoś, co wyróżnia produkt wśród innych, co przyciąga wzrok i mówi "bierz mnie!". 
Zapachy dezodorantów mogłyby być wyraźne, ładne i lekkie. Lilia Wodna mogłaby nie być dusząca, a kwiat pomarańczy mógłby charakteryzować się świeżością i rześkością. Mogłyby, gdyby nie dwie wady deo atomizerów. Po pierwsze, oba są bardzo nietrwałe, bardzo szybko ulatniają się ze skóry czy ubrań. Po drugie, na pierwszym miejscu w składzie mamy alkohol, który, nie jakoś wybitnie mocno, ale jednak czuć podczas aplikacji. I mam wrażenie, że jego ulotna woń ciągnie się dopóty, dopóki zapach nie wywietrzeje. Czyli, w porywach, do godziny czasu, co w takiej sytuacji można uznać za zaletę. Bo innych walorów deo atomizerów, mimo szczerych chęci, nie znalazłam...  
Kosmetyki CD spotkacie w niedużych sklepikach z kosmetykami, w drogeriach Hebe oraz, podobno, w sieci delikatesów Piotr i Paweł. Produkty CD nie są drogie, 75 ml deo atomizerów kosztuje około 10,00 zł.  
Nawiązując do wstępu, dezodoranty postawiłam w zasięgu swojej ręki, ale przyznam Wam szczerze, że na sobie nie używam ich z jakąś wielką przyjemnością. Wszystko przez ten wyczuwalny w zapachach alkohol. Coś jednak muszę z nimi zrobić... Więc znalazłam dla nich inne zastosowanie i używam ich jako odświeżaczy powietrza :P 
Czytaj więcej »

Czerwcowy projekt denko

poniedziałek, 4 lipca 2016 52 komentarze
Kolejny miesiąc się skończył, czas na podsumowanie zużytych kosmetyków. 
Tym razem, wyjątkowo, podzieliłam je na trzy grupy, kolejno: twarz, ciało i włosy.
1. Błyszczyk do ust Wild Rose, Lumene- mam to szczęście, że chyba nigdy nie trafiłam na błyszczykowy bubel. Błyszczyk Lumene charakteryzuje się gęstą konsystencją i pięknym, owocowym zapachem. Na ustach tworzy efekt mokrej tafli. O innych jego zaletach przeczytacie w recenzji.
2. Lipowy płyn micelarny, Sylveco- płyn, którego nie muszę nikomu przedstawiać, bo niejedna z Was go miała lub mieć będzie ;) Jest delikatny dla skóry, ale bezwzględny dla kosmetyków kolorowych ( nie wiem jak radzi sobie z wodoodpornymi ). Więcej poczytacie o nim w recenzji. 
3. Żel myjący do twarzy, BioLaven Organic- to nie jest to żel dla mnie. Jest zbyt delikatny, za mało się pieni, jest za bardzo wodnisty. Wolałam go zużyć jako żel pod prysznic. 
4. Czarne mydło w płynie pomarańczowe z olejkiem arganowym, Maroko Sklep- samo w sobie nie przypadło mi do gustu. Dopiero, gdy połączyłam je z soniczną szczoteczką, pokazało na co je stać. Więcej o produkcie w tej recenzji
5. Maseczka do twarzy z połczyńską borowiną i masłem shea, Uzdrowisko Połczyn- maseczka przeznaczona do suchej cery, ale na tłustej/mieszanej też dobrze się sprawdza :) Zapraszam na jej recenzję
6. Cukrowy peeling do ciała Jagodowa Muffinka, Perfecta Spa- peeling, który polubią zarówno fanki mocnych zdzieraków ( na sucho ) oraz te, które preferują delikatniejsze ścieranie martwego naskórka ( na mokro ). Ja wolę pierwszy sposób, moim zdaniem daje lepsze efekty. Skóra jest niesamowicie wygładzona i napięta, a olejek orzechowy zapewnia jej odpowiednie nawilżenie. 
7. Olejek arganowy, Maroko Sklep- wielofunkcyjny olejek, do którego wracam najczęściej. Świetnie działa na włosy, skórę i paznokcie. Więcej o jego możliwościach poczytacie w recenzji
8. Zimowy żel pod prysznic, Isana- żel z edycji limitowanej o przepięknym, karmelowo- waniliowym zapachu. Och, o zapachu można poematy pisać! Ale ja nie mam aż takiego daru pisarskiego... Ponadto żel jest naprawdę świetny, jeden z lepszych Isany. Niech żałują te, które nie załapały się na niego w Rossmannie. 
9. Kremowy żel pod prysznic Joyful, Isana- jeszcze jeden żel z limitowanej edycji, tym razem z ekstraktem z czarnej jagody. Fajnie się pieni, dobrze myje, nie wysusza skóry, czyli robi to, co ma robić. Ma mocny, ciemno niebieski kolor, który troszkę odbarwił mi gąbkę. 
10. Zmywacz do paznokci, Isana- jedno denko, a tyle produktów Isany :P I to jeszcze pod rząd :P Nie będę się rozpisywać, bo ile razy można powtarzać, że jest do najlepszy zmywacz do paznokci jaki może tylko być? 
11. Czekoladowy krem do rąk i paznokci, Sweet Secret, Farmona- krem o zapachu, który przy codziennym stosowaniu może szybko zrobić się mdły. Krem, który im dłużej się używa, tym mniejszy daje efekt.  
12. Odżywka odbudowująca Cement- Ceramid Elseve, L'Oreal- szybko się polubiłam z tą odżywką. Jest bardzo gęsta, treściwa i nie spływa z włosów. Dociąża włosy, eliminując ich puszenie się i elektryzowanie, dodaje im elastyczności i miękkości oraz ułatwia ich rozczesywanie. Na pewno do siebie wrócimy. 
13. Szampon odbudowujący Cement- Ceramid Elseve, L'Oreal- z szamponem też spotkamy się jeszcze nie raz ;) Genialnie się pieni, nie podrażnia skóry głowy, dobrze myje i oczyszcza, a po wysuszeniu włosy są sypkie, wygładzone i miękkie w dotyku.
Czytaj więcej »

Czerwiec na zdjęciach

piątek, 1 lipca 2016 38 komentarzy
wiecie jak wygląda żal za grzechy kobiety? "kupiłam niebieską bluzeczkę. żałuję, żałuję okropnie, że nie wzięłam jeszcze czerwonej" ( skecz "Góral na zakupach" Kabaretu Młodych Panów- polecam obejrzeć, padniecie ze śmiechu :D ). no więc, abym miała czystsze sumienie, kupiłam bluzeczki w Lidlu we wszystkich dostępnych kolorach :P | w pierwszy weekend czerwca bawiłam się na weselu, gdzie zajadałam się... ślimakami :P i miałam takie o, ładnie paznokcie pomalowane :D | 37 stopni po godzinie 17:00... masakra... | troszkę "przejadł" mi się pędzel Hakuro do aplikowania podkładu, postanowiłam wypróbować znane w blogosferze gąbeczki Real Techniques. na razie jestem w fazie testów, chociaż recenzja powoli się już tworzy. przed zakupem szczotki Tangle Teezer długo się wzbraniałam, ale w końcu uległam :P
 w czerwcu zamówiliśmy obrączki, które odebraliśmy kilka dni temu :) załatwiliśmy już sprawy formalne w Gminie, ustaliliśmy większość szczegółów z księdzem, ja intensywnie szukam materiału i koronki na suknię ślubną, a w lipcu zamierzamy uporać się z zaproszeniami :) | moje ostatnie uzależnienie. każdego dnia rano zachodzę do Biedronki, by potem popijać sobie smoothie w pracy | moje skromne zamówienie z Golden Rose. od teraz wzbraniam się nogami i rękami przed kolejnymi zakupami, skupiam się na zużywaniu zapasów. może w końcu się z nich wydostanę :P | nie jestem zagorzałą fanką piłki nożnej, ale meczy naszej reprezentacji podczas Euro nigdy bym sobie nie odpuściła. w tym roku grają na naprawdę wysokim poziomie, a mecz ze Szwajcarią! myślałam, że zejdę na zawał przy dogrywkach, a później przy karnych :P szkoda jednak, że z Portugalią wynik był odwrotny...
przygotowania do ślubu, remonty, sesja i praca skutecznie wypełniły cały mój czas. na tyle, że zabrakowało mi go na czytanie, więc w tym miesiącu skończyłam tylko dwie książki | sezon na owoce w pełni! | plusy czekania na koleżankę? dostrzeganie takich ślicznych kwiatuszków ;) | wielkie testowanie z marką Lirene :D 
Czytaj więcej »
SZABLON BY: PANNA VEJJS.